24.06.2014

Triathlon Karkonoski. Jestem wojowniczką!

Czegokolwiek bym nie napisała o Triathlonie Karkonoskim i tak będzie to banalne. Że łzy szczęścia, że wzruszenie na mecie, że ból, cierpienie i radość. I że po raz kolejny przekonałam się, że wszystkie bariery tkwią w głowie. I jakie to emocjonujące jest przesuwanie barier. Oraz dość krępujące, gdy wszyscy chcą cię przytulać, bo taka jesteś Bo malutka, zmęczona i zapłakana... I że góry takie piękne, ukochane i przejmujące. Borze, niezłe frazesy i nuda, niczym Coelho jakiś, nieprawdaż? 

No niestety, będzie łzawie, ckliwie i górnolotnie. Jeśli ktoś oczekuje ciętej, dynamicznej i kąśliwej relacji, już teraz może sobie odklikać i pójść na rower. Inaczej bowiem tego startu opisać się nie da. Nie da. Okazało się (a jednak!), że jestem wojowniczką. I przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy. 

Jezzu, ale jesteście fajni wszyscy!!! fot. Wybiegany
Triathlon Karkonoski był w mojej głowie takim majaczącym się punktem na horyzoncie, który pozwalał - mimo kilku sztormów po drodze - trzymać jakoś kurs na przód. Raz płynęło się lepiej, raz gorzej, ale generalnie myśl o TK i wizja zrealizowania kolejnego marzenia i planu, takiego kozackiego planu! sprawiała, że jakoś na dno nie chciałam i pójść nie mogłam... Na początku był to punkt malutki, drobny niczym ziarnko maku, odległy i prawie niedostrzegalny, potem coraz bardziej się powiększał, wyostrzał i nabierał kształtu. Aż w końcu bum! trzasnął mnie w głowę, jak kamieniem kiedyś na podwórku od takiego jednego dostałam, i uświadomiłam sobie, że to już. Już! 

Pisałam już o moich największych obawach związanych z tym triathlonem. Nie będę więc powtarzać, jak bardzo bałam się zimna, wywrotki i nagłego odcięcia sił. Oczywiście podjarana byłam też wszystkim! Przecież to wypad w Karkonosze, po raz pierwszy startować miałam z własnym supportem, poza tym rozegrać się miał Wielki Wyścig 2014, a wokół tego wydarzenia powstało już tyle pozytywnych emocji... I jeszcze ten Krasus. Nie wiem czy bardziej się bałam czy bardziej cieszyłam tym startem. Przyjmijmy, że było pół na pół. I każda z tych połów większa :)


I zanim rozpocznę prawdziwą relację muszę w kilku słowach napisać o moim supporcie, którym był Wybiegany (Official support z prawem wstępu do T1 i T2) wraz z Justyną (bez tego prawa, ale pomoc równie ważna i potrzebna). Otóż dzięki nim ogarnęłam przygotowania przedstartowe i miałam pięknie oklejony official car support, Wybiegany pomagał mi w strefach zmian i w wyznaczonych punktach odżywczych, Justyna dźwigała w górę ciuchy na zmianę i karmiła na mecie, a Wybiegany ponadto, a raczej przede wszystkim, przebiegł ze mną całą trasę biegową i pomógł ukończyć ten arcytrudny triathlon. Bardzo Wam dziękuję, bardzo!

Official support cars i zawodnicy :) fot. Krasus

Prawdziwych dżentelmenów już nie ma
W wodzie było bajecznie. Miło zaskoczyła nas jej temperatura (17 st.), a jeszcze bardziej wzruszyła cała sceneria, w której mieliśmy zaraz popłynąć. Wschodzące słońce, błękitne niebo, niewyobrażalnie nasycona zieleń lasu oraz granatowa czerń wody i jeszcze ten monumentalny zamek Czocha górujący nad wszystkim. Bajka. Pomijając osiemdziesięciu śmiesznych ludzików w obcisłych neoprenach i białych czepkach na głowie oraz dwóch wariatów z tłuczącym się garnkiem, to normalnie ciary. Sprawdzanie obecności, ostatnie machnięcia do obiektywów i wspierających nas supportów, kilka głębokich oddechów, przybitych piątek i życzeń powodzenia od i do otaczających i dryfujących na plecach współtowarzyszy.

Byliście kiedyś w takim T1? fot. Marcin Oliva Soto
I tak w sobotę, 21 czerwca 2014, 2 minuty po 7 rano popłynęliśmy... W stronę słońca. I w stronę łódki, która pełniła rolę bojki, jak się potem okazało bojki mobilnej działającej wg zasady im bliżej do niej płyniesz, tym bardziej ona się od ciebie oddala... 

Jak mi się płynęło, oprócz tego że długo. Otóż dobrze mi się płynęło. Jak już uspokoiła się pralka, złapałam rytm, dbałam o te elementy techniki, o których jeszcze pamiętam, co jakiś czas wynurzałam głowę w wypatrywaniu łódki po czym jej totalnie nie widziałam oraz standardowo już walczyłam z nawigacją. Płynęliśmy z Krasusem ramię w ramię, tylko raz lewe w prawe, a potem prawe w lewe... To znaczy, raz on był po mojej jednej, potem po drugiej stronie. Miszczowie nawigacji normalnie, gratulacje w komentarzach.

Nie dziwne, że tak długo płynęłam, jeśli taka sceneria, prawda? fot. Marcin Oliva Soto
No niestety wspomniana już przeze mnie bojko-łódka odpływała wraz z nurtem, co sprawiło, że pływacy lepsi, którzy zdążyli ją dogonić i zawrócić, pokonali dystans krótszy (ok, 2,2 km), a pływacy gorsi (w tym ja) łącznie z błędami nawigacyjnymi przepłynęli nawet 2,8 km. Dodać kilometr i będę ajronę. 

A Krasus taki dżentelmen, że mimo iż mnie niby przepuścił przy nawrotce (a nieprawda, bo go sama wyprzedziłam), to przy wyjściu z wody, wszelkie konwenanse odrzucił już na bok. 2 sekundy przed Bo! Patrzcie dziewczyny, jaki BOnd się znalazł :) 

Pływanie kiepsko. Generalnie popsuło mi się to pływanie... jak już teraz bark prawie zdrowy, muszę się za nie wziąć poważnie do roboty. Dystans ok. 2,5 km popłynęłam w 52 minuty. Wstyd mi. Ale i tak było fajnie, a w drodze do T1 (nie zgadniecie! pod górkę było!) to jeszcze sobie pogadaliśmy i żartowaliśmy... 

A teraz nowy ogień z dupy!
Na rowerze wyglądałam jak trzepak. Czapka pod kaskiem, polar na tristroju, rękawiczek par dwie, pomarańczowe oksy, czerwone opaski. Miss zawodów. Ale bałam się, że zmarznę, a dzień wcześniej podczas testów (ubrałam mokry trisuit i próbowałam jak różne wierzchnie nakrycia reagują na wiatr, zimno i ehkhm "pęd" powietrza) wyszło, że ten outfit powinien być w miarę ok. Był. I ja w sumie też. 
Trzepak trzepakowi trzepakiem.
fot. Marcin Oliva Soto
Fajnie się jechało. Oczywiście na podjazdach wolno i ciężko, ale i tak wyprzedziłam kilku. A na zjazdach zachowawczo oraz na hamulcach, zgodnie z zasadą "lepiej stracić cenne sekundy niż jeszcze cenniejsze zęby". I taka historyjka z jednego zjazdu. Jadę, kręcę, jadę, kręcę, patrzę na Garmina, a tam 24 km/h (zamiast 60...). WTF? Kichu? Przecież jest z górki, niemożliwe, aby mnie wiatr aż tak spowalniał. Wypinam się, zatrzymuję, zsiadam i rozpoczynam ogląd sprzętu (jakbym się hehe znała). Sprawdzam, czy nic tam nie hamuje, czy mi Krasus czegoś między szprychy nie wsadził, czy przerzutki dobrze działają. No niby wszystko ok, tylko czemu ja tak wolno? To jedno z tych pytań bez odpowiedzi, wsiadam więc znowu na Kubę i próbujemy lecieć dalej. I nie zgadniecie! Okazało się, że to pod górkę było, a nie z górki! Takie złudzenie optyczne jakieś czy omam :) Długi, upierdliwy, nigdyniekończący się podjazd pod Świeradów. Dogoniłam na nim kilku, ha!

Nieco mniej zdziwiła i zaskoczyła mnie zaś temperatura. Było zgodnie z zapowiedziami. Chłodno, wietrznie (oczywiście w twarz) i miejscami dość mokro. Cóż, zdarzało mi się jeździć w bardziej sprzyjających warunkach, ale co począć. W końcu triathlon extreme, nie jojcz więc Bo więcej tylko napieraj dalej. 

Pod górę. fot. Garnek Mocy
Niby rower poszedł mi bez rewelacji (3:41), wiem jednak, że jakbym wcześniej po górkach nie trenowała, pojechałabym w Karko zdecydowanie gorzej, wolniej i słabiej. Jestem bardzo zadowolona, odliczając strach i asekuranctwo na zjazdach, kręciłam tak pewnie na ok. 80%, chcąc zachować siły na bieg. A jeśli chodzi o zjazdy, to i tak jestem perszing w porównaniu z zeszłym rokiem. Za Szklarską na takim długim i fajnym zjeździe, to aż sobie popiskiwałam (głośno, a co?) z radości. Tak było zajebiście. A napis na asfalcie (tuż przed kolejnym, a jakże podjazdem) o treści "A teraz nowy ogień z dupy!!!" poprawił humor i dodał mocy chyba nie tylko mi. Dziękuję sprawcom.

I  jeszcze fajne ponoć było, jak przy drugim punkcie odżywczym wcale się nie zatrzymałam tylko krzyknęłam do supportowców z radochą, że "wszystko maaam". Naprawdę nic nie potrzebowałam, więc śmignęłam, że ino zafurczało. 

A czy pisałam już, że spadł mi łańcuch, że szybko wówczas odwróciłam Kubę do góry kołami wylewając niechcąco część zawartości bidonów i że założyłam go dość sprawnie, choć uciurałam się smarem nie tylko na dłoniach, owijce, ramie, ale nawet też na twarzy? Noo, to tak właśnie było. I tylko zaskoczona byłam skąd Wybiegany wiedział, że zakładałam łańcuch... Nic przecież nie mówiłam. Czary?

Gdzieś w okolicach zakrętu śmierci. Fot. Łukasz Nowak, tri-fun.pl
Końcówka roweru była już dosyć towarzyska. Gadaliśmy i tasowaliśmy się z Radkiem (pozdrawiam!) oraz z kilkoma innymi panami, których numerków i imion niestety już nie pamiętam. Niektórzy wyrażali podziw, że dziewczyna i tak napierdziela (też mi zjawisko!), inni się nie odzywali słowem, tylko przy pierwszym lepszym zjeździe doganiali i nie pozwalali, aby "kobieta ich biła" (też pozdrawiam!). Ale ostatni podjazd pod Karpacz, zwłaszcza w momencie, gdy człowiek myśli, że to już koniec, a tak naprawdę to dopiero początek był, oj to chyba nie tylko mi, naprawdę dał w kość. 

Rower ukończyłam z uśmiechem na twarzy. Oczywiście, czułam te 90 km trasy i 1900 m przewyższeń, paliły uda, bolały łydki, cierpnął kark i dłonie, ale - wydawało mi się, że - miałam jeszcze zapas sił, by wdrapać się na ten pagórek. No, to teraz z Wybieganym rozpierdolimy ten kiosk, nie? 

Dwa dobre skoki
Byle wyrównać oddech, byle oddrewnić nogi, byle złapać rytm. Byle dobiec do mety, ja pierdzielę, jeszcze 22 km wcale nie łatwego biegu. Dasz radę Bo, w końcu siły są i wcale jeszcze nie ómierasz. 

Wybiegany studzi moje początkowe (i standardowe już chyba) startowe zapędy by nadrobić 2-godzinną stratę do zwycięzcy i nakazuje biec spokojnie i wolno. Dobrze. Ufam mu całkowicie, nie patrzę na Garmina, nie zważam na tempo. On wie co robi, przygotował się do tego supportowania lepiej niż ja do barcelońskiego maratonu, wierzę w jego strategię i plan. Na wypłaszczeniach nieco przyspieszamy, z górki całkowicie puszczamy nogi i prujemy jak się okazało nawet i po 4:00, na łagodnych podbiegach truchtamy, dwa stromsze pokonujemy marszem. Rozmawiamy, choć ja raczej przytakuję filozoficznym "aha" i ew. proszę o wodę lub vitargo. Wyprzedzamy innych, nie jest źle. Nawet pada hasło, że każdy łyknięty zawodnik to jedno piwo. Patrz jaki sześciopak przed nami, drze się mój Support, gdy opuszczamy zakręt. Noo, to na zdrowie!

To  jest widok z góry (Śnieżki), na którą się wdrapywaliśmy. fot. Marcin Oliva Soto
Czuję zmęczenie, dawno już nie ma świeżości i lekkości, ale mocy dodaje mi nieśmiało kiełkująca myśl, że to kurde może się faktycznie udać! Że zrobię tego kurde Karkonosza! I to jeszcze w dobrym czasie! Dwa dobre skoki, myśl o dwóch dobrych skokach Bo, strofuję siebie w myślach. Nie ważne, czy jesteś ósma, piąta czy trzecia. Skup się na sobie, na tym co tu i teraz, dwa dobre skoki. Dwa. Dobre. Skoki. 

Kończy się asfalt, zaczynają kamienie. Trasa zaczyna trochę przypominać tę mardułowską, tylko pogoda inna. Zimno. Pada deszcz, a szaleńczy wiatr gra na foliowych płaszczach mijanych przez nas osób. Wybiegany toruje drogę między turystami, podpowiada czy lewą czy prawą stroną, raz zagaduje, raz nie, pilnuje pór karmienia, nadaje tempo i chyba nie zdając sobie do końca sprawy z tego, jak bardzo jest pomocny i niezastąpiony, ciągnie mnie do przodu. Do mety. Do realizacji kolejnego, teraz totalnie kozackiego marzenia. 

A ja głównie lampię w dół i drobię krok pomiędzy tymi kamieniami. Zaczyna ciut boleć, niedobrze mi, bolą plecy. Kurde nie! Nie poddawaj się Bo, walcz! Nie wiem jak, ale kurde znajdź siły na pokonanie ostatnich, tych najtrudniejszych kilometrów. Walcz i nie myśl za dużo! Chociaż raz kurde nie myśl! Tak sobie z sobą gadałam. Udało się, walczę i biegnę dalej. Jest dobrze. Zuch dziewczynka. 

I kiedy wydawało się, że już pokonałam to co najgorsze, kiedy jakby złapałam drugi oddech i myślałam, że dolecę do tej mety bez większego problemu, to nagle ŁUP! Bez żadnego uprzedzenia, bez ostrzegawczych sygnałów, że może być i że zaczyna być naprawdę źle. STOP. Zatrzymałam się i rozpłakałam. Tak po prostu. Z bólu? Z braku sił? Ze wzruszenia, że tak walczę, a przecież miałam nie myśleć. Normalnie stoję i ryczę. I jeszcze, że pierdolę to, nie dam rady, nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Chlip, chlip. Nie pamiętam co mówił i co robił wówczas Wybiegany. I dziś to naprawdę nie zazdroszczę mu tej chwili. Po jakimś, nie wiem czy długim czy krótkim czasie, ogarnęłam się, otarłam wielkie, krokodyle łzy i zarządziłam, że lecimy dalej. Pognaliśmy. 

Teraz już naprawdę widzę tylko kamienie na trasie, łydki mijanych turystów oraz Saucony Wybieganego. Ale biegnę. Czuję jak pada deszcz i mocno wieje wiatr oraz jednocześnie cieszę się (dziwnie brzmi to słowo w tej konkretnej sytuacji), że mam moją ulubioną czerwoną kurteczkę gore, która chroni mnie przed wszystkim co złe. Nie patrz Bo do góry, tylko nie patrz.

Najlepszy Support ever! fot. Datasport
Jezzu, jak przy Domu Śląskim ujrzałam tę wielką Śnieżkę, to ogromne, strome i zamglone podejście na sam szczyt, ten rządek kolorowych i malutkich niczym mrówki turystów i pomyślałam, że ja mam tam jeszcze się wdrapać.... To normalnie słabo... Zwątpiłam, znowu łzy, znowu ta bezsilność i bezradność. Z prędkością kontuzjowanego żółwia człapię jednak jakimś cudem do góry. Za Wybieganym. Nie ma mowy o przyspieszeniu, teraz byle tylko się przemieszczać, byle do przodu, byle na szczyt i do końca tej udręki. Zakładam kaptur, by nie było widać mokrych policzków, łapię się łańcuchów oddzielających ścieżkę dla turystów, ocieram łzy. Po cichutku i pod nosem sobie łkam. Bidulka...

I choć na ostatnich metrach uspokoiłam się już co nieco, zebrałam w sobie, by jednak o własnych siłach dotransportować te zwłoki na metę, to kiedy już to się stało (w czasie 2:35), kiedy zawisł mi ten medal na szyi... to puściło wszystko... I poryczałam się na dobre. 

To zdjęcie obiegło już wszystkie agencje prasowe świata... fot. Marcin Oliva Soto
Cały ten stres, wszystkie emocje, ból, radość, satysfakcja, złość i duma wybuchły we mnie na nowo ze wzmożoną siłą... Tak sądzę, że wybuchły, bo tak naprawdę to nie wiem i nie potrafię inaczej wytłumaczyć tej swojej reakcji na mecie. Przecież kurde nic mi się nie stało, a nawet wręcz przeciwnie, zrobiłam coś wspaniałego i wielkiego, a ja w ryk! Kuma ktoś? Czy może jest tu na sali jakiś psychiatra, który ma lepszą diagnozę? :) 

Jak powiedział Krasus, nie da się lepiej niż tym zdjęciem podsumować Wielkiego Wyścigu.
Dziękuję Ci Krasusie Przyjacielu! fot. Marcin Oliva Soto
To były wspaniałe chwile. Nie sądziłam, że są jeszcze w Bo rzeczy, które mnie zaskoczą i że jestem jednak aż taką wojowniczką. Triathlon Karkonoski (2,6 km swim, 90 km bike, 22 km run) ukończyłam z wynikiem 7:15:10 (32 m. w Open, 4 m. wśród kobiet). Moje najtrudniejsze zawody ever. To były pięknie dni, również, a może i przede wszystkim ze względu na osoby, z którymi byłam w Karkonoszach i z którymi bawiłam się tak świetnie. To był niezapomniany czas dzięki atmosferze, którą wspólnie stworzyliśmy i to nieprawda, że gadaliśmy tylko o sporcie i bieganiu. Wybiegany, Justyna, Krasus (to co zrobiłeś na bajku jest MEGA!!!), Magda, Jędrzej! Dziękuję Wam, blabla, naprawdę bardzo! I jeszcze Ojcu Dyrektoru dziękuję za wspaniałe zawody! Choć wciąż nie potrafię się jeszcze z tego wszystkiego otrząsnąć...

Bohaterowie I Triathlonu Karkonoskiego - zawodnicy i supporty. W tle cholerna Śnieżka.
fot. Marcin Oliva Soto

Przykro mi tylko, że tyle osób, które typowało mnie na zwycięzcę Wielkiego Wyścigu może czuć się zawiedzione. Ale naprawdę się starałam i lepiej się nie dało... :) Najbliżej ostatecznego rozstrzygnięcia był Piotr Pazdej, który otrzymuje książkę „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington. Dwie pozostałe nagrodzone osoby to Dorota Kałkowska (bliczek.pl) („Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego”) oraz KA (rusz-sie.pl) („Triatlon od A do Z”). Skontaktujcie się z nami w celu ustalenia szczegółów wysyłki. Gratulujemy i dziękujemy za udział w zabawie!   

Równocześnie przypominam, że trwa kąkórs "Kark-smark". Wymyślcie rymowankę związaną ze sportem, w której pojawi się słowo "kark" (we wszystkich przypadkach i liczbach) i wrzućcie ją w komentarzach do postu u mnie lub Krasusa. Nagrodami są wypasione buffy od naszego ulubionego sklepu sportowego Natural Born Runners. Aha, i zgodnie z tym, co zainicjował u siebie Krasus, nie zaszkodzi również, jeśli wpłacicie kilka złotych na konto Fundacji SYNAPSIS.

I dziękuję jeszcze wszystkim, którzy we mnie wierzyli i trzymali kciuki! :)

HOWGH!

59 komentarzy:

  1. Dziękuję Bo za to zaufanie! Słabo mi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję i powtórzę to pewnie jeszcze ze sto tysięcy razy :)

      Usuń
  2. W sobotę około południa przepychałam się z rowerem przez obłędny łan bławatków i myślałam o Twoim starcie, Bo :) Ogromne gratulacje, zresztą, nie znam odpowiednich słów! Nie tylko z powodu sportowego wyczynu, ale spełnienia takiego pięknego marzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i życzę Ci podobnych marzeń i ich spełnienia :)

      Usuń
  3. I tak wygrałaś. Bardzo Ci kibicowałam. Śledziłam wyniki i widać było, że musiało coś się stać. Mega wyczyn!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo! jesteś Mega! :) Dla mnie jesteś nie tylko "ajronką" ale Bohaterką... przez duże BO! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. I znowu ryczę...
    Kobieto, szczerze podziwiam i jeszcze szczerzej Ci gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też jeszcze zdarza się poryczeć na samo wspomnienie... Dzięki!

      Usuń
  6. U Krasusa jest takie zdjęcie na którym klęczy u Twych stóp i pewnie mówi "Bo jam Ci stóp niegodny całować" - to Kto wygrał jak nie Bo!? Pozdrawiam i gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, no, no, z tym całowaniem to wiesz, żonę mam!!;) Ale faktem jest, że dla mnie to Bo jest zwycięzcą WW. Zmiażdżyła system, dała z siebie 120 proc. na biegu, a jak wziąć pod uwagę niedawne erotyczne zabawy z drzewem, to wynik na pływaniu i na rowerze zasługuje na niemniejszy podziw.

      Usuń
  7. I już drugi raz dzisiaj siedzę i buczę! Bo! Jesteś moim wzorem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! A jestem po prostu sobą... :)

      Usuń
  8. Kurcze, czytam te Wasze relacje wszystkie dziś jedną po drugiej i się zaczynam zastanawiać, czy to naprawdę jest... ;) jesteście z jakiejś super-fajnej książki.. I to nie jest żart. I słowo bohater ma podwójne znaczenie :) gratuluje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że ta cała historia ma pewne cechy bajkowości... I nie jest to "Wilk i Zając" :) Dziękuję!

      Usuń
  9. najlepsza najlepsza najlepsza!!! szacun, podziw, wszystko naraz! naj le psza !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Jezzu, no dziękuję! Najlepiej, najlepiej, najlepiej! :)

      Usuń
  10. Raz jeszcze szacun, podziw i wielkie gratulacje. Ten start i ten wpis są naprawdę wielce inspirujące. Specjalnie dla ciebie, kark-wierszyk rozweselający prosto z konferencyjnej sesji.
    Idę dziś do parku,
    A tam siedzi Karku.
    Koleś z karkiem tak szerokim,
    Że nie sposób objąć wzrokiem.
    Sposób to gotowy,
    Na trening biegowy.
    Blachę mu strzeliłem,
    W długą uderzyłem.
    Karku za mną ruszył,
    Strasznie się obruszył.
    Sunie prędko, szybko goni,
    Zaraz trzepnie mnie po skroni.
    Ja się jednak nie przejmuje,
    Biegnę szybciej, gumę żuje.
    Karku dyszy, coś tam krzyczy,
    Ale pot ma już na czole
    I rozumie swą niedole.
    Zamiast ćwiczyć kark na siłce
    I być ciężkim słoń-osiłkiem,
    Lepiej biegać, być motylkiem.

    Łubu dubu, łubu dubu, to byłem ja, Maciek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurde, Maćku, Twój poemat miażdży... :)

      Usuń
    2. Dziękuję uprzejmie. Podróże kształcą, konferencje rozwijają ;) W "normalnym" dniu pracy bym tego nie napisał.

      Usuń
  11. "Wszystko maaaaam!" przejdzie do historii polskiego tri, bez dwóch zdań:) Czy ja czasem nie mówiłem Ci przed startem, że dziś napiszesz kawałek historii polskiego triathlonu? I napisałaś.. takimi literami, że ojapitolę.

    Bo, przede wszystkim to po raz stopiździesiątysiódmy: GRATULACJE. Powtórzę to: może i na mecie byłem parę chwil szybciej, ale jak dla mnie, to Ty wygrałaś tegoroczny WW swoim wynikiem i ten ja u Twoich stóp to nie ma to tamto, prawda. Aż się dziwię, że nie zamieściłaś tego zdjęcia;) No chyba, że trzymasz je na jakąś specjalną okazję;)

    Ogromny szacun za ten etap biegowy. I wcześniej rowerowy, za to wyprzedzanie. I pływacki też. Jasne, słabiej Ci poszedł niż mógł np. rok temu, ale i o ile pamiętam, to ostatnio mniej niż więcej pływałaś, a na bajku zdarzył Ci się chyba jakiś romans z drzewem, więc tym bardziej było dobrze.

    To Twoje przesuwanie granic dalej i dalej pokazuje, że można. Że trzeba chcieć, marzyć, pragnąć i dążyć. Że ciężką pracą można wiele, bardzo wiele. Dzięki za inspirowanie, motywowanie, współzawodnictwo i wszystko inne.

    PS, a ten mój bajk to bez przesady. Mega to byłoby na poziomie 3:15, a do tego zabrakło mi jednakowoż całkiem sporo. Było po prostu dobrze i zgodnie z oczekiwaniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No już stop, przestań! Znowu się kurde wzruszam na samo wspomnienie... A ja Tobie jeszcze raz ogromnie gratuluję karkonoskiego wyczynu!

      Usuń
    2. Dobrze dobrze, piszcie jeszcze. Mnie się motywator ładuje.

      Usuń
  12. Lowe! I znowu ryczę. Debeściaki z Was! Gratssss :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Z drobnych poniedziałkowych ogłoszeń: "Szukam działki pod bunkier. — Kioskarz"
    Jak mógłbym inaczej wyrazić podziw? Nie wiem.
    Ja też ryczałem w ten weekend, na zakończenie mojego wyzwania (bez szczegółów :) Co prawda już pod prysznicem - tam dopiero pękło, niemniej... to fajnie sobie tak pęknąć, po dobrze wykonanej robocie ;) To nawet lepsze niż piwo ;)
    — 7b3edf593a72d3eb
    PS. W Panteonie gościsz już od dawna, ale kolejne wcielenia tego samego Bóstwa są coraz bardziej niesamowite. Wkrótce przebijesz Wisznu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawaj szczegóły!!! Tego Twojego wyzwania!
      A za Panteon, ogromnie dziękuję! :)

      Usuń
  14. Boska Bo :) Naprawdę ciężko jest napisać coś sensownego, bo całe to wydarzenie jest po prostu.... WOW! Gratulacje i szacun dozgonny :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie wiem Bo jak pogratulować czegoś, co wymyka się wszelkim próbom ujęcia w słowa. Nie ma skali odniesienia dla tego, Co zrobiłaś. Bo, dla Ciebie "The World Is Not Enough"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! To ja jestem teraz skalą odniesienia! :))) Dzięki Jędrek za gratulacje i świetny wspólny czas w Karko!

      Usuń
  16. Wojowniczko - tym co zrobiłaś i tym co zrobił Krasus nie tylko pokazaliście że z Was ludzie z żelaza. Daliście też innym, którzy Wam kibicowali i to czytają taką dawkę pozytywnych emocji i inspiracji że niech się schowają najlepsze klasyki kina i literatury. YOU MAKE A DIFFERENCE :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No joj! I znowu się wzruszam jak czytam takie piękne komentarze i gratulacje... Wielkie dzięki!

      Usuń
  17. Narobiłaś rabanu tym startem w tri!! Jesteś Mega Wielka Bidulka :) :) Ogromne gratulacje! :) Relacja genialna, bo występ genialny...ah...słów mi brakuje! Ty jesteś NIEMOŻLIWA!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi :) Niemożliwa i nienormalna :) Dzięki!

      Usuń
  18. Bo, najpierw łza wzruszenia zakręciła mi się dzisiaj u Krasusa, teraz u Ciebie! JESTEŚ WIELKA (chociaż malutka i drobniutka i nic nie ważysz;])! Nie ma słów, którymi można pogratulować, bo zwykłe "gratuluję" wydaje się być za małe! Powiem tyle - jak mi się nie będzie chcieć, to sobie będę wchodzić tu do Ciebie i czytać właśnie tę relację, bo daje kopa w zadek takiego, że wydaje się możliwe wylecenie w kosmos! Na koniec - WIELKIE GRATULACJE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojezu, no normalnie bardzo dziękuję za takie piękne słowa. I cieszę się, że się to czegoś przydam... :) Dzięki!

      Usuń
  19. Mega wydarzenie. Mega wyczyn. Mega ludzie.
    Ps. Ale dlaczego dopiero 4 w kategorii? ;-) ;-) ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kopnąć Cię za to dopiero??? :)

      Usuń
    2. Co kopnąć, co kopnąć... podziękować. BO wszyscy tu peany piszą na Cześć i modły pochwalne składają więc uznałem że jeden mały motywator może się sprzydać BO w końcu musisz być przed tym Krasusem ;-)

      Usuń
    3. Taki jeden trojkołamacz. Nie znasz :-D

      Usuń
    4. Aaa, kojarzę człowieka! :)

      Usuń
  20. Bo brak mi słów by Ci odpowiednio pogratulować! Wielki wyczyn, wielkie emocje i super napisana relacja! :) Najserdeczniejsze gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też brak już słów, bo ciągle tylko dziękuję! Dziękuję! :)

      Usuń
    2. I się BO nie dziw, bo naprawdę na to zasłużyłaś :) Roznieśliście Karkonosze w drobny mak :)

      Usuń
  21. Kilka dni się zbieram do napisania tutaj czegoś sensownego, co oddałoby w pełni moje uznanie dla Twojego wyczynu i... nie potrafię :) Jeszcze nie pozbierałam szczęki z ziemi. Jesteś nieziemska po prostu, masz niesamowitą siłę w sobie. Boska Bo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale chyba te wszystkie piękne słowa, to trochę na wyrost... Choć dziękuję :)

      Usuń
  22. Najlepsza, najlepsza, najlepsza!!!! No kurde co Ci jeszcze moge napisac. Prawie sie poryczalam czytajac. Gratuluje I podziwiam z calego serca.Nie potrafie ujac w slowa jak bardzo mnie inspirujesz I motywujesz do dzialania. Kurde no, NAJLEPSZA I tyle w tym temacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam czuć szczere skrępowanie tymi wszystkimi ochami i achami, naprawdę są mocno przesadzone. Aczkolwiek to miłe, że motywuję do działania :) Dzięki!

      Usuń