28.09.2012

No to lecem!

<No po prostu musi być kolejny wpis, pod którym można mi życzyć powodzenia ;)>
A więc niech się dzieje! Maratonie przybywam!

Wzięłam się w garść i już nie jojczę. Trzy razy przeczytałam wpis kgb (ależ to jest pięknie napisane! jeszcze sobie potem poczytam kilka razy) no i podbuzowana jestem! Podjarana na maxa. Leeet's go Bo!

A czy się uda, czy nie zrealizować plan 3:45 - who cares? W końcu kamon, biegnę swój drugi maraton! (no i się znowu w tym momencie wzruszam). Ponad 2360 kilometrów przebiegniętych od stycznia, nie mniej niż cztery, a zazwyczaj pięć treningów w tygodniu, mróz, upał, deszcz, bolące biodra, kolana i stopy, zakwasy. Długie godziny przed lustrem w biegowych stylizacjach. Ciągła walka z diabłami oraz organizowanie życia, tak by zawsze znaleźć czas by potruchtać... Nie. To nie przebiegnięcie maratonu czyni mnie mocniejszą. To małe kroczki, kroki, susy, którymi się do niego zbliżam, dopiero tak naprawdę sprawiają, że rosnę.

Czy zrobiłam wszystko, aby dziś móc powiedzieć sobie, że zrobiłam wszystko? Pewnie nie. Zabrakło treningów uzupełniających i siłowych, zdarzało mi się skracać te cholerne interwały, czasem był zbyt owczy pęd, a czasem zupełna stagnacja. Ale zrobiłam naprawdę dużo. A oceniając mój ostatniotygodniowy brak mocy, może się nawet i przetrenowałam. Bo przecież zawsze musi być dalej, szybciej, więcej.

Ale lecem! Co ma być to będzie. Proponuję tak: ja w niedzielę robię swoje najlepiej jak tylko umię (i nie robię dramatu, gdy się nie uda). A Wy kibicujecie realnie bądź wirtualnie i po 12.30 ze wszystkich sił dmuchacie w stronę Narodowego. Stoi?

Aha. I będę jednak na czarno.

25.09.2012

Pomożecie?

Słuchajcie Warszawiacy, przyjezdni i okolica. Jest sprawa. Pewnie nie wszyscy wiecie, ale w najbliższą niedzielę blisko 8 tys. ludzi biegać będzie po Warszawie. 30 września odbędzie się 34. Maraton Warszawski. I potrzeba nam kibiców.

Powiecie zapewne, w dupie was mamy. Po lesie sobie biegajcie, biegacze wy &#@&^%$@#$! Nie blokujcie nam ulic, mostów i wiaduktów! Sio za miasto i na wieś! Pozwólcie normalnie - jak każdej niedzieli - dotrzeć nam spokojnie do kościoła, na plac zabaw, nad Wisłę lub chociaż do galerii handlowej. Poza tym - jak zwykle od ponad 30 lat - nikt nas o tym maratonie nie uprzedził. Won!

A ja Wam powiem: kibicujcie! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo bardzo bardzo możecie nam swym dopingiem pomóc. I sprawić, że wielomiesięczne przygotowania uwieńczymy fantastycznym zwycięstwem. Ba, stać się może nawet coś więcej. Nie nam, ale Wam. Bo widząc nasz trud, wysiłek, ale i ogromną biegową radość oraz wiatr we włosach, sami zechcecie pobiegać. I pobiegniecie. Wiem to.

No. To skoro już Was przekonałam, to teraz konkrety. Jak można?

Po pierwsze primo zapoznajcie się z trasą 34. MW, by wiedzieć gdzie nas znaleźć (oraz ew. dla tych co nas nie lubią - jak ominąć). Jeśli zaś chcecie wiedzieć, o której godzinie w danym miejscu przebiegać będzie osoba celująca w konkretny czas (np. ja - na 3:45) skorzystajcie z tego ustrojstwa. Kibicować można albo wzdłuż trasy, albo na mecie, na płycie Stadionu Narodowego, który 30 września podczas trwania imprezy będzie dla wszystkich otwarty. Weźcie ze sobą dzieci, żony, kochanki, rodzeństwo, dziadków, znajomych i sąsiadów. Zróbcie tłum!

A po drugie primo, w kibicowaniu to już pełna dowolność np.
  • klaszczecie (tak długo, jak tylko się da)
  • wyczytujecie imiona z numerów startowych przypiętych do naszych koszulek i drzecie się się np. "Dawaj Bo! Ale super lecisz", "Jesteś naaaajlepsza!"
  • a jeśli bez imion, to choć po koszulkach np. "Brawo dla pani w różowym" (jeszcze nie wiem czy będę w różowym czy w czarnym, poinformuję w swoim czasie)
  • specjalne dopingujcie kobiałki - te okrzyki mobilizują nie tylko nas, ale i facetów (zwłaszcza gdy ich wyprzedzamy)
  • na tacy można mieć dla nas kostki cukru, czekoladę, kawałki pomarańczy i nas tym częstować (ale trzeba mieć tego sporo)
  • przybijacie biegaczom piątki i inne żółwiki
  • z boomboxa można też puszczać zapętlone powersongi np. to
  • masz gwizdek? gwiżdź!
  • masz wuwuzelę? dmij!
  • masz bęben? bębnij!
  • masz chorągiewkę? machaj! a kołatką kołocz!
  • na prześcieradle wysprejujcie na ten przykład "Run Bo!" albo jakiś inny transparent z motywującym i śmiesznym hasłem wykombinować można (np. świetny tekst z Cracovia Marathon "Obiad o 12.00")
  • samicośwymyślcie
Co się będę rozpisywać. Łomot trzeba zrobić. Hałas, radość wielką i entuzjazm, abyśmy zapomnieli o bolących stopach, sztywniejących mięśniach, zmęczeniu i niedajboże ścianie jakiejś nie do pokonania. Wielu z nas spełniać będzie swe marzenie i jednocześnie toczyć ogromną walkę ze słabościami, niemocą, brakiem sił i wiary. Oraz głosem, że nie dam rady. Pomóżcie nam swym dopingiem go zagłuszyć!

I jeszcze jedno. Tak, to oczywiste - przepięknie i szybko biegają ci z początku stawki. Ale to nam, całemu 8-tysięcznemu ogonowi doping jest najpotrzebniejszy. Szczególnie na ostatnich kilometrach. I to dla nas zdzierajcie gardła.

Za co niniejszym bardzo dziękuję prosząc równocześnie o trzymanie kciuków zwłaszcza za taką jedną ;) Najprawdopodobniej w różowym. Lub czarnym.

20.09.2012

Gadamy sobie

- Bo, dasz radę, jesteś twardzielką, nie takie rzeczy już przecież robiłaś, poza tym kto, jeśli nie ty ;) Będzie dobrze, bobrze. Solidnie przebiegałaś ten czas, musi się udać.
- Nie dasz rady Bo. Nie łudź się, jesteś ambitna, ale niestety to nie wystarczy. Fajnie, że masz marzenia, ale sorry. Nie będzie 3:45. Jeśli pobiegniesz tak jak w kwietniu to i tak będziemy się cieszyć. 3:44 byś chciała? LOL!

I tak mam od tygodnia. Gadamy sobie. Jednego dnia wierzę, bardzo wierzę, innego jest totalny dół.

Od ściany do ściany. Jak jest wiatr we włosach i gdy slalomem mknę pomiędzy spacerowiczami widząc fajne tempo na garminie i czując, że mam moc i siłę, to wierzę.
Ale jak sobie pomyślę, że wcale nie człapiąc (czytać: zapieprzając) przebiec mam tak 42 km, na dodatek po nudnym, płaskim i asfaltowym terenie (tak, tak, zblazowało mnie hasanie po górkach), jak słucham i czytam relacje o syndromie drugiego maratonu i związaną z nim porażką, jak obserwuję staty innych planujących podobny jak ja acziwment i jak kurna widzę ich spokój - to wiem, że się nie uda.

I oczywiście boję się jak diabli. Odliczam, kalkuluję, sprawdzam pogodę. Wizualizuję i wzruszam się widząc siebie na tym Narodowym. Czy uniosę ręce do góry? Czy na kolana padnę? Wyczerpana? Wściekła? Szczęśliwa? I czy radość będzie?

9 dni. Biegam wciąż sporo (wyjdzie w tym tygodniu z 70 km) - ale plan każe, sługa musi, zwłaszcza jak jest moc. Dopiero w przyszłym mam zluzować - nie znam się, nie mam wiedzy, ufam temu planu, zobaczymy.
Zaczynam się opychać. Marzę, myślę, śnię. Na ten przykład wczoraj. Śniło mi się, że na trasie trzeba było zaliczać punkty kontrolne i to gdzie? w akademiku jakimś... I że chip we włosy wpleść miałam. Cóż, interpretacji nawet nie szukam.

Wiem, że nic się nie stanie, jak się nie uda. Nic się nie stanie. Ale...
Pocieszać.

15.09.2012

Akcja regeneracja

Tydzień, calutkie 6 dni potrzebowałam, aby po biegu górskim w Krynicy dojść do siebie. Taki lajf, im człek starszy tym dłużej schodzi mu na wszystko - na regenerację też. A pamiętam jak dziś, gdy styrana po prowadzeniu kilku godzin fitnessu pod rząd potrafiłam rano budzić się rześka i wypoczęta. Pamiętam, gdy po wywrotce na rowerze wystarczyło otrzepać kolana, by dalej mknąć przed siebie. Albo jak strupki z "niewielką" tylko moją pomocą (kto nie lubi zdzierać strupków?) schodziły po dwóch dniach. Ehh... Te se ne wrati. Babciu Bo. Ne wrati.

No ale jezdem z powrotem. Ciut stęskniona za bieganiem, z wciąż szczykającym lewym biodrem-pośladkiem oraz (nowość!) z bolącym palcem u prawej stopy. Bo jakby ktoś nie wiedział, sport to zdrowie.

A akcja regeneracja przebiegała pod znakiem powolnego dreptania po 10 km w niedzielę i w poniedział, całkowitego zawieszenia biegania na wtorek i środę, próby biegania WB2 w czwartek (11 km w tempie 4:59, ale ciężko) oraz - i to jest najciekawsze - masażu. Prawdziwego! Pierwszego, nie licząc pakietowego masażu po Cracovia Marathon, prawdziwego, profesjonalnego masażu w mym życiu.
I nie był to masaż miły i relaksacyjny. Miejscami naprawdę bolało i było dość nieprzyjemnie. A miejscami - wręcz przeciwnie - śmiechota wielka, bo łaskotki mam straszne i normalnie myślałam, że nie wytrzymam, że zerwę się z tego łóżka, oby tylko jak najdalej od tego miziania i łaskotania. Ale twarda jestem, wytrzymałam. Masaż pomógł, nózie jakby lżejsze, zakwasów zero. Zapodam sobie jeszcze kilka takich sesji przed i po maratonie. A co! Może mi się nie należy? Z innych newsów to jeszcze rajtki rzekomo zgubione w Krynicy się znalazły. Na półce jak gdyby nigdy nic sobie leżały, proszęjaciebie. Dodam, że znalazły się w ten sam dzień, gdy ze sklepu przyszły nowe, identyczne, bo to moje ulubione rajtki są. Mam teraz dwie pary.

Jejku, jejku. Tik tak. Do maratonu zostało 14 dni. Zaczyna się stresik oraz nerwowe sprawdzane wszystkich dostępnych prognoz pogody. I kalkulacja, że chyba jednak porywam się z motyką na te 3:45. Ale czyż złoto nie należy się zuchwałym? Należy!

Tymczasem gorąco uprasza się o trzymanie kciuków za tych co jutro we Wrocławiu. Za Rudą i jej wymarzone 4:30, za moją koleżankę Jolę, która tym startem zdobywa Koronę Maratonów oraz za kolegę Leszka, który zapewne powalczy o złamanie trójki. I za wszystkich debiutantów, aby im gładko i miło poszło. Będzie dobrze, Bobry! Run!

09.09.2012

Między spokojem a szaleństwiem. Bieg 2,4 Dolin

Taki mi się poetycki tytuł wymyślił. Ale o tym spokoju i szaleństwie później, a Bieg 2,4 Dolin dlatego, że biegliśmy 1/3 długości Biegu 7 Dolin, więc 7 dzielone na trzy.... Choć tak nie do końca było to 1/3, bo dystans liczył dokładnie 35,6 km, i tych kilka kilometrów (zwłaszcza ostatnich po asfalcie) naprawdę robiło różnicę.

Nie będę pisać, jak bardzo podekscytowana byłam tym startem - to oczywiste, byłam niezmiernie. Po raz pierwszy w nocy, po raz pierwszy tyle kilometrów w górach i wg przewidywań - po raz pierwszy - taki długi nawet i 5-godzinny biegowy wysiłek fizyczny. Miałam więc rozterki nie tylko logistyczne (co, oprócz rac, do plecaka spakować), modowe (jak się ubrać), jedzeniowe (czy śniadanie jeść o godz. 1 w nocy, czy dzień wcześniej, wieczorem o godz. 21 i czy na żelach pociągnę tyle czasu), ale też sporo pytań dotyczących samego biegania i strategii na te zawody. Innymi słowy nie za bardzo wiedziałam jak rozłożyć siły, aby ten start był po prostu mocniejszym treningiem, który swoje zrobi i równocześnie pozwoli mi dobrze zregenerować się przed Maratonem Warszawskim.

Ale od początku. Do Krynicy przybyliśmy w piątek po południu. Faktycznie wszędzie ci biegacze. Odebraliśmy pakiety startowe (koszulka techniczna, taki plecak-worek z logo Festiwalu, czapeczka z daszkiem, różowa!, mlekołaki, lipcowe numery Runner's World i Men's Health, jakieś ulotki od sponsorów, numer startowy, kolorowe worki na przepaki), zjedliśmy po darmowym lodzie od Korala (już wtedy polubiłam ten Festiwal) i udaliśmy się do naszego apartamentu tj. na halę sportową. Znowu pełno tych biegaczy. Potem była jeszcze odprawa dla ultrasów, do których zaliczyli również nas pierwszaków planujących pokonać 33 km (czyli 35,5 km). Na odprawie oczywiście mnóstwo biegaczy, charakterystyka trasy i informacje organizacyjne. Ja zapamiętałam swoje: czerwony szlak i czarny worek (w nim pojechały moje rzeczy na metę) oraz limit 5 godz. 30 min, w którym pokonać muszę drogę do Rytra. Prawdziwi ultrasi mieli bardziej skomplikowanie: kolorowe worki na konkretne etapy, różne szlaki, przepaki, punkty kontrolne, odżywcze itd. Wieczorem w apartamencie zjadłam jeszcze bułkę i jogurt, spakowałam plecak i przygotowałam stylizację ciuchową na bieg, aby już o 21.30 leżeć w śpiworku ze stoperami w uszach czekając, aż Morfeusz weźmie mnie w swe objęcia. Nie zeszło mu długo. Zasnęłam i śniły mi się same głupoty.


2.00 w nocy dzwoni budzik. Ohmygod, czyli to już! Wstawaj Bo, szykuj się, przygoda czeka! Rachu, ciachu i byłam już na linii startu. Mimo, iż najpierw o godz. 3.00 startowali ultrasi na 100 km, potem po 10 minutach 66-kilometrowcy, a my dopiero o 3.20, przybyłam wcześniej - chciałam sobie po prostu pooglądać tych szaleńców. Popatrzyłam (z nieukrywanym podziwem i zazdrością) - wyglądali całkiem normalnie, ale niektórzy to mieli naprawdę fajne łydki... oraz życzyłam powodzenia tym co znam. I pooszli! A po 20 minutach my.

Spokojnie, z tyłu bez żadnego szaleństwa ruszyłam razem ze znajomymi, którzy planowali zrobić naszą trasę w ok. 5 godzin. Tupu tupu, no wolno biegniemy, tupu tupu, wolno. Bo, uspokój się, nie denerwuj, potraktuj to jako rozgrzewkę i zobaczymy co będzie dalej. Tupu tupu. Potem skręt w prawo i lekki podbieg. A oni już w marsz. No nie, tak to się bawić nie będziemy. Powiedziałam tylko "Strzałka! To ja uciekam, poczekam na Was ze śniadaniem w Rytrze". I pobiegłam po swojemu. Noo, teraz jest znacznie lepiej. Ja chyba jednak generalnie wolę biec sama.

Ciemność widzę. Ciemność!

I tak sobie biegłam, maszerowałam sama przez prawie cały czas. Sama, choć zawsze ktoś był w zasięgu wzroku. Najpierw była noc i wielki podbieg na Jaworzynę Krynicką. Tam głównie maszerowałam, a jak mi się już nudziło (nudne to łażenie) to podbiegałam kilkadziesiąt metrów i znowu szłam. Naprawdę spokojnie. Chłonęłam atmosferę, którą tak naprawdę trudno tu opisać. Rząd świecących czołówek za mną i przede mną, połyskujące odblaski z plecaków i ubrań innych biegaczy, chlupocząca woda w bukłakach, jakieś tam rozmowy innych, a w oddali gdzieniegdzie światła wsi lub całkowita ciemność. Pół księżyca było i sporo chmur. Z których - już na szczycie Jaworzyny - zaczął padać deszcz. Śmieszne, deszcz w świetle czołówki wygląda jak śnieg. I ten deszcz padał tak ze dwie godziny. Trochę też wiało, a i błota było wcale nietentego.

Bardzo fajnie mi się biegło. Bez szaleństw, ale też bez lenistwa specjalnego. Zapewne taką ostrożność wymuszała też ciemność i konieczność poruszania się w świetle czołówki, ale było ok. Powoli mijałam innych. Jedna kobiałka, druga, trzecia, facetów nawet nie zliczam ;) Wszyscy, których mijałam mieli dość wolne tempo, więc wydedukowałam, że powoli dochodzę do ultrasów, którzy wystartowali wcześniej. I kiedy minęłam kolegę biegnącego na 100 km, byłam już tego pewna. Zauważyłam, że osoby (oczywiście nie elita) planujące pokonać 100 km to głównie idą (nie tylko pod górę, ale i na niewielkich wzniesieniach), a biegną jedynie - ale też bardzo powoli i ostrożnie - w dół. Kurcze, to musi być bardzo nudne takie oszczędzanie sił. Ale i tak ich podziwiam, są wielcy.

Profil trasy Biegu 2,4 Dolin
Wracając do mnie - to kiedy zrobiło się już jasno, gdy pożywiłam się bananem i trzema rodzynkami na punkcie kontrolnym i kiedy po prostu poczułam ten bieg, to jednak zaczęło się małe szaleństwo. Czyli wiatr we włosach, radość na twarzy, zbieganie susami i podbieganie gdzie tylko się da. I wymijanie, wymijanie, wymijanie. Daawaj Bo!!! Ale było fajnie. Nawet zagadywać innych zaczęłam, co nie zdarza mi się często. Ciut odpuściłam jednak, kiedy zaliczyłam jedną, kontrolowaną przewrotkę oraz zaczęłam trochę czuć kolana na zbiegach, ale i tak była radość. Przez jakiś czas miło też biegłam z Robertem z naszego teamu ;) I w takim szaleńczo optymistycznym nastroju, mając na Garminie 32,5 km dobiegłam do asfaltu, gdzie - jak sądziłam - czeka mnie piękny 500-metrowy finisz. No i był finisz, ale 5 razy dłuższy, bo przebiec trzeba było przez całe Rytro. Wszyscy już maszerowali. Wszyscy. Oprócz takiej jednej. Przejdziesz w marsz jesteś leszcz pomyślałam i biegłam do tej mety. A za metą, gupie to, ale się wzruszyłam. Że tak mi ładnie poszło, że nie umieram ze zmęczenia i że w sumie to mogłabym tak dalej...

Trasa, moja meta a ich przepak i medal
Trasę o długości 35,5 km i łącznym przewyższeniu 2400 m pokonałam w czasie 4:14:41. Byłam (baczność) czwarta w OPEN! (spocznij). 4 minuty do podium zabrakło, chlip chlip. Gdybym się nie obijała na początku i pobiegła ten bieg, jak zawsze, na maksa.... Ojtam, i tak jest bosko i jestem bardzo zadowolona. Cieszę się, że pobiegłam swoje i że nie leniłam się na trasie (wciąż nie rozumię, jak można zawody biegać treningowo i odbierać sobie tę radość i końcową satysfakcję z dobrze wykonanej roboty?). A uczucie gdy w Krynicy, rano przed godziną 10, uciurani po kolana w błocie szukamy otwartej knajpki, by napić się bro dla uczczenia biegu, bezcenne...

Dodam jeszcze, że poważnych uszczerbków na zdrowiu i strat nie odnotowałam. Poza sporymi zakwasami (moje nózie potrzebują masażu na ASAP), jednego odcisku pod pod prawą kostką oraz zgubionych nie mam pojęcia gdzie i jak (???) spodenek.

A gdy tak po południu, kibicowałam tym, którzy w Krynicy wbiegają na metę kończąc swoje 100 km, widząc ich zmęczenie, ale i ogromne szczęście malujące się twarzach - to przez moment pomyślałam nawet, że może bym tak ja? Ale tylko przez moment tak pomyślałam. Mryg, mryg ;)

06.09.2012

Jaworzynoo! Przybywam!

Butki są? Są, czyściutkie i wypucowane. Rajtki, ortalion i skarpetki są? Są. Koszulka z długim? Jest. Różowa? Iii, tym razem czarna. Szczęśliwa bielizna, rękawiczki i opaska? Są. A baterie do czołówki naładowane, bidon recepturkami uszczelniony, żele przygotowane? Yes, sir! A te ciuszki biegowe to przetestowane choć? Tak, sprawdzone. Na treningu i przed lustrem. A race ratunkowe spakowane? Kurcze no, wiedziałam, że czegoś zapomnę... Jeszcze race!

Jutro wyruszam, a w sobotę o godz. 3.20 rano/w nocy startuję w Krynicy w jednej trzeciej Biegu 7 Dolin tj. na dystansie 33 km (choć wg niektórych źródeł 35 km to jest). Czujecie? W nocy! Z czołówką na głowie, plecakiem na plecach, wyubierana być może nawet i w rękawiczki oraz z numerem startowym 665 (też mi piekielnie żal, że ktoś mi popsuł ten numerek o jeden).

Ale będzie przygoda, cieszę się (jak to ja) na ten bieg strasznie i pomyśleć, że niewiele brakowało, abym słuchając głosu zdrowego chorego rozsądku zrezygnowała z tego dystansu i pobiegła dyszkę. Na szczęście dobre duchy czuwają, w porę zainterweniowały i odwiodły mię od zamiaru tego. Podziękować. Ale dopiero na mecie, albo w niedzielę nawet lub później, gdy stwierdzę, że większych obrażeń na mym ciele i duszy bieg ten nie spowodował.

Trasa: Krynica-Rytro przez Jaworzynę oraz Łabowską Halę, 33 km, ponad 1000 m przewyższenia - dużo i nie dużo. Dla mnie dużo, zwłaszcza że trzy tygodnie potem zostać mam bohaterką narodowego, i to z życiówką. A biegam od roku. Dlatego plan na ten bieg jest prosty: nie szaleć zbytnio i nie bić się o podium (hihi), tylko spokojnie zrobić to jako długie wybieganie. Nie wiem wprawdzie jak ja sobie z tym spokojem poradzę? Mam nie biec na 150%?  No nie wiem, nie wiem. Muszę sobie to jakoś poukładać. Zaznaczam jednak, że nie będzie prucia, ale nie będzie też człapania, ani spacerowania tiptopami. Nie uśmiecha mi się bowiem specjalnie, aby na trasie spędzić regulaminowe 5,5h. Strasznie długo.

Ponoć Festiwal Biegowy w Krynicy to jedna z najlepiej zorganizowanych imprez biegowych w kraju. Mnóstwo się dzieje, zawody, wykłady, spotkania, targi i wszędzie ci biegacze. Zobaczymy, ile w tym prawdy i czy spodobają mi się te klimaty. A że swój bieg ukończyć mam na teleranek, a potem do wieczora czekamy na ultrasów, to całą sobotę - nie ma wyjścia - spędzę na tych festiwalowych atrakcjach. Może się wreszcie czegoś mądrego o tym bieganiu dowiem.

Czego mi życzyć? W zasadzie nic specjalnego. Może tylko, abym sobie krzywdy nie zrobiła i nie pomyliła trasy. I aby było fajnie. A jak ktoś już chce bardziej i więcej, to można też kciuki trzymać. Ale nie za mnie. Tylko za tych, co o godz. 3.00 ustawią się na starcie biegu na 100 km i którzy po kilkunastu godzinach dystans ten pokonają. Szacuneczek Panie i Panowie. Run heroes!

A czy mówiłam już, że ja też pobiegnę na dookoła Mont Blanc? Ano tak, mówiłam. Ale nie zaszkodzi powtórzyć. Ja kiedyś naprawdę tam pobiegnę.

02.09.2012

W międzyczasie - Nocny Bieg Solidarności

Jeśli u siebie, 2 przecznice od domu, jedyny raz w roku, w sobotni wieczór organizowany jest bieg to - nie ma wyjścia - cza startować. To nic, że jestem w okresie dość trudnych i ciężkich (jak dla mnie) treningów przedmaratońskich, że nabijam kilometry oraz zaliczam drugie zakresy i raczej nie ćwiczę szybkości. To nic, że wciąż boli mnie lewe biodro-pośladek (co to k. może być?), które trochę utrudnia całą sprawę. To nic, że następnego dnia przebiec mam 30 km (odhaczone), a za tydzień w biegu górskim czeka mnie 33-kilometrowa walka z Jaworzyną Krynicką. To nic. Nawet na zaliczenie - muszę wystartować. Zwłaszcza, że bieg promuje ideę transplantacji oraz generalnie pomagania i dawania siebie innym (Oświadczenie woli w portfelu jest? No! A zgłoszenie do banku dawców szpiku złożone? To dawać je w trimiga! Ale już!)

I jakem rzekła, tak się stało. W sobotę o godz. 20.00 wystartowałam w XXIII Nocnym Biegu Solidarności na dystansie 6 km. Razem z ok. 350 innymi biegaczami, wśród których byli również nasi regionalni olimpijczycy, goście zza wschodniej granicy oraz (serio!) prawdziwi Kenijczycy i Kenijki!

I oczywiście jak wystartowałam? I tu cała klasa odpowiada głośno: zaa szyybko! Durna Bo. Nie nauczy się. A przecież wie, że nie można dać się ponieść euforii, wie że to pułapka i że zaraz spuchnie. Wie, że to najgłupszy błąd początkujących biegaczy i że teraz - po roku biegania - po prostu nie można pozwalać sobie na takie wpadki! Ale nie, ona nadal swoje i zaraz po strzale startera - lufa do przodu! Pierwszy kilometr w tempie 4:07, słabo co?

Znajdź Bo na obrazku.
Mój bieg wyglądał mniej więcej tak:
1 km: Bo(b)że jak ja kocham to bieganie! I jaka szybka jestę, patrzcie!
2 km: No fajne to bieganie, ale chyba ciut za szybko wystartowałam. Bo! W takim razie już bez szaleństw, oddychaj i staraj się choć utrzymać to tempo.
3 km: Utrzymać to tempo? Czy kogoś tu pogięło? Ja pierdolę. Mam dość. A w ogóle to daleko jeszcze?
4 km: Jest źle. Niedobrze mi. Albo raczej głodna jestem. Nie, jednak mi niedobrze. Czy głodna? Zaraz naprawdę zwymiotuję.
5 km: No dobra, niech to się już skończy. Gupia Bo. Jak można było dać się tak nabrać? Nie masz siły? To teraz masz nauczkę. <Rezygnacja>
META: i jeszcze plastikowy medal ;(

No i taki to był bieg. Okazało się, że nawet na takim krótkim dystansie jak 6 km trzeba rozłożyć siły. Ameryka normalnie. Ale dobrze mi tak. Zawsze kolejne biegowe doświadczenie więcej.

Coś jak w tej reklamie (grało się kiedyś w kosza, nie?). Nie trafił 9 tys. rzutów... by potem odnieść sukces.
I choć w sumie mój wynik nie był taki zły: 6 km w 26:46 (średnie tempo 4:33, szybciej do tej pory biegałam jedynie kilometrówki), tak właśnie postrzegam ten start. Jako przegrany mecz. Który jednak przybliża mnie, kiedyś tam gdzieś w odległej galaktyce, do upragnionego finału.

Skoro nie potrafię szybko (i mądrze) biegać, to chociaż się powydurniam. 
A z radośniejszych rzeczy, to fajnie się startuje u siebie. Gdzie na trasie widać tylu znajomych biegaczy i kibice nie są anonimowi, a co każde okrążenie (były 4 pętelki) słyszysz "Daawaaj Łosiu!!!" ;) Gdy w biegowe ciuszki można wbić się w domu, a rozgrzewkę robić pod własnymi oknami. Fajnie też, że coś zaczyna ożywać ta nasza ukraińska, biegowa pustynia. Frekwencja w Biegu Solidarności była rekordowa, a w październiku (uwaga!) będzie nawet półmaraton, na który niniejszym serdecznie zapraszam! (Że tak powiem, kto nie wystartuje ten trąba).

I jeszcze jedno. Czy mówiłam już, że kiedyś ja też pobiegnę na Mont Blanc? No więc pobiegnę.