30.08.2013

Wróg

W każdej, nawet w jakiejś durnej i przesłodzonej opowieści powinny być czasem zwroty akcji. Bardziej lub mniej dramatyczne, ale powinny być. Inaczej jest nudno, fabuła się nie klei, źle się to czyta i odkładamy książkę na półkę. Zatem, aby nikt mnie tu nigdzie czasem nie odłożył. Aby statystyki bloga wciąż szybowały wysoko, aby pojawiali się nowi czytelnicy oraz, a może i przede wszystkim, uczestnicy Wielkiego Wyścigu dla Bartka, oto i on. Zwrot akcji. Przecież za pięknie było, za ckliwie i słitaśnie, prawda?  

A więc. Tę no, kontuzję mam. Zespół tarcia pasma biodrowo-piszczelowego czy coś w ten deseń z powięzią prawą w tamtych rejonach. Czyli biegowy standard (wrrr nie cierpię być standardowa). Generalnie boli mnie raz kolano prawe, raz biodro, czasem oba te organy równocześnie, choć jednak zazwyczaj każde z osobna i to najczęściej biodro. Albo kolano. Pojawiło się całkiem niespodziewanie, dwa tygodnie temu podczas niedzielnego długiego wybiegania i niestety wciąż trzyma. Na szczęście mądra i oczytana w internetach Bo nie próbowała bólu zlekceważyć i zabiegać, tylko od razu do specjalistów po pomoc się udała i zamiast treningów biegowych podjęła walkę z ITBS. Wstyd mi za nią, że taka rozsądna ta Bo. I że żadnego głupstwa w tej materii nie uczyniła, normalnie wstyd... Dobrze, że choć czasem delikatnie popływa lub na szosie pojeździ, bo jeszcze kto pomyśli, że całkiem zmądrzała...

I tak do fizjoteraupeuty sobie chadzam. Do człowieka, który musi jak nic mieć w sobie coś z sadysty, bo wygina mnie i masuje tak boleśnie, że drę się w niebogłosy niczym wuwuzela w rękach fanatycznego kibica. Rany, ale to potrafi boleć! A myślałam, że to ból istnienia jest czymś czego nie potrafię znieść w milczeniu. Poza tym zabiegi fizykoterapii biorę opowiadając zaciekawionemu i zgromadzonemu wianuszkiem wokół mnie personelowi medycznemu co to ten triathlon i jaka jest kolejność zadań ;) Ćwiczę też nóżęta (obie ćwiczę, po co mi nierówne pośladki), roluję biodro butelką, autosięmasuję i oczywiście gruntownie rozciągam.

Nie rozpaczam, nie płaczę, bo po co. Może ciut wściekła jestem, nie ma wszak róży bez ognia i mogłam to wszystko jakoś mądrzej ogarnąć i jednak ćwiczyć stabilizację oraz te cholerne pośladki zgodnie z obozowymi zaleceniami, ale dramatu nie robię, taki lajf. Wciąż mam wprawdzie nadzieję na przebiegnięcie jesiennego maratonu (choć już bez życiówki), ale jeśli to nie wyjdzie to przecież świat się nie skończy, c'nie? Tak sobie przynajmniej powtarzam :) I dodaję, że ja już swoje w tym sezonie zrobiłam i widocznie moje ciałko uznało, że na ten moment zdecydowanie wystarczy... Okej.

A poza tym nie ma złej kontuzji co by na dobre nie wyszła. Może wreszcie zacznę regularnie ćwiczyć? Może wykorzystam ten czas do siłowego wzmocnienia organizmu? Może wreszcie porządnie odpocznę i zbuduję bazę pod przyszły sezon? A przyszły sezon to dopiero będzie pojechany na maksa. A może nauczę się jeździć po górkach na bajku emteBo? Albo pływanie poprawię? Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, że już nie płaczę nad ITBS. Choć oczywiście nie zamierzam się poddawać i walka trwa.

A Ty głupi wrogu nawet nie wiesz z kim zadarłeś. I jeszcze tego gorzko pożałujesz.
Słowo.

22.08.2013

Pudło prześladowcze. V Triathlon Ziemi Sandomierskiej

Dziwny to był triathlon. Taki inny niż wszystkie, choć i tak znowu pudło... A dziwny, bo raz że blisko domu, dwa, że trasa taka jakaś rozciągnięta, że oddzielne T1 i T2 oraz rower z punktu A do B, a nie po pętlach. I poza tym tak dziwnie i niezręcznie się czuję, jak ludzie oczekują ode mnie dobrego wyniku i miejsca oraz mówią, że na pewno takowe będzie. A jeśliby nie było, to co? Poza tym. Nie że popadam w rutynę, absolutnie nie i daleko mi do tego, ale już bardziej ogarnięta jestem w tym triathlonie, wiem jak przygotować sprzęt, nie robię wielkich oczu na widok kasku aero czy pełnego koła i to teraz ja wyjaśniam innym o co kamon. I to też jest właśnie dziwne, bo przecież niespełna 3 miesiące temu nie wiedziałam nic. A teraz wiem! Takie zmiany. 

V Triathlon Ziemi Sandomierskiej (750 m swim, 20 km bike, 5 km run) to zawody niby lokalne, ale poprzez rozgrywane równocześnie Mistrzostwa Polski Lekarzy zyskują rangę ogólnopolskich i ściągają nad Wisłę ludzi z całego kraju. Było więc sporo mocnych zawodników, a i na niektórych rowerkach też można było oko zawiesić. Pływaliśmy w zalewie w Koprzywnicy, przy którym zlokalizowana była strefa T1, potem na bajku 20 km do Sandomierza, gdzie po zostawieniu sprzętu w T2  na rynku, czekał nas bieg pomiędzy turystami, sklepami z pamiątkami oraz ogródkami piwnymi. Mówiłam, że dziwnie... choć Sandomierz śliczny!

Pływanie nie wyszło
No dobra, przyznam to. Po zaskakująco dobrym pływaniu w Poznaniu uwierzyłam, że jestem żeńskim (a więc tym jeszcze lepszym) wcieleniem Phelpsa i myślałam, że pływanie to teraz dla mnie pikuś. Że tylko 750 m? W bajorku jakimś pod Sandomierzem? Lajcik, bułka z masłem, zanim się rozgrzeję, będzie już po wszystkim, może nawet szkoda ubierać piankę. A tymczasem wcale nie. Płynęło mi się źle, ustawiłam się nie tam gdzie trzeba, inni notorycznie przypominali mi co to pralka i ostatecznie nie mogłam złapać rytmu. Generalnie szarpałam się strasznie i bardzo mnie to pływanie umęczyło.

Gdzieś tam się motam. Fot. A. Tomczyk
Wszystko chyba przez to, że chciałam płynąć szybko, a ja po prostu nie umiem szybko. Plan był też taki, aby mocniej zaangażować nogi, bo generalnie to ja ich nie używam za bardzo, tylko co jakiś czas chlapnę, co może pomaga potem na bajku gdyż jadę na świeżości i jest przydatne na dłuższych dystansach, ale na takim sprincie gdzie trzeba zapierdzielać i non stop dawać ognia to raczej ta moja technika pływacka do mega efektywnych nie należy… No ale jakoś mi z tymi nogami nie wyszło. Chyba po prostu zapomniało mi się. Podobnie zresztą nie wyszło jak z nawigacją, bo znowu zbaczałam z obranego kursu. Choć przyznam, że chcąc temu jakoś zaradzić próbowałam (dozwolonego) draftingu tj. płynięcia tuż za kimś w jego ekhm… bąbelkach. I z tymi bąbelkami też mi nie wyszło. Bo jak już dorwałam jakieś obiecujące i szybkie bąbelki to zaraz dopływałam do mojego „zająca”, smyrałam go po piętach, było za wolno i musiałam wyprzedzać (sorry nie nadajesz się, następny proszę i gdzie jest moja kolejna ofiara). Po trzech nieudanych próbach  postanowiłam jednak darować sobie te bąbelkowe polowania i sztuczki i po prostu płynąć do przodu. A tak w ogóle to niech się już skończy to pływanie. I skończyło się po 15 minutach i 10 sekundach (Garmin policzył mi 770 m). Oj Bo, nie czytaj już tych komentarzy jaka to jesteś boska, tylko weź się do roboty, bo pływać to jeszcze za bardzo nie umiesz. (Wzięła się, w niedzielę już pływała pod okiem instruktora). 

20.08.2013

Wielki Wyścig dla Bartka

No dobra, czas zamiast o sobie, o wynikach, życiówkach, planach treningowych i najbliższych startach, pomyśleć teraz o innych. Co Wy na to? Mi też się ten pomysł bardzo podoba, więc niniejszym zapraszam wszystkich do udziału w akcji "Wielki Wyścig dla Bartka".

Pamiętacie Wielki Wyścig i nasze rywalizacje na Endo, w ramach których wspólnie spalaliśmy kalorie? Pamiętacie towarzyszące zabawie emocje, wyścig łebwłeb oraz ostateczne rozstrzygnięcie i moje trzepackie foty? No jasne, że pamiętacie, zwłaszcza to ostatnie ;) Otóż teraz będzie podobnie, ale rywalizujemy ze sobą w bardziej szczytnym celu, a mianowicie zbierając pieniądze na leczenie dla chorego Bartka. Bartek, bratanek Kuby - biegacza i autora bloga Formatownia.pl, ma cztery lata i walczy z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu. I bardzo potrzebuje naszej pomocy

Jak pomagamy, jak rywalizujemy i co ma do tego patelnia?

Otóż. Wśród wszystkich osób, które wezmą udział w akcji "Wielki Wyścig dla Bartka" (koszt udziału to jedyne 19,99 zł) rozlosowane zostaną trzy, mega pojechane w kosmos, nagrody. 

Pierwszą z nich jest brat bliźniak Pimpusia. Kibicom Wielkiego Wyścigu nie trzeba chyba wyjaśniać kim jest Pimpuś. Pimpuś to nie tylko montowany na kierownicy bajka klakson oraz dodatkowy koń mechaniczny, ba pegaz nawet dodający skrzydeł Krasusowi na zawodach i treningach. Pimpuś jest synonimem siły i mocy, to również tajemniczy talizman chroniący przed kraksą, bombą i wszelkim złem, które spotkać może każdego rajdera w siodle. A brat Pimpka jest ponoć jeszcze bardziej czarodziejski, więc chyba warto powalczyć, nie? 

Pimpuś we własnej osobie (a jego brat ponoć przystojniejszy)
Kolejną nagrodą jest równie magiczny, ale i pomocny podczas upałów biegowy pas z bidonem. Choć niektórzy wolą przechowywać w nim makaron...

O taki bidon właśnie
I nagrodą najważniejszą jest, taadaam, patelnia! Patelnia, którą wygrałam w Lotto Poznań Triathlon. Wprawdzie nie używałam jej i nie smażyłam na niej nic, ale trzymałam ją za to w swych dłoniach. No! I nie tylko trzymałam ją stojąc na najwyższym podium kategorii wiekowej, ale również podczas podróży powrotnej do domu, cały czas miałam ją na swych kolanach. Taka patelnia! Na dodatek to najbardziej patelniowa patelnia na świecie, turboindukcja i te sprawy, to patelnia, która sama znosi jajka, z których potem (również sama) przyrządza omleta tudzież jajecznicę. Nie wiem jak Wy, ale ja już teraz zazdroszczę tej patelni jej nowemu szczęśliwemu właścicielowi.

Patelnia Lama Gold Black Line do wzięcia. Ale bez krasnala! No, chyba że się dogadamy jakoś ;)
Więcej o patelni i jej możliwościach kulinarnych poczytać można o tu.

Co zrobić, aby wylosować którąś z tych trzech nagród i pomóc Bartkowi? 

A więc należy kupić "los" w cenie 19,99 zł wpłacając pieniądze na konto fundacji z odpowiednim dopiskiem (dane poniżej). Aby zwiększyć swoje szanse w losowaniu można wykupić więcej losów. Ba, można wykupić nieskończoną liczbę losów, każdy w jedynej i niepowtarzalnej cenie 19,99 zł. A każdy los zwiększa szanse w losowaniu rzecz jasna.

Wykupienie jednego losu w cenie 19,99 zł jest biletem wstępu do rywalizacji na Endomondo "Wielki Wyścig dla Bartka". A ponieważ wszyscy lubimy biegać i rywalizować, tak naprawdę dopiero tutaj zaczyna się prawdziwy wyścig. Za każde wybiegane 19,9 km, uczestnik akcji otrzymuje dodatkowy los w losowaniu. Wybiegasz 100 km, to łącznie z losem za "wpisowe" masz 6 losów. I tym samym 6 szans na wygranie brata Pimpka, pasa z bidonem lub mitycznej patelni. Wybiegasz 258 km, masz losów 14. Proste.

Rywalizacja na Endomondo kończy się 30 września, a podsumowanie akcji wraz z losowaniem nagród odbędzie się na początku października 2013 r. 

W ostatecznym losowaniu (tradycyjnie skorzystamy z serwisu losowe.pl) liczy się suma losów opłaconych i wybieganych. Alles klar? Jeśli nie, śmiało pytajcie w komentarzach tu lub na Facebooku. Ponieważ niestety nie mamy wglądu do konta Fundacji, jesteśmy zmuszeni prosić Was o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił. Osoby, które nie prześlą potwierdzenia przelewu będą usuwane z rywalizacji. Przepraszamy za tę niedogodność, jest to dla nas dość niezręczne, ale niestety nie ma innej możliwości weryfikacji wpłat i mamy nadzieję, że zrozumiecie. Zrozumiecie, prawda?

Wpisowe do rywalizacji (jedyne 19,99 zł), a także dodatkowe losy (każdy w niepowtarzalnej cenie 19,99 zł) kupuje się przelewem płacąc na konto Fundacji:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Ja z Krasusem oraz Wybieganym w całej rywalizacji uczestniczymy towarzysko i dla lansu. No dobra, objęliśmy akcję patronatem honorowym, fju, fju. Równocześnie jednak bardzo prosimy innych blogerów biegowych i triathlonowych o przyłączenie się do Wyścigu oraz pomoc w rozpropagowaniu akcji.

To co? Do dzieła! Wielki Wyścig trwa nadal...
Dziękujemy, że jesteście z nami.

AKTUALIZACJA!
Jest i kolejna nagroda do rozlosowania wśród wszystkich uczestników Wielkiego Wyścigu dla Bartka. A jest nią (wdech) profesjonalny (tzw. duży klik) przegląd rowerowy w Bikeservice.com.pl (wydech)! Czyli czyszczenie, odtłuszczanie, konserwacja, smarowanie, kasowanie, kontrola, sprawdzanie, regulacja i co tylko jeszcze Wasz ukochany rower może sobie wymarzyć. Cena katalogowa takiego przeglądu to aż 150 zł! Pomagając Bartkowi możecie go mieć już za 19,99 zł, a na dodatek otrzymać jeszcze komplet smarów gratis. Taka nagroda, dziękujemy Ci Bikeservice!

AKTUALIZACJA nr 2!
Uwaga, uwaga! Nie trzy, nie cztery, ale pięć nagród jest do wylosowania w Wielkim Wyścigu dla Bartka! Otóż. Kolejnym pojechanym w kosmos fantem jest audiobook "Trzy mądre małpy" Łukasza Grassa, który na naszą akcję podarował jeden z uczestników. To książka o triathlonie, ale nie tylko, również o marzeniach i wyznaczaniu sobie celów, do których warto dążyć. Nie ukrywam, iż w moim przypadku lektura ta była sporym impulsem do zainteresowania się tematyką tri i mam nadzieję, że u szczęśliwego zwycięzcy będzie podobnie :) Co więcej. Sam autor Łukasz Grass opatrzy audiobook swym autografem, a dla chętnej osoby osobiście wręczy go podczas wspólnego treningu w Lasie Kabackim. Ha! A więc Panowie i Panie wpłacamy i ścigamy się, ścigamy! Dla Bartka!

AKTUALIZACJA nr 3!
Otóż. Mamy kolejną nagrodę do rozlosowania. Spersonalizowana koszulka Xtri.pl, na której szczęśliwy zwycięzca będzie mógł wygrawerować sobie ksywkę lub coś innego ;) Biegamy, biegamy, biegamy!


Wielki Wyścig dla Bartka wspierają:





16.08.2013

Reset

Ponad tydzień bez biegania. Tydzień bez szosy oraz porannego zrywania się na basen. Tydzień bez czujnika tętna, spoconego czoła i vitargo w bidonie. Tydzień bez triathlonu. Tydzień bez. 

Odpoczęłam i dopiero teraz widzę, jak bardzo tego odpoczynku potrzebowałam. Jak bardzo byłam nakręcona na poznański start, jak bardzo nim zryta i jak wiele sił mnie te zawody kosztowały. Ja naprawdę dałam tam z siebie wszystko... I chyba jeszcze trochę więcej. Nawet nie mówię teraz o cholernych zakwasach, które miejscami przypominały te po maratońskim debiucie i które ustąpiły po 3 dniach, ale o wielkim ogólnym zmęczeniu fizycznym i psychicznym, które dopadło mnie i siedziało w środku naprawdę głęboko. I nichuchu wyjść nie chciało, więc po kilku próbach przestałam nawet je wyganiać.

Ogólne poczucie spełnienia i szczęścia spokojnie (dziękibogu) pozwoliło mi jednak nic nie robić jak tylko upajać się sukcesem (jeszcze raz dziękuję za wszystkie miłe słowa i gratulacje), regenerować, jeść (sporo jeść), ba nawet czerpać przyjemność z tego lenistwa. Kurde, i to bez żadnych wyrzutów sumienia! No dobra z małymi, co jednak nie zmienia faktu, że chyba dorosła nam ta Bo i zmądrzała. Oby tylko nie za bardzo ;) 

No ale powoli trzeba zacząć wracać. I wracam. Szosa nie sprawia jeszcze dawnej frajdy, pływam też jakby w miejscu, ale bieganie - zwłaszcza gdy się wkręcę, a dzieje się tak zazwyczaj po 6 km - znowu jest za-je-bi-ste. Znowu dostarcza mi kosmiczną wręcz radość oraz poczucie lewitowania ponad chodnikami i ludźmi. Niebo jest piękniejsze, kolory jaskrawsze, a jak na dodatek pobiegnę gdzieś na mymłon natury, wdrę się między drzewa, chaszcze i krzaczory to już jest naprawdę totalny odlot. Fajnie.

Tymczasem jutro mam lokalne zawody tri w Sandomierzu (tak zwany sprint). Żal nie wystartować kilkadziesiąt kilometrów od domu, na dodatek w dość ciekawej scenerii oraz z fajnymi ludźmi. Oczywiście - jak zawsze - można trzymać kciuki i delikatnie dmuchać w stronę południa, ale sama od siebie nie wymagam za wiele wobec tego startu, w zasadzie nic od siebie nie wymagam po takiej labie i odpoczynku. Innymi słowy, nastąpiło lekkie rozprężenie i jakoś niespecjalnie chce mi się to zmieniać... 

Poza tym nie Sandomierz jest teraz najważniejszy tylko to, co wydarzy się potem. A wydarzy się coś wielkiego i ważnego. Może nie wielkiego dla mnie, choć debiutować będę w nowej roli, ale ważnego dla kogoś innego, kto potrzebuje wsparcia. Wspólnie z innymi blogerami rozkręcić chcemy akcję pomocy dla Bartka i już teraz zapowiadam, że bardzo na Was liczę i że nie chcę się rozczarować. Zrozumiano? Szczegóły wkrótce, dla zbudowania napięcia dodam, że pewną rolę w akcji odegra... patelnia. Tak, ta patelnia, którą wygrałam w Poznaniu i która jest ponoć najlepszą i najbardziej patelniową patelnią na świecie, nie tylko ze względu na swoją obecną właścicielkę... ;)
No. Tak więc stay tuned bo naprawdę warto ;)

----

Mauri Włodek, halo Mauri Włodek! Odezwij się chłopaku, bo fajne oksy Huuba wygrałeś, a nie mamy do Ciebie namiaru. Masz czas do 18 sierpnia do północy. Odzew.

09.08.2013

Wielki Wyścig i po Wielkim Wyścigu

Kiedy pewnego dnia Krasus zagadał mnie, abyśmy jakoś rozkręcili fakt, że razem debiutować będziemy w PozTri na dystansie długim, nie sądziłam, że z tego pomysłu wybuchnie taka bomba. Atomowa. I że tak fajnie będziemy się bawić, a wokół rywalizacji powstanie fantastyczna atmosfera. Że poznam (ojtam, że czasem tylko wirtualnie) fajnych ludzi, że zadziwi mnie Wasze zaangażowanie, że rozłożą na łopatki prace konkursowe oraz rozśmieszą komentarze i zdjęcia na ścianie wydarzenia na FB

Wielki Wyścig udał się tak fajnie jak mój cały start w PozTri i chociaż sam wynik rywalizacji był dla mnie naprawdę nieistotny, tak dziś - przyznam - nie ukrywam dumy, że mam w plecy do Krasusa (do tego Krasusa!) tylko 48 sekund :) Wiadomo, w końcu Bo. 

No ale dość o mnie, teraz o finałowym konkursie i nagrodach ufundowanych przez firmę HUUB Polska. Ogromnie dziękujemy sponsorowi!!! Jeśli te okularki pływają tak jak moja pianka (HUUB Aura), to gwarantuję, że poprawicie w nich swoje wodne osiągi przynajmniej o 100%. 

1. Typowanie różnicy pomiędzy czasem moim a Krasusowym. Niestety nikomu nie udało się zrobić tego idealnie, różnica - przypomnę - wyniosła (ekhm zaledwie) 48 s. Remis typowali: Ava oraz Mauri Włodek. Ponieważ Włodek zrobił to jako pierwszy, okularki wędrują do niego. Gratulacje! 

2. Nasz wspólny Ajronmen. Udało nam się z razem Krasusem kultowy dystans pokonać w 10:43:32 (zarąbisty czas, nie?), najbliżej tego wyniku typował DarkTri (10:43:10), więc okularki do pływania w wodach otwartych wędrują do Darka. Gratulacje!

3. Konkurs poetycki na krótką rymowankę zagrzewającą mnie lub Krasusa do walki. I tu żiri miało problem... bo niektóre przejawy radosnej twórczości naprawdę zapierały dech w klacie. Do finałowej trójki ostatecznie zakwalifikowano trzy utwory, z czego dwa pierwsze okazały się być prorocze (w sumie trzeci prawie też :)
  • "Krasus Krasus leć jak strzała
    Twoich brać kibiców cała
    dopinguje Cię i wspiera
    abyś wygrał właśnie teraz!" (Marysia)
  • "Czy to słońce, czy to deszcz
    Poznań dziś Krasusa jest!" (Mikołaj)
  • „Boska Bo! Boska Bo! Krasusowi łupnia do!” (Łukasz)
Nastąpił impas w obradach, więc żiri zdecydowało, że zwycięzcę wyłoni losowanie. I tym samym nagrodę w postaci okularków basenowych otrzymuje autorka hasła pierwszego Marysia. Gratulacje!

4. Obiecaliśmy również, że wśród wszystkich uczestników konkursu rozlosujemy jeszcze jedne okularki. I oczywiście obietnicy dotrzymujemy. Za pośrednictwem serwisu Losowe.pl wyłoniliśmy osobę, do której wędrują okularki basenowe. A osobą tą jest Maro. Gratulacje!

Wszystkich laureatów prosimy o kontakt mailowy: run.bo.blog@gmail.com i/lub krasus.biecdalej@gmail.com - ustalimy kolory i rozmiary okularków oraz adresy przesyłek.

5. The last but not least

Wśród wszystkich rymowanek i motywujących haseł jedna wyróżniła się specjalnie. Poemat pt. "Wielki Wyścig" autorstwa Kgb (tekst do przeczytania na blogu Biegnę, więc jestem). Nie sposób przejść obojętnie wobec takiej twórczości i takiego talentu. Nie sposób nie docenić niebywałego kunsztu składania rymów, wyszukanej składni, bogactwa słownictwa, no po prostu mistrzostwa w każdym wersie. Dlatego dla Autora poematu, który na dodatek podczas sobotniego spotkania przy Malcie wręczył nam maszynopis osobiście okraszając go autografem oraz osobistą dedykacją, czeka nagroda specjalna

Chcemy mieć wkład w rozwój tak świetnie zapowiadającego się talentu poetycko- pisarskiego. Kgb, specjalnie dla Ciebie książka pt. "Jak zostać pisarzem. Pierwszy polski podręcznik dla autorów". Mam nadzieję, że odbierając nagrodę Nike wspomnisz do mikrofonu komu tak naprawdę zawdzięczasz swój sukces. Spróbuj nie. 

I na koniec wypadałoby wszystkim podziękować. 
- sponsorom Wielkiego Wyścigu, że odważyli się zaryzykować i wesprzeć ten nasz szalony pomysł: Standing ovation dla: Wydawnictwa Galaktyka, Natural Born Runners, Bikeservice.com.pl oraz Huub Polska,
- redaktorom serwisów Love2Tri.pl , Tri-fun.pl i Tri-book.pl za zainteresowanie WW i pomoc w jego promocji,
- Krasusowi za motywowanie, wspieranie oraz ostateczny wyścig, w którym przez dwa kółka wokół Malty dał mi poczuć się zwycięzcą WW :)
- kibicom, znajomym, czytelnikom blogów i wszystkim innym, którzy dali choć komcia i lajka. To Wy tworzyliście fantastyczny klimat całej tej rywalizacji i bez Was Wielki Wyścig totalnie nie miałby sensu. 

Co teraz będzie, jak nie będzie Wielkiego Wyścigu? Moja przestrzeń nie znosi pustki, więc z pewnością coś się wymyśli. Trzymajcie mnie więc za słowo. HOWGH!

I jeszcze jedno. Pomagamy!
Co Wy na to, abyśmy wszyscy, jako uczestnicy i kibice Wielkiego Wyścigu wsparli leczenie chorego na nowotwór Bartka, bratanka Kuby (biegacza i autora bloga Formatownia.pl)? Tyle gorących i pozytywnych emocji zrodziło się wokół WW, przekażmy choć część z nich tym, którzy prawdziwej iskierki szczęścia potrzebują teraz najbardziej. Szczegóły na blogu Kuby, a pieniądze wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Dziękuję. 

08.08.2013

1/2 IM Poznań Triathlon czyli opowiem ci bajkę o marzeniach

Dawno temu była sobie mała Bo, która chciała zostać kosmonautką. A potem, gdy już trochę dorosła i gdy z lotu na Marsa nic nie wyszło, zamarzyła by być triathlonistką. Taką twardą kobietą, z żelaza. A ponieważ wiedziała, że marzenia muszą być jednak choć trochę realne to postanowiła, że wpierw zostanie iron women 70.3. 

Nie umiała Bo pływać kraulem, na rowerze jeździła tylko po mieście i do pracy, a przygodę z bieganiem rozpoczęła niespełna dwa lata temu. Specjalnego drygu do sportu też nie miała, ot takie tam słoniątko, które koszykarskiego dwutaktu uczyło się trzy miesiące, a kurs latania na paralotni przedłużyć musiała o jeden turnus bo totalnie nic nie wychodziło. Ale była za to Bo bardzo pracowita i ambitna. Czasem aż za bardzo, naprawdę. Spotkała też na swej drodze zajebistych ludzi, którzy podpowiedzieli, doradzili, motywacyjnie kopnęli lub w inny tajemny (mryg mryg) sposób przybliżyli ją do realizacji celu. I udało się. Mała Bo spełniła swe duże marzenie. 4 sierpnia 2013 r. ukończyła Poznań Lotto Triathlon na dystansie długim z wynikiem 5:22:10. 

I ta bajka wydarzyła się naprawdę...

Gdy w sobotę, po 3-kilometrowym truchcie w 35-stopniowym upale, czułam się wypompowana jak po mocnej dyszce, byłam naprawdę wściekła. Tyle człowiek haruje, tyle czasu poświęca, kombinuje, walczy z leniem, niedosypia, tyle nadziei pokłada w udany i piękny start, a tu bach. Głupia pogoda i piekielny upał zamierzają mu to wszystko popsuć. Dlaczego tak gorąco? Dlaczego teraz? Dlaczego tu i mi? Z pewnością nie tylko ja zadawałam sobie te pytania na dzień przed startem nerwowo sprawdzając wszelkie możliwe prognozy pogody. No niestety początek tej bajki absolutnie nie zapowiadał żadnego happy endu.... 

Napakowana jednak glikogenem (bardzo napakowana) oraz pozytywnymi emocjami wyniesionymi z sobotniego spotkania blogersko-czytelniczego w ramach Wielkiego Wyścigu (dziękuję, że przyszliście!), postanowiłam nie martwić się na zapas, zasnąć, śnić o pięknym finiszu i obudzić się w dobrym nastroju i formie. Jak postanowiłam tak też się stało, tyle że nieco wcześniej, bo z objęć Morfeusza wyrwała mnie fantastyczna burza z ulewnym deszczem i piorunami, która oprócz troski czy Kuba cały w strefie zmian (rowery musieliśmy wstawić do strefy dzień wcześniej) obudziła również nadzieję, że jednak może coś z tego będzie. I faktycznie pogoda w dniu startu w zestawieniu z tym, czego wszyscy się obawiali (tj. okropnym upałem), okazała się być wręcz idealna, nawet mimo ulewnego deszczu, który dopadł nas na bajku, ale o tym później. 

Szybko szybko w strefie zmian, poprzyklejać żele do kierownicy i ramy (koniecznie muszę kupić jakąś torebunię na te przysmaki), dopompować koła, sprawdzić zawartość bidonów i ułożyć resztę potrzebnych bzdetów w boksie. Czyli to już! Bo, to się dzieje. Teraz dziewczynko już tylko ładnie popłyń, szybko pokręć na rowerze i nie umrzyj na biegu. No i wiesz, jeszcze ten kiosk. Rozpierdol go. 

37 minut i 22 sekundy
Czemu ja się zawsze wzruszam się na starcie, nie wiem. Wzruszam się i już, zwłaszcza jak słyszę Heart of Courage, aczkolwiek teraz ciut ostrożniej, aby mi okularki nie zaparowały. Wcześniej mała rozgrzewka podczas dopłynięcia na linię startu (borze! ależ oni wszyscy zapieprzają!), wymiana uprzejmości z zawodnikami obok, leżenie na plecach w oczekiwaniu na armatni sygnał oraz obserwowanie ciemnych chmurzysk wiszących nad Maltą (że będzie padać było pewne, pytanie tylko kiedy). Odliczanie, armata, bum i lecimy. Ustawiłam się dość dobrze, w 4-5 rzędzie by nie przeszkadzać śmigaczom, więc mało kto po mnie przepływał w przeciwieństwie do mnie, bo jednak znalazło się kilka zawalidróg, których musiałam wyprzedzać. Ale generalnie było dość ok. Po kilkudziesięciu metrach stawka się rozciągnęła, było sporo miejsca i zaczęłam płynąć swoje czyli - za wolno by szybko i za szybko by wolno. Nie wiedziałam do końca jak rozłożyć siły i postanowiłam do nawrotu płynąć raczej lżej (zwłaszcza że chyba było z prądem) i ewentualnie dać ognia w drodze powrotnej. Z tym pływaniem to jest u mnie tak, że jak czuję, że płynie mi się wyjebiście, junoł tak fajnie, rytmicznie, do przodu, to na milion procent gdy wynurzę głowę i popatrzę gdzie jestem, okazuje się, że nie w tym miejscu gdzie powinnam. Oj, mnóstwo przede mną pracy w zakresie nawigowania, track pływacki wygląda niczym wykres EKG... tak więc podejrzewam, że dobrych kilkadziesiąt metrów dodałam sobie to standardowego dystansu. Ale przecież Bo zawsze musi więcej i mocniej, nie?

No ale płynę. I tradycyjnie już powtarzam sobie, że daleko sięgaj, palce razem, chlapnięcie przy biodrze oraz w górze ręka luźno, a pod wodą zgięty łokieć. I tak zleciało mi na tym pływaniu 37:22. Czas po prostu zarąbisty, marzyło mi się 40 minut, a tu taka niespodzianka. Jednak przepłynięte w ostatnich dwóch miesiącach 76 km na basenie zrobiło swoje. Zuch dziewczynka. 

Że ponoć cały czas się uśmiecham... ;)  fot. LOTTO Poznań Triathlon
2 godziny i 54 minuty
Po niespełna trzech minutach spędzonych w T1 (jest progres) lecimy z Kubą na 90-kilometrową, dość nudną bo płaską trasę rowerową. Klik wpięte buty, umoszczenie się w siodełku, poprawiony kask, zjedzony żel, no to jazda. Wiem, że chcąc pojechać ten dystans w okolicach 3 godzin, tak naprawdę muszę trzymać prędkość wyższą niż 30 km/h. Tak też robię, co - dodam - wychodzi mi bez jakieś specjalnej napinki. Uwielbiam tę adrenalinę, która mnie tak nakręca na zawodach, a którą raczej ciężko uświadczyć na treningu. Uwielbiam. "Adrenaline is my EPO" - chyba sobie trzasnę taką koszulkę normalnie. 

Choć oczywiście inni wyprzedzają mnie na potęgę. Bo, spokojnie, trzymaj się planu, niech ci do głowy nie przyjdzie ściganie się z facetami, jedź równo i po prostu kręć swoje. I kręcę. A wyprzedza mnie Krzysztof, Waldemar, Arkadiusz, Zdzisław, Mariusz, Karol (były imienne numery startowe, które triathloniści mają na plecach podczas jazdy rowerem). A potem Piotr, Tomasz, kolejny Arkadiusz i Paweł. Jakiś pociąg mnie wyprzedzi czasem (nieładnie panowie), potem znowu Marcin, Wojciech (wymiana uśmiechów) i Andrzej. I tak bez końca, cały kalendarz męskich imion, nuda. Kontroluję tempo (jest dobrze), pamiętam o nawodnieniu oraz o wysokiej kadencji, podziwiam i punktuję wymijające mnie łydki, do kibiców co jakiś czas uśmiechnę się i machnę oraz bez większych problemów sama też tam czasem kogoś wyprzedzę. Nic się nie dzieje, nuda, jednak szosowanie po górkach jakoś przyjemniejsze...

Jakże szybko sytuacja uległa zmianie, gdy o rozrywkę dla triathlonistów postanowiła zadbać pogoda. Najpierw zaczęło padać, a potem zerwała się prawdziwa ulewa, taka że krople padającego deszczu kłuły mnie normalnie po plechach i rękach. Wtedy to się troszkę przestraszyłam. No dobra, przerażona byłam i bałam się niemiłosiernie, że zaraz jedna z tych cienkich czerwonych oponek (btw ślicznie kolorystycznie wyglądały w tym deszczu) wywinie mi jakiś numer albo łapiąc kapcia albo ślizgając się na którejś z coraz liczniejszych kałuż. Wtedy nie liczyło się już tempo, nie liczył się czas, nie liczył się Krasus, który - jak sądziłam - już zapewne dawno mnie wyprzedził oraz wynik. Cel był jeden: Bo, nie wypierdziel się, a ty Kuba wytrzymaj pliss. Nie było to miłe uczucie, naprawdę się bałam i dziś jestem dumna, że tak sobie ładnie z tym wszystkim poradziłam. Dzielna Bo. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy mijający mnie w okolicach 70 czy 80 kilometra Iroman powiedział, że zdaje mu się, że wpierdzielam Krasusowi. Hmm, to ja jadę tak dobrze, czy Krasus tak kiepsko? Oczywiście, że ja tak dobrze, Bo jesteś boska. Dogoni mnie czy nie? Dogonił jakieś 5 km przed metą o czym nie omieszkał poinformować głośnym, pimpusiowym sygnałem klaksonu. Niech mu będzie, niech ma, nie będę go ścigać, ja swoje zrobiłam i to aż nadto, poza tym asfalt wciąż bardzo mokry, ja muszę zjeść żel, bez sensu ryzykować powiedziała Bo rozsądna do tej Bo szalonej i została wysłuchana. 

Ten czas z roweru jest dla mnie po prostu   k o s m i c z n y ! Na treningach nigdy na tak długim dystansie nie zbliżyłam się nawet do tych prędkości i tempa (blisko 32 km/h). Dla podkreślenia swojego wyczynu dodam, że trasa rowerowa była ciut dłuższa, więc w 2:54 pokonałam 93 km! Taki ze mnie szoson!

1 godzina i 44 minuty
Wpadając do strefy zmian z radości chciałam normalnie pocałować kierownicę Kuby, że tak się chłopak dzielnie spisał. Naprawdę byłam mega zadowolona i tym samym mocno podkręcona na dalszą triathlonową walkę. Jeszcze tylko półmaraton, tylko cztery kółka wokół tego bajorka, Bo, rozpierdol im ten kiosk, jesteś już tak blisko! Niestety ulewa zmoczyła cały mój biegowy outfit i na trasę wybiegłam w mokrych butach bez skarpetek (trzeba było je wykręcać) oraz bez czapki (wielki błąd). Chciałaś? Masz. Chcesz być iron, to teraz pokaż czy tak naprawdę jesteś twarda. No jestem.

A na trasie biegowej kibice i wsparcie: kgb, Wybiegany, Łukasz z Kasią z Runningsucks, krasusowa ekipa oraz (to jest totalna jazda! dziękuję!) czytelnicy tego bloga. I tłum innych osób. Borze! Jak ja lubię, gdy są kibice i gdy słychać ich głośny doping, uwielbiam. 

Ambitny plan na ten półmaraton zakładał pokonanie go w średnim tempie 4:55-4:50. Mniej więcej tak biegałam zakładki, a ponieważ pogoda wciąż sprzyjała (przestało padać i było dość rześko) i czułam moc, postanowiłam spróbować go zrealizować. Najwyżej ómrę. Pierwszy kilometr oczywiście za szybko, ale co poradzę, że te nogi tak mnie niosą? ("Adrenaline is my EPO"). Co poradzę, że czuję się dość świeżo, że są siły, że nie jestem drewniana (zasługa wysokiej kadencji na bajku) i czy ja naprawdę przed momentem zsiadłam z roweru po 90 kilometrach naparzania, a wcześniej machnęłam 2 km kraulem? Co poradzę, że jestem taka zajebista? Ano nic, więc gnam. 

Kgb krzyczy, że Krasus 200 m przede mną, że goń go. Tak szczerze, to myślałam, że zaraz Krasus włączy tę swoją turbinę i za kilka minut poklepie mnie po plecach dublując o kółko i tak szczerze... miałam to wszystko daleko w pompce. Ja naprawdę nie przyjechałam tutaj walczyć z Krasusem tylko z sobą i na tym się skupiałam. Wprawdzie niechcąco dogoniłam wielkowyścigowego rywala i jedno kółko pokonaliśmy razem, a potem nawet go wyprzedziłam, ale to był czysty przypadek, przed metą zresztą odpowiednio skorygowany.

O. Tutaj sobie biegniemy z Krasusem, tak znowu się uśmiecham ;)  Fot. Tri-fun.pl
Dwa pierwsze kółka to było to, co w bieganiu uwielbiam najbardziej - totalny flow, ogólne poczucie zajebistości i mnóstwo endorfin. Na trzecim kółku zaczęło już trochę boleć, choć pomógł żel, który wciągnęłam w okolicy 13 km. Na dodatek wyszło słońce, temperatura od razu znacznie się podniosła, zrobiło się parno i duszno. Kurde, dlaczego właśnie teraz? A ja bez czapki. Jedyne co mnie napędzało (sorry dziewczyny) to chęć wyprzedzania tych kobiet co przede mną. Łap Bo tę w czarnym (jest!), potem tą w różowym (mamy cię!), o borze, ómieram, ja już nie chcę tego triathlonu. Bo, ty nie wyprzedzisz jeszcze tej w niebieskim? (jest, ale na ostatnich nogach). I chociaż na 19 i 20 km tempo spadło do okolic 5:00 oraz nie przejawiałam absolutnie żadnej woli walki z wyprzedzającym mnie 1,5 km przed metą Krasusem i dziwne myśli ("pierdolony triathlon") kołatały mi się po głowie, to jednak na ostatniej prostej wykrzesałam z siebie jeszcze resztki sił. Był ogień, była radość, był absolutnie niezaplanowany szalony obrót wokół własnej osi oraz triumfalny wbieg do bramy. Do bramy zatytułowanej "Jesteś człowiekiem z żelaza".

Hmm... No wygląda na to, że jestem!

Czasem są takie dni, w których nic nie wychodzi. Niedziela 4 sierpnia 2013 r. z pewnością takim dniem nie była. Wszystko ułożyło się idealnie. Począwszy od pogody (nawet mimo ulewnego deszczu), poprzez fantastyczny klimat zawodów oraz wsparcie znajomych i bliskich, na strategii i odpowiednim rozłożeniu sił skończywszy. Była moc i wkurw kiedy trzeba, była radość i wiara, że potrafię to zrobić i kurde, że to zrobię. Radość tak wielka jak zaskoczenie, gdy dowiedziałam się o swym wyniku 5:22:10 (całościowy czas na Garminie zastrajkował), a jeszcze większa, gdy Krasus powiedział mi, że jestem trzecia wśród wszystkich kobiet. Czujecie? Trzecia wśród wszystkich kobiet na takiej wielkiej i prestiżowej imprezie! Ja! Która tylko zamarzyła sobie kiedyś o triathlonie. I jeszcze pierwsza w kategorii wiekowej. Takie myśli nawet nie stały obok moich najbardziej buńczucznych i najśmielszych oczekiwań wobec tego startu. Serio.

A ta bajka wcale się nie kończy...

I tak właśnie mała Bo spełniła swe duże marzenie. Zrealizowała plan, na który ciężko pracowała od początku roku. Jest dumna i szczęśliwa, choć już analizuje, co było źle i gdzie można się jeszcze poprawić... I jeszcze Bo ma nadzieję, że być może zainspirowała innych do wytyczania sobie ambitnych celów oraz do pokonywania barier, które - tak, wie to dziś na pewno - tkwią tylko w naszych głowach.

A co teraz będzie Bo? Pytają ci, którzy wiedzą, że czasem gonienie króliczka jest o wiele ciekawsze od jego złapania. Otóż bajka trwa nadal i będzie inny króliczek odpowiada dziewczynka. Taki ciut większy. Król królików będzie. Do złapania najprawdopodobniej już w 2014 roku...

Bo trzeba mieć marzenia ;)

02.08.2013

Dwa dni

A dlaczego triathlon pani Bo? Zapytał mnie ostatnio dziennikarz, kiedy to (znowu...) byłam gościem lokalnego radia. A ja (znowu...) nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć. Sama już dawno przestałam sobie je zadawać, a już tym bardziej szukać nie nie odpowiedzi. Oczywiście radiosłuchaczom coś tam wspomniałam o pokonywaniu własnych barier, o przesuwaniu granic i o codziennym wykreślaniu ze słownika słów „nie chce mi się” oraz „niemożliwe”. Być może dodałam też gadkę o wdrapywaniu się na jakiś szczyt, o biciu własnych rekordów świata oraz udowadnianiu sobie, że umiem i potrafię. Że trzeba mieć marzenia i dążyć do ich realizacji -  nawijałam z pewnością - że determinacja, walka i wiara w siebie. Wiecie, wszystko z tych motywacyjnych obrazków na FB i filmików z YT. Ale czy to była prawda? Sama nie wiem. I chyba tak naprawdę nie muszę wiedzieć... 

Ważne, że się w tri po prostu zakochałam :) A im większe sponiewieranie na treningu, im mocniejszy wiatr w twarz i długi niekończący się podjazd, im głośniejszy leń rano przed basenem oraz koszmarny upał podczas biegania, tym kurde większa satysfakcja po. Więc czy to w ogóle da się jakoś wytłumaczyć? Czy normalny radiosłuchacz potrafiłby to zrozumieć? ;) 

Wtem do realizacji mojego największego marzenia ostatniego roku (a może nawet i życia?) pozostały już tylko 2 dni. 2 dni. 48 godzin. 2880 minut. 2 dni dzielą mnie od startu w 1/2 IM PozTri. Jak się czuję pytają. Otóż cieszę się i nie cieszę. Podekscytowana jestem, ale i na maksa zestresowana. Pełna nadziei, ale też totalnie wątpiąca w swoje możliwości, formę i psychikę. Wiem, że od momentu "Psst" zrobiłam kawał (dobrej?) roboty, osiągnęłam nieosiągalne i nauczyłam się nieprawdopodobnych rzeczy. Tak, z tego jestem naprawdę dumna i ani myślę umniejszać sobie tych osiągnięć. Ale mam też świadomość przypadkowości wszystkich działań, totalnego chaosu, ciągłego błądzenia oraz wielu, zapewne zbyt wielu błędów. Wiem też - nie wstydźmy się tego - że ciągle jestem totalnym triathlonowym leszczem i jeszcze sporo, oj sporo przede mną nauki i pracy... Czyli jest dobrze, ale z pewnością mogłoby być lepiej. Jak w życiu...