16.07.2014

Łajza jest tylko jedna

Chciałabym napisać, że stało się to podczas mega niebezpiecznego zjazdu, na którym prułam 78 km/h. Albo że ratując jeża wykonałam niezaplanowany manewr i poleciałam przez kierę. Lub chociaż, że za dużo żwirku było pod kołami lub zapatrzyłam się na piękne widoki. No niestety nie napiszę tak. Za to powiem coś całkiem innego. I prozaicznego. Gorszej łajzy świat nie widział! I pewnie już nie zobaczy, chyba że tylko taką jedną. Wciąż tę samą i niezastąpioną. Jedyną taką łajzę na świecie. BO się nazywa. Znacie? 

To poznajcie
To miał być fajny, długi, 110 kilometrowy rozjazd z Kuźnią Triathlonu. Mniej górek niż dotychczas, pogoda jakby sprzyjająca, forma niby też, choć już troszkę wystrzelana od kilku dni kręcenia. Jechaliśmy razem (ekhm... kręciłam z najmocniejszą, kilkunastoosobową grupą), peletonem (strasznie fajna sprawa!), parami i gęsiego. Stopniowo uczyłam się zwyczajów panujących w takim zbiorowym stylu jazdy. Że bez hamulców, że przeszkody pokazywać tym co z tyłu, że co 2 minuty zmiany jak padało hasło, że równo i bez szarpania. Bez problemu utrzymywałam tempo, które na płaskim spokojnie wynosiło nawet i 40 km/h, piłam, jadłam, gadałam, myślałam. Na podjazdach byłam troszkę z przodu, na zjazdach kilka metrów w tle. Fajnie się jechało. Poczułam, że naprawdę zaczynam kumać o co w tym kolarstwie chodzi, że dzięki treningom z mocniejszymi, to rowerowo wycisnę z tego wyjazdu do Zako naprawdę wiele i że wskoczę na wyższy poziom "kwiatowego" wtajemniczenia.  

I kiedy tak na budziku było już ponad 85 km, kiedy na kolejnym tego dnia podjeździe zamulona i zapatrzona w asfalt myślałam sobie o różnych przyjemnych rzeczach (mryg!), gdy trochę przyznaję - nie róbcie tego sami! - jechałam na autopilocie, to zdążyłam tylko usłyszeć "Uwaażaj!!!". A potem był nagle szok, ból, odłamki zębów i smak krwi w ustach oraz równie przyjemny widok czerwonej farby na asfalcie. Co się stało zapytacie. Otóż wjechałam w samochód. W fioletowy samochód (nie dam głowy, ale być może to mazda była), który ktoś wcześniej zaparkował na samym środku drogi zapewne chcąc wyskoczyć na moment do domu po uprzednio zapomniany portfel, telefon bądź klucze. BUUM!!! Na samo wspomnienie robi mi się słabo...

Nie będę opisywać jak strasznie się przestraszyłam, jak bardzo bolało i jak mi było głupio, gdy kilkanaście głów nade mną nachylało się z troską pytając czy wszystko w porządku. A ja nawet uśmiechnąć się nie mogłam, choć chciałam. Oraz jak cholernie niezręcznie się czułam, że zatrzymałam cały peleton, a oni (wiedziałam to) tak bardzo pragnęli gnać do przodu, a tu głupia baba psuje im szyki. I o tym nie będę pisać, że po kilkunastu minutach rozkleiłam się na dobre i poryczałam jak dziecko. Z bólu, bezradności oraz tej brutalnej świadomości, że gapa, łajza i  tak już do końca życia ever... :( Ale napiszę za to jak fantastycznie zachowali się chłopaki zostając przy mnie i szczerze się mną opiekując (dziękuję Czarek, Michał i Rafał!), jak miło przyjęła nas słowacka rodzina przed której domem ów zdarzenie się stało. Wódką chcieli mnie częstować dla kurażu, obiad dać (bo taka ty chudzieńka), a nawet miskę sera żółtego w glizdach takich wcisnęli wraz z truskawkową oranżadą do popicia. A wspominać jaki przystojny pan doktor na pogotowiu mnie przyjmował? No dobra, ale tylko tak po cichu szepnę i dla dziewczyn... :) 

Potem transport z Magdą autem na pogotowie, prześwietlenia, szycie brody (w sumie 9 szwów) i wyrok - złamana żuchwa do dalszej konsultacji w specjalistycznej klinice w miejscu zamieszkania i - jak się wkrótce okazało - do operacyjnego złożenia i drutowania. Nie piszę już o siniakach na prawej nodze, obolałych ramionach i rękach na dzień następny oraz koniecznej wizycie u dentysty, na szczęście z zębami na dole, więc uśmiechać się uffff mogę! :) Uffff!

Jest takie powiedzenie, co cię nie zabije, to cię wkurwi. Idealnie mnie teraz oddaje. Wkurzyłam się na siebie. Że wydaje mi się czasami, że jestem już takie ajwaj, triathlonistka wielka, a tymczasem wciąż ta sama łajza co w zerówce. Że marzy mi się nie wiadomo co i po co, a na zwykłym rowerze nie potrafię jeździć. Filozoficznie naszła mnie też refleksja, że może za czymś gnam niepotrzebnie lub uciekam i dlaczego narażam swe zdrowie i życie całkowicie przecież bez sensu... Po co mi to? Noo, na takie rozmyślania mnie wzięło. Serio.

No ale na razie się nie poddaję! Nie bez powodów (wstać) nominowana zostałam (usiąść) w konkursie "Blogerka Fitness Lato 2014" organizowanego przez Zalando i Women's Health. I choć dla mnie fit, to bardziej fittowanie roweru :) to skoro ktoś mnie wybrał i w uzasadnieniu napisał, że wytypowane autorki własnym przykładem świadczą o tym, że warto przełamywać swoje słabości i wytrwale pracować nad sylwetką i kondycją, ale także pozytywnie wpływają na Czytelniczki swoich blogów, mobilizując je do mniej lub bardziej regularnych treningów, to może faktycznie jest w tym choć grosz prawdy. Poza tym. Taka jestem teraz mała, słaba, bidulka. W szpitalu.... I boli mnie policzek lewy. I źle mnie tutaj karmią... Zagłosujecie na Run Bo! Prawda? :)  Klikamy klikamy!


Poza tym nagrody można wygrać, więc do dzieła!

Kuźnia Triathlonu kuje, że hoho
Zamiast tego posta miała być tu relacja z obozu tri w Zakopanem z Kuźnią Triathlonu. Relacji jako takiej nie będzie, ale o samej Kuźni to napisać muszę, bo się uduszę. Już po pierwszych treningach wiedziałam, że będą tu same ochy. Oczywiście, można gadać, co wspaniałego może być w zorganizowaniu wspólnego rozjazdu bądź biegania Pod Reglami. Ale całość tworzą szczegóły. Szczegóły i szczególiki, które w przypadku Kuźni Triathlonu dopracowane są do perfekcji. Zimna cola na zakończenie trudnego treningu rowerowego. Roadbooki z rozpiską poszczególnych, precyzyjnie zaplanowanych tras do zabrania ze sobą na bajka. Serwisant, który na początku obozu zrobił mini przeglądy wszystkich rowerów. Woda do picia dla uczestników. Wieczorne odprawy, na których albo oglądamy zdjęcia i wideo z minionego dnia, albo słuchamy wykładu. Zawsze pod telefonem safety car gotowy odwieźć "BOszkodowanego" do szpitala. Masaż. Oznakowanie hotelu strzałkami KT. Itakdalej i itakdalej. Dodać do tego podstawy tj. odpowiednie rozłożenie i zróżnicowanie obciążeń treningowych, podział na grupy w zależności od stopnia zaawansowania, elementy rozciągania, techniki biegowej oraz wiedzy teoretycznej, plus fajne treningi pływackie (acz szkoda, że nie codzienne) oraz dobrzy trenerzy i przesympatyczni, radośni ludzie (pozdrawiam!), wyjdzie obóz doskonały
Kuźnia Triathlonu - polecana przez Bo.

#Dziękuję za #WszyscyzaBo #PoprostuBo

Ponieważ dawno nie płakałam, poryczałam się i tym razem... Dzięki!
Co będzie dalej? Nie wiem... Może to faktycznie koniec? A może też i początek czegoś nowego, lepszego, mądrzejszego? Nie wiem...  

02.07.2014

Ach, co to będzie za lipiec!

To będzie naprawdę szalony lipiec. Wiem, że czasu mało, bo zaledwie tylko dwa miesiące, a w zasadzie półtora. Wiem, że przede mną mnóstwo pracy, wysiłku, poświęconego czasu, zwycięskich bitew z leniem oraz przegranych z wiatrem. I że jeść będę musiała porządnie też mam tego świadomość, aczkolwiek czasem mi się nie chce, oraz że spać dużo i wypoczywać. Ale klamka zapadła. Choć bliska już byłam rezygnacji i spuszczenia na swą naganną postawę kurtyny milczenia. A jednak. Tak. Chcę zrobić Ironmana w tym roku. Tak! I dam z siebie wszystko, by ten cel zrealizować. Wykopuję więc z czeluści internetów Operację BOrówka, która w międzyczasie stała się Projektem i postanawiam zrobić najbardziej hardcorową (po Karko, a może i przed) rzecz w moim dotychczasowym, krótkim bo krótkim, życiu. 3,8 km swim! + 180 km bike! + 42 km run! = Aaaa! Projekcie BOrówko! Przybywaj!

I chyba właśnie dlatego, że tak mało czasu. I że nie mam profesjonalnej opieki trenerskiej, tylko cały czas, wciąż wszystko sama i błądzę. Że brak carbonu, pełnego koła czy aerodynamicznego kasku. Że nadal jestem bardziej triathlonowym leszczem z trzema blatami, zmieniającym dętkę w 27 minut, który wciąż nie ma jeszcze lemondki (ale już szuka!), niż jakimś tam wyjadaczem. I talentu też jakoś specjalnie bozia nie dała. Tak więc chyba właśnie dlatego, że wszystko jest raczej na przekór niż in plus (oprócz rzecz jasna mojej wybujałej i chorej ambicji), tak bardzo kręci mnie ta cała sprawa :)

Aha. I tylko nie wiem po co mi to. Serio nie mam pojęcia, bo przecież nie po koszulkę finishera, w której z wrodzoną sobie nonszalancją paradować będę przecież w każdym następnym biurze zawodów, nie po nowe lajki na fejsbuku czy też śmieszne Wasze ochy w komentarzach. I przecież nie po mityczny symbol IM, bo Borówno tego nie ma, a ponad 2 tys. zł, które trzeba wpłacić za samo wpisowe na imprezę sygnowaną znaczkiem IM, wolę przeznaczyć na podróże, ciuchy lub trampki. A dziarać go na łydce tudzież innej kostce też w najbliższym czasie nie zamierzam. Tak więc nie wiem po co. Nie pytajcie, choć jeśli ktoś ma jakąś sensowną propozycję "why?" z przyjemnością wysłucham. I się nie zgodzę :) 

Jaki jest więc plan oraz harmonogram działań. Oczywiście jowej, jowej, jowej, jowej. I - bo wciąż go przecież mało - rower. Wydłużamy dystanse, dodajemy interwały i wciąż kręcimy po górkach. Zapowiada się twardy tyłek... :) Ale i tak będzie to łatwiejsze, bo jeśli nie złapię towarzystwa, któremu zgrabnie na kole usiądę (dziękuję!), to mam też inny sposób na zabicie nudy podczas 5 godzin w siodle. Na "A" jest ten spósób, a? Audiobooki! Odkrycie ostatniego tygodnia, tylko czemu to tak późno pytam. Rewelacja, wszystkie zaległości książkowe nadrobię. Niestety w dwóch uchach trzeba, bo w jednym nie słychać za bardzo, zwłaszcza gdy wiatr lub zjazd jakiś, czasem się też człowiek rozkojarzy i wyłączy bo zamieszania świadkiem lub trasa trudna, ale potem i tak szybko wrócić można oraz na nowo zalogować się do trzymającej w napięciu sensacji. Tylko pamiętajcie dzieci, które chciałyby "tak jak Bo", z pokorą trzeba do tego podejść, cały czas macie być czujne i kontrolować co dzieje się dookoła, bo jednak bezpieczeństwo na drodze najważniejsze, rajt?

24.06.2014

Triathlon Karkonoski. Jestem wojowniczką!

Czegokolwiek bym nie napisała o Triathlonie Karkonoskim i tak będzie to banalne. Że łzy szczęścia, że wzruszenie na mecie, że ból, cierpienie i radość. I że po raz kolejny przekonałam się, że wszystkie bariery tkwią w głowie. I jakie to emocjonujące jest przesuwanie barier. Oraz dość krępujące, gdy wszyscy chcą cię przytulać, bo taka jesteś Bo malutka, zmęczona i zapłakana... I że góry takie piękne, ukochane i przejmujące. Borze, niezłe frazesy i nuda, niczym Coelho jakiś, nieprawdaż? 

No niestety, będzie łzawie, ckliwie i górnolotnie. Jeśli ktoś oczekuje ciętej, dynamicznej i kąśliwej relacji, już teraz może sobie odklikać i pójść na rower. Inaczej bowiem tego startu opisać się nie da. Nie da. Okazało się (a jednak!), że jestem wojowniczką. I przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy. 

Jezzu, ale jesteście fajni wszyscy!!! fot. Wybiegany
Triathlon Karkonoski był w mojej głowie takim majaczącym się punktem na horyzoncie, który pozwalał - mimo kilku sztormów po drodze - trzymać jakoś kurs na przód. Raz płynęło się lepiej, raz gorzej, ale generalnie myśl o TK i wizja zrealizowania kolejnego marzenia i planu, takiego kozackiego planu! sprawiała, że jakoś na dno nie chciałam i pójść nie mogłam... Na początku był to punkt malutki, drobny niczym ziarnko maku, odległy i prawie niedostrzegalny, potem coraz bardziej się powiększał, wyostrzał i nabierał kształtu. Aż w końcu bum! trzasnął mnie w głowę, jak kamieniem kiedyś na podwórku od takiego jednego dostałam, i uświadomiłam sobie, że to już. Już! 

Pisałam już o moich największych obawach związanych z tym triathlonem. Nie będę więc powtarzać, jak bardzo bałam się zimna, wywrotki i nagłego odcięcia sił. Oczywiście podjarana byłam też wszystkim! Przecież to wypad w Karkonosze, po raz pierwszy startować miałam z własnym supportem, poza tym rozegrać się miał Wielki Wyścig 2014, a wokół tego wydarzenia powstało już tyle pozytywnych emocji... I jeszcze ten Krasus. Nie wiem czy bardziej się bałam czy bardziej cieszyłam tym startem. Przyjmijmy, że było pół na pół. I każda z tych połów większa :)

20.06.2014

BOję się i JAram się

Czy Wy wiecie, że w sobotę na Śnieżce ma wiać z prędkością 56 km/h, a poranna temperatura nie przekraczać ponoć 2 s. C? Że trasa rowerowa na długości ok. 90 km ma przewyższenia +1800/-1300 m? Że wciąż nie naprawiono bojlera w Jeziorze Leśniańskim, więc temperatura zapewne ma nie więcej niż 12 st. C? Oraz że droga do T1 będzie o taka o, prawie że pionowa? Oraz, że dziś pada deszcz?

A mówili będzie fajnie, zapisz się na Triathlon Karkonoski Bo, mówili. Że przecież góry, które kochasz i rower, mówili. Że to coś dla ciebie, mówili. 

To ja się teraz pytam grzecznie. Kto? Dlaczego mówił? I po co? Oraz co ja sobie wyobrażałam, że jak ja to ogarnę... Psia mać.

Nie, spox. Nie ma stresu ani zdenerwowania. Ja nie jojczę i nie narzekam nawet. Ja panikuję! Przerażona jestem, w szoku! Nie zrobię kuźwa tego triathlonu. Nołej. I mówię całkiem poważnie. 

Wszystkiego się boję. Zimna to raz. Strasznie się boję zimna, to chyba jedyna rzecz na świecie (oprócz drzewa), która potrafi mnie złamać. Że w wodzie będzie zimno i na bajku w tym mokrym trisuicie. Na samą myśl o wpuszczeniu w sobotę o 6.45 rano lodowatego strużka wody w piankę, chowam się pod kołdrę. Wiatru się boję to dwa. Że sprowadzi mnie na ziemię, zatrzyma w miejscu lub w najlepszym wypadku zmiecie z tych zboczy, i tyle Bo widzieli. Zjazdów się boję, piasku i żwirku na zakrętach, mimo iż Kuba dostał nowe, wypasione hamulce. Trzy. Wywrotki też. Tak, tego, że się wypierdzielę, to boję się chyba równie bardzo (a może i bardziej?) co zimna. Więc cztery. Że w dziurę wpadnę, że kapcia złapię (27 minut w plecy), że żele pogubię i bidony. Że trasa mi się pomyli i pojadę prosto! Dziewięć. Że support przegapię. I z sił opadnę podczas biegu się boję, że popsuje się moja mityczna silna wola i głowa... Siedemnaście. 

Jednego się chyba tylko nie boję. Że przegram z Krasusem w Wielkim Wyścigu. BO nie przegram, a nawet wręcz viceversa :)

Film zmontowany przez Suchą Szosę miażdży, co? 

I jeszcze się nie boję o swój support (każdy zawodnik ma mieć obowiązkowe wsparcie na trasie rowerowej i biegowej). Mam najlepszy, najszybszy, najbardziej perfekcyjny i pojechany w kosmos support na świecie. Taki Wybiegany ten support jest :) Dziękuję!

10.06.2014

Wysokogórski człapuzbieg im. Dh. F. Marduły czyli sporo wydawało mi się...

Wydawało mi się, że w kwestiach sportowych, to wiem o sobie, jeśli nie wszystko, to naprawdę dość sporo. Mniej więcej orientuję się przecież, ile czasu potrzebuję na odpoczynek i sen, ogarniam raczej filozofię trenowania trzech dyscyplin jednocześnie, wiem co lubię (samotne człapanie z muzą), czego nie za bardzo (interwały) oraz co sprawia mi największą frajdę (37 km/h z Kubą). I że przed startami to ja raczej się denerwuję i że dobrze jest ufać podjętym wcześniej decyzjom. Oraz, wydawało mi się, że wiem jak po biegu boleć mogą kończyny, że kumam, co to podbiegi oraz że (hihi) mocna jestem w zbiegach. I że kolka to przecież nic takiego specjalnego. Wydawało mi się. 

Tymczasem w Zakopanem podczas VII Wysokogórskiego Biegu im. Druha Franciszka Marduły okazało się, że wciąż jestem nieodgadniona…

Po pierwsze nie denerwowałam się przed biegiem. Ja (!) nie denerwowałam się (!!!). Jasne, że nie zamierzałam biec tych zawodów na 100%, tylko potraktować je chciałam jako mocny trening przed Karkonoszmanem, no ale odrobinka stresu to by się przydała, nie? A tu nic. Żadnych motyli w brzuchu, żadnych nerwowych ruchów, zero jakiegokolwiek skupienia znanego mi z poprzednich startów. Pełen luz. Tylko troska o to, jaka pogoda będzie BO widoki. Oraz BO mokre kamienie, po których biegać nichuchu nie potrafię. Oraz BO drzewa (co nie Mateusz? :)).

Aby dopełnić kronikarskiego obowiązku dodam, że do Zako pojechaliśmy całą bandą. Krasy, Wybiegany z Justyną, Paweł, Jędrek, Kwito, a na miejscu jeszcze Ala, Łukasz, Marzena, Ewa, Andrzej, drugi Paweł oraz realizujący pewną tajemną miśję Pecado. Oraz cała masa innych fajnych łydek, pozdrawiam wszystkich właścicieli, to był naprawdę fantastyczny widok, dziękuję. BTW zna się już trochę tego biegowego światka, co? :)

Że dobrze trzymać się planu
Tak więc po pierwsze nie denerwowałam się i oprócz planu zawierającego się w kilku punktach: 1. Nie wypierdziel się i nie wybij sobie zębów, 2. Zmieść się w limicie czasowym, 3. Ostrożnie i z dala od drzew, 4. Patrz punkty 1-3, tak więc oprócz tego zarysu działań, strategicznych planów na ten bieg nie miałam w zasadzie żadnych. No może jeszcze wiedziałam, że nie zamierzam i nie chcę ómierać na trasie i że przede wszystkim chłonąć mam tę wysokogórską atmosferę, podziwiać widoki i kodować wszystko co miłe, aby w zwykłym życiu, gdy nie zawsze jest już tak fajnie, odtwarzać sobie wszystko w myślach, a nawet i zapętlać te piękne obrazki i panoramy. 

Co prawda zaplanowałam sobie, że biegnę w dwóch warstwach (na wierzch oczywiście koszulka Pąpkinsów), z plecakiem, a co za tym idzie i z dwoma bidonami, czterema żelami, batonem, folią NRC, carmexem do ust truskawkowym, telefonem i dyszką na drobne wydatki, no ale zmieniłam te plany kilka minut przed startem zostając w krótkim rękawku i oddając do depozytu cały ów górski ekwipunek, z plecakiem i wodopojem, uprzednio umieściwszy dwa żele w pasku do numerka oraz jeden żel wraz z batonem w tylnej kieszeni rajtek (tych wiecie, ulubionych, 3/4). I lekka oraz wolna niczym Anton Krupicka udałam się na linię startu. "Łamać zasady i działać wbrew planom, hohoho! Bo, takiej cię jeszcze nie znałam, ale do twarzy ci".