30.06.2012

Bieg dla Agg.

Nie, nie szukajcie tego biegu w kalendarzu. Bo nie ma takiego biegu. Choć tak naprawdę to jest. Bo niepołomicki Bieg W pogoni za Żubrem (15 km) pobiegłam dla Agg.

Bliska mi osoba - Agg. jest już po jednej operacji i w poniedziałek czeka ją następna. Dowiedziałam się o tym niedawno. I pomyślałam, że przyda Jej się trochę wsparcia oraz pozytywnej energii, którą po cichu wybiegam za tym żubrem. Choć Agg. uważa, że nie potrzeba Jej nic (naprawdę jest twardą kobiałką), tak ja pomyślałam, że na pewno nie zaszkodzi... Więc sercem, głową i nogami pobiegłam dla Agg.

Było mega ciężko. Start w samo południe. 35 st. C, a przy asfalcie jeszcze cieplej. Leśny cień okazał się ułudą, ponieważ brak przepływu powietrza w lesie sprawił, że i tam było bardzo duszno i parno. Jedynie dwa punkty z wodą (!), której i tak nie można było wziąć na wynos (kubki a nie butelki). Najdłuższy chyba podbieg z jakim miałam do czynienia w życiu. A na dodatek ciut wczorajsza byłam. Z naciskiem na wczorajsza, a nie na ciut.

Organizator tuż przed startem zastrzegł wszak, że ze względu na ekstremalne warunki atmosferyczne, można biec na dystansie krótszym (8 km), ale kto zrezygnuje? No, no, no! Na pewno nie ja.

Po kilku kilometrach (które - uwaga! - przebiegłam wcale nie za szybko, owacja!) zweryfikowałam ambitny plan trzymania tempa poniżej 5 min/km. Ekspresowo go zweryfikowałam. I dobrze, bo wiem, że biegnąc szybciej po prostu nie ukończyłabym tego biegu. A przecież to było dla Agg. Zamiast ścigania była więc już (tylko?) walka, aby cały czas biec bez przechodzenia w marsz. Udało się, nie maszerowałam. I kiedykolwiek naszła mnie zaduma, że jest źle, że nie dam rady, że padnę zaraz przez tę lampę to zawsze myślałam o tym, po co i dla kogo biegnę. I od razu było lepiej.

Chciałam pobiec poniżej 1:15. Niestety stety netto było 1:16:15 (średnie tempo 5:12 min/km). Po raz pierwszy biegłam z butlą w ręku. O trudności biegu niech świadczy fakt, że ten wynik wystarczył do wskoczenia na podium i zajęcia (baczność) trzeciego miejsca w swojej kategorii (spocznij). Cieszę się ogromnie, bo przecież w biegu, w którym startuje ponad sześćset osób nie biegnie się po podium i nagrody! A tymczasem saszetkę na ajfona do biegania dostałam. I książkę. Dodam, że wśród wszystkich kobiałek byłam w pierwszej dziesiątce (dziesiąta ;).

Z innych rzeczy, które umieszczę w szufladce "z doświadczeń biegaczki" to ciekawą obserwacją było, że ilekroć wyprzedzałam maszerującego faceta, ten od razu zaczynał biec. Pewnie nie chciał tracić dobrych widoków... , bo przecież nie mogło chodzić o tę sławną, głupią męską dumę, że to obciach dać się wyprzedzić kobiałce. Hę?

Po raz pierwszy widziałam też, jak padają biegacze i jak wzdłuż linii trasy karetki kursują. Uświadomiłam sobie, że to bieganie to nie jest takie hop siup. Jak to jest gdy nagle odcina zasilanie? Gdzie jest granica? Jak zrozumieć, że to właśnie teraz organizm na dość, a nie po prostu się leni i chce lekko odpoczać? Kiedy powiedzieć "stop" bo naprawdę jest taka potrzeba?
Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała osobiście poznać odpowiedzi na te pytania...

Znajdź żubra na obrazku

A dziś lub jutro wszyscy jak jeden mąż wychylają kielicha (nie musi być Żubrówka lub Żubr) za Agg. Agg! Tak jak ja pogoniłam żubra, tak Ty też pogonisz tego czorta!

25.06.2012

Prezent dla biegacza - lato

Uwaga! To będzie wpis mądrzalski. Wykorzystujący moje ogromne (wdech) 11-miesięczne (wydech) doświadczenie biegacza, startowe obserwacje i podsłuchy oraz lektury mądrych czasopism i wszystkich innych internetów. Wszystko dlatego, że zauważyłam, że sporo ktosiów trafia tu właśnie w poszukiwaniu prezentu dla biegacza.

A więc drodzy partnerzy, kochankowie, małżonkowie, potomkowie i znajomi biegaczy, którzy chcecie obdarować swych misiów pysiów prezentem biegowym. Niestety lato nie sprzyja wypasionym zakupom. Bo w lecie to biegacz najlepiej nie miałby na sobie nic. Może za wyjątkiem butów, aczkolwiek znam i takich co i bez butów bardzo chętnie... (mryg do wiadomokogo).

Wszystko zależy od tego czy obiekt będący podmiotem obdarowywania jest początkującym czy zaawansowanym biegaczem. Jeśli początkujący, a na dodatek kobiałka - to sprawa skomplikowana nie jest. Gorzej z wyjadaczami, którzy wszystko mają i wszystko wiedzą. Ale na nich też jest sposób.

Zacznijmy od początkujących. Na lato przydać się mogą fajne, techniczne i oddychające ciuszki. Koszulki najlepiej na ramiączkach. Dla płci pięknej ostrożnie z kusymi spodenkami i spódniczkami biegowymi (tak, też takie są), nie każda pani je lubi (kompleksy!) - rozwiązaniem mogą być rajtki lekko za kolano (koniecznie cienkie, ja mam i lubię Asics). Butów lepiej nie prezentować - w galaktyce dostępnych modeli dostosowanych do typu stopy, nawierzchni, techniki biegu i bógwieczegojeszcze połapać się może jedynie sam zainteresowany, nie uszczęśliwiajmy go na siłę. Skarpetki, uniwersalny prezent gwiazdkowy, sprawdzą się jednak idealnie. Najlepiej zorientować się czy osoba obdarowywana woli stópki czy coś wyższego, za kostkę. Podkolanówki kompresyjne to już wyższa szkoła jazdy - CEP, Compressport zadowolą nawet najbardziej zblazowanego biegacza (tu trzeba się jednak podkraść nocą by delikwentowi zmierzyć obwód łydki bo wg niego dobierany jest rozmiar takich podkolanówek), choć może być też taniej i bez znajomości wymiarów (np. Nike, New Balance). Jeśli czapeczka - to koniecznie cieniutka, oddychająca. Na lato przyda się też pas z bidonem (zwany również nerką) - dla facetów może być z dwoma bidonami (niech dźwigają i się męczą), dla kobiałki zdecydowanie na jedną butlę. Skoro już mowa o dźwiganiu, to kobietom hojnie obdarowanym przez naturę sprezentować można też dobry biustonosz (np. Shock Absorber). Tu jednak również zalecana jest ostrożność: indywidualne preferencje oraz przede wszystkim znajomość rozmiaru (spróbuj kobietę spytać o wymiary!) muszą być priorytetowe.

Jeśli św. Mikołaj dysponuje większym budżetem, a obdarowywany nie posiada jeszcze zegarka biegowego - to pojawia się sporo możliwości do szaleństwa. Najlepiej wybrać taki z GPS i pulsometrem. Firmy? W kolejności od najlepszej: Garmin, Suunto, Polar. Są też tańsze ustrojstwa kompatybilne z butkami takie jak Nike+ czy adidasowy myCoach - wydaje mi się jednak, że nic nie zastąpi dobrego zegarka z pulsometrem. Zwłaszcza jak człek biega już ciut więcej. No i oczywiście coś do muzy. Ja obdarowana zostałam iPodem shuffle i dziś totalnie nie wyobrażam sobie samotnego treningu bez mojego niebieskiego spinacza. Choć niektórych biegaczy z pewnością uszczęśliwią już same niewypadające z uchów słuchawki, polecam więc uwadze również ten temat.

Ciekawym prezentem może być (oprócz biegowych książek) prenumerata któregoś ze specjalistycznych czasopism: "Bieganie" (dla tych co już coś truchtają) lub "Runner's World" (dla tych co planują, marzą lub dopiero zaczynają). Dla początkujących i zagubionych w biegowym świecie zaproponowałabym również indywidualny, dostosowany do zaawansowania sportowego i trybu życia plan treningowy. Albo obóz biegowy na wakacje. Ofert jest cała masa, ale że osobiście nie sprawdzałam, nie znam się i nie mądrzę - trudno polecić mi coś konkretnego. Niech doradzi wujek Google.

A co dla biegowych wyjadaczy na lato? Z reguły jeśli w rodzinie jest takowy, to jego bliscy wiedzą o co w tym wszystkim kamon i choć trochę znają jego potrzeby i wymagania. Jeśli jednak jakimś cudem nie - to poleciłabym albo bon podarunkowy do któregoś z biegowych sklepów (osobiście sprawdziłam i polecam Runexpert, Sklepbiegacza, Ergo i Run4fun), albo pakiet startowy na jakiś zagraniczny maraton lub inny kultowy bieg (na niektóre trzeba się zgłaszać wcześniej, więc będzie połowa niespodzianki). Wytrawny biegacz z pewnością nie pogardzi też pakietem masaży lub innych zabiegów regeneracyjno-fizjoterapeutycznych. Bon na badania wydolnościowe, jakaś droga odżywka wzmacniająca stawy, roczny zapas żeli lub izotoników, dedykowana półka na puchary lub skrzynia na medale? Nie pogardziłabym, nie pogardziła... A jak już nic innego nie przychodzi do głowy... zawsze zostają jeszcze te skarpetki. 

Jakieś inne prezentowe sugestie? Być może to Twój bliski wygoogla ten wpis :)

24.06.2012

Hej Sokoły!

Czy ja się k. wreszcie nauczę startować normalnie? A nie za szybko? Czy ja wreszcie pojmę, że to iluzja jest, gdy świetnie biegnie mi się pierwszy kilometr w tempie 4:20? I że nie dam rady pociągnąć tak dłużej? Ja się pytam! Czy ja się wreszcie nauczę?

Nie, nie nauczę się. Widocznie tak już mam.

A skoro tak już mam, to dziś nie mogło być inaczej. Bo regionalny IV Bieg Sokoła na dystansie 10 km rozpoczęłam prawie jakbym biegała kilometrówki. Dobrze, że lampa była i delikatny podbieg na początku - to choć troszkę moje zamiary pobicia życiówki o 15 minut i uwierzenia, że ja naprawdę mogę i potrafię być Kenijką, zostały ostudzone. Dobrze też, że się na czarno ubrałam. Rewelacja normalnie. Bo przecież czerń lepiej chłonie energię słoneczną, no i wiadomo - wyszczupla, więc w obiektywach licznie zgromadzonych na trasie fotografów na pewno wypadłam korzystniej.

Ale do rzeczy.

Więc najpierw ruszyłam za szybko. Potem zabrakło mi pary na 4 i 5 kilometrze. Potem nie wiem skąd (chyba z tej energii słonecznej) znowu dostałam kopa by w dość dobrej formie dobiec do spoooorego podbiegu na 8 kilometrze i pokonać go w całkiem ładnym stylu. Naprawdę było ładnie! Sama siebie podziwiałam. Potem usłyszałam od kibiców, że wreszcie jakaś kobiałka. Czyli ja. Nie trzeba było więcej by ze świadomością, że zostało już tylko kilkaset metrów zacisnąć zęby i pruć do mety. Dżiz! Ale ja potrafię przebierać tymi kopytkami... ;) Aż się konferansjerowi moje nazwisko poplątało z wrażenia. Medal na szyi. I tradycyjnie padłam. Jeszcze wcześniej gremlina wyłączyłam widząc na nim coś co mnie niezmiernie ucieszyło (niby zerkałam na niego przez cały bieg, ale sprawdzałam tempo biegu, a nie całkowity czas) - WYNIK! 46:44. Czyli tylko 20 s. wolniej od życiówki pokonanej w laboratoryjnych wręcz warunkach (na stadionie i w temp. 10 st. C)!

Odpalać fajerwerki! Wypuszczać w niebo balony i naciskać na klaksony! Listy gratulacyjne słać! Grilla szykować i schłodzonego szampana wyciągać! Jak ja się cieszę. Chyba bardziej od tego gola z Rosją normalnie.


I jakby tego mało, to jeszcze, IV miejsce w OPEN i I miejsce w kategorii! W kategorii, w której było więcej niż 3 kobitki dodam dla niedowiarków. Dyplom dostałam (orgowie, wciąż musieli być w szoku, bo znowu moje nazwisko przekręcili, ale tym razem inaczej...) i nagrodę rzeczową: plecak turystyczny (55 l.), gazetę "Perfect Body" (pfff, po co mi taka gazeta? <żarcik>), bon rabatowy do sklepu New Balance i jakąś tam odżywkę. Cała paka prezentów! Chyba mi się wpisowe zwróciło ;) 

Fot. Andrzej Tomczyk
Love takie regionalne biegi. 
Hej!

21.06.2012

Historia pewnej chusteczki

To taka dziwna historia jest. Ale prawie za każdym razem, gdy wybiegam biegać to sobie ją przypominam. I teraz opowiem ją Wam.

Jesień i zima nauczyły mnie biegać z chusteczkami. Zawsze ciekło mi z nosa, więc chusteczkę przy sobie mieć musiałam. Problem w tym, że zwykła chusteczka higieniczna starczała maksymalnie na 3-4 km, tak więc zawsze był wymóg, by mieć przy sobie 3, a najlepiej 4 sztuki, aby obstało na cały trening. Że było to uciążliwe nie muszę nikomu (zwłaszcza tym, co biegają bez utorbienia) tłumaczyć. Było uciążliwe - ale do czasu.

Do czasu, kiedy Wielki Łoś przyniósł taką inną chusteczkę do domu. Chusteczkę (a może i serwetkę?), którą dostaje się razem z kebabem. Nie wiem czy wiecie, ale u nas w metropolii budek z kebabami jest chyba tyle co przystanków autobusowych. Kebab mały, średni, duży, studencki i maxi, w bułce lub picie, na ostro lub nie, z widelcem plastikowym, z różnym rodzajem mięsiwa i kapustami w kolorach tęczy. Oczywiście te kababy są ponoć lepsze i gorsze (ponoć - bo ja kebabów nie jadam, ale osłuchałam się, oczytałam i wiem).

Grunt, że te niby najsmaczniejsze kebaby serwowane są w takich czerwonych serwetkach. Nie są one (te serwetki) ani materiałowe ani papierowe. Takie pośrodku są. Nie drą się, ale jak się człek uprze to da radę zrobić z nich strzępy. Czerwone lub bordowe. Dobrze wchłaniają wilgoć i przy tym schną dość szybko. Wytrzymałe są. Słowem  - idealne chusteczki do biegania! I kiedy to odkryłam, kiedy wspaniałomyślnie stwierdziłam, że wreszcie nie muszę zabierać na trening opakowania a...psików - Łoś postanowił, że przestaje jeść kebaby.  Że niby tłuste, że brzuch od nich, a nie od piwa rośnie, że zgaga i takie tam. I tym samym, skończyły się stałe dostawy świeżych, idealnych chusteczek do biegania. Na Półmaraton Warszawski ostała mi się ostatnia. I nie dość, że się przydała, to jeszcze miałam wrażenie, że szczęście mi przyniosła. Nie wyobrażałam więc sobie, że planowany królewski dystans pobiec będę musiała z czymś innym do nosa. Ile ja się po sklepach oszukałam podobnych chusteczek! W tesco i innych rossmanach! Po cichu przy półce otwierałam opakowania albo pod światło podglądałam te sklepowe serwetki i sprawdzałam czy to aby nie te moje ulubione. I niestety nigdy to nie były te.


Trudno - pomyślałam zrezygnowana, najwyżej nie złamię tych 4 godzin. I na maraton kupiłam sobie w pasmanterii materiałową chusteczkę w kratkę (tak, są jeszcze takie chusteczki, też byłam zdziwiona) i to musiało mi wystarczyć.

I kiedy w sobotę, tuż przed wyjazdem do Krakowa spacerowałam jeszcze z psiakiem, w myślach sprawdzałam czy wszystko spakowałam, wizualizowałam sobie metę i walkę ze ścianą to.... To wówczas moim oczom ukazał się widok niezwykły. Tuż obok klatki schodowej, na zielonej trawie, leżała nietknięta, czerwona chusteczka od kebaba. Chusteczka szczęścia. Znak. Sygnał, że ktoś tam jest ze mną, że trzyma kciuki i właśnie zsyła mi na ziemię chusteczkę. Muzyka, zwolniony kadr, rozwiane włosy - czujecie to? - i ja szczęśliwie schylająca się po dar z zaświatów. Po chusteczkę na maraton.



Nie, dziś już jej nie mam. Zużyła się. Ale mam następne. Bo dziękibogu Łoś znowu je kebaby, a wśród znajomych działa "chusteczkowy alert" sprawiający, że wszyscy karnie dostarczają mi czerwone chusteczki po każdej zjedzonej bułce z mięsem. 


Mówiłam, że to dziwna historia.

17.06.2012

Ale upał!

Nie będę oryginalna. Nie znoszę biegać w upale. Już na samą myśl, że powietrze faluje nad asfaltem, że brak tlenu i upalny zaduch, że pot leje mi się po twarzy i ciuchy kleją do ciała - robi mi się gorąco i słabo. No i picie - trzeba pić i pić, a że specjalnie nie da rady wchłonąć płynów na zapas, to wodę trzeba cały czas przy sobie mieć. Tylko w czym? Tylko jak?

I tu pojawia się magiczne słowo "kupić". Kupić: albo pas z bidonem, albo taką buteleczkę do trzymania w ręku, albo plecak z camelbakiem, który już jednak na wstępie odpada bo to przecież dodatkowa warstwa na plecy. Na plecy, które - przypomnijmy - w upale biegają i najchętniej nie miałyby na sobie nic. Do tych buteleczek też specjalnie przekonana nie jestem. Ręce trzeba mieć podczas biegania wolne i już. Są jeszcze takie pasy na gumce z kilkoma małymi butelczynami, ale od znajomych wiem, że te bukłaczki szybko pękają, przeciekają i tyle z nich pożytku.

Czyli pas z bidonem. Ha! Nawet takowy już mam. Zakupiłam jeszcze na wiosnę, przed maratonem myśląc, że podczas startu lepiej stołować się u siebie niż w punktach odżywiania. Dżizzz! Jak ja nie znoszę tego pasa! Chlupocze ta woda megawkurzająco, a pas z częstotliwością ok. 200 m regularnie z bioder zjeżdża mi na talię (osy oczywiście). Jak go z kolei zamontuję wyżej na pasie, to gorąco mi, i ściska, więc ponownie daję go na biodra, po czym on - ziuuuuut - i znowu jest tam gdzie być nie powinien. Dodatkowo butelka przecieka. Serio - trójkątna butelka Salomona przecieka przy zakrętce. Sprytna jestem, więc ją gumką recepturką uszczelniłam, co nie zmienia faktu, że w każdej chwili ciec zacząć może.

Albo weźmy taką czapkę na głowę. Wiadomo - być musi, aby udaru nie dostać, ale za to grzeje dodatkowo. Czy okulary słoneczne. Pomagają, ale parować lubią i poza tym to kolejna rzecz, którą trzeba na sobie dźwigać. A czym ścieracie pot z twarzy i czoła? Testowałam taką koszykarską frotkę na nadgarstek, ale to też k. grzeje i poza tym zaraz jest mokre. Wiem, chusteczki higieniczne, ale je - naboga - też trzeba jakoś z sobą transportować...

No i to słońce podczas biegania w paski opala. Ja mam już ładnie "opalony" zegarek, ramiączka od koszulek, nogi od spodenek i skarpetek, twarz od okularów. Jak krowa. W łaty.

Wiedziałam, że zatęsknię za bieganiem zimą. Nie sądziłam jednak, że tak szybko.

Jakieś patenty na bieganie w upale? Hę?

13.06.2012

Serce i rozum

Serce mówi: biegaj, rozum mówi: odpocznij. Serce mówi: startuj, rozum mówi: zrób sobie tydzień przerwy. Czy to normalne, że startując 2 tygodnie temu, i przedwczoraj, planuję w najbliższą niedzielę kolejne zawody? A potem za tydzień jeszcze jedne, i za tydzień kolejne i na początku lipca też?

I jeszcze ten rozum ciągle powtarza, że jeśli chcę startować co tydzień to ok, ale na pewno muszę nieco odpuścić i nie pruć na 100%. Ale serce nie słucha.

Zgłupiałam.

10.06.2012

Moja druga połówka

Nie. Nie będzie o namawianiu mojej drugiej Połówki do biegania. Bo wg Połówki to nudne, bezcelowe i poza tym wystarczy jeden świr w domu. Druga połówka nie biega i stanowczo nie zamierza robić tego w przyszłości. (Choć wspiera i kibicuje lub przynajmniej sprawia takie wrażenie).

Będzie o moim drugim półmaratonie w życiu. Drugim, choć jakby policzyć Cracovia Maraton to byłoby, że czwartym. Ale tak naprawdę drugim - VIII Jurajskim Półmaratonie.

Aha i aby nie trzymać w niepewności. Autka nie wygrałam ;( Naczynia do fondue też nie.

Nie nastawiałam się na jakieś rekordy w tym starcie bo a) nie przygotowywałam się pod ten bieg, b) wymagająca i zróżnicowana trasa, c) upalna pogoda d) dosyć wyśrubowana życiówka na tym dystansie, e) patrz pkt a.

Ale weź mi tu powiedz - biegnij na półgwizdka. Weź mi powiedz - potraktuj ten bieg towarzysko i przebiegnij się na luzie. Kto mnie zna lepiej ten wie, że moją najgorszą wadą jest ambicja i chęć sięgania po nieosiągalne. Próbowałam z tym walczyć, tłumaczyć sobie do lustra, że to bezsęsu, że jestem wartościowa i takie tam  - ale nie da się. Taka już jestem i kropka. Ambitna! Motyla noga...

Tak więc pobiegłam na maxa. Dziękibogu udało się wolniej na pierwszych kilometrach (nie wypstrykałam się na starcie), a potem w większości trzymałam tempo w okolicach i poniżej 5 min/km. Za wyjątkiem podbiegów - zapamiętałam głównie dwa: za 10 km i w okolicach 15 km. Oj było ciężko, choć dumnam, że ani razu nie przeszłam do marszu (w przeciwieństwie do wielu biegaczy), dumnam, że to ja - wolno bo wolno - ale to ja wyprzedzałam innych. Dziewczyny! Robić na treningach skipy A i podbiegi! Robić! Tylko nie oszukiwać, a ćwiczyć uczciwie! Śmieszna ta siła biegowa, wygląda się jak z ministerstwa głupich kroków, ale na zawodach to ona naprawdę się przydaje. I pomaga na takich górkach.

Generalnie - dałam z siebie wszystko, co w takich warunkach pogodowych (lampa była i duszno) i górkach wcale nietentego, dać mogłam. Więcej wycisnąć się nie dało. Ale z efektu jestem całkiem kontenta. U-wa-ga! 1:46:09! (proszę mi tylko skrzynki pocztowej nie zatkać gratulacjami). Za metą padłam. Powstałam po kilku(nastu?) minutach.

Co by tu jeszcze o tym półmaratonie? Zawsze podziwiam wpisy, w których autor-biegacz opisuje swój bieg kilometr po kilometrze. Ja z reguły zapamiętuję tylko początek, środek - jeśli było ciężko, widoczki - jeśli  ładne, no i metę. Ale z Jurajskiego Półmaratonu zapamiętałam jeszcze wielkie strażackie sikawy (miejscami czułam się jak miss mokrego podkoszulka), miednice z wodą do odświeżania oraz ciastka wystawiane przez mieszkańców wiosek przez które biegliśmy, piwo na bon (wypiłam), grochówkę na bon (nie zjadłam bom niemięsożerna), ogólną atmosferę piknikowo-biesiadną w strefie mety, losowanie (tfu konkurs, bo jak jest losowanie to się US i Izba Celna przyczepia), w którym nic nie wygrałam.

To niby liść dębu. Choć dla mnie czterolistna koniczyna. Fajny ten medal.
Aaaa! I jeszcze zbiorowe moczenie nóg w takim zbiorniku z zimną wodą pamiętam (z takich zbiorników sprzedają karpie przed świętami) - byłam jedyną kobiałką w towarzystwie. Polecam! Na obolałe łydki nie ma nic lepszego.

No i rekordowe tętno (kiedy wydawało mi się, że je zbijam i przestaję być tętnowym kosmitą) - 232 uderzenia na minutę. Wow.

07.06.2012

Odkrywanie

To bieganie to jest jednak fajne. Pomijając wszystkie plusy wynikające z tego, że człowiek się rusza to dla mnie fascynujące jest również odkrywanie. Wydawało się to takie zwykłe - ot wkładasz buty i tylko nieco szybciej przebierasz kopytkami niż podczas chodzenia. A tu tyle się dzieje! Jak to ładnie powiedziała znajoma - wkładasz palec do kałuży, a ona taaaka głęboka!

Czy wcześniej (serio tak mam - życie "przed" bieganiem i teraz) przypuszczałam, że w każdy weekend odbywa się tyle biegów? Że są biegi ultra i że ludzie faktycznie biegają ponad 100 kaemów po górkach lub pustyni? 24-godzinne bieganie po pętlach (fenomenu tego biegu akurat nie ogarniam). Bieganie w stylu anglosaskim lub alpejskim? Sztafety i bieganie po błocie z podkową na szyi. Albo moje ostatnie odkrycie (nie że osobiście, ale przeczytałam) - bieganie po schodach. Czasami czuję, jakbym do tej pory mieszkała gdzieś na księżycu, że tego wszystkiego nie wiedziałam, ba - nawet świadomości nie miałam. A cały ten biegowo-sprzedażowy biznes? Ciuchy, buty, pulsometry, nerki, rękawki. Bieganie na bosaka i minimalistyczne. Oraz różnorodne formy i środki treningowe, których odkrywanie wciąż przede mną. Plus dieta i suplementy dla biegaczy. Niczego nie wiedziałam.

Odkryciem i zaskoczeniem była też dla mnie skala tego całego biegania. Jego masowość. Dawniej widząc biegacza lub dwóch wydawało mi się, że są to jednostki. Wybitne dodam, bo zawsze ich podziwiałam i zazdrościłam. Ale to nie są pojedyncze przypadki - bo są ich (ha! są nas) przecież tysiące! I kolejne zaskoczenie, że bieganie to wcale nie jest takie ajwaj. Że biega tylu znajomych, i tak naprawdę każdy może przebiec maraton.

Cały czas odkrywam też siebie. Na ile jestem twarda? A na ile nie? Gdzie są jakieś granice? Jak rozumieć swój organizm i kiedy powiedzieć dość. I ta rozkoszna radość oraz satysfakcja, gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Albo i lepiej - to lubię najbardziej.

Wsadził człowiek palec w tę kałużę, a to jezioro jest. A może i morze nawet lub ocean jakiś. I pomyśleć, że w takiej nieświadomości żyłam. A niby oczytana, intelygętna i z wykształceniem wyższym.

W najbliższą niedzielę mój drugi, po starcie w Warszawie, półmaraton - VIII Jurajski Półmaraton. Nie jadę się ścigać (hihi ścigać w zestawieniu ze mną to taki oksymoron) ani po życiówkę (troszkę, ja głupia, wyśrubowałam ją w stolicy). Nie trenowałam pod ten pólmaraton i ciepło ma być za czym nie przepadam. Wszyscy jednak bardzo rekomendują i polecają ten bieg oraz zachwalają świetną atmosferę, więc startuję. Poza tym autko wygrać można. :) A że w życiu niczego nie wygrałam i nie wylosowałam - zawsze musi być ten pierwszy raz. Czyli - bez auta nie wracam ;)

03.06.2012

Szkoda, że Państwo tego nie widzą!

Proszę Państwa! Co za bieg! Szkoda, że Państwo tego nie widzą! Trzy zawodniczki przed nią, ale ona - nie! Nie poddaje się! Zmęczenie widać na twarzy, nogi już nie tak żwawe jak na pierwszych kilometrach, nawet uśmiech jakby mniejszy... Ale jednak biegnie! I nie poddaje się! Czy zdoła zniwelować różnicę dzielącą ją od zawodniczek z czołówki? Oczywiście liderka biegu nie jest już w jej zasięgu, podobnie jak i druga zawodniczka! Ale może ta trzecia? Dystans dzielący te biegaczki nie jest wcale aż tak duży. To byłaby dopiero sensacja, gdyby Bo wbrew wszelkim przypuszczeniom wdarła się na podium. Przypomnijmy - bukmacherzy nie dawali jej w zasadzie żadnych szans, a tu proszę - być może jesteśmy świadkami sporej, jeśli nie największej, niespodzianki tych zawodów!

Pierwsze kilometry wiodące przez las Bo pokonała nadzwyczaj lekko i szybko. Chyba za szybko jak na tę zawodniczkę. Potem nieco zwolniła na piaszczystym podłożu, ale działo się tak w przypadku większości biegaczy nieprzywykłych do biegania po piachu. Asfalt, który nastał po ok. 7 km to teoretycznie najbardziej sprzyjające warunki do przyspieszenia i poprawy pozycji, ale tu możemy już u Bo zauważyć pierwsze oznaki zmęczenia. Obyśmy się mylili, że to jest jakiś kryzys. Przed biegiem Bo powiedziała nam, że jak czuje że biegnie się jej fajnie i lekko, to znaczy że biegnie za wolno. Ma boleć - mówiła - szybkość i wysiłek trzeba czuć. To nie jest trening, a zawody. Czy teraz boli? Tak, chyba teraz jest ten wielki wysiłek.

Ale wracajmy na trasę. Zostało już tylko 3 kilometry. Słońce przygrzewa coraz bardziej, a temperatura daje o sobie znać nawet nam obserwatorom i kibicom - a co dopiero startującym zawodnikom? Co się wydarzy? Proszę Państwa, ale emocje! Różnica pomiędzy Bo a trzecią zawodniczką stopniowo maleje, ale wciąż jest znaczna i wynosi 200-300 metrów.

O rety! Co za pech! Sznurówka! Bo rozwiązała się sznurówka! Powinna zatrzymać się, zawiązać! Wszyscy wiemy, jak nieodpowiedzialne i niebezpieczne jest bieganie w niezasznurowanych butach. Z drugiej strony - taka przerwa to przecież strata cennych sekund oraz przerwanie rytmu biegu, który - trzeba przyznać - Bo od jakiegoś czasu utrzymuje całkiem ładny. Proszę Państwa! Co za zawodniczka! Bo nie zatrzymuje się i biegnie! W rozsznurowanym butku! Ba! Ona nawet przyspiesza i coraz bardziej niweluje różnicę dzielącą ją od trzeciej zawodniczki biegu.

Z 200 m robi się 100, a potem 50. Do mety został już niecały kilometr. Czy Bo zdąży wyprzedzić? Czy znajdzie w sobie siłę i zmobilizuje swój organizm do tego nadludzkiego wysiłku w końcówce biegu?

Tak! To dzieje się naprawdę! 700 m przed metą Bo wyprzedza świetną i młodą zawodniczkę, która do tej pory biegła po brąz. Taaak! Niesiona euforią, dopingiem kibiców i własną satysfakcją, ale też z wielkim zmęczeniem Bo przekracza linię mety jako trzecia kobiałka w kategorii generalnej! Proszę Państwa! To największa sensacja tych zawodów! Zmęczona, ale szczęśliwa i uśmiechnięta Bo finiszuje z wynikiem 56:59 (średnie tempo 4:49)! Co za bieg! Co za zwycięstwo! Szkoda, że Państwo tego widzą.



1. Tak właśnie było. II Bieg Partyzantów w Janowie Lubelskim na dystansie 12 km. Pierwsze w życiu pudło w kategorii generalnej. FAN-FA-RY! Świetna, kameralna atmosfera, dużo serdeczności i zaangażowania organizatorów oraz blisko 100 zawodników.
2. Pisać czy nie pisać, że kiepska obsada była tj. nie zjechali się mocni zawodnicy bo nagród pieniężnych nie było, i stąd mój "sukces"? Oj tam, nie będę pisać. 
3. Przez to bieganie to jakieś dziwne "ja" zaczyna ze mnie wyłazić. Że rywalizacja? Że wyścig? Wygrywanie? Parcie na zwycięstwo i podium? Chęć wyprzedzenia dziewczynki, która nieświadoma zagrożenia biegła sobie po trzecie miejsce? No nie wiem, nie wiem... Nigdy taka nie byłam.