03.03.2015

Uwaga na foczki! Czyli o debiucie w X Polar Sport Skitour

Nie wiem gdzie, no nie mogę sobie przypomnieć całkiem, gdzie to ja ostatnio czytałam, ale ktoś coś pisał chyba, że brakuje mu wyzwań nowych. Czy jakoś tak. I że za emocjami tęskni. Oraz ciarami na plecach, gdy (znowu) trzeba będzie się przełamywać, ryzykować, te głupie granice przekraczać itd. Że nowego czegoś chciałby. Kojarzy ktoś, gdzie ja to mogłam przeczytać? U kogo? BO ja raczej nie

Awięc. Niczym przysłowiowa baba bez kłopotów, co sobie kozę kupiła, tak ja - całkiem spontanicznie i hardcorowo - w poszukiwaniu wyzwań w zawodach skiturowych sobie wystartowałam. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdybym ja na nartach umiała dobrze jeździć, o skiturach większe niż miesięczne pojęcie miała, gdybym nie bała się zjazdów i generalnie gdybym była na to COŚ jakoś psychicznie i rzecz jasna fizycznie przygotowana. A nie byłam. No ale przecież jakbym była, to o czym ciekawym mogłabym tu napisać? Ano właśnie.

Borze!
Tak więc ufna w moc pĄpkoszulki, magię kasku rowerowego, w którym sobie szczękę na bajku złamałam, z postanowieniem, oby tylko nie być ostatnią i przede wszystkim, by w drzewo się jakieś nie wpierdzielić z hukiem (kiedy ono takie urosło?), na starcie zawodów X Polar Sport Skitour im.Basi German sobie hopsa ot tak stanęłam. 

W opinii startujących i doświadczonych narciarzy, zawody te to popierdółka jakaś. Proste, krótkie, idealne na debiut mówili. Dasz radę mówili. Spoko lux. Mówili. Ale gdy tak na odprawie słuchałam, że tu strumyk jeden trzeba przejść i potem następny, że dwie poręczówki linowe z przytroczonymi deskami do plecaka pokonać (mowa o narciarskich zawodach przypominam) i jeszcze gdy tak z podziwem na tych wszystkich rozgrzewających się wymiataczy patrzyłam, to w głowie miałam tylko jedno: "borze borzenko borze". Borze!

Ale też - psst tak po cichu i między nami przyznam - człowiek nie byłby sobą, gdyby oprócz małego przerażenia, nie czuł też odrobiny ekscytacji i radości, że wreszcie się coś dzieje! Coś nowego, niewiadomego i nieprzewidywalnego! Bez żadnej presji (oprócz #byleniejebut), oczekiwań, bez cholernej wizji pudeł, życiówek i pucharów. Po prostu ja, nowe wyzwanie, wysiłek, sport i radość. Czyli, przyznacie, połączenie najlepsze z możliwych. Idealne. 

Tak startuje czołówka. Fot. Sowinskifoto.pl
Ustawiłam się spokojnie, na samym końcu stawki, aby widzieć co robią inni i w razie czego naśladować :) Lub wzywać pomocy. Może jeszcze na wstępie, tym co nie wiedzą wytłumaczę szybko, na czym ten skituring polega. Aby iść pod górę na nartach skiturowych trzeba do deski przykleić takie futerko (fokę) (wspominałam, że uwielbiam głaskać?), dzięki czemu nie zjeżdża się w dół. Buty też są odpięte w cholewce do podejść, a pięta luźna od wiązania. Potem do zjazdu odkleja się fokę od nartki, dopina buty, wpina je w całości w wiązania i lufa w dół. Wszystko oczywiście w terenie. Między drzewami, po ścieżkach, krzaczorach i muldach. Borze!

A tak my :) Znajdź Bo na obrazku. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz na foce
Nie będę pisać, że z tego zaaferowania garmina zapomniałam włączyć i że na dupie (swojej) zaraz po starcie wylądowałam. Wspomnę jednak, że naprawdę ostro (jak na siebie rzecz jasna) zabrałam się do roboty przy podejściu. Ooo! Podejścia to ja love! Big love! Narta za nartą, kijek za kijkiem, posuwisty krok za krokiem, rura do przodu, brnęłam tak w górę. I zaczęłam wyprzedzać innych. Co akurat dodam, wcale nie jest takie łatwe jak w bieganiu, bo wszędzie te ich nartki, kijki wymachujące oraz oczywiście wąska ściężka. Ale ja uparcie wciąż swoje, fu-fu-fu. Wysiłek mniej więcej porównywalny do uczciwego WB2. Fu-fu. Czyli idzie się zmęczyć i spocić. Fu. 

Takie podejścia. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz bez foki
I napierając tak do góry dotarłam do miejsca, gdzie nastąpić miała pierwsza przepinka i zjazd. W "strefie zmian" poradziłam sobie nad wyraz szybko, foki odklejone i do plecaka, wiązanie przekręcone, bucik wpięty. Aaa, jeszcze tylko zapiąć cholewkę, krzyżyk na drogę i jazda. Z drogi śledzie! Lub raczej drzewa! Król Julian jedzie! Gdyby na tych zawodach były noty za styl, z pewnością dostałabym minus 10. Lub minus 12. Trochę okrakiem, trochę pługiem, zakrętów jeśli z pięć zrobiłam to i tak byłoby aż nadto. Generalnie narty szeroko, dupa do tyłu, bojowa mina, zaciśnięte zęby. Gdybym miała być wtedy snem, byłabym prawdziwym koszmarem.

Nieważne jednak jak, ważne, że skutecznie i w dół :) Tylko ten ogień w udach. Borze, jak paliło! Istny pożar, pożoga niemalże jakaś, której nie gasiły, ani wymuszone postoje, ani chłodne myśli czy topniejące czapy śniegu spadające z gałęzi. Płonęło! Paliło! Ogień! Ałła!

A tam gdzieś był zjazd. Fot. X Polar Sport Skitour 
Na szczęście moje, okolicznych drzew i ludzi (tak, wciąż byli wokół mnie ludzie! szok!), zjazd się skończył. Następna przepinka i dajesz Bo gonić tych, co włoili ci na zjeździe. Fu-fu-fu. No to gnam. Jeden strumyk przekroczony i drugi. Fu-fu. W międzyczasie walka, by szybko wpiąć się w wiązania, a tradycyjna zasada, że im bardziej się starasz, tym gorzej wychodzi oczywiście sprawdza się w stu procentach. I nagle łup. Poślizgnęła mi się jakoś foka i nie chciała trzymać na dość stromej wówczas nawierzchni. I jadę w dół. Aaa! Ratunku! Jedną nartą pomagam sobie jakoś, kijkiem wbijanym gdzieś tam na zboczu również, kolanami swymi i ręcami, ale nic! Pomocy! Wciąż poruszam się nie w tym kierunku co trzeba, czyli jadę w dół. Aaa! Na szczęście jakiś miły Pan (dziękuję) poratował mnie swym ekhm... kijkiem i dosłownie wyciągnął z tej opresji. Uff, złapałam pion, wróciłam do właściwej pozycji, znów zaczęłam oddychać. Cała jestem, żyje, borze, zajebiste te skitury! A ucierpiał tylko kijek, który zgięty pod kątem prostym dumnie towarzyszył mi do końca wyścigu, dodając niemałego dramatyzmu całej tej przygodzie.

Przygodzie, która tak naprawdę dopiero miała się rozpocząć...
Po tym drobnym incydencie wiedziałam już, że sobie poradzę. Podbudowałam się, wzrosła moja wiara w siebie, poczułam prawdziwą moc. I jeszcze jak potem wyprzedziłam na podejściu tego miłego Pana od pomagania, który na dodatek skomplementował moją fu-fu-fu formę, to uwierzyłam, że jak tak dalej pójdzie, to ja normalnie jeszcze wygram całe te zawody!!! :) Niestraszne były mi zjazdy, przepinki, przekraczanie strumyków, czy pokonywanie owych "niebezpiecznych" poręczówek. Boska byłam. Fu-fu-fu.

Czasem trzeba było odpinać narty... Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy już przyszło do kolejnej przepinki i przyklejania fok oraz wizji ostatniego podejścia, w którym to jestem przecież taka fu-fu mocna i z pewnością nadrobię jeszcze kilka minut, czar prysł... Mokry śnieg, brak doświadczenia w przyklejaniu fok i wycierania nart z wody, sprawił, że nie chciały się te cholery do desek kleić psia mać. Zapinam, przyklejam, stukam, chucham, przemawiam do nich, błagam, a potem jeden krok pod górę i znowu łup. Odklejona foka zjeżdża, narta również w dół, a ja na kolana. I w płacz :) I jeszcze jedna próba. I kolejna. I nic. Głupie foki! Prawie rozpacz.

Ok, BO, spokojnie, nie płacz, tylko myśl. Myśl, myśl, myśl. Jak tu je przyczepić do nart? Nikt mnie tego (mryg mryg!) nie nauczył przecież... Gumką do włosów może? Buffem? Gałązką? (wiem, hihi) Linką jakąś od plecaka? No kurwa ciem?

Silvertejpem wiem, tylko skąd ja w środku lasu taśmę klejącą wezmę? I tak siedzę biedna przy tej ścieżce, wszyscy mnie mijają, a ja pytam drżącym głosem każdego, a czy masz może przypadkiem taśmę klejącą jakąś? Plis miej! Noo, foki mi nie kleją.

A czasem trzeba było narty nieść. Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy zwątpiłam już w jakąkolwiek pomoc, pogodziłam z faktem, że straciłam spokojnie jakieś 10-15 minut i że przyjdzie mi pewnie na butach dymać te ostatnie kilometry do mety. Albo GOPR jakiś wzywać. To jednak przyszła pomoc! A raczej miła dziewczyna, jak się potem okazało Gosia (dziękuję i pozdrawiam), która odkleiła mi ze swojego kijka pół metra taśmy (wszystko co miała) i poratowała. Przykleiłam te swoje foki do nart. Niestety tylko w jednym miejscu, na więcej nie starczyło, więc za kilkanaście metrów zabawa zaczęła się od nowa. Jazda kurde w dół, miast w górę. Chciałaś baBO przygód i wyzwań, masz! Psia mać. Na szczęście kilkanaście sekund potem, spod ziemi niemalże jakoś, wyrósł chłopak z całą rolką czarnej klejącej taśmy! Kumacie? Cała rolka! Czarnej klejącej taśmy do fok! Poratował mnie, jeszcze jedną dziewczynę i Gosię, której potem foczny klej również odmówił posłuszeństwa. Kimkolwiek jesteś Rycerzu z taśmą, stokrotnie dziękuję!

Przykleiłam, wpięłam butki, sięgnęłam po swój jakże dzielny zgięty kijek i na początku jeszcze ostrożnie czekając na znajome łup i uciekającą nartę do tyłu, potem już na porządnym wkurwie ruszyłam fu-fu do przodu. W końcu byłam wypoczęta jak nigdy. Fu-fu-fu. Teraz to naprawdę z drogi śledzie! Minęłam kilku panów, kilkadziesiąt metrów przed metą jeszcze jedną dziewczynę, która ku mej radości, stwierdziła, że nie podejmuje walki, no i dotarłam! W iście dramatyczny sposób ukończyłam swoje pierwsze zawody skiturowe! Nie pokonał mnie kijek, nie zabiły zjazdy i nie zwyciężyły foki! Nie byłam ostatnia, ba, wśród 50 kobiałek, mimo tej kilkunastominutowej focznej straty, na 23 (!) (wiadomix!) miejscu się uplasowałam! Czujecie? I dzwoniący medal dostałam. Dzyń dzyń!

Wraz z kijkiem dotarliśmy! Fot. JKR Ostrowski
A wprawione oko, oprócz zgiętego kijka i banana na twarzy dojrzy również przyklejone foki.
Fot. Kris Photography Studio ;) 
Oj! Tego mi trzeba było. Zajebiste zawody i przygoda, a skitury jeszcze bardziej.

A jak ja kurde przebiegnę ten maraton w Rzymie za 3 tygodnie pomartwię się jutro... :)

Uwaga ogłoszenie! Jeśli ktoś chciałby mieć taką oto pĄpkoszulkę mocy, to właśnie ruszyła 3 limitowana edycja produkcji. Klikać i zamawiać!

18.02.2015

O dwóch takich deskach, co ukradły mi bieganie

Wiedziałam, że są. Że zimą, ludzie coś tam na nich chodzą po górach i zjeżdżają. Tacy ludzie, co sprytnie oszczędzają na karnetach myślałam (jak wszyscy) i jakoś specjalnie mnie do tego sportu ciągnęło. Jeździłam na desce, był luz, wypady w Alpy, krok w kolanach i wielkie rękawice po łokcie. Całkiem bosko. Nie sądziłam, naprawdę nie sądziłam, że kiedyś jeszcze do nart wrócę, zwłaszcza, że na boazerii jeździłam dawno, bardzo źle i generalnie bez jakiejś specjalnej zajawki. 

Podczas gdy znajomi będą skiturować, ja pobiegam sobie po górach planowałam, i wszyscy będą szczęśliwi. Przecież ja tak lubię biegać po górach! Ale gdy tak oni szli na tych nartach w Bieszczadach, a ja niczym pies biegałam dookoła, kicając z prawej strony na lewą i potykając się o ich kijki, czułam, że to jednak nie to... Że chciałabym chyba spróbować tego foczenia, że może być całkiem fajnie, że muszę bo się uduszę, a poza tym niebawem to zacznę pewnie szczekać i podsikiwać drzewa, więc chyba raczej na pewno czas powiedzieć sobie (ZNOWU!) "challenge accepted"

Widziałam BO cień. W drodze na Smerek. 
Nie minęło dziesięć dni, jak byłam już po próbnych "zjazdach" z Małej Rawki na pożyczonym sprzęcie, a potem już ze skompletowanym własnym, miłą foczką do głaskania (uwielbiam) i postanowieniem, że zostanę skiturę

Borze, borze, borzenko krzyczałam w myślach do i na siebie, gdy z górki, pługiem mijałam kolejne buki na drodze, krzaczory brałam okrakiem, a uderzenia gałązkami po twarzy przyjmowałam z nieznaną sobie do tej pory hardością. I gdy zakopywałam się w zaspach po kolana. A ogień w udach prawie że przepalał mi spodnie i nogi trzęsły się ze zmęczenia (BO przecież nie strachu). Gdy wywrotek było miliard, na szczęście żadna poważniejsza, tylko w puch lub kontrolnie, by odpocząć :) I gdy z radością oraz kurwikami w oczach kończyłam zjazd, szczęśliwa, że się udało, że jestem cała, że podoba mi się to strasznie i że zaraz będzie znowu nowe zajebiste podejście. BO podejścia są super. Uwielbiam. Idzie się zmęczyć i spocić jak na kilometrówkach, ale widoki i wizja zjazdu działają tutaj zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. 

Na Przełęczy Orłowicza. Fot. Kris Photography Studio ;) 
Cóż mogę rzec? Trudno wymarzyć sobie lepszą aktywność zimową w górach. Tak, nawet bieganie się chowa pod grubą warstwą śniegu. Na skiturach jest przygoda. Jest wyzwanie. Jest cicho i pusto. Jest bajkowo. W przeciwieństwie do nudnego stania w kolejce do wyciągu, wdychania dymu z papierosa, bo sąsiad na krzesełku obok właśnie miał ochotę na szluga. Jest ciekawiej od nudnego dymania wte i wewte, góra - dół, na tym samym stoku. Jest trudniej, jest znacznie trudniej od śmigania po aksamitnie wyratrakowanym stoku. Drzewa są, krzaki, powalone konary i niespodziewane hopki. Emocji milion. Siódme poty przy podejściu, a bywa, że i kilka łez na zjeździe, bo tak straszno i trudno.

Fot. Studio jw. 
No i ukradły mi te skitury bieganie. Nie ma kiedy robić długich wybiegań jak każdy prawie weekend spędzamy w górach szlajając się po lasach i stokach. Nie ma (wciąż!) ochoty na mocne treningi w tygodniu bo... BO po prostu nie ma ochoty. Nie ma sensu robić podbiegów, skoro siłę biegową to ja mam na skiturach, i to w znacznie przyjemniejszej scenerii. Nie będzie więc maratonu w marcu, bo jestem całkiem nieprzygotowana do czegoś mocniejszego i chyba najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. Znaczy się maraton będzie, wszystko już zabukowane i Koloseum do zwiedzania czeka, więc pobiegnę. Ale bez rozpierdalania kiosku, bez presji na wynik czy życiówkę niedajborze jakąś. Przeczłapię, pooglądam atrakcje turystyczne wzdłuż trasy, postaram się nie ómrzeć, ukończę. Co swoją drogą też będzie ciekawym i nowym doświadczeniem, jak to jest biegać nie na wynik, tylko o tak o... Ciekawe. 

Suche Rzeki - Smerek. Fot. Studio jw. 
A wracając do skiturów. To cały czas się ich uczę. Wszystkiego się uczę. Odklejania fok za jednym zamachem, wpinania w wiązania inne niż wszystkie, robienia zakosów na pionowej ściance, zjazdów się przede wszystkim uczę i pokory. Oraz zimowych i bardziej hardcorowych niż na stoku, śnieżnych gór się uczę. Na szkoleniu lawinowym nawet (ha!) byłam. BO przecież wiadomo, że jeśli lawina ma zejść, to zapewne zrobi to na mnie... Nawet w Bieszczadach. BTW, taki kurs to polecam bardzo. Jeśli robisz coś w górach zimą, zrób też kurs. Nawet dla świadomości, że śnieg i śnieżki to żadne tam popierdółki, tylko prawdziwe i realne zagrożenie. I dla przypomnienia sobie zasad pierwszej pomocy. 

Przekop śnieżny na kursie lawinowym organizowanym przez Ski Rawki. Fot. Grześ W. 
Trafiony znaleziony! Ćwiczenia z detektorem i sondą lawinową. Fot. Grześ W. 
Nie. Absolutnie nie żegnam się z bieganiem i tri. Tylko ciut urozmaicam, odpuszczam, luzuję, by mieć czas i robić to, co TERAZ sprawia mi frajdę i przyprawia o ciary na plecach. BO chyba o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi, rajt?  


Do what you want, not what you need!

23.01.2015

Log out

Wylogowałam się. Z treningów, motywacji, chęci umęczania się i przesuwania granic. Nie chce mi się, wkurzam się i rozleniwiam. Mdli mnie na samą myśl o tłuczeniu drugiego zakresu po asfalcie i bieganiu kilometrówek. Nie chce mi się moknąć w deszczu i pocić na trenażerze. PĄpek nie robię od dwóch miesięcy, a kontuzjowany łokieć, którego nie rehabilituję bo i po co, jest tylko wygodnym wytłumaczeniem. Na basenie nie byłam od początku roku. Marznę.

I szału dostaję na widok ślicznych i uśmiechniętych happy biegaczek oraz prężących swe mięśnie ironmenów, którzy dumnie prezentują swe treningowe osiągi na facebooku czy insta. I którzy krzyczą, jakie to bieganie jest fajne i zajebiste. Że endorfiny! I euforia! Aaa! Porzygam się zaraz od tego ich biegowego szczęścia. Na tęczowo normalnie i trzy metry do przodu się porzygam. Aaa!

Nie wiem co się dzieje. Ani nie jestem chora (prawie wreszcie od 2 tygodni), ani przetrenowana. Leniwa może trochę? Znudzona? Zblazowana? Wszystko już przecież kurde jakby było... Wszystko znam, doświadczyłam, rozumiem. Nuda. Ile można się gapić w czarną linię na dnie basenu? Jak długo klepać wciąż tę samą trasę biegową bo wygodna, znana i blisko. Ile zdjęć trenażera wrzucać na facebooka i czekać na nieszczęsne lajki? Jak? Po co? Ile? Dlaczego? O-oł. Chyba kurde mi się coś znudziło... I przestałam lubić. Chyba na pewno nawet.

Aaa! Brakuje mi tej niepewności i ekscytacji, z jaką wpinałam się kiedyś w pedały oraz radości, którą czułam po pierwszej motylkowej długości bez płetw. Tego, gdy nie mogę zasnąć, bo tak jestem podjarana kolejnymi sportowymi odkryciami i zaskakiwaniem samej siebie. Tych obaw mi brakuje, niezliczonych pytań i strachu "jak to będzie Bo"? "co to będzie?" Nowego mi brakuje! Wyzwań przez Wielkie Wu chcę, a nie głupiego śrubowania życiówek!  Aaaa!

To pisałam wczoraj.

Po czym zestroiłam się w newlinowe ciuszki, wbiłam muzę w ucho i pobiegłam sobie przed siebie.

Hopsa. Fot. Kris Photography Studio ;) 
Dziś też pobiegłam. Uśmiechnięta jakby trochę nawet. A rano wstałam na basen. I zadowolona.

Ufff.  Już wszystko dobrze Bo. Wszystko w porządku. Już dobrze Bo. W porządku.

Znowu się zalogowałam.

19.01.2015

Zakochana w NewLine. Czyli jak zostałam szafiarką...

Mnóstwo mam ciuchów do biegania. Mnóstwo. I wcale się tego nie wstydzę :) Rzeczy mniej firmowe i bardziej. Nike, Asics, NewBalance, Adidas, Reebok, Tchibo i no name. I pewnie jeszcze kilka innych. Mam rzeczy bardziej lub mniej ulubione oraz outfity na różną pogodę, nastrój czy rodzaj treningu. Choć bywa też tak, że cały czas biegam w tym samym. Biegam i piorę, biegam i piorę, biegam i piorę, i dopóki mi nie przejdzie, wszystko kręci wokół jednego, max dwóch zestawów. Kobieta...

To zrozumiałe, że cenię sobie jakość materiałów, wygodę, użyteczność (ach te różne kieszonki) oraz to - rzecz jasna - czy dana rzecz wyszczupla czy nie :) I kaptury lubię. Kurtka musi mieć kaptur. Oraz długie rękawy i nogawki lubię. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż przykrótkość, co akurat przy mojej ekhm wysokości, zdarza się niestety nadzwyczaj często... :(

Natural Born Runners, najlepszy sklep dla biegaczy w kosmosie, sponsorujący najbardziej zwariowany team rzeźniczy Natural Born Pąpkins (tj. Krasusa i mnie) podarował mi (i Krasemu też) zestaw z kolekcji zimowej NewLine Imotion: getry, bluzę i kurtkę. Z wielką przyjemnością opiszę swoje uczucia. Bo zakochałyśmy się w sobie z wzajemnością. 

Rajtki. Czyli Imotion Warm Tighs
Przede wszystkim są długie. Długie, ciepłe i z misiem. Zaskoczył mnie brak zamków przy nogawkach, obawiałam się nawet, czy w związku z tym wcisnę w nie swe nóżęta, wszak wszystkie dotychczasowe getry w moim użyciu wyposażone były w to urządzenie. Ale niepotrzebnie się obawiałam. NewLine są elastyczne i bez żadnego problemu można je wkładać i ściągać bez bocznych zameczków. Dodatkowo, mają jakieś takie magiczne szycia i wstawki z innego materiału, że zajebiście leżą. I naprawdę wysmuklają nogi uwydatniając to co trzeba i maskując inne niedociągnięcia matki natury. Serio! Jedynym minusem może być ciut mała tylna kieszonka. Na klucze w sam raz, ale na telefon już ledwo ledwo.

Imotion Warm Tights Fot. NewLine
Biegałam w nich w różnych temperaturach: od +5-8 st. C do ok. -10 st. C. Sprawdzają się idealnie. Tak dobrze, że po prostu nie myślisz o nich i nie zastanawiasz się nad żadnym komfortem czy dyskomfortem. Przy niższych temperaturach i dodatkowym wietrze, przydałaby się już jednak dodatkowa warstwa. Na Wielkiej Rawce przewiało mnie kiedyś do szpiku kości.

Te magiczne szycia i wstawki... Fot. ja
Uwielbiam też kolor. Ja, zatwardziała zwolenniczka czarnych ciuchów, zakochałam się w tym śliwkowym fiolecie, zwłaszcza w zestawieniu z barwami pozostałych elementów mojego outfitu. 

Bluza. Czyli Imotion Warm Shirt
Oprócz tego, że idealnie pasuje do rajtek, jest prześliczna i bardzo wygodna. Przy niższych temperaturach była drugą warstwą (pod kurtką, na koszulce z długim), przy ładniejszej pogodzie świetnie sprawdzała się na wierzchu. Dobrze dopasowana i wygodna. Ma długie rękawy i wygodny suwak przy szyi do rozpięcia jeśli jest zbyt ciepło. Ciekawe zestawienie kolorystyczne (jeden rękaw inny od drugiego) i znowu te magiczne szycia dopasowujące się do sylwetki w najbardziej odpowiednich miejscach i momentach. 

Bluza Imotion Warm Shirt Fot. NewLine
Może na tych zdjęciach nie widać, jak do siebie pasujemy. Ale musicie mi uwierzyć na słowo :) 

Fot. Kris Photography Studio

Rękaw! Fot. Studio jw.

Kurtka czyli Imotion Printed Hood Jacket
Miłość od pierwszego wejrzenia. Za kaptur. Za długie rękawy i prześliczne kolorki. Za funkcjonalność, dwuwarstwowość i tę delikatną siateczkę, dzięki której ciało oddycha, a równocześnie jest chronione przed wiatrem. Za ukrytą kieszonkę na ipoda tuż nad sercem i dużą tylną kieszeń na rękawiczki. Za dbałość o detale i turkusową lamówkę. I za to, że się odnalazła, jak ją raz w Bieszczadach zgubiłam. I że na skiturach (noo!) też się sprawdza...

Kurtka Imotion Printed Hood Jacket. Fot. NewLine
NewLine i jego dbałość o detale. Fot. Kris Photography Studio 
Razem. Fot. Studio jw.
Dobra jakość materiałów (choć oczywiście wszystko made in China), fantastyczny krój, wygoda i funkcjonalność, odpowiednia długość oraz kolorki. Dbałość o detale. Ciepło (BO jestem zmarzluchem). Wszystko to sprawia, że naprawdę uwielbiam te ciuszki. I nawet jeśli nie mam ochoty na trening (bywa...), to jeśli się w nie zestroję, od razu chce mi się biegać i paradować jak modelka wśród innych biegaczy. O. 

I jeszcze kilka fotografii. 

Newline z Krasusem. Fot. Bela Belowski

NewLine w górach. Fot. Kris Photography Studio
I znowu w górach. Fot. Studio jw.
Lub w lesie. Fot. Studio jw. 
Polecam NewLine Imotion.
Bo. 

26.12.2014

#Cozarok k.

Złamana żuchwa, wybite zęby, naderwane ścięgno w barku, stłuczone lewe udo i prawy łokieć. Zszednięty (a jednak!) paznokć. 2 blizny na twarzy, spox, ponoć prawie już nie widać, kilkadziesiąt siniaków na nogach, w międzyczasie drobne ITBS i bolące kolano.

Mega życiówka w maratonie. Równie dobry wynik w połówce i miano pierwszej najszybszej we wsi na tym dystansie. Fantastyczna i niezapomniana przygoda tri w Karkonoszach. Fascynujące góry i debiut w ultra. BOtyl. Ciut bliżej (acz wciąż chyba jeszcze daleko) do sportowej mądrości. #NBRteam. I wreszcie świadomość, że nic nie muszę. A mogę zajebiście dużo. Hopsa!

Hmm. I wciąż nie wiem, który wstęp lepszy... Jak sądzicie? Zostawię obydwa, do czytania wg gustu i w kolejności dowolnej. A więc trzeci biegowy i drugi triathlonowy sezon sportowy za mną. W zasadzie to skończył się on już chwilę temu, ale że opisać nie było kiedy, poza tym podsumowań czas dookoła wszędzie nastał, warto więc i tutaj zrobić drobny rachunek sumienia. 

Tak dynamicznego roku dawno nie miałam. Takich sportowych zwrotów akcji, radości i smutków. Takich przemyśleń różnorakich. Wzlotów i (sic!) upadków. I mimo iż, większość postów sygnować mogłabym tagiem #cozarokkurwa, tak mimo wszystko nie żałuję niczego. NI-CZE-GO. A że łajza roku? Że nie spełniłam marzenia o pełnym dystansie IM i pewnie już nie spełnię, bo nieco przedefiniowały mi się te marzenia? Że blizny na twarzy. Przecież już je całkiem lubię. Że zmiany? Są konieczne. I jak się okazuje, zawsze, nawet te z pozoru fatalne i tragiczne zmiany, zawsze niosą ze sobą coś dobrego... Kurde no! Też w to nie wierzyłam. A jednak!

A w 2014 roku to było przede wszystkim o tak:

Barcelona i maraton w 3:26. Nie mam żadnego zdjęcia z biegu (#szybszaniżmigawka), ale myślę, że to poniżej (z barcelońskiego targu), idealnie oddaje słodycz mojego zwycięstwa. W barcelońskim maratonie wszystko wyszło. I chyba raczej na pewno ta życiówka pozostanie już ze mną na zawsze...

Mniam. Fot. Janusz
Tatry, Bieg Marduły i zakwasy na policzkach i brzuchu od śmichów chichów w towarzystwie Krasego, Wybieganego z Justyną, Jędrka, Kwito i innych z ekipy. Oj, to był piękny bieg i świetny wypad! Piękny!

Fot. Jacek Bogucki

Triathlon Karkonoski. Wielki Wyścig 2014. Przygoda roku, a może i życia. Odkrywanie w sobie nieznanych pokładów siły. Walka, ból, emocje i łzy. Oraz przyjaźń. Zajebiście, że dzięki sportowi poznałam tylu fantastycznych ludzi. I że oni poznali mnie :) Dziękuję. 
Moje zdjęcie roku. Fot. Marcin Oliva Soto
Ryczałam jak bóbr, gdy na mojej ściane na FB co kilka minut pojawiały się nowe, pojechane w kosmos wyrazy wsparcia. Po tym jak nastąpiło JEBUT nr 2 i wylądowałam w szpitalu. Że #wszyscyzaBo. Gówno prawda, że internet to złudne i sztuczne relacje. Nawet teraz się wzruszam gdy paczam. Paczam się i wzruszam. 


UltraMaraton Bieszczadzki, cudowna złota polska jesień, po raz pierwszy w życiu przebiegnięte 53 km. Oraz szóste miejsce, które wywalczyłam dosłownie na ostatnich metrach. Umordowana, padnięta i na nowo uświadomiona, że chyba trudno będzie mi żyć bez ścigania... Ehh, no to trudno :) A w tle Błażej
Fot. Fundacja Aktywne Trzemeszno
A potem wszystko potoczyło się już szybko. "Powołanie" do kadry tfu do #NBRTeamu, ciuszki od #NewLine (zakochałam się, niebawem napiszę coś więcej) i Bo w roli szafiarki. Oraz decyzja, że podejmujemy #WyzwanieNBR i wspólnie z Krasusem próbujemy sił w Rzeźniku 2015. #Omamo.

Fot. Bela Belowski
Ale zawsze gdzieś tam w tle góry. Góry. Góry. Góry.

Fot. Kris Photography Studio :) 

I góry. Góry. Góry. Wygłupy. Góry. Góry.

Fot. Studio co powyżej :) 
Jak to mówią, doświadczenie zwiększa stan naszej mądrości, ale nie zmniejsza (stety? niestety?) poziomu głupoty. Czy jakoś tak :)

Mam więc nadzieję, że przyszły rok będzie nie tyle dramatyczny co mijający, ale równie ekscytujący i głupi. A wyzwania, które już teraz stawiam sobie na rok 2015 to o takie są o:
BO że się nie wypierdzielę, to tego nie potrafię obiecać. A może nawet nie chcę :)