14.04.2015

Popsuty 8. Półmaraton Rzeszowski

Zjebałam - jak to literacko określił ojciec Błażej. No po prostu, najzwyczajniej w świecie, zjebałam. Mogłabym zwalać winę na zbyt okrągły czip, który ciążył przy bucie niczym kula u nogi. Mogłabym narzekać na grzejące jak w sierpniu słońce oraz wiatr urywający głowę oraz dziwną godzinę startu. Skarżyć się na złe samopoczucie ostatniego tygodnia lub obarczać odpowiedzialnością pomaratońskie zmęczenie... Mogłabym. Ale i tak nic nie zmieni faktu, że zjebałam. I 8. Półmaraton Rzeszowski odciśnie znaczące piętno na mej dotychczasowej karierze sportowej... A jeszcze większe na psychice :)

10-kilometrowy półmaraton
W skrócie. Chciałam pobiec poniżej 1:40. Już po pierwszych trzech kilometrach czułam, że będzie ciężko, ale postanowiłam zawalczyć, w końcu nie bez powodu zwą mnie boska. Nie raz kończyłam już przecież zawody z tętnem 187 lub wyższym, dlaczego więc miałoby się teraz nie udać, rajt? A więc gnałam jak głupia do przodu prowadząc z sobą fascynujący wręcz dialog, że jeszcze tylko 16 km. Iiile? Szesnaście, spoko Bo, dasz radę :)

Nieszczęsne czystałosiem... 
Kiedy zaczął mnie dusić pasek od pulsometru (co jeśli się zdarza, dzieje się już na ostatniej prostej) wiedziałam, że może być niefajnie. Najpierw zsunęłam go więc na pas, a potem niczym gwiazda rocka rzucająca pałeczki perkusyjne w kierunku rozentuzjazmowanego tłumu, tak również ja ściągnęłam go szybko i rzuciłam kibicującemu koledze. Poczułam ulgę. Krótkotrwałą ulgę, bo zaczął dusić mnie z kolei biustonosz. O-oł, tego jeszcze nie grali, a mamy 6 kilometr. Co robi więc Bo, gdy biustonosz nie pozwala jej oddychać? Nie, spox. Nie rzuca nim w tłum. Ale rozpiąć zawsze może, ufff, jak dobrze...

I tak trzymając nadal to cholernie głupie tempo gnałam tak sobie do przodu, uwolniona i zadowolona, że wreszcie nic mnie nie dusi. No może oprócz wiatru nie dusi (bo ten oczywiście w twarz i to pełną gębą) oraz braku tchu, który nagle zaczął mi wyraźnie, coraz wyraźniej doskwierać. Normalnie nie było czym oddychać, a lampa z nieba nie ułatwiała sprawy! O-oł po raz drugi. Nie podoba mi się. Nie lubię. Naprawdę mi się to nie podoba i naprawdę nie lubię! Więc jak gdyby nigdy nic, przechodzę sobie kurde w marsz. Aco. Zabroni mi ktoś? Normalnie zajebiście, idę sobie. Potem jednak ogarniam się, podejmuję kolejną próbę i podłączam pod grupę biegnącą na 1:40. Noo, w grupie znacznie lepiej i raźniej. Mniejszy wiatr i tempo spokojniejsze jakby jakoś. Będzie dobrze. Może dojadę w tym pociągu do jakiejś większej stacji niż tylko do 8 km? Dojechałam, do 10 km.

Podczas gdy jedni biegną, inni oddają się pasji łowienia dłuuugimi wędkami. Fot. Krzysztof  Kapica, Nowiny24.pl 
Bo nagle ktoś jakby odłączył mi zasilanie. Wyciągnął wtyczkę, wcisnął off, zasłonił panel słoneczny, zgasił światło. Pojawiły się mroczki przed oczami, kręćki w głowie i gumowe nogi. Game over. Game over. Game over. Ciut się przestraszyłam, przystanęło mi się, uklękło, a potem już ciut bardziej świadomie usiadło na najbliższej ławce. Po kilkunastu sekundach (a może kilkudziesięciu?) poczułam się już niby całkiem dobrze, ale wiedziałam, że dla mnie dzisiejszy półmaraton się skończył. Game over. Game over. Game over. I tylko tym wszystkim zatroskanym, przebiegającym obok sportowcom odpowiadałam (siląc się na najszerszy z możliwych i najserdeczniejszy uśmiech), że wszystko ok. Wszystko ok! Tak, ok! Głowy nie dam, ale chyba kilka razy wspomniałam również ciut głośniej, że pierdolę to bieganie, czym wprawiłam ponoć co poniektórych w przedziwne rozbawienie, nie kumam :) 

I tak potem leżałam sobie 15 minut na tej ławce z nogami w górze, wygrzewając się na słońcu i myśląc. Że co teraz. Że jestem do niczego. Że którędy najszybciej na linię mety po depozyt (najnormalniej w świecie nie chciało mi się biec po "jakieś głupie 1:45 czy 1:50"). Że jestem do niczego. Tak tak, wszystko ok, dziękuję - wyrywali mnie z zamyślenia ci zatroskani biegacze. Ja po prostu pierdolę to bieganie. I czy ja jeszcze kiedykolwiek będę umiała biegać. Czy to ma sens. Że szkoda medalu, bo pewnie ładny i ciężki. Czy nie lepiej teraz w domu rosół gotować i kapustę smażyć, a nie biegać w jakiś durnych półmaratonach. Że nie mam ostatnio farta do tego Rzeszowa myślałam. Że jestem do niczego.

Kic kic
Na szczęście pomyślałam też, że skoro dla mnie nie ma już ratunku i skoro nastał tak dramatyczny koniec mojego biegania, to może chociaż przydam się na coś i do czegoś. I pomogę Bartkowi pozającować grupę na 2 godziny. Będę jak Kargol, rozmarzyłam się... Poczekałam więc, wstałam, po czym znowu usiadłam, bo mroczki, kręćki i gumowe nogi, potem znowu wstałam, przedstawiłam się grzecznie nadbiegającej grupie dwójkołamaczy i zaczęłam z nimi biec. Zagaduję, silę się na głupie dowcipy, robię "echo" pod mostem, klaszczę i krzyczę na kibiców, czemu to oni nie klaszczą i nie kibicują, w końcu od czego są, bo przecież nie od biegania. A gdy na punkcie odżywczym zabrakło napojów, to porwałam pięciolitrowy baniak wody od wolontariusza i potem sama serwowałam ją wszystkim chętnym. Taki mobilny punkt odżywczy zrobiłam hehe, przez dwa kilometry go dźwigałam. Gadałam z Bartkiem, znowu coś tam głupiego do grupy rzuciłam (kurde, strasznie to trudne takie "zaangażowane" zającowanie, naprawdę trzeba mieć gadane).

Kic kic. Chlip chlip. Fot. Błękitna.tv
I tak zagłuszając swój wewnętrzny głos wkurwu, zgrywając przed sobą, że przecież nic takiego się nie stało, człapałam sobie do mety udając, że pomagam, a tak naprawdę to oni pomagali mi... Fajnie było zającować, fajnie obserwować tę radość, dumę i satysfakcję, że się udaje. Fajnie było im krzyknąć pół kilometra przed metą, że teraz "ogień z dupy". Naprawdę z wierzchu było całkiem fajnie... Tylko w środku straszny żal, smutek i gniew. I świadomość, że jestem do niczego. Jesteś.

Co teraz?
Ten start jest dla mnie dobitnym przykładem, że bez treningów trudno o fajne wyniki. Oraz potwierdzeniem tezy, że wszystko, absolutnie wszystko, co udało mi się do tej pory w sporcie ekhmm... osiągnąć, własnej pracy i harówce zawdzięczam. Żaden tam talent, lekka łydka, urok osobisty czy wrodzona szybkość gazeli. Tymi ręcyma i tymi nogyma sama i wyłącznie sama na to wszystko zapracowałam! Sama! Rzemieślnikiem zwykłym jestem, niczym więcej. Który, jeśli zrobi i wytrenuje co trzeba (a z reguły nawet ciut więcej) ma szansę na jakiśtam zadowalający wynik. I który - jeśli chce teraz coś ciekawego osiągnąć, lub przynajmniej utrzymać obecny (ubiegłoroczny) poziom - pracować musi jeszcze mocniej i bardziej. Trenować, zajeżdżać się i zaharowywać. Psia mać. 

W czy problem spytają, przecież Bo, ty lubisz się masakrować i męczyć. Oczywiście, że lubię odpowiem. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu, bez wyzwań, celów oraz tego cholernego zmęczenia i upodlenia na treningu. Bez gór, bez roweru? Bez kraula? No way. Tylko, że ja nie chcę znowu do tego więzienia! Nie chcę za kratki, gdzie Wielki Jaśnie Pan Sport wyznacza i definiuje tryb mojego życia. Nie chcę myśleć tylko i wyłącznie w kategoriach dystansów i życiówek oraz robić wszystkiego w rytmie tętna oraz kadencji. Nie chcę, by sport stał się (znowu) moim życiem. Nie! Nie! Nie!

Ale życiówki to ja owszem i chętnie :) 

Jak żyć? 

BTW. To temat jednego z wpisów, który siedzi mi w głowie od ponad roku i pewnie nie doczeka się jednak publikacji, bo zbyt osobisty jest i ckliwy... Wpis pod roboczym tytułem: "Czy lepiej być szczęśliwym, czy lepiej mieć życiówki i pudła". Tak filozoficznie i prowokatorsko (bo oczywiście, przecież i bynajmniej, można mieć jedno i drugie, rajt?) Tak refleksyjnie więc... Wpis o roboczym zakończeniu: Więc zanim zaczniesz gonić następnego króliczka (ty nazywasz to oczywiście marzeniami), zatrzymaj się na moment. I pomyśl, czego tak naprawdę szukasz, czego się boisz i przed czym kurwa tak naprawdę uciekasz.  Bo może to wszystko nie warto. 

A wracając do mnie. Plan jest więc taki, aby znowu wziąć się do roboty. Łatwiej jest mi teraz i przyjemniej (mryg!), poza tym nadal (na szczęście) trwa jaranie na trenowanie. Dobrze, że nauka przyszła tak szybko i sparzyłam się na pietruszkowym starcie, a nie np. w rywalizacji o mistrzostwo świata, nie? Muszę tylko uważać z tym trenowaniem i cały czas mieć się na baczności. Granica między pasją a obsesją jest bowiem bardzo cienka i śliska. A bywa, że niewidoczna nawet czasem, gdyż Jaśnie Pan Sport przebiegły jest i sprytny w tej swojej zachłanności i różnych chwyta się sposobów, by mnie znowu sobą omotać i wsadzić za kratki.
Ale ja się nie dam. Żadnej recydywy. 

01.04.2015

Jaranie na trenowanie

Obudził się miś ze snu zimowego. Rozciągnął, ziewnął, rozejrzał dookoła. I zachciało mu się wreszcie trenować. 

Wiedziałam, że ten moment nadejdzie! Wiedziałam! I cieszę się, że do tej pory nic nie robiłam na siłę, bo byłoby z tego więcej szkody niż pożytku. Grunt to słuchać siebie i robić to, co się chce i lubi. Kropka. 

A misiowi się serio na mocne trenowanie zebrało! Na rower, podjazdy i bolącą dupę ochoty nabrał, za krossami, interwałami i drugimi zakresami tęskni. Ba! Nawet pĄpki i brzuszki znowu zaczął miś robić oraz ciut odważniej do drążka podchodzi (wciąż jedynie uprawiając tylko #wiszing) (ale i tak liczą się chęci). Ambitne rysuje plany. Priorytety ustala. I jak się tylko nie wpierdoli w jakieś drzewo, samochód czy inną niespodziewaną ścianę, to może być całkiem fajny i ciekawy sezon. Tak sobie misio przeczuwa. Wypoczęty jest w końcu i wyspany. 

Miną lata świetlne, zanim ja stabilnie i bezpiecznie czuć się będę z lemondką :( 
Będą więc dwa starty główne tego roku (kategoria A) - po sztuce na bieganie i tri. Na początku czerwca Rzeźnik wraz z Krasusem, a dwa miesiące później triathlon i 1/2 IM w Gdyni

Na tę Gdynię to jaram się strasznie. Zawsze chciałam tam wystartować, a teraz przy okazji certyfikowaną imprezę IM sobie odfajkuję (a może i lansiarski plecak dostanę). Zamierzam mocno podciągnąć rower (przecież lemo!) i pourywać jeszcze kilka minut ze stref oraz być może coś z biegania i pływania. Ambitnie (i chyba trochę na wyrost, ale zobaczę jak pójdą przygotowania) ustalam plan na 5:15. Aco. 10 zł te zawody w końcu nie kosztowały, więc - ostrzegam - zamierzam sobie odbić każdego zainwestowanego grosza!

A Rzeźnik spytacie, co z Rzeźnikiem. No wreszcie się potwierdziło, że startujemy i że #WyzwanieNBR się odbędzie. Też jaram się strasznie, ale równie bardzo (a może i bardziej?) boję. Że nie podołam, że biorę zbyt dużo na siebie, że nie sprostam oczekiwaniom i nadziejom, które Krasus we mnie pokłada itd. On wścieka się strasznie na to moje jojczenie, więc już tyle, milknę, morda w kubeł, sza! Ale i tak bardzo się tego obawiam. Ojoj!

Treningowo przed Rzeźnikiem Ultramaraton Podkarpacki (kategoria B) na najkrótszym (55 km) dystansie chcę polecieć. I zamierzam to zrobić raczej szybciej niż wolniej, w końcu gram u siebie i pomogą mi ściany. To będzie sprawdzian przed Rzeźnikiem, a dla Krasego dowód, że jednak się pomy... ups, zapomniałabym, morda w kubeł. Że jednak dobrze sobie chłopak dobrał partnera :)

A skoro już o własnych śmieciach mowa, to nie mogę sobie odmówić również przyjemności wystartowania w rzeszowskiej połówce już 12 kwietnia (wszak tam rok temu zostałam najszybszą we wsi!). Do wyniku ubiegłorocznego (życiówka! 1:35) się pewnie nie zbliżę, ale poniżej 1:40 to przyzwoitość nakazuje pobiec, rajt? Będę się starać. A jak nie, to chociaż mocny trening zaliczę. Też dobrze.

No i lipiec. W lipcu czeka mnie jeszcze fantastyczna przygoda z triathlonem i górami! Oravaman, a więc Karkonoszman po słowacku na dystansie 1/2 IM. Mimo, iż to prawie 113 km w górach, 2300 m przewyższenia na bajku, podjazdy o 12% nachyleniu nawet oraz ponad kilometr up biegiem i to bez supportu (Wybiegany! już mi Cię brakuje!), to jednak zawody w szufladce B umieszczam. Musiałam wybrać między tym a Gdynią. Oravaman ma być przygodą i pierwszym ha! triathlonowym startem zagranicznym. Mają być emocje, pot i łzy, piękne widoki i fantastyczne wspomnienia. A może nawet pĄpki. I będą. Taki przynajmniej jest plan na dziś.

A wczoraj rzutem na taśmę zapisałam się jeszcze na triathlonową olimpijkę w Przechlewie. Ponieważ to dopiero we wrześniu, na razie nie zakładam nic. Oprócz rzecz jasna pĄpastycznego spotkania z triathlonowym odłamem Smashing Pąpkins, bo oprócz ojców, zjedzie się tam prawie cała nasza rodzinka!     

A więc w sumie dobrze wyszło, że misio przebudził się, rozciągnął, ziewnął i spojrzał dookoła, nie? I że się tak zajarał na to trenowanie. Ale zanim ów słodziak zacznie się rozgrzewać i machać łapkami... to może tak jeszcze odrobina drzemki? Tylko tak 5 minut, Tylko 5 minut. Tylko...