31.12.2012

2801 km!

Czyli jak z Bieszczadów do Murmańska. Jak z Łodzi do Madrytu, albo ze Szczecina do Ankary. W 2012 roku przebiegłam 2801 km! Dla zaprawionych biegaczy tyle co nic. Znam kilku, którzy właśnie otwierają szampana świętując łamanie kolejnych barier: 3 tys., 3,2 tys., 3,5 tysiączka lub więcej. Ale dla mnie, te 2800 km to jest mega wyczyn (choć jakby nie ta jesienna przerwa, kurcze, też bym pewnie miała 3 tysie). To jest wielkie WOW i ani myślę umniejszać sobie zasług czy ograniczać się w zachwytach. Trzy razy więcej niż w 2011 roku! Trzy razy wielkie wow!

Tyle kilometrów biegiem to ponad 158 tys. spalonych kalorii. To 41 kilogramów rodzynek w czekoladzie, które mogłam jeść do woli. Albo kilkanaście ogromnych, 1000 ml kubełków lodów czekoladowych. 10 skrzynek piwa. 790 kg pomidorów. Ponad 580 kg marchewki.

Hmm, czy ja naprawdę dałabym radę to zjeść i wypić?

To był bardzo fajny rok. Zaskakujący, zróżnicowany, wybiegany tak, że lepiej bym sobie tego nie mogła wymyślić. Tyle wrażeń, tyle pozytywnych emocji i takiej dziecięcej radości to chyba dawno nic mi nie dawało. Onegdaj toczyła się taka dyskusja "gdybym jeszcze raz zaczynał biegać" co bym zrobił lub zrobiła. Co zmienił, jak inaczej podszedł do treningów i które insze buty wybrał.

Otóż. No ja bym nic nie zmieniła. Wszystko poukładało mi się tak ładnie, tak perfekcyjnie i idealnie (wiem, to zaczyna być nudne). Odniosłam mnóstwo osobistych sukcesów, nie popełniłam (chyba raczej) żadnych rażących błędów, a wszystko co ewentualnie uznać można za błąd, przybliżyło mnie do bycia... ekhm... lepszą i mądrzejszą biegaczką. Z internetowych porad w życiu nie wyciągnęłabym tego, czego nauczyłam się na własnych próbach i eksperymentach. Gdybym na początku nie biegała za dużo i nie przeciążyła kolan - nie sięgnęłabym po "Biegiem przez życie" i nie poznała podstaw tej całej zabawy w bieganie. Gdybym od początku dbała o sporty uzupełniające i stabilizację... cóż, nie byłoby teraz czym śrubować mojej formy na przyszłość. Gdybym biegała po zróżnicowanym podłożu i w terenie... Zaraz, ale ja przecież biegałam po zróżnicowanym podłożu i w terenie! Tak samo jak ćwiczyłam siłę biegową, urozmaicałam treningi starając się, aby nie było nudy i każdy niósł z sobą coś nowego. Poza tym startowałam na krótkich i długich dystansach, trenowałam wg planu i bez planu, dbałam o sen i regenerację. Byłam cierpliwa i nie porywałam się na maraton po kilku miesiącach przygotowań. Tak, jak wspomniałam. Idealnie. Wszystko ułożyło się idealnie.

I niech się tak dalej układa. Nie tylko mi ;)

28.12.2012

Ładny początek

Nie o bieganiu, ale też ciekawie ;)

Aby nie było, że to jakieś noworoczne postanowienie (nie zwykłam robić), zdecydowałam, że jeszcze w grudniu porządnie wezmę się za pływanie. Zapisałam się na weekendowy kurs Total Immersion, ale że on dopiero w styczniu, a ja niecierpliwa z natury bardzo jestem, to postanowiłam coś pochlapać wcześniej u siebie z instruktorem. Wyklikałam, udałam, że na ichniejszej stronie nie widzę tekstu czcionką comic sans, stwierdziłam, że ważne że jest logo TI i zadzwoniłam oraz umówiłam się na lekcję. Sobota 7.00 rano.

W wodzie byłam już kwadrans wcześniej, aby się rozgrzać, no i sprawdzić, czy ja - po kilkumiesięcznej przerwie - to jeszcze pływać umię, czy mi tam czegoś ostatnio nie wycięli za bardzo lub nie wszyli czasem (choć akurat jakaś płetwa to by się przydała). Sprawdziłam, nic się nie zmieniło, woda wciąż jest super, a ja na dno nie idę. Ba, wydaje mi się, że nadal w krytym żabolu nie mam sobie równych! ;) Ale nie o żabce chciałam, tylko o kraulu...
I tak pływam sobie wcześniej, pluskam się w zaskakująco ciepłej wodzie, paczę idzie jakiś pan, więc pytam czy Pan Adam?
- Tak. A to z Panią jestem umówiony?
- Ze mną.
- Ale przecież Pani umie pływać.
- Umię. Ale ja chcę się doskonalić.
- Ale tutaj nie ma czego doskonalić.
- ????
- Ok, proszę przepłynąć kraulem jeszcze 2 długości i popatrzę dokładniej.
- Hihi, tym moim kraulem mam płynąć?
- Tak. Tym.
No dobra. Sam tego chciałeś. I pruję. Woda się z basenu wylewa, fale przewracają innych pływaków, bąbelków miliard, a towarzyszący mi hałas skutecznie zagłusza sączącą się w tle muzykę. Dodam, że po 2 długościach, prawie trzeba było mnie reanimować.

- Bardzo dobrze. Gdzie się Pani uczyła pływać? (Nie no, to są jakieś jaja, myślę sobie).
- Nigdzie. Sama się uczyłam.
- Niemożliwe.
- Mówię prawdę! (Koleś serio jest zabawny, myślę nadal). Podpatrywałam jak pływają inni, naśladowałam i wyszło takie coś.
- Aha. No to może inaczej. Po co chce Pani doskonalić tego kraula?
- Aaa, bo mam takie różne marzenia, plany... (bloga mojego nie czyta, czy jak?)
- A o metodzie Total Immersion Pani słyszała?
- (Bingo! Właśnie kończę czytać książkę T. Laughlina, a YouTube to już sam mi kawałki z TI podpowiada i wyświetla). Aaaa, coś tam słyszałam niby. I właśnie tą metodą jestem ciut zainteresowana.

No i się zaczęło. Okazało się, że pod kątem TI to jest u mnie co poprawiać. Oj jest. Generalnie, to trzeba mojego kraula stworzyć prawie od początku. Dobrze, że w sumie dużo nim nie pływałam, to złych nawyków nie jest tak wiele i łatwiej jest mi się przestawić. Okazało się też, że straszne drewno jestem. Wydaje się człowiekowi, że wysportowany jest, że jak głową do kolan dotknąć umie i maraton przebiegł dwa razy, to już jest ruchawy. Błąd. Wielki błąd. Bo wcale nie jest. Masakra. Co więcej, brakuje komunikacji lub moje ciało nie rozumie rozkazów które mu wydaję, albo ich nie słyszy. A mówię lewej nodze nie machaj tyle, powtarzam rękom wyluzujcie, głowie każę niżej - a one wciąż swoje. Masakra. Choć z ćwiczenia na ćwiczenie jest lepiej.

Jestem po dwóch lekcjach i w sumie 6 godzinach ćwiczeń. I już pływam inaczej. Lżej, luźniej, łatwiej. Wyobrażam sobie, że niczym szpadą przecinam wodę torując tunel w którym opływowo zmieści się cała reszta i prawie bezszelestnie (wyobrażam sobie) przemieszczam się nim do przodu. I potem druga ręka i drugi cios szpadą. Jak się skupię - nie śmiać się - to długość basenu na 22 lub 23 ruchy zrobię! Oczywiście jest mega wolno, ale wszystko w swoim czasie. I najważniejsze, ja właśnie polubiam kraula! Nie sądziłam, że kiedyś to nastąpi. Ćwiczenia są nudne jak jazda na trenażerze, ale efekty... Chcę więcej. A przecież to dopiero początek!

Ładny początek na koniec, bądź co bądź, również ładnego roku.

23.12.2012

A więc Bo,

po pierwsze byś była zdrowa.
Poza tym, aby za rok było tutaj mnóstwo fantastycznych, zapierających dech w piersiach relacji z biegów.
Abyś jak najmniej (choć troszkę może być) pisała o lenistwie, o niechcemisię i beznadziejniemiwrożowym.
Aby nigdy nie pojawiło się tutaj słowo "kontuzja", a jak najwięcej, do wyrzygania wręcz, niech powtarza się i powtarza "życiówka".
Abyś w swej kolekcji zgromadziła tak wiele dużych i ciężkich medali, że trudno będzie zrobić Top Medals.
Możesz też ciut rzadziej pisać, że jesteś boska (choć jesteś). Nie każdy to lubi i jeszcze przestaną czytać.
Aby podbiegi się nie dłużyły, by nie było strachu na zbiegach, za to na szczytach zawsze radość i wspaniałe widoki.
Aby tyłek od siodełka mniej bolał i kraul choć trochę stracił na swej śmieszności.
Aby nie było kryzysów, skurczów, odwodnień i schodzących paznokci. I abyś o rozciąganiu zawsze pamiętała.
Abyś znowu deskę potrafiła robić godzinami. Na jednej ręce.
I jeszcze abyś się lepiej i mądrzej odżywiała. Słodycze to nie węgle, przecież wiesz.
Aby w lecie nie było tak gorąco, jak zimno potrafi być w zimie. I aby pogoda nigdy nie była pretekstem, by zrezygnować z treningu.
I generalnie, aby to wszystko jakoś biegło. Przynajmniej tak jak w tym roku ;)

18.12.2012

Znowu!

Najpierw sprawdzam, czy trzeba zmyć makijaż, czy może zrobiłam to już wcześniej, rozczesuję i związuję włosy, bywa, że kładę na kaloryfer rajtki i jedną z koszulek. Jak w domu zimno, to miło się potem ubrać w takie zagrzane ciuszki. Często włączam też jakąś energetyzującą muzę i staram się nie wyglądać przez okno. Potem wkładam na siebie warstwy. Skarpetki lub podkolanki, rajtki i wierzchnie dresy. Albo tylko ocieplane rajtki. Lustro. Piję szklankę wody. Top, pulsometr, jedna koszulka i druga. I znowu lustro. Krem na twarz, truskawkowy carmex na usta, w kieszeń chustka do nosa. Wdziewam na wierzch ostatnią warstwę, najczęściej bluzę. Jeszcze raz poprawiam i związuję włosy. Montuję grajka i zakładam zegarek. Lustro. Następnie szukam kluczy, gdzie ja znowu posiałam te klucze? Ciut gorąco, zaczynam się gotować, ściągam bluzę. Są klucze! Zakładam bucie, jeszcze raz bluzę, względnie ortalion lub softshell w zależności od tego co za oknem (w końcu trzeba przez nie wyjrzeć). Chustka pod szyję, czerwona czapa na głowę, sprawdzam czy wszystko mam pozapinane, powpuszczane i czy w żadną szczelinę zimny jęzor wiatru się nie wślizgnie. Lustro, rękawiczki, włączam "on" na grajku i wychodzę. Biegać.

Brakowało mi tego. I choć czasem ciężko się zebrać, tyle czynności rożnych rozmaitych trzeba wykonać, tyle razy pomyśleć i powiedzieć sobie głośno, że tak kurna, wiem że dla normalnego człowieka to nienormalne, wiem jaka jest temperatura i że śnieg, tak, idę biegać! ("idę biegać" zawsze mi się to stwierdzenie podobało) - to jest radość, że znowu to robię. Taki wewnętrzny spokój odzyskałam ;)

A biegam sobie ot tak. Wolno, wolniej, wolniutko lub gdy jest zimno to ciut szybciej. Oszczędzam się. Pewnie nawet oszczędzam się za bardzo, ale akurat w tym momencie to lepiej raczej przeginać w tę, a nie tamtą stronę. Oprócz biegania robię deskę, brzuchy i na siłowni z chłopakami dwa razy w tygodniu mnóstwo innych ćwiczeń wzmacniających i siłowych. No i się rozciągam. Wzór!

Dwa tygodnie i ponad 80 km. Też mi się podoba. Doskładane wprawdzie jak ziarnko do ziarnka, bo na razie tylko 2, a może 3 razy przekroczyłam magiczną barierę 10 km, ale tych ośmiu dych przebiegniętych bez żadnych oszustw nikt mi nie odbierze! Czasem wkurza mnie, że tak to powoli idzie, ten cały mój powrót. Że człapię miast biegać, że jeszcze trochę poczekać muszę na krosy czy podbiegi. Że muszę być cierpliwa, rozważna i romantyczna oraz że ambicji mam nie słuchać tylko zdrowego rozsądku. No ale potulnie słucham, a jak grzeszę to w tylko myślach planując czego to ja nie dokonam w przyszłości.

A właśnie plany. Tak więc planu raczej nie ma. Na razie niestety jest bardziej weryfikacja moich ambitnych predykcji wiosennych. Na jeszcze ambitniejsze ;) <żart> <głupi żart>. Będzie więc maraton, ale raczej nie życiówkowy i raczej w PL. Nie podjęłam jeszcze decyzji gdzie i kiedy. Ale pewnie jakoś w kwietniu go pobiegnę ;), więc albo Uć, albo Orlen Srorlen albo Cracovia. Wcześniej jakbógda połówka w Warszawie, niby się zgłosiłam. Nie będzie chyba Rzeźnika. I generalnie debiut w ultra przesunie się pewnie w czasie. Albo i nie. O innych rzeczach nie piszę nawet, bezsęsu, znowu coś nie wyjdzie i będzie tylko żal. Poza tym - będzie co ma być. Chyba. Wprawdzie, w tym tygodniu, oprócz końca świata, wydarzy się zapewne kilka innych ważnych rzeczy (informować na bieżąco czy hurtem?), ale jeszcze nie wiem, czy i jaki wpływ będą mieć one na moją świetlaną sportową przyszłość. Się okaże.

Biegnę, już półmetek. Oczywiście ubrałam się za ciepło i każdy z istniejących suwaków już został rozpięty, a szczelina udrożniona. Ostatnia prosta, zakręt, park linowy, stop. Wyłączam garmina, ten klik to jedna z przyjemniejszych chwil treningu. Rozciągam się przy ulubionym drzewie. Schody, otwieram drzwi, "Jeeeeestem!". Lustro. Ściagam czapę, rękawiczki. I jedną bluzę, potem następną... Powroty są super.

06.12.2012

Prawie jak

Prawie jak roztrenowanie. Prawie jak bieganie. Prawie już nie boli. Prawie jezdem.

I tak w minioną sobotę zakończył się czas błogiego, rekonwalescyjnego lenistwa. Prawie jak dłuższego roztrenowania. Jeszcze nigdy w życiu nie ciulowałam tak długo i tak intensywnie. Nawet się nie przyznam ile sezonów Chirurgów obejrzałam oraz innych filmów, których tytułów już nie pamiętam... Czy było to męczące? Niespecjalnie. Fajnie było tak po prostu nie musieć chcieć, nie chcieć móc. Nie robić nic. Spać, czytać, klikać, oglądać, jeść, spać, jeść, klikać, oglądać. No ale skończyło się, wystarczy, czas wracać.

W sobotę wybrałam się na stadion i akcję Biegam Bo Lubię. Czy pisałam już gdzieś kiedyś, jakie fajne są te zajęcia i że gdyby nie BBL, gdzie poznałam tajniki sztuki oraz innych biegaczy nie byłabym tu gdzie jestem? Aaa zapomniałam, teraz w czarnej dupie jestem, no ale nie byłabym tam, gdzie 2 miesiące temu? Kiedyś koniecznie muszę o tym napisać. Tak więc na zajęciach BBL przyjęto mnie oczywiście z wszystkimi honorami, każdy chciał mnie dotknąć, popytać i porozmawiać. Życie. A potem była rozgrzewka, sporo rozciągania i zabawa biegowa, co w moim wykonaniu oznaczało człapo-trucht i marsz. Dublowali mnie na potęgę, ale nie to się liczyło. Ja prawie biegłam!

W poniedziałki zwykłam odpoczywać, ale teraz, gdy wszystko się poprzestawiało, zaplanowałam 6 km jakbógda biegu, a jakbógnieda to marszobiegu. Był bieg (!) i to nawet 7 km, z czego ostatnie 3 pobiegłam na salę pokibicować jednemu meczu koszykówki. Tydzień temu pamiętam, godzinę szłam na ten mecz, bolało jak diabli, zastanawiałam się tylko czy dzwonić po taksówkę czy po erkę, czy może się jednak jakoś na tę halę doczłapię. Teraz delikatny trucht teleportował mnie w to samo miejsce dwa razy szybciej! Jest progres, jest radość! A nawet radość podwójna bo wygrali nasi. Choć sędzia kalosz.

01.12.2012

Uratowany paznokieć

I jeszcze jedna. Dziwna historia.

Nie jestem jakaś specjalna paniusia, generalnie nie stroję się i w trampkach chodzę przez 90% życia. Ale jest kilka rzeczy, na punkcie których mam fioła. Jedna z nich to stopy. Po prostu muszą być one gładkie, miłe i pachnące, a paznokcie oczywiście pomalowane, przez cały rok. I jeśli nie są - to czuję się źle, jakbym nieubrana była lub miała coś między zębami. Najczęściej wierna też jestem jedynemu słusznemu kolorowi lakieru paznokci u nóg, aczkolwiek zdarza się, że silę się na ekstrawagancję i bawię się innymi odcieniami. I tak na przykład na Maraton Warszawski paznokcie były (no jakie?) - oczywiście, że różowe, a w Krynicy biegłam na turkusowo. W Piwnicznej - z tego co pamiętam - paznokcie miałam w kolorze ulubionej głębokiej czerwieni wpadającej w bordo. Tak na poważnie, bo to przecież mój pierwszy taki na serio bieg górski miał być.

I wtedy w Piwnicznej uświadomiono mi, że biegi górskie oznaczać mogą zagładę dla moich paznokci u nóg. Przyznam, było to dość wstrząsające odkrycie. Jedna z dziewczyn (tych szybkich, z czołówki) powiedziała w szatni, że właśnie schodzi jej ósmy paznokieć w tym sezonie. Czujecie? Ośmy! I że nie pamięta, kiedy ostatni raz malowała paznokcie i chodziła w japonkach. Geezz! pomyślałam patrząc na moje śliczne bordowe paznokietki, to ja już wolę w ogonie przybiegać, być ostatnia nawet, ale za to ze wszystkimi paznokciami! Na szczęście, po 24-kilometrowym biegu górskim pod Radziejową moim stopom i paznokciom nie stało się nic. Stwierdziłam wówczas, że na pewno temat mnie nie dotyczy i przestałam się martwić.

22.11.2012

"Oddany" - historia Teamu Hoyt

Dick i Rick - faceci, którzy sportowymi osiągnięciami udowodnili, że "nie da się" znaczy "da się" i swą postawą oraz determinacją podbili serca milionów na całym świecie.

Coś tam niby o nich czytałam, coś słyszałam o Teamie Hoyt, głównie za sprawą ubiegłorocznego przypadku niedopuszczenia do maratońskiego startu w Dębnie biegacza z niepełnosprawnym synem na wózku. Ale pojęcia nie miałam, że to jest TAKA historia! Niesamowita, wzruszająca, nieprawdopodobna! Naprawdę trudno uwierzyć, że prawdziwa. A jednak. Opisana w książce pt. "Oddany - opowieść o miłości ojca do syna" przez D. Hoyta i D. Yaegera.

Czytadło, wyciskacz łez na dwa wieczory lub jedno dłuższe przedpołudnie. Opowieść o walce, o miłości, o marzeniach i ich realizowaniu, o pasji, sile ducha i wytrwałości. I o bieganiu oczywiście, które potem rozwija się w triathlon i to w tym najlepszym, hawajskim wydaniu.

Śledzimy losy Dicka (ojciec) i Ricka (syn) Hoyt od momentu narodzin tego ostatniego (lata 60-te XX w.), po wspaniałe i niepojęte ich wspólne sukcesy biegowe i triathlonowe. Rick urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym, bez umiejętności mówienia i samodzielnego życia. Warzywo wg lekarzy i urzędników, utalentowany i inteligentny chłopak wg rodziców. Rodziców, którzy postanowili o syna zawalczyć popularyzując równocześnie wiedzę o niepełnosprawnych i ich prawie do pełnowymiarowego życia w społeczeństwie.

18.11.2012

Co słychać?

Znowu mnie pokroili. Znowu dwa dni dochodzę do siebie po narkozie cierpiąc jak na kacu stulecia. Znowu mnie boli. A mnie zawsze boli cztery razy bardziej. Znowu kilkanaście dni w domu, (dobrze, że nie w szpitalu), z głupim internetem, mało ambitnymi książkami oraz równie wymagającymi serialami, sezonami i filmami. Znowu będę brać się za porządki i znowu po godzinie stwierdzę, że mi się nie chce. I pójdę spać. Przynajmniej spanie mi wychodzi. Znowu namiętnie czytać będę fora oraz przeglądać kalendarze biegów marząc gdzie by tu wystartować. Oczywiście wszędzie ;) I znowu będzie mi smutno. I pewnie przytyję dwanaście kilo.

A było już tak pięknie. Jeździłam sobie na rowerze. Najpierw na góralu staruszku, a potem na pięknej, zapierającej dech w piersiach, pojechanej w kosmos szosówce. Jazda na niej to inna galaktyka. To inna czasoprzestrzeń, tylko pamiętać trzeba, że najpierw wypinanie potem hamowanie, najpierw wypinanie, potem hamowanie, najpierw wypinanie... Inaczej jest bum. Nawet biegałam już coś w zeszłym tygodniu. Pan doktór pozwolił (Pani tak musi?). No dobra, biegałam i maszerowałam lub biegałam człapiąc. W tempie defiladowym, ale i tak było super. Choć jednocześnie smutno, bo uświadomiłam sobie, że do porządnego biegania i formy to - jeśli w ogóle - wrócę dopiero za dobrych kilka miesięcy. Strasznie smutno. Więc pewnie nie będzie zimą deski, a wiosną maratonu. Nie będzie też problemu z wyborem planu treningowego, ani ukochanych skipów i interwałów. Nic nie będzie. Plany znów staną się marzeniami, a ja znów będę myśleć. Pewnie za dużo.

A dziękuję, wszystko dobrze.

14.11.2012

I had a dream

No to może taka historia. Wydarzyła się na Maratonie Warszawskim, a w zasadzie po nim.

Nie wiem, czy pisałam, ale od momentu, gdy na Narodowym przekroczyłam linię mety do wieczora, a nawet do dnia następnego, uśmiech nie schodził mi z twarzy. I nie był to taki zwykły uśmiech. Ja po prostu promieniałam, w euforii byłam, cała w skowronkach. Jak nie ja. Rozmowna ze wszystkimi i do wszystkich, zabawna, elokwentna, takimi puentami rzucałam, że naprawdę (naprawdę!) była beczka śmiechu. Nie zdarza się, więc to na pewno musiały być te endorfiny czy serotoniny. Jakby mi się coś nielegalnego zawiesiło normalnie.

Już w kolejce do masażu gadałam z kilkoma (obcymi) chłopakami. Emocjonowałam się biegiem, gratulowałam innym i sama przyjmowałam gratulacje. I oczywiście, że bieganie jest boskie, i który to twój maraton, ale bym coś dobrego zjadła i czy przyszedł już sms z wynikami. Pełnia szczęścia.

Podczas samego masażu rozmawiałam oczywiście z masującymi mię dziewczynami i uśmiechałam się szeroko się do sąsiednich stołów. I nagle widzę, idzie w mym kierunku ekipa telewizyjna. Pan z mikrofonem i drugi z ogromną kamerą. A ja, nie dość że nieuczesana, to jeszcze bez rajtek, no prawie jak na plaży w bikini wyłożona na tym stole. Więc grzecznie i z uśmiechem do tych panów mówię, że bez jaj, że odrobinę intymności, że przecież tu nie żadem salon damsko-męski, że ja tu mięso mam ;) A oni myk, podsuwają mi mikrofon pod nos, a kamerę jeszcze bliżej. I wywiad będą robić. O mamo.


Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:
- Co Panią boli?
- Nic mnie nie boli - odpowiadam (taka szczęśliwa byłam, bezsęsu o zmęczeniu gadać).
- Nic Panią nie boli? A nogi chociaż? Przecież przebiegła Pani maraton?
- Tak! Przebiegłam! I strasznie się cieszę! (oczekuję pytania w jakim czasie i zachwytów, że wow).
- No ale pewnie po takim masażu, to mniej będzie boleć? (dziennikarz delikatnie nakierowuje mnie na odpowiedź).
- No mniej.
- A co mniej będzie boleć? Kiedy ból ustąpi? (pan był przygotowany).
Przypominam sobie Cracovię i tydzień po, więc odpowiadam, że pewnie we wtorek lub w środę da się już coś potruchtać i że co najwyżej ciężko będzie ze schodów schodzić (co jednak zawsze można robić tyłem). I czekam na następne pytanie, delikatnie dając do zrozumienia, że o bólu i zmęczeniu to my dziś raczej nie pogadamy.
- A długo Pani biega? (yes!)
- 14 miesięcy, to mój drugi maraton! (czy zapyta wreszcie o czas?)
I nawijam, że to fantastyczne przeżycie przebiec maraton, że się popłakałam ze szczęścia, że meta na Narodowym pojechana w kosmos i że do tej pory mam gęsią skórkę. Że życiówka, że kibice, że pogoda, że medal itp. Oczywiście cały czas się śmieję i promienieję. I choć krótka, to była zabawna rozmowa i sympatyczny dziennikarz (tak mi się tylko w oczy cały czas bardzo patrzył, za czym nie przepadam). W końcu jednak panowie podziękowali mi i poszli do kolejnych stołów nękać innych masowanych biegaczy.

Ale to nie koniec. Po kilku minutach wraca już sam pan dziennikarz z taką małą, wakacyjną kamerką. Ja wciąż nieuczesana, bez rajtek, jak na plaży. I pyta czy może jeszcze ze mną porozmawiać ciut więcej, bo go zainspirowałam i zafascynowałam. O proszę. No można. Jak mam na imię (jak?). Dlaczego zaczęłam biegać. Ile biegam tygodniowo i skąd mam na to czas. I czy bieganie potrafi zmienić życie i jak bardzo. Przy tym ostatnim pytaniu to trochę mnie zatkało. Tak osobiście, wzruszająco i refleksyjnie się zrobiło. Kurde, to bieganie naprawdę pozmieniało mi życie, dodało uroku, zabarwiło go na inny odcień (nie tylko różowy) i marzenia stiuningowało dość znacznie. Zresztą, jak każda pasja. Potem pan dziennikarz podziękował za wywiad, powiedział, że jestem niesamowita (Ameryka normalnie), że super się rozmawiało i że życzy mi powodzenia w kolejnych biegach i maratonach. I poszedł. Ciekawe czy mnie puszczą pomyślałam, pewnie nie i zresetowałam wszystko poddając się znowu błogiej, pomaratońskiej euforii.

I ostatnio był taki program o bieganiu TVN Uwaga. Wyhaczyłam w necie następnego dnia i co ja paczę? Toż to ten dziennikarz, który ze mną rozmawiał! Jezzzu, chyba mnie nie puszczą w tym programie? Naprawdę byłam wówczas nieuczesana, bez rajtek i jak na plaży. Oraz gadałam jak nakręcona. Świr. Normalnie ciepło mi się zrobiło, gdy zaczęłam to oglądać.

Nie puścili. I pomyśleć, że mogłam - oprócz tego że jestem boską biegaczką, wybitną blogerką i bohaterką Narodowego wszystkiego - zostać także gwiazdą telewizyjną.
Coś się musiało wydarzyć! Zapewne ktoś z zazdrości temu panu dziennikarzu ukradł lub zniszczył taki fajny materiał. A ten musiał zrobić dokrętkę.
Ludzie to wilcy.

07.11.2012

Wio wiosna 2013

Myślami jestem już w 2013 r. I szału dostaję z planowaniem mojego następnego sezonu biegowego. Chciałabym pobiec wszędzie. W biegach najpiękniejszych, tych największych, najlepszych, najdłuższych oraz oczywiście kultowych. I - rzecz jasna - wszędzie zrobić życiówkę. Po cichu marzy mi się coś więcej niż bieganie i wciąż biję się z myślami, czy nie za szybko i nie wiele tych królików namierzam. Tak, z pewnością, za szybko i za wiele. Ale przecież nie byłabym sobą planując "tylko" maraton. Ja zawsze muszę bardziej. Chociaż w myślach, choć w marzeniach.

I tak łosiowi w żłoby dano. Tyle tych biegów różnych, fantastycznych, wybrać coś na wiosnę trzeba, i to jak najszybciej, a ja tak nie lubię podejmować decyzji. No ale w końcu ktoś musi.

Kiedyś (wcale nie tak dawno) marzyła mi się Korona Maratonów, a więc ukończenie w ciągu dwóch lat maratonów w Krakowie, Dębnie, Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. W sumie mam już dwa, więc wystarczyłoby Dębno na wiosnę, a potem, jesienią w miesięcznym odstępie Wrocław i Poznań. No ale im dłużej myślałam, tym bardziej wątpiłam. Bo po co mi korona skoro i tak jestem boska? ;) I czy ja wiem co będzie jesienią? Poza tym to Dębno. Wiem, że maraton zacny i z tradycjami, ale 750-kilometrowa wyprawa na drugi koniec Polski, by pobiec 4 pętle? No raczej nie. Chyba na pewno nie. Nie będzie korony. A jeśli nie Dębno to co? Pomyślałam więc, że może jakiś maraton w Europie. Paryż, Wiedeń, Praga? Wciąż są wolne miejsca, a ja w excelu liczę i liczę czy zdołam się przygotować w 17, 20 czy 23 tygodnie. Paryż (7.04) chciałabym, ach jak bardzo, ale impreza dla mnie odbywa się chyba ciut za wcześnie, gdyż do biegania jakbógda wrócę dopiero w połowie grudnia. Wiedeń (14.04) też cudowny i przepyszne lody, ale mam focha, bo mandat nam wlepili tam ostatnio. Może więc Praga? Wszystko fajnie, ale bieg jest dopiero w maju i może być za gorąco na bicie życiówki. A przypomnę, że dwie trójki z przodu wybiegać bym chciała. Skończy się pewnie na tym, że wybiorę Uć. Albo Paryż. Albo Wiedeń, albo Pragę. Albo Dębno. Albo sama nie wiem co. Ktoś pomoże. Ktoś zadecyduje. Plis.


A przecież trzeba się jeszcze na jakiś półmaraton wcześniej zdecydować. No i wybrać plan treningowy, z czym też oczywiście mam problem. Geez, ciężkie jest życie biegaczki. Zwłaszcza jak nie biega, tylko myśli ;)

Po wiośnie jest czerwiec. A w czerwcu - tu chociaż wybór jest prosty - Bieg Rzeźnika. Tak! To już oficjalne info. Chciałabym go ukończyć! Na marginesie, zagadka. Co wspólnego mam z Biegiem Rzeźnika? Rozwiązanie zagadki: tak samo durnie się nazywamy (hmm, albo może on nawet bardziej?). Ale love Bieszczady, więc dlatego Rzeźnik. I na trening stosunkowo blisko, i partnerkę Elę GazElę mam mocną, i kolejne mega wyzwanie oraz granica do przesunięcia. Tak jak lubię. Więc biegniemy. Czekamy na zapisy, a potem mocno trenujemy w terenie. Klamka zapadła. Rzeźniku drżyj.

Dalsze plany są jeszcze bardziej bardziej. O nich innym razem. Jeśli w ogóle. A tymczasem, w nagrodę pocieszenia, po 10 dniach wybierania, klikania, mierzenia, czytania i słuchania mądrzejszych kupiłam sobie rower szosowy. Śliczny jest. I ta wiosna - jak już tylko coś wybiorę - też chyba będzie niczego sobie. Musi.

02.11.2012

Top Medals

Z medalami jest jak z facetami. Co z tego, że ładny i przystojny, jak nie za wiele znaczy i dawno już zapomniałam. Albo przeciwnie, bardzo wartościowy i cenny, ale niestety plastikowy, niezbyt urodziwy, no i ta wstążka jakaś niespecjalna? ;) Na szczęście są też takie, co i ładne i wartościowe. Medale oczywiście. Choć z uszeregowaniem ich wcale łatwo nie jest - każdy niesie ze sobą inny ładunek emocjonalny, inną chemię i przeżycia oraz różne osiągi sportowe.

Trzy nieprzespane noce, kilkanaście przetasowań w zestawieniu, godziny poświęcone na przypominanie, czytanie poprzednich wpisów oraz przeglądanie zdjęć z biegów i wertowanie wyników. Wzruszeń i łez było hoho. Analizowanie awersów i rewersów medali, wsłuchiwanie się w dźwięk pobrzękiwania ich o siebie, mierzenie długości i szerokości tasiemki oraz fotografowanie ich moim profesjonalnym, milionpikselowym i dwuobiektywnym sprzętem. Gdybym wagę kuchenną miała, to pewnie bym je jeszcze ważyła.

Dobrze, że nie biegam, to choć czas mam na takie durnoty;) Było ciężko, ale oto jest. Lista moich najlepszych, najładniejszych i najbardziej znaczących medali biegowych. Top 10. Oraz niechcąco takie podsumowanie biegowego sezonu startowego 2012.


10. Bieg górski w Iwoniczu Zdroju (7 km)
Sam medal - nie oszukujmy się - licheńki, plastik z jakąś tam naklejką. Nawet nie wisi z innymi, tylko w szufladzie zamknięty leży. Ale w zestawieniu znalazł się przede wszystkim ze względu na szok, którego doznałam w Iwoniczu. To jakaś masakra są te biegi górskie, myślałam między jednym sapnięciem a drugim wspinając się na górę Przedziwną oraz zjeżdżając zeń po błocie. Masakra. Kto by pomyślał, że po tak dramatycznych przeżyciach, będę chcieć gór więcej, i jeszcze więcej? 10-te miejsce w zestawieniu na zachętę.


9. Bieg Sokoła (10 km)
Ładny, choć niezbyt wielki medal oraz pudło i pierwsze miejsce w kategorii wystarczyły, aby w zestawieniu znaleźć się na dziewiątym miejscu. Plecak wygrałam, który do tej pory leży w szafie nietknięty. I dyplom z przekręconym nazwiskiem. Oto i sokół (orzeł?) z rozłożystymi skrzydłami bez rewersu.


8. Półmaraton Jurajski
Prawie jak koniczynka z Lilou, tylko ciut większa. Choć według niektórych to liść dębu. Ładny, duży medal, a i bieg oraz mój rezultat też niczego sobie. Pierwszy nocleg na hali przed biegiem, dużo pozytywnych emocji w trakcie oraz bro na jego zakończenie. Ósme miejsce za śliczną zieloną tasiemkę.


Bieg zapamiętam przede wszystkim za intencję, dla której biegłam (u Agg. wszystko ok!). Oraz kosmicznie wysoką temperaturę i karetki na trasie. Jezzuu jak tam było gorąco i ciężko! Bucie zatapiały się w asfalt i podeszwy potem ze smoły kluczami czyścić musiałam. Najważniejsze jednak, że żubr, którego ponoć goniliśmy, a którego nikt nie widział, na medalu się odnalazł. Poza tym zawsze miło posiedzieć przy żubrze, więc dlatego 7-me miejsce.


6. Półmaraton Rzeszowski
Sam medal bardzo bardzo. Na tyle bardzo, że powtarza się w zestawieniu i występuje raz jeszcze, bo to ten sam cykl biegów był. A półmaraton ważny przede wszystkim za najlepsze na świecie transparenty mię dopingujące, za trasę pod oknami i pracą swą niemalże, za striptiz na ósmym oraz fantastyczną końcówkę. I podium. Te wygrane słuchawki jabra też są super. Teraz jak nie biegam, to chodzę sobie w nich po domu.


5. Bieg górski pod Radziejową (24 km)
Mój pierwszy taki prawdziwy, dłuższy bieg górski. Było szybko, deszczowo, magicznie i radośnie. Piąte miejsce w zestawieniu za kształt, wagę i wielkość medalu. Choć - jak dla mnie - ciut na nim za dużo wygrawerowanych napisów. Życzę sobie jednak jak najwięcej takich górskich blaszek w kolekcji.


4. Bieg 2,4 Dolin (35 km)
Ten bieg wspominać będę jako miejsce, w którym po raz pierwszy tak na serio zamarzyłam o górskich biegach ultra. (Hehe "pomarzyć na serio" - takie rzeczy tylko Bo). Start po ciemku, deszcz na Jaworzynie, parujące góry nad ranem i ogromna satysfakcja na mecie oraz chęć więcej. Nie wiem czy za rok, czy za siedem, ale na pewno będzie więcej ;) A medal, mimo, iż uniwersalny - dla wszystkich biegów w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy ten sam - to bardzo go lubię. Duży, kolorowy, ciężki, na szerokiej wstążce. I z dziurką, przez którą do zdjęcia spoglądać można ;)


No i teraz jest problem z pierwszą trójką. Bo albo medale cudne, albo biegi niezwykłe. Niech będzie więc jednak tak.

3. Półmaraton Warszawski
Prawie wszystko co z tym biegiem związane - było dla mnie biegowym rozdziewiczeniem. Pierwszy półmaraton, pierwsza taka wielka impreza masowa, pierwsze zające i punkty odżywcze na trasie, pierwsi kibice oraz ta sławna euforia biegacza po wszystkim. I folia na mecie, zawsze chciałam taką folię dostać. Poza tym ja naprawdę pobiegłam tam bosko. Jak dynamit leciałam 30 cm ponad chodnikami, lub wyżej nawet. I tak szczerze, to ten medal jest chyba najfajniejszy ze wszystkich. Jest przeogromny, ciężki, z kolorową wstążką z napisem. Trochę dziwią wprawdzie uwiecznieni nań biuściaści okularnicy, ale i tak jest piękny.


2. Cracovia Marathon
Maratoński debiut. Spełnienie marzeń oraz udowodnienie sobie, że jednak jestem ktoś. Debiutu się nie zapomina. Zwłaszcza, gdy bieg w ukochanym Krakowie, a plan zrealizowany z 8 minutami zapasu. W konspiracji dodam. Sam medal równie urodziwy - duży, ciężki i taki klasyczny, z laurowym wieńcem. A na nim - nie wiem skąd - plamka jakaś. To na pewno wyschnięta łza szczęścia. Przebiegłaś Bo maraton - teraz możesz wszystko. Ta głupia i banalna myśl naprawdę potem w kilku nieciekawych momentach pozwalała mi nabrać dystansu i kazała nie przejmować się idiotami.


1. Maraton Warszawski
Zwycięzca. Zupełnie jak ja 30 września. Same pozytywne emocje i wspomnienia mam z tego maratonu. Mojego drugiego maratonu. A bałam się przeogromnie. Stuprocentowa realizacja planu, życiówka, finisz ładny i piękna (zwycięska) walka ze sobą na trasie. Zostałam Bohaterką pełną gębą, bez żadnej ściemy i marszu. I jaka ja szczęśliwa byłam po wszystkim! I jak mi wszyscy potem gratulowali! I ta fotka z mety jaka radosna! Medal przecudny, duży, kolorowy o ciekawej, niebanalnej kompozycji z motywem nawiązującym do szarfy na mecie oraz Kosza Narodowego. No i dziurkę ma, a nawet dwie ;) I podpisali mię. I za to wszystko zdecydowanie Number One.


Przebiegłam dwa maratony, mogę wszystko. Czasami wciąż tak myślę. I co najgorsze - wierzę ;)

27.10.2012

Zaraz wracam

Nie będzie mnie. To znaczy będę, ale nie będę biegać. Dziś mam operację, a za kilka tygodni następną. Spox. Nic poważnego, będę żyć. To bardziej coś na kształt operacji plastycznej - nie, nie powiększam sobie piersi, ani nie zmniejszam nosia - ale biegać nie będę mogła pewnie przez 2-3 miesiące. Lub kurna dłużej, choć takiej myśli to ja nawet nie dopuszczam.

No a jak biegać nie będę, to o czym miałabym tu niby pisać? Mam wprawdzie kilka rezerwowych tematów w stylu "Uratowany paznokieć", "Ranking medali", "Najlepsza playlista ever", no i różne dziwne historie też przecież opowiadać umię...;) Zawsze mogę podsumować miniony rok i zaplanować następny, wypowiedzieć się na temat spódniczek do biegania, zrecenzować rajtki lub chociaż książkę biegową przeczytać. Albo o biegowych marzeniach ponawijać.

No ale nie wiem jeszcze czy będę pisać, nie wiem. Prosić można w komentarzach. Zapewniam jednak, że tematy dotyczące gojenia ran, zmiany opatrunku czy ściągania szwów nie będę tu poruszane. Bo - jakby kto jeszcze nie zauważył - tu jest z reguły miło, sympatycznie i radośnie. W skowronkach tu jest. I niech tak pozostanie.

Tak więc zaraz wracam. Chyba, że wcześniej oszaleję bez biegania tego lub - co też jest możliwe - po prostu mię dzisiaj nie wybudzą ;)

Już tęsknię.

22.10.2012

Bieg na Górę Gór. Hej!

No naprawdę. Jeszcze nigdy żaden bieg mnie tak nie sponiewierał. Nigdy aż tak bardzo bardzo nie umierałam na trasie. Nigdy nie czułam, że zaraz porzygam się ze zmęczenia i że za metą to będzie prawdziwy koniec, koniec wszystkiego. I nigdy ostatnie 100 metrów nie było tak długie (i strome). Naprawdę.


Kasprowy Wierch - moja najwspanialsza, najogromsza, najpiękniejsza do zjeżdżania góra w Polsce. Namiastka włoskich Alp i austriackich lodowców. Góra Gór. Uwielbiam ją zimą, ale jakby ktoś rok temu powiedział mi, że będę na nią wbiegać, ojtam że jesienią, pomyślałabym o nim świr. A tymczasem wbiegłam/wszedłam nań. I sama się temu dziwię.

Do Zakopanego dojechaliśmy wspólnie z Kazimierzem z Krakowa. Dałam ogłoszenie na makaronypolskie, że szukam transportu z Krakowa na ten bieg. Po raz pierwszy to zrobiłam, pełna obaw, ale też raczej niespecjalnie oczekująca na odzew. Generalnie to ja nie lubię prosić, niezręcznie mi też na siłę podczepiać się pod innych, ale skoro jest taki dział w portalu, nie szkodzi spróbować pomyślałam i zamieściłam swój anons. Odzew był tego samego dnia, więc mogłam modyfikować plany i zamiast piątkowego wypadu do Zako, za którym delikatnie mówiąc nie przepadam raczej, pakować się do Krakowa, by odwiedzić siostrę swą i moich kochanych siostrzeńców. Moich ukochanych i głośnych siostrzeńców. Podróż przebiegła bardzo miło, zwłaszcza, że ostatecznie dołączył do nas w Krakowie także Paweł, kolega z teamu.


Na miejscu, w biurze zawodów spotkaliśmy jeszcze Beatę i Andrzeja. O proszę, co się dzieje, zaczynam na biegach spotykać znajomych biegaczy. To bardzo miłe. Po odbiorze dość wypasionego pakietu startowego (techniczna koszulka, skarpetki, buff, baton, bon na obiad i kupon zniżkowy do sklepu) i przebraniu się w biegowe ciuszki, zaczęłam obserwować co i kto dzieje się dookoła. Na bieg, który był finałem jednej z ligi biegów górskich, zjechali sami najlepsi polscy górale. Długosze, Świercogi, Ulfiki, Zatorskie itp. Generalnie wystarczyło popatrzeć na łydki (paczałam), by stwierdzić, że prawie nikt nie znalazł się tu przypadkowo. I wszyscy gadali, że dobra pogoda i że na pewno padnie rekord trasy (padł).

Ubrana byłam prawie prawie. Niepotrzebnie może targałam buffa, rękawiczki i ortalion, ale osłuchałam się, że z górami nie ma żartów, że wieje, że pokorę trzeba zachować i lepiej mieć z sobą więcej niż mniej, więc postanowiłam nie ryzykować. I chyba dobrze, bo jakbym pobiegła całkiem na krótko, to z pewnością byłoby załamanie pogody, oberwanie chmury, burza z piorunami, grad i tsunami. A tak - wraz z mym ortalionem w groszki - zapewniliśmy wszystkim bardzo ładną pogodę. Można dziękować.

Start o godz. 10.00 spod ronda im. Jana Pawła II. Najpierw ok. 1,5 km asfaltem pod górę do Kuźnic, a potem skręt na zielony szlak, gdzie wszystko dopiero miało się zacząć. Już od linii startu było pod górę, a wszyscy ruszyli jakby to płasko było lub w dół nawet. Ja oczywiście z nimi, przecież nie będę człapać w ogonie i zamykać całej stawki, nie? I wtedy już jakoś dziwnie poczułam, że najbliższe 90 minut nie będą należeć do najprzyjemniejszych i najprostszych w moim życiu.

Generalnie dało się biec do 3-4 km. Było pod górę, ale w normie - podbiegi przeplatane niewielkimi wypłaszczeniami, na których można było złapać oddech. Jak mi się biegło? A jak może się biec pod górę, gdy człowiek wkłada w ten wysiłek maksimum swych mocy? No właśnie. Skupiałam się na tym by biec, by nie szarpać, by trzymać w miarę równy oddech i tempo. Człapu człapu, czy ja aby nie biegnę w miejscu? Patrzę na Garmina - nie, jednak się przemieszczam, dobrze. Szlag mnie tylko trafia, jak wyprzedzają mnie inni. Życie. Skąd u nich ta moc?

Na Myślenickich Turniach, gdzie ustalono limit 1 godziny pojawiłam się po 38 minutach. Hmm, nie jest źle, machnęłam nawet do jakiegoś fotografa i mknę dalej. Marsz, bieg, marsz, bieg. Podczas marszu dłonie same lądują mi na udach (moich) - naprawdę tak jest lepiej i szybciej. Wyprzedzam kilku facetów. To lubię. Woda, napiłabym się wody. Niestety nie było żadnego punktu odżywczego, co nawet rozumiem wiedząc, jaki syf panować potem może w jego okolicach. Ale co za idioci w Parku Narodowym wyrzucają puste opakowania z żeli? No niestety, idioci znajdą się wszędzie. Woda, woda. Nie myśl o wodzie, myśl o Górze. Już niedługo, jeszcze tylko 3 km. Już tylko 2 km.

Te ostatnie 2 kilometry to była jakaś masakra. Oczywiście już tylko marszem. Miejscami trzeba było tak bardzo wysoko unosić kopytka, że myślałam że jakoś się ponaciągam niebezpiecznie. I wspinać się, wspinać. I jeszcze coś ciągle mi gada, że szybciej, że tam jakaś kobiałka z przodu w niebieskim i że fajnie byłoby ją wyprzedzić. Zaczyna boleć mnie kręgosłup (a że długi, to jest co boleć) i zatykać w klatce piersiowej, coraz trudniej mi się oddycha. Boli. A głos swoje: szybciej, szybciej. Wyobraźcie sobie swój najtrudniejszy i najcięższy trening interwałowy. Usuńcie z niego przerwy. Pomnóżcie zmęczenie razy dwa i dodajcie podbieg. Tak się czułam. A nawet bardziej.

Jeszcze tylko kilometr. Wyprzedza mnie jakaś kobieta w białym. A niech wyprzedza. Wszyscy mnie, kurna, wyprzedźcie najlepiej. Pierdolę to! Powietrza chcę, wody.
500 m. Tylko nie pacz Bo w górę, Garminowi się poprzyglądaj. Złamię 1:20, czy nie? A czy to ważne? Niech będzie nawet 1:30, ale niech to się już skończy.
300 m. To się nie dzieje naprawdę, to jakaś masakra jest. Czemu, do jasnej, nie zrobiłam jakiegoś treningu po schodach?
200 m. Nie wiem jak, ale wyprzedzam tę babkę w niebieskim, i jeszcze jedną w fioletowym. Aua. Wody!
100 m. Słyszę doping tych, którzy już ukończyli, paczę w górę. I po co tam patrzyłaś? Jezzzu jak wysoko! Zaraz się porzygam, nie wiem tylko czy na prawo czy lewo.
Jak ja pokonałam te ostatnie 100 m? Nie mam pojęcia. Wiarą? Siłą woli? Boskością swą? Pokonałam, choć na pewno było to najdłuższe i najtrudniejsze 100 m w moim biegowym życiu.

Za metą usiadłam i powtórzyłam tylko "Ja pierdolę". Położyłam się na kamieniach. Paweł mówi, żeby głowa między kolanami. Porzygam się, czy nie? Po jakiś 5 minutach dochodzę do siebie. Otwieram oczy. Bobże, jak tu pięknie! Ile ludzi! Jak kolorowo! Jakie widoki cudne! I jaka ja szczęśliwa jestem! Zdjęcia sobie róbmy, zdjęcia! Piję milion kubków serwowanej przez organizatorów wody z sokiem malinowym. Pyszne! Czuję radość, dumę i satysfakcję. Góra Gór zdobyta! Stało się!
I tak jak w trakcie biegu ta piekielna Góra uświadamiała mi nonstop, jak bardzo jestem mała i malutka, tak teraz - jak nic - znów poczułam się wielka ;)

Założyłam sobie, żeby ukończyć ten bieg (dobre sobie, bieg) poniżej 1:30. Optymistycznie myślałam o wariancie 1:25, a nawet ciut mniej. Wyszło 1:20:36. Czyli bosko. Oczywiście żal, że nie jest 1:19, ale to już gada Diabeł, nie ja. Bo naprawdę jestem mega zadowolona. Byłam 193 na 331 wszystkich świrów i 16 wśród 55 kobiałek (7 w kategorii).

Bez śniegu na Kaspro trochę tak dziwnie...  
To że uwielbiam biegi górskie to jasne. Tak sobie myślę, że chyba jednak wolę bieganie w stylu anglosaskim (pod górę i w dół), niż w alpejskim (naparzanie tylko pod górę). W anglosasie jest po prostu radość w trakcie biegu, a nie tylko po jego zakończeniu. Jest szansa, by na zbiegach złapać oddech, jest wiatr we włosach i świadomość, że to co się straci maszerując pod górę zawsze można nadrobić w dół. I człowiek przemieszcza się jakoś szybciej. I ten wysiłek jest o mniejszym stopniu intensywności, i płuca są na swoim miejscu. No po prostu łatwiej jest. I przyjemniej.

Co nie znaczy, że rywalizacja: Góra vs Bo została zakończona. Za rok przekonamy się, kto tu tak naprawdę jest wielki.
Hej!

16.10.2012

Na natury mymłon powróciwszy

Mówcie co chcecie. Że płasko, łatwo, bezpiecznie, niedaleko od domu i z szansą na spotkanie, machanie i pozdrawianie innych biegaczy. Że super jest bieganie w mieście, nawet jeśli światła na skrzyżowaniu. Tak. Jest super, nie przeczę, też bardzo lubię (zwłaszcza jak mam fajną muzę w uchach) i wcale nie zamierzam rezygnować.
Ale najprawdziwszą i jedynie słuszną frajdę daje mi dopiero wypad na kros za miasto. Do natury, do lasu, na pola, na nierówności, zakręty, błoto, wystające konary, szurające liście i pałętające się kamienie.

Jak ja dawno nie biegałam krosów przez to całe maratońskie i pomaratońskie zamieszanie. Błąd! Na szczęście w porę naprawiony. Trochę też z konieczności, bo jakby kto nie wiedział, nie do końca przymyśliwując całą sprawę, zapisałam się na bieg na Kasprowy. Tak, na TEN Kasprowy (8,5 km i ponad 1000 m przewyższenia!). Po obejrzeniu zdjęć i wideo z ubiegłych edycji zaczęłam się zastanawiać czy bardziej to ja szalona jestem czy głupia. Chyba jednak głupia. Taka wspinaczka? W śniegu? W rządku takim, gęsiego? A co, jak mi się noga umsknie, to polecimy tak wszyscy w dół do Kuźnic? Omamo. No nic, zapisane, zapłacone, w zeszłym tygodniu zrobiłam kilkanaście morderczych podbiegów nieopodal, a na dziś zaplanowałam kros.

Wybraliśmy się za miasto w siódemkę. Chłopcy w czwórkę razem, a my z GazElą i borsukiem za nimi. Borsuk to mój saab (96). Dla niego to już chyba ostatni wypad w teren w tym roku, bo na sen zimowy się udaje niebawem, nie lubi soli, zimy i do marca garażować będzie i czekać. Ciężka ta rozłąka, ale co począć?


Noo, takie bieganie to ja rozumię! Na dodatek w deszczu (jakbym dawno w deszczu nie biegała). Działo się! Zaczęliśmy razem, a potem jakoś peleton się rozerwał i nim się obejrzałam biegłam sama. Miały być cztery pętle po 3 km z hakiem każda, a wyszły trzy. W połowie drugiej, ktoś bowiem zgasił światło i zaczęło być naprawdę ciemno (a może to w lesie szybciej noc zapada?). Poza tym 3 razy się pogubiłam, dwa razy wywróciłam (kto tam kurna tyle śliskich liści narozrzucał?) i tylko kilka razy przeszłam do marszu. Kros jest męczący. Kros daje popalić. Kros przypomina, że dupa z ciebie nie biegacz, czy biegaczka. Kros jest boski. Kto krosa jeszcze nie biegał niech zacznie. Polecam.

Co jeszcze? Miniony tydzień upłynął mi na zbieraniu gratulacji i lajków za udany półmaraton i jeszcze lepsze bohaterstwo na Narodowym. Tłumaczyłam jaki dystans ma maraton i półmaraton, odpowiadałam na różne pytania w stylu: o czym myślę podczas biegania, co wówczas jem i piję, czy w deszczu to nie zimno oraz po co ta złota folia na mecie. Niektórzy nawet, pozując na znawców tematu, kalkulowani ile zabrakło mi do zwycięstwa oraz twierdzili, że na pewno jak potrenuję więcej i mocniej to złamię trójkę. I oczywiście pytali też, kiedy biegnę New York. Odpowiadałam więc na e-maile, udzielałam się w komentarzach dziękując za gratulacje i przekopywałam galerie, by zobaczyć swoje same udane, uśmiechnięte, odmładzające, wygładzające i wyszczuplające zdjęcia. To był naprawdę bardzo ciężki tydzień. Dobrze, że już jest za mną.

A potem w sobotę był Test Coopera, w którym poprawiłam wynik o 220 m sprzed roku oraz o prawie 100 m z wiosny (w sumie wyszło 2770 m, fanfary). Moja radość po była równie wielka jak generalna nienawiść do tego testu. Bobże, jak ja go nie lubię! Naparzać trzeba w kółko przez 12 minut, z czego (przynajmniej tak było u mnie do tej pory) ostatnie 6 minut to umieranie. Teraz postanowiłam spróbować inaczej i pobiec spokojniej. O ile spokojniej odnosić się może do prucia w tempie 4:20coś. Czyli najpierw szybciej, potem wolniej na złapanie oddechu i dopiero potem lufa ile sił w nogach, płucach i głowie. Sprawdziło się, wyszło, działa, polecam. Wprawdzie przez ostatnią prostą (która w rzeczywistości była łukiem) mknęłam szybciej niż sam Felix w stratosferze i myślałam, że serce mi wyskoczy, ale wykręciłam ładny wynik. Zuch dziewczynka.

W niedzielę, po zaliczeniu porannej 18-stki, zasiadłam do kibicowania Poznaniakom. Niewiarygodne, nie sądziłam, że tak fajnie jest śledzić tabelę wyników oraz obserwować w streamingu wbiegających na metę maratończyków. Oraz ich radość i szczęście. Wciągnęło mnie normalnie jak Teletubisie potrafią przykuć do ekranu moich siostrzeńców. Kurde, co takiego jest w tym maratonie, że ja odbieram go tak bardzo bardzo? Wzruszam się, przeżywam, emocjonuję. Mam nadzieję, że mimo iż czuję mietę do biegów górskich, z maratonem będzie tak zawsze. Że maraton nigdy mi nie spowszednieje i że do końca świata będzie ta chemia i wielkie rozentuzjazmowanie. Bez względu na to kto biegnie, ja czy Ktoś inny ;)

Się rozpisałam normalnie. A o naturze miało być.

11.10.2012

Moja druga taka jesień

Nostalgicznie. Ponieważ szuranie liści pod butkami, deszcz, wiatr niewtymkierunkucotrzeba oraz problemy z oszacowaniem ile warstw mam na siebie włożyć na trening, uświadomiły mi, że przeżywam właśnie swoją drugą biegową jesień...

Bo tak naprawdę to rok temu - jesienią właśnie, a nie latem kiedy wstępnie badałam teren i swoje możliwości - moja przygoda z bieganiem zaczęła się na dobre. Z tego okresu pamiętam głównie bolące kolana okładane wieczorami lodem oraz ledwowchodzenie po schodach po przebiegnięciu 8, a potem (hurra!) 10 km. Ponad cztery razy tyle w maratonie mam przebiec - myślałam - to jakaś masakra, to się nie zdarzy, nie w moim przypadku, never. Potem była pierwsza 15-stka, 18-stka i pierwszy treningowy półmaraton. Umierałam ze zmęczenia, ale i z dumy, że się da, że potrafię, że biegam więcej, dłużej i że wciąż przesuwam granicę. Bloga po cichutku i tylko dla siebie pisałam, dopóki taki jeden (szpieg) mię nie nakrył i nie wykopał. Zarejestrowałam się na makaronypolskie, Runnersów zaczęłam czytać, a potem "Bieganie" i oczywiście "Biegiem przez życie" z biblioteki. I co wieczór o maratonie marzyłam. Wszystko w tajemnicy.

I nawet gdy wątpiąc, wciskałam się po raz pierwszy w długie, biegowe rajtki (czy tylko ja twierdziłam wcześniej, że nigdy czegoś takiego nie włożę?), to wiedziałam, że raczej na pewno jestem po właściwej stronie mocy.

Ale zleciało. Tymczasem ostatnio dostałam kilka e-maili, w których dziewczyny piszą, że jestem dla nich motywacją. Nooo, też się zdziwiłam, ale to bardzo miłe. Kto Bo pomyślał!!! Jedna z nich (pozdrawiam) zapytała nawet, jakim cudem przy tak krótkim stażu, biegam tak dobrze i szybko (!). Parafrazując, zapytała jakim cudem jestem taka boska. Powiedziałam krótko, cudów nie ma. Po prostu swoje trzeba wybiegać i raczej nie ma drogi na skróty. A poza tym po co na skróty? Najfajniejsze jest przecież gonienie królika.

Niedziela już za popojutrze. A więc tak jak trzymaliśmy kciuki za Wrocław, tak jak skutecznie dmuchaliście (miejscami przyznam ciut za mocno i nie w tę stronę) w Narodowy, tak teraz również ze wszystkich sił kibicujemy tym, co w Poznaniu!
A komu szczególnie, nie tylko ze względu na fajne ponoć łydki, to chyba wszystkie wiemy ;)

07.10.2012

Mokry podkoszulek

Tak, wiem to nieodpowiedzialne i książki mówią inaczej. Tak oczywiście, nie wypoczęłam po maratonie i za krótka to była przerwa. Tak, niestety, wciąż czuję nogi, a świeżość to ja chyba odzyskam dopiero na Wigilię. Tak, kurna, wiem, że na niedzielę zapowiadają załamanie pogody i że ma padać. No ale jak? Nie pobiec mam? U siebie? Gdy z naszej ekipy biegnie ponad 30 (!) osób? Nawet jeśli to półmaraton? Nigdy!

No i pobiegłam. W V Półmaratonie Rzeszowskim organizowanym w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy. Na szczęście odpuściłam sobie gadanie, że pobiegnę treningowo. Po prostu wiem, że na zawodach to ja nie umię i nie potrafię biegać na pół gwizdka. Nie da się. Ponieważ - jakby ktoś nie wiedział - na zawodach to trzeba się ścigać. Trzeba pruć tyle ile fabryka dała, a nawet i więcej! Od tego są zawody - tako rzecze Bo. Tak więc, biorąc pod uwagę swoją obecną pomaratońską formę, założyłam sobie taki plan: realnie - 1:50, a optymistycznie (i będzie wielka radość) - 1:45.

A pogoda miała być taka:

Czyli - powiedzmy - lepsze to niż upał, ale szału nie ma. Zdarzało mi się biegać w deszczu, nie powiem w lecie to przesympatyczne uczucie, ale zawody w mokrym podkoszulku to ja jeszcze nigdy. (I proszę, ciągle coś nowego i po raz pierwszy w tym bieganiu moim. Bardzo dobrze!).


No i prognoza pogody się sprawdziła. To znaczy nie do końca się sprawdziła, bo rano nie padało, a na dobre zaczęło lać w najbardziej odpowiednim momencie, tj. 10 min przed startem. Wszyscy okutani w kurtki, ortaliony i czapki, a ja planująca wyruszyć w koszulce na ramiączkach. 5 minut do startu i pada coraz bardziej. Biec z krótkim czy z długim? Z krótkim czy z długim? Takie decyzje podejmowane w ostatnim momencie zazwyczaj są złe. I w moim przypadku decyzja oczywiście była... zła. Pobiegłam z długim rękawem i potem na 8 km ku uciesze innych biegaczy oraz kibiców, których nie było, musiałam rozbierać się, przebierać, ściągać jedną koszulkę i zakładać drugą. Wesoło było. I goorąco ;)

Ani nie żółta, ani biała, ani czarna koszulka to ja.  
A opis biegu będzie krótki. Start honorowy o godz. 11, start ostry (też nie wiedziałam, o co w tym kamon) 5 minut później, no i wreszcie lecimy. I ruszyłam spokojnie. Z tyłu, powoli, roztropnie (podmienili mnie, czy jak?) Po 2 kilometrach i po złapaniu wreszcie sygnału GPS w gremlinie, postanowiłam trzymać tempo w okolicach 5:00 min/km i obserwować dalszy rozwój wypadków. Jakoś niespecjalnie mi się biegło na początku. Po pierwsze czułam jednak to zmęczenie, po drugie padało i miejscami wiało dość mocno. A po trzecie nuda panie, kibiców jak na lekarstwo, nie ma komu machać i do kogo się wydurniać ;) Potem na szczęście dołączyła do mnie koleżanka z "teamu" Ela (GazEla) i teraz już było ciut lepiej. Biegłyśmy razem prawie na całej trasie, raz jedna ciągnęła, raz druga i  było całkiem ok. Czyli ja jednak umiem biegać z kimś, to dobrze. Bo z Elą to my planujemy coś na przyszły rok. Coś wielkiego, ogromnego, zapierającego dech, ale nie powiem jeszcze co.

A na trasie dopingowały mnie takie transparenty. Wszyscy klikamy "Lubię to!".

Go Łosiu! Teraz to już poważnie myślę nad zmianą nazwy bloga.
I biegniemy tak sobie z Elą, a miejscami również z Pawłem, po 4:55-5.00. Ciągle pada, podkoszulek mokry, czapka mokra, bucie mokre. Ale jest fajnie. Teraz już nawet deszczu nie czuję, a kałuże nie robią żadnej różnicy. Chlapu, chlap, chlap. Tak naprawdę to zalogowałam się do tego biegu dopiero po 10 km, wtedy złapałam swój rytm i biegło mi się naprawdę nieźle (jak na takie tempo). Na tyle nieźle, by na drugiej pętli, w okolicach 18 km, rzec "podkręcam". I zaczęłam przyspieszać. A im szybciej biegłam, tym bardziej wytrzeszczałam oczy, że mam moc. Bo niby skąd? A dodam, że nie było to jakieś lajtowe przyspieszenie. Ostatnie 2 km w tempie 4:35! Standing ovation! Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień! Nie powiem, pod koniec myślałam, że umrę na tej kostce brukowej, że romantycznie skonam w strugach deszczu i rozłożę się na trasie w mym mokrym podkoszulku. Ale prułam. Wizja wykręcenia dobrego wyniku była silniejsza. Silniejsza niż wszystko.

Taki ładny rynek mamy w mieście.
I teraz, drodzy Państwo, przechodzimy do najważniejszego. Nie, życiówki nie ma, ale jest dobrze. Bardzo dobrze. 1:43:50! Taadaam! Tydzień po maratonie taki wynik? Moja bo-skość mnie poraża. I jakby tego było mało, 2 miejsce w kategorii! Sam prezydent miasta i jakiś tam posł ściskał rękę mą wręczając torbę z nagrodami. A w torbie: słuchawki sportowe jabra (!!!), bon na 100 zł do sklepów GoSport i balsamy do stópć i  rąk. Czy tylko mi dłonie same składają się do oklasków? ;)

Ale się cieszę normalnie! I tylko nie wiem z czego bardziej, czy z tych słuchawek czy ze wspaniałego 2-kilometrowego finiszu. No dobra, po równo się cieszę.

06.10.2012

Nie ogarniam tego Pana Jurka

- powiedziałam kiedyś fejsbuce. Ogarniesz Bo, jak zaczniesz biegać ultramaratony - odpowiedział mi Robert, ultramaratończyk. I coś w tym jest. Ale książkę ogarnęłam szybko, a polecam jeszcze bardziej.

Scott Jurek, Steve Friedman "Jedz i biegaj".


Tak, to jest opowieść o wielkim człowieku, fantastycznym ultramaratończyku i jego kosmicznych osiągnięciach. Kosmicznych! Tak, jest to niezwykła podróż po świecie amerykańskich, a potem już nie tylko amerykańskich ultrabiegów. Tak, po raz kolejny przypominają nam, jak ważnym elementem życia sportowca jest dieta. Mądra dieta. Bo przecież, jesteś tym czym jesz. Jest też to książka o konsekwencji i uporze, o przełamywaniu barier, walce, bólu, łzach i cierpieniu na na trasie. Oraz o czerpaniu sił z własnej niemocy i o odkrywaniu nowych, ogromnych pokładów energii, które tkwią (ponoć) właśnie za tym bólem. To opowieść o samotności długodystansowca, ale też o przyjaźni i przyjacielach, którzy są w najważniejszych momentach.

Książka niebywale motywująca, inspirująca, zachęcająca do biegania. Do biegania - jak z hasła Salomona - tam gdzie kończy się asfalt (a zaczyna wolność).

Ale. Czasami miałam wrażenie, że czytam historię nieszczęśliwego człowieka. Ciągle poszukującego, dążącego, uciekającego. Który w pewnym momencie (a może i od początku?) staje się strasznym więźniem własnej ambicji. Który zatraca się w dążeniu do perfekcji, w osiąganiu kolejnych zwycięstw oraz w pragnieniu bycia jeszcze lepszym. Najlepszym! "Nikt tak bardzo jak ja nie pragnie wygrywać" - pisze Scott. Kurde, to musi być masakra, cały czas pod taką wewnętrzną presją. W więzieniu własnej doskonałości...

Czy gdyby Scott wciągał kabanosy, na śniadanie zapodawał jajecznicę z boczkiem, a na obiad wielką furę spaghetti osiągnąłby takie wyniki? Z książki wynika, że nie. Że - obok morderczych treningów - to właśnie wegańska dieta i bazowanie na nieprzetworzonych produktach roślinnych z roku na rok czyniły go mocniejszym i szybszym. Sama nie jem mięsa od hohoho lat i myślałam, że może znajdę u Scotta jakieś inspiracje do wzbogacenia mojej (bądź co bądź ubogiej) diety. Bo ja generalnie (wiem, zła Bo, niedobra) nie za mądrze się odżywiam. Ale inspiracji nie znalazłam, mimo iż Autor podaje gotowe przepisy. Przekombinowane to, zbyt skomplikowane, zbyt (no właśnie!) perfekcyjne i dopracowane. Poza tym raczej ciężko w sklepie za rogiem dostać pastę miso, tempeh, sos tamari, komosę piżmową, chipotle w zalewie adobo, korzeń kurkumy, mąkę z prosa i szałwię hiszpańską. Raczej ciężko te produkty znaleźć, albo może ja źle szukam.

I choć czasem ciut natchniony i nazbyt - jak dla mnie - uduchowiony, Scott to fajny i sympatyczny gość. Zawsze po ukończeniu biegu zostaje na mecie, by kibicować i gratulować innym biegaczom. I takie loczki ma ładne, i łydki ;) I namącił w mych marzeniach (znowu ktoś!).

By biec przez 24 godziny lub dłużej. Mieć bóle mięśni, skurcze, problemy z trawieniem. Doznawać ze zmęczenia halucynacji i przysypiać w biegu. Oraz dochodzić do granicy bólu i potem przekraczać tę granicę. By przebiec ultramaraton. Kiedyś to zrobię. Marzyłam już dawniej, a teraz po przeczytaniu książki, wiem to na pewno. Dzięki Scott.

A tymczasem Jedzcie i biegajcie. I czytajcie! Amen.

01.10.2012

Bo Bohaterką. Nie tylko Narodowego ;)

Sama nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że mission complete (yeah!!!)? A może od tego, że bolało, i że wygrałam (tak, wygrałam) ten bieg głową? A może od tego, jak łzy płynęły mi ze szczęścia, gdy wbiegałam na Narodowy i że takie ciary, jakich ja nigdy dotąd? A może trzeba zacząć od podziękowań dla kibiców, tych na i pod mostem Poniatowskiego, na Ursynowie, na ul. Puławskiej oraz głośnego i fantastycznego dopingu na ostatnich kilometrach? Oraz dla moich strategicznie rozstawionych na trasie trzech czterech kibiców własnych? Albo, że generalnie fajna to impreza była? Albo, że mam dwie wiadomości: dobrą i złą? No nie wiem. Może zacznę więc najprościej. Czyli od początku.

Strategia na 34. Maraton Warszawski była prosta. Znając swą porywczą naturę biegaczki i nieumiejętność trzymania równego tempa, postanowiłam jak rzep uczepić się doświadczonych i mądrych Zajęcy prowadzących na 3 godz. 45 minut i nie puszczać ich do 30 lub 35 km. Potem ocenić miałam siły i albo przyspieszyć, albo walczyć o przetrwanie. Ale kiedy po jednej rozgrzewkowej przebieżce dochodziłam do siebie ponad minutę, to czułam, że to raczej nie będzie mój dzień. I że pewnie przyjdzie mi jednak walczyć o przetrwanie.

O swych rozterkach zapomniałam szybko, gdy tuż przed strzałem startera (którego niestety nie było specjalnie słychać) zabrzmiał "Sen o Warszawie" (tak, znowu się wzruszyłam), a potem gdy stopniowo dochodziliśmy do linii startu (w małym zamieszaniu co prawda) to już całkiem nie było miejsca na marudzenie. To się dzieje Bo! Naprawdę biegniesz swój drugi maraton! Run! (serio tak sobie gadam, pomaga). Zapipczała mata i let's go!


No i ruszyłam za Zającami. Było ciasno, ciągle albo ktoś mi, albo ja komuś skrobałam marchewki. No ale biegliśmy. Potem po kilku kaemach Panom Zającom zaplątały się baloniki. I jak je w biegu zaczęli rozwiązywać zwalniając do tempa ponad 6:00 stwierdziłam, że lecę swoje, bo nie mam zamiaru nadrabiać tego potem 2 razy szybciej. I znalazłam kolegę Sławka, z którym biegliśmy miło i równo kilka następnych kilometrów. Potem dogoniła nas grupa 3:45, Sławek postanowił biec swoje, a ja przez jakiś czas trzymałam się z Zającami (nie za nimi, ale tuż przed całą grupą). A potem jakoś jednak złapałam swoje - wówczas dość komfortowe - tempo w okolicach 5:10-5:15, włączyłam tempomat i stopniowo oddalałam się od Zajęcy.

Czyli jednak sama. Bo ja - zdaje się, że już mówiłam - to chyba jednak wolę biec sama. Bez napinki, bez odpowiedzialności i stresu, że odstaję w tę czy tamtą stronę. I zerkając raz po raz na garmina kontrolowałam tempo i biegłam swoje w okolicach 5:15. Czyli z drobnym zapasem na ostateczny wynik 3:45. Kilometry mijały, 12 km i żel, 15 km, potem transparent "Jeszcze tylko 25,5 km", półmetek. Dobrze mi się biegło. Nie jakoś specjalnie lekko (ustalmy, w tym tempie nie biegnie się lekko), ale było ok. Była radość, uśmiechanie się do obiektywów, machanie do kamery, darcie się do znajomych, gdy mijaliśmy się na agrafce, przybijanie piątek kibicującym dzieciom i zagadywanie do innych biegaczy (nie za dużo i często, ale z nudów po prostu czasem tak wychodzi).

Potem wbiegliśmy do zamkniętego i niedostępnego na co dzień Parku w Natolinie. Las, kostka brukowa i spory podbieg. Niektórzy przechodzą w marsz, inni zwalniają i to bardzo, ja staram się ciągnąć swoje i chcąc nie chcąc wyprzedzam całkiem sporą grupę biegaczy. Udało się, straciłam trochę, ale nie tyle co inni, więc jestem dobrej myśli. 25 km i żel.

I kurna nastał 27 km. Zaczęło boleć - łydki, uda, pośladki, brzuch. No nieźle pomyślałam, coś za wcześnie jak na ścianę. To ci się zdaje Bo, ściana nie występuje na tym etapie maratonu, ściany nie ma, a w ogóle jaka ściana, nie marudź tylko leć. W końcu to na 30 km masz ocenić co dalej, więc przynajmniej musisz do tego momentu dobiec. A dodam, że pogoda nie ułatwiała sprawy, słońce naparzało, a porywisty wiatr niewtymkierunkucotrzeba naprawdę odbierał siły i nadzieję na wszystko (doszło nawet do tego, że zaczęłam uprawiać drafting chowając się za plecy jakiś barczystych i wysokich biegaczy). I na tym trudnym i wydawało się niekończącym się etapie trasy, bardzo pomogli nam kibice z Ursynowa, gdzie zorganizowano specjalną strefę i panowała tam iście piknikowa, radosna i motywująca atmosfera. Dziękować z całego serca, dziękować!

Na 30 km stwierdziłam, że o przyspieszaniu to raczej pomyślę innym razem, a teraz najważniejszym zadaniem jest "tylko" utrzymywanie tempa. Tylko. Motyla noga, naprawdę było ciężko. Odliczałam sobie fragmenty: do świateł, do zakrętu, do punktu z wodą i do następnych świateł. Doping pomagał, ale niestety tylko doraźnie.

32 km. Coraz bardziej boli. Ale wciąż jadę, paliwa nie odcina, więc jest całkiem wporzo. Bo, wytrzymaj do 35 km i potem zobaczymy. Utrzymuj tylko tempo, jeśli nie poniżej to choć w okolicach 5:20. Auć, boli coraz bardziej. Niektórzy biegacze przechodzą w marsz, inni rozciągają się z boku próbując walczyć ze skurczami. Na 33 lub 34 km mijam maszerującego Pawła, oczywiście klepię go po ramieniu, krzyczę "Dawaj chopie, do roboty!", On patrzy na mnie jak na idiotkę (???) i... maszeruje nadal. A ja biegnę, i to - o dziwo - coraz pewniej i szybciej. Niebywałe, ale ta słabość i niemoc innych - mi właśnie dodawały sił. Nie wiem jak to wytłumaczyć... Chyba nie jestem wampirem energii? ;)

35 km i ostatni żel. No dobra, na czym to my stoimy? Bo, może dasz radę podkręcić, hę? Dałam radę. Przez kilometr. Na więcej niestety zabrakło sił. No dobra, nie od razu Rzym zbudowano, nie musimy dziś łamać 3:30, utrzymujmy tempo w okolicach 5:20 do 40 kilometra i będzie dobrze. Przecież stamtąd widać już Narodowy i poolecisz! Boli? To przypomnij sobie, co mówił Scott Jurek (skończyłam czytać w wieczór przed maratonem) - dopiero za tym bólem tkwią nowe pokłady siły i energii. Boli? A kto mówił, że nie będzie bolało? Walcz. I walczyłam. Byłam tak cholernie zmotywowana, zdeterminowana, wkurzona na ten maraton, że po prostu nie mogłam mu teraz odpuścić. Biegłam głową. A potem faktycznie, gdy zobaczyłam Narodowy to był jeden wielki kop. Ostatnie 2 kilometry przemkłam w tempie 4:55. Kosmos!

A kto tam spogląda przez dziurkę od medalu? 
A jak wbiegałam na Narodowy, gdy jeszcze jakiś chłopak krzyknął "dawaj, dawaj blondyna" (hihi), gdy zobaczyłam mnóstwo ludzi na trybunach i wbiegłam w szpaler wychylających się w kierunku biegaczy kibiców klaszczących i drących się w niebogłosy, to po prostu wymiękłam. Taka euforia, takie szczęście, taka radość i ciary, że nie da się tego opisać. Triumfując, z rękami w górze przebiegłam linię mety z czasem 3:42:36 netto (średnie tempo 5:15). 47 wśród ponad 700 kobiałek! Popłakałam się. To było prawdziwe zwycięstwo. Nad bólem, brakiem sił, zmęczeniem i diabelskim głosem, że nie dam rady. Prawdziwa Bo Bohaterka. Bohaterka nie tylko Narodowego. Bohaterka Wszystkiego! :)))

Żeby nie było, że coś ściemniam. Czas brutto się wyświetla.
Czy mogłam pobiec lepiej, szybciej, mądrzej? Nie mam zielonego pojęcia ;) Starałam się trzymać równe tempo przez cały czas i obie połówki wyszły mi prawie identyczne. Może nie powinnam opuszczać Panów Zajęcy? Może faktycznie przed półmetkiem było ciut za szybko i przez to nie mogłam wykrzesać już z siebie dodatkowych mocy na podkręcenie w końcówce? A może ten podbieg w Natolinie za ostro? Albo zbyt dużo energii traciłam na "komunikację z otoczeniem"? A może jednak ja pobiegłam dobrze? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Najważniejsze jednak, że się udało. Zrealizowałam plan, złamałam 3:45 ze sporym i imponującym mi zapasem. Zrobiłam to!
Medal. Niby fajny bo kolorowy. Ale ja wolałabym większy i cięższy ;)
I to jest właśnie ta dobra wiadomość. Że się udało, że mam wiarę, siłę, męstwo i że moja psyche potrafi zdziałać cuda. I że jestem w związku z tym wielka, wyjebista i boska. Ale mam też złą wiadomość. Szybciej to ja już nie pobiegnę. Nie potrafię, nie da się, fizyka i biologia mają swoje prawa. A szkoda wielka, bo gdy tak paczę na te maratony, podziwiam kolegów i szybsze koleżanki, kalkuluję i sprawdzam wyniki, to stwierdzam, że dopiero 3:39 to taki fajny wynik jest. Bardzo fajny. Który aż się prosi, aby o niego powalczyć na wiosnę... ;)

<fotki będą, jak wykopię>

28.09.2012

No to lecem!

<No po prostu musi być kolejny wpis, pod którym można mi życzyć powodzenia ;)>
A więc niech się dzieje! Maratonie przybywam!

Wzięłam się w garść i już nie jojczę. Trzy razy przeczytałam wpis kgb (ależ to jest pięknie napisane! jeszcze sobie potem poczytam kilka razy) no i podbuzowana jestem! Podjarana na maxa. Leeet's go Bo!

A czy się uda, czy nie zrealizować plan 3:45 - who cares? W końcu kamon, biegnę swój drugi maraton! (no i się znowu w tym momencie wzruszam). Ponad 2360 kilometrów przebiegniętych od stycznia, nie mniej niż cztery, a zazwyczaj pięć treningów w tygodniu, mróz, upał, deszcz, bolące biodra, kolana i stopy, zakwasy. Długie godziny przed lustrem w biegowych stylizacjach. Ciągła walka z diabłami oraz organizowanie życia, tak by zawsze znaleźć czas by potruchtać... Nie. To nie przebiegnięcie maratonu czyni mnie mocniejszą. To małe kroczki, kroki, susy, którymi się do niego zbliżam, dopiero tak naprawdę sprawiają, że rosnę.

Czy zrobiłam wszystko, aby dziś móc powiedzieć sobie, że zrobiłam wszystko? Pewnie nie. Zabrakło treningów uzupełniających i siłowych, zdarzało mi się skracać te cholerne interwały, czasem był zbyt owczy pęd, a czasem zupełna stagnacja. Ale zrobiłam naprawdę dużo. A oceniając mój ostatniotygodniowy brak mocy, może się nawet i przetrenowałam. Bo przecież zawsze musi być dalej, szybciej, więcej.

Ale lecem! Co ma być to będzie. Proponuję tak: ja w niedzielę robię swoje najlepiej jak tylko umię (i nie robię dramatu, gdy się nie uda). A Wy kibicujecie realnie bądź wirtualnie i po 12.30 ze wszystkich sił dmuchacie w stronę Narodowego. Stoi?

Aha. I będę jednak na czarno.

25.09.2012

Pomożecie?

Słuchajcie Warszawiacy, przyjezdni i okolica. Jest sprawa. Pewnie nie wszyscy wiecie, ale w najbliższą niedzielę blisko 8 tys. ludzi biegać będzie po Warszawie. 30 września odbędzie się 34. Maraton Warszawski. I potrzeba nam kibiców.

Powiecie zapewne, w dupie was mamy. Po lesie sobie biegajcie, biegacze wy &#@&^%$@#$! Nie blokujcie nam ulic, mostów i wiaduktów! Sio za miasto i na wieś! Pozwólcie normalnie - jak każdej niedzieli - dotrzeć nam spokojnie do kościoła, na plac zabaw, nad Wisłę lub chociaż do galerii handlowej. Poza tym - jak zwykle od ponad 30 lat - nikt nas o tym maratonie nie uprzedził. Won!

A ja Wam powiem: kibicujcie! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo bardzo bardzo możecie nam swym dopingiem pomóc. I sprawić, że wielomiesięczne przygotowania uwieńczymy fantastycznym zwycięstwem. Ba, stać się może nawet coś więcej. Nie nam, ale Wam. Bo widząc nasz trud, wysiłek, ale i ogromną biegową radość oraz wiatr we włosach, sami zechcecie pobiegać. I pobiegniecie. Wiem to.

No. To skoro już Was przekonałam, to teraz konkrety. Jak można?

Po pierwsze primo zapoznajcie się z trasą 34. MW, by wiedzieć gdzie nas znaleźć (oraz ew. dla tych co nas nie lubią - jak ominąć). Jeśli zaś chcecie wiedzieć, o której godzinie w danym miejscu przebiegać będzie osoba celująca w konkretny czas (np. ja - na 3:45) skorzystajcie z tego ustrojstwa. Kibicować można albo wzdłuż trasy, albo na mecie, na płycie Stadionu Narodowego, który 30 września podczas trwania imprezy będzie dla wszystkich otwarty. Weźcie ze sobą dzieci, żony, kochanki, rodzeństwo, dziadków, znajomych i sąsiadów. Zróbcie tłum!

A po drugie primo, w kibicowaniu to już pełna dowolność np.
  • klaszczecie (tak długo, jak tylko się da)
  • wyczytujecie imiona z numerów startowych przypiętych do naszych koszulek i drzecie się się np. "Dawaj Bo! Ale super lecisz", "Jesteś naaaajlepsza!"
  • a jeśli bez imion, to choć po koszulkach np. "Brawo dla pani w różowym" (jeszcze nie wiem czy będę w różowym czy w czarnym, poinformuję w swoim czasie)
  • specjalne dopingujcie kobiałki - te okrzyki mobilizują nie tylko nas, ale i facetów (zwłaszcza gdy ich wyprzedzamy)
  • na tacy można mieć dla nas kostki cukru, czekoladę, kawałki pomarańczy i nas tym częstować (ale trzeba mieć tego sporo)
  • przybijacie biegaczom piątki i inne żółwiki
  • z boomboxa można też puszczać zapętlone powersongi np. to
  • masz gwizdek? gwiżdź!
  • masz wuwuzelę? dmij!
  • masz bęben? bębnij!
  • masz chorągiewkę? machaj! a kołatką kołocz!
  • na prześcieradle wysprejujcie na ten przykład "Run Bo!" albo jakiś inny transparent z motywującym i śmiesznym hasłem wykombinować można (np. świetny tekst z Cracovia Marathon "Obiad o 12.00")
  • samicośwymyślcie
Co się będę rozpisywać. Łomot trzeba zrobić. Hałas, radość wielką i entuzjazm, abyśmy zapomnieli o bolących stopach, sztywniejących mięśniach, zmęczeniu i niedajboże ścianie jakiejś nie do pokonania. Wielu z nas spełniać będzie swe marzenie i jednocześnie toczyć ogromną walkę ze słabościami, niemocą, brakiem sił i wiary. Oraz głosem, że nie dam rady. Pomóżcie nam swym dopingiem go zagłuszyć!

I jeszcze jedno. Tak, to oczywiste - przepięknie i szybko biegają ci z początku stawki. Ale to nam, całemu 8-tysięcznemu ogonowi doping jest najpotrzebniejszy. Szczególnie na ostatnich kilometrach. I to dla nas zdzierajcie gardła.

Za co niniejszym bardzo dziękuję prosząc równocześnie o trzymanie kciuków zwłaszcza za taką jedną ;) Najprawdopodobniej w różowym. Lub czarnym.

20.09.2012

Gadamy sobie

- Bo, dasz radę, jesteś twardzielką, nie takie rzeczy już przecież robiłaś, poza tym kto, jeśli nie ty ;) Będzie dobrze, bobrze. Solidnie przebiegałaś ten czas, musi się udać.
- Nie dasz rady Bo. Nie łudź się, jesteś ambitna, ale niestety to nie wystarczy. Fajnie, że masz marzenia, ale sorry. Nie będzie 3:45. Jeśli pobiegniesz tak jak w kwietniu to i tak będziemy się cieszyć. 3:44 byś chciała? LOL!

I tak mam od tygodnia. Gadamy sobie. Jednego dnia wierzę, bardzo wierzę, innego jest totalny dół.

Od ściany do ściany. Jak jest wiatr we włosach i gdy slalomem mknę pomiędzy spacerowiczami widząc fajne tempo na garminie i czując, że mam moc i siłę, to wierzę.
Ale jak sobie pomyślę, że wcale nie człapiąc (czytać: zapieprzając) przebiec mam tak 42 km, na dodatek po nudnym, płaskim i asfaltowym terenie (tak, tak, zblazowało mnie hasanie po górkach), jak słucham i czytam relacje o syndromie drugiego maratonu i związaną z nim porażką, jak obserwuję staty innych planujących podobny jak ja acziwment i jak kurna widzę ich spokój - to wiem, że się nie uda.

I oczywiście boję się jak diabli. Odliczam, kalkuluję, sprawdzam pogodę. Wizualizuję i wzruszam się widząc siebie na tym Narodowym. Czy uniosę ręce do góry? Czy na kolana padnę? Wyczerpana? Wściekła? Szczęśliwa? I czy radość będzie?

9 dni. Biegam wciąż sporo (wyjdzie w tym tygodniu z 70 km) - ale plan każe, sługa musi, zwłaszcza jak jest moc. Dopiero w przyszłym mam zluzować - nie znam się, nie mam wiedzy, ufam temu planu, zobaczymy.
Zaczynam się opychać. Marzę, myślę, śnię. Na ten przykład wczoraj. Śniło mi się, że na trasie trzeba było zaliczać punkty kontrolne i to gdzie? w akademiku jakimś... I że chip we włosy wpleść miałam. Cóż, interpretacji nawet nie szukam.

Wiem, że nic się nie stanie, jak się nie uda. Nic się nie stanie. Ale...
Pocieszać.

15.09.2012

Akcja regeneracja

Tydzień, calutkie 6 dni potrzebowałam, aby po biegu górskim w Krynicy dojść do siebie. Taki lajf, im człek starszy tym dłużej schodzi mu na wszystko - na regenerację też. A pamiętam jak dziś, gdy styrana po prowadzeniu kilku godzin fitnessu pod rząd potrafiłam rano budzić się rześka i wypoczęta. Pamiętam, gdy po wywrotce na rowerze wystarczyło otrzepać kolana, by dalej mknąć przed siebie. Albo jak strupki z "niewielką" tylko moją pomocą (kto nie lubi zdzierać strupków?) schodziły po dwóch dniach. Ehh... Te se ne wrati. Babciu Bo. Ne wrati.

No ale jezdem z powrotem. Ciut stęskniona za bieganiem, z wciąż szczykającym lewym biodrem-pośladkiem oraz (nowość!) z bolącym palcem u prawej stopy. Bo jakby ktoś nie wiedział, sport to zdrowie.

A akcja regeneracja przebiegała pod znakiem powolnego dreptania po 10 km w niedzielę i w poniedział, całkowitego zawieszenia biegania na wtorek i środę, próby biegania WB2 w czwartek (11 km w tempie 4:59, ale ciężko) oraz - i to jest najciekawsze - masażu. Prawdziwego! Pierwszego, nie licząc pakietowego masażu po Cracovia Marathon, prawdziwego, profesjonalnego masażu w mym życiu.
I nie był to masaż miły i relaksacyjny. Miejscami naprawdę bolało i było dość nieprzyjemnie. A miejscami - wręcz przeciwnie - śmiechota wielka, bo łaskotki mam straszne i normalnie myślałam, że nie wytrzymam, że zerwę się z tego łóżka, oby tylko jak najdalej od tego miziania i łaskotania. Ale twarda jestem, wytrzymałam. Masaż pomógł, nózie jakby lżejsze, zakwasów zero. Zapodam sobie jeszcze kilka takich sesji przed i po maratonie. A co! Może mi się nie należy? Z innych newsów to jeszcze rajtki rzekomo zgubione w Krynicy się znalazły. Na półce jak gdyby nigdy nic sobie leżały, proszęjaciebie. Dodam, że znalazły się w ten sam dzień, gdy ze sklepu przyszły nowe, identyczne, bo to moje ulubione rajtki są. Mam teraz dwie pary.

Jejku, jejku. Tik tak. Do maratonu zostało 14 dni. Zaczyna się stresik oraz nerwowe sprawdzane wszystkich dostępnych prognoz pogody. I kalkulacja, że chyba jednak porywam się z motyką na te 3:45. Ale czyż złoto nie należy się zuchwałym? Należy!

Tymczasem gorąco uprasza się o trzymanie kciuków za tych co jutro we Wrocławiu. Za Rudą i jej wymarzone 4:30, za moją koleżankę Jolę, która tym startem zdobywa Koronę Maratonów oraz za kolegę Leszka, który zapewne powalczy o złamanie trójki. I za wszystkich debiutantów, aby im gładko i miło poszło. Będzie dobrze, Bobry! Run!

09.09.2012

Między spokojem a szaleństwiem. Bieg 2,4 Dolin

Taki mi się poetycki tytuł wymyślił. Ale o tym spokoju i szaleństwie później, a Bieg 2,4 Dolin dlatego, że biegliśmy 1/3 długości Biegu 7 Dolin, więc 7 dzielone na trzy.... Choć tak nie do końca było to 1/3, bo dystans liczył dokładnie 35,6 km, i tych kilka kilometrów (zwłaszcza ostatnich po asfalcie) naprawdę robiło różnicę.

Nie będę pisać, jak bardzo podekscytowana byłam tym startem - to oczywiste, byłam niezmiernie. Po raz pierwszy w nocy, po raz pierwszy tyle kilometrów w górach i wg przewidywań - po raz pierwszy - taki długi nawet i 5-godzinny biegowy wysiłek fizyczny. Miałam więc rozterki nie tylko logistyczne (co, oprócz rac, do plecaka spakować), modowe (jak się ubrać), jedzeniowe (czy śniadanie jeść o godz. 1 w nocy, czy dzień wcześniej, wieczorem o godz. 21 i czy na żelach pociągnę tyle czasu), ale też sporo pytań dotyczących samego biegania i strategii na te zawody. Innymi słowy nie za bardzo wiedziałam jak rozłożyć siły, aby ten start był po prostu mocniejszym treningiem, który swoje zrobi i równocześnie pozwoli mi dobrze zregenerować się przed Maratonem Warszawskim.

Ale od początku. Do Krynicy przybyliśmy w piątek po południu. Faktycznie wszędzie ci biegacze. Odebraliśmy pakiety startowe (koszulka techniczna, taki plecak-worek z logo Festiwalu, czapeczka z daszkiem, różowa!, mlekołaki, lipcowe numery Runner's World i Men's Health, jakieś ulotki od sponsorów, numer startowy, kolorowe worki na przepaki), zjedliśmy po darmowym lodzie od Korala (już wtedy polubiłam ten Festiwal) i udaliśmy się do naszego apartamentu tj. na halę sportową. Znowu pełno tych biegaczy. Potem była jeszcze odprawa dla ultrasów, do których zaliczyli również nas pierwszaków planujących pokonać 33 km (czyli 35,5 km). Na odprawie oczywiście mnóstwo biegaczy, charakterystyka trasy i informacje organizacyjne. Ja zapamiętałam swoje: czerwony szlak i czarny worek (w nim pojechały moje rzeczy na metę) oraz limit 5 godz. 30 min, w którym pokonać muszę drogę do Rytra. Prawdziwi ultrasi mieli bardziej skomplikowanie: kolorowe worki na konkretne etapy, różne szlaki, przepaki, punkty kontrolne, odżywcze itd. Wieczorem w apartamencie zjadłam jeszcze bułkę i jogurt, spakowałam plecak i przygotowałam stylizację ciuchową na bieg, aby już o 21.30 leżeć w śpiworku ze stoperami w uszach czekając, aż Morfeusz weźmie mnie w swe objęcia. Nie zeszło mu długo. Zasnęłam i śniły mi się same głupoty.


2.00 w nocy dzwoni budzik. Ohmygod, czyli to już! Wstawaj Bo, szykuj się, przygoda czeka! Rachu, ciachu i byłam już na linii startu. Mimo, iż najpierw o godz. 3.00 startowali ultrasi na 100 km, potem po 10 minutach 66-kilometrowcy, a my dopiero o 3.20, przybyłam wcześniej - chciałam sobie po prostu pooglądać tych szaleńców. Popatrzyłam (z nieukrywanym podziwem i zazdrością) - wyglądali całkiem normalnie, ale niektórzy to mieli naprawdę fajne łydki... oraz życzyłam powodzenia tym co znam. I pooszli! A po 20 minutach my.

Spokojnie, z tyłu bez żadnego szaleństwa ruszyłam razem ze znajomymi, którzy planowali zrobić naszą trasę w ok. 5 godzin. Tupu tupu, no wolno biegniemy, tupu tupu, wolno. Bo, uspokój się, nie denerwuj, potraktuj to jako rozgrzewkę i zobaczymy co będzie dalej. Tupu tupu. Potem skręt w prawo i lekki podbieg. A oni już w marsz. No nie, tak to się bawić nie będziemy. Powiedziałam tylko "Strzałka! To ja uciekam, poczekam na Was ze śniadaniem w Rytrze". I pobiegłam po swojemu. Noo, teraz jest znacznie lepiej. Ja chyba jednak generalnie wolę biec sama.

Ciemność widzę. Ciemność!

I tak sobie biegłam, maszerowałam sama przez prawie cały czas. Sama, choć zawsze ktoś był w zasięgu wzroku. Najpierw była noc i wielki podbieg na Jaworzynę Krynicką. Tam głównie maszerowałam, a jak mi się już nudziło (nudne to łażenie) to podbiegałam kilkadziesiąt metrów i znowu szłam. Naprawdę spokojnie. Chłonęłam atmosferę, którą tak naprawdę trudno tu opisać. Rząd świecących czołówek za mną i przede mną, połyskujące odblaski z plecaków i ubrań innych biegaczy, chlupocząca woda w bukłakach, jakieś tam rozmowy innych, a w oddali gdzieniegdzie światła wsi lub całkowita ciemność. Pół księżyca było i sporo chmur. Z których - już na szczycie Jaworzyny - zaczął padać deszcz. Śmieszne, deszcz w świetle czołówki wygląda jak śnieg. I ten deszcz padał tak ze dwie godziny. Trochę też wiało, a i błota było wcale nietentego.

Bardzo fajnie mi się biegło. Bez szaleństw, ale też bez lenistwa specjalnego. Zapewne taką ostrożność wymuszała też ciemność i konieczność poruszania się w świetle czołówki, ale było ok. Powoli mijałam innych. Jedna kobiałka, druga, trzecia, facetów nawet nie zliczam ;) Wszyscy, których mijałam mieli dość wolne tempo, więc wydedukowałam, że powoli dochodzę do ultrasów, którzy wystartowali wcześniej. I kiedy minęłam kolegę biegnącego na 100 km, byłam już tego pewna. Zauważyłam, że osoby (oczywiście nie elita) planujące pokonać 100 km to głównie idą (nie tylko pod górę, ale i na niewielkich wzniesieniach), a biegną jedynie - ale też bardzo powoli i ostrożnie - w dół. Kurcze, to musi być bardzo nudne takie oszczędzanie sił. Ale i tak ich podziwiam, są wielcy.

Profil trasy Biegu 2,4 Dolin
Wracając do mnie - to kiedy zrobiło się już jasno, gdy pożywiłam się bananem i trzema rodzynkami na punkcie kontrolnym i kiedy po prostu poczułam ten bieg, to jednak zaczęło się małe szaleństwo. Czyli wiatr we włosach, radość na twarzy, zbieganie susami i podbieganie gdzie tylko się da. I wymijanie, wymijanie, wymijanie. Daawaj Bo!!! Ale było fajnie. Nawet zagadywać innych zaczęłam, co nie zdarza mi się często. Ciut odpuściłam jednak, kiedy zaliczyłam jedną, kontrolowaną przewrotkę oraz zaczęłam trochę czuć kolana na zbiegach, ale i tak była radość. Przez jakiś czas miło też biegłam z Robertem z naszego teamu ;) I w takim szaleńczo optymistycznym nastroju, mając na Garminie 32,5 km dobiegłam do asfaltu, gdzie - jak sądziłam - czeka mnie piękny 500-metrowy finisz. No i był finisz, ale 5 razy dłuższy, bo przebiec trzeba było przez całe Rytro. Wszyscy już maszerowali. Wszyscy. Oprócz takiej jednej. Przejdziesz w marsz jesteś leszcz pomyślałam i biegłam do tej mety. A za metą, gupie to, ale się wzruszyłam. Że tak mi ładnie poszło, że nie umieram ze zmęczenia i że w sumie to mogłabym tak dalej...

Trasa, moja meta a ich przepak i medal
Trasę o długości 35,5 km i łącznym przewyższeniu 2400 m pokonałam w czasie 4:14:41. Byłam (baczność) czwarta w OPEN! (spocznij). 4 minuty do podium zabrakło, chlip chlip. Gdybym się nie obijała na początku i pobiegła ten bieg, jak zawsze, na maksa.... Ojtam, i tak jest bosko i jestem bardzo zadowolona. Cieszę się, że pobiegłam swoje i że nie leniłam się na trasie (wciąż nie rozumię, jak można zawody biegać treningowo i odbierać sobie tę radość i końcową satysfakcję z dobrze wykonanej roboty?). A uczucie gdy w Krynicy, rano przed godziną 10, uciurani po kolana w błocie szukamy otwartej knajpki, by napić się bro dla uczczenia biegu, bezcenne...

Dodam jeszcze, że poważnych uszczerbków na zdrowiu i strat nie odnotowałam. Poza sporymi zakwasami (moje nózie potrzebują masażu na ASAP), jednego odcisku pod pod prawą kostką oraz zgubionych nie mam pojęcia gdzie i jak (???) spodenek.

A gdy tak po południu, kibicowałam tym, którzy w Krynicy wbiegają na metę kończąc swoje 100 km, widząc ich zmęczenie, ale i ogromne szczęście malujące się twarzach - to przez moment pomyślałam nawet, że może bym tak ja? Ale tylko przez moment tak pomyślałam. Mryg, mryg ;)