23.01.2015

Log out

Wylogowałam się. Z treningów, motywacji, chęci umęczania się i przesuwania granic. Nie chce mi się, wkurzam się i rozleniwiam. Mdli mnie na samą myśl o tłuczeniu drugiego zakresu po asfalcie i bieganiu kilometrówek. Nie chce mi się moknąć w deszczu i pocić na trenażerze. PĄpek nie robię od dwóch miesięcy, a kontuzjowany łokieć, którego nie rehabilituję bo i po co, jest tylko wygodnym wytłumaczeniem. Na basenie nie byłam od początku roku. Marznę.

I szału dostaję na widok ślicznych i uśmiechniętych happy biegaczek oraz prężących swe mięśnie ironmenów, którzy dumnie prezentują swe treningowe osiągi na facebooku czy insta. I którzy krzyczą, jakie to bieganie jest fajne i zajebiste. Że endorfiny! I euforia! Aaa! Porzygam się zaraz od tego ich biegowego szczęścia. Na tęczowo normalnie i trzy metry do przodu się porzygam. Aaa!

Nie wiem co się dzieje. Ani nie jestem chora (prawie wreszcie od 2 tygodni), ani przetrenowana. Leniwa może trochę? Znudzona? Zblazowana? Wszystko już przecież kurde jakby było... Wszystko znam, doświadczyłam, rozumiem. Nuda. Ile można się gapić w czarną linię na dnie basenu? Jak długo klepać wciąż tę samą trasę biegową bo wygodna, znana i blisko. Ile zdjęć trenażera wrzucać na facebooka i czekać na nieszczęsne lajki? Jak? Po co? Ile? Dlaczego? O-oł. Chyba kurde mi się coś znudziło... I przestałam lubić. Chyba na pewno nawet.

Aaa! Brakuje mi tej niepewności i ekscytacji, z jaką wpinałam się kiedyś w pedały oraz radości, którą czułam po pierwszej motylkowej długości bez płetw. Tego, gdy nie mogę zasnąć, bo tak jestem podjarana kolejnymi sportowymi odkryciami i zaskakiwaniem samej siebie. Tych obaw mi brakuje, niezliczonych pytań i strachu "jak to będzie Bo"? "co to będzie?" Nowego mi brakuje! Wyzwań przez Wielkie Wu chcę, a nie głupiego śrubowania życiówek!  Aaaa!

To pisałam wczoraj.

Po czym zestroiłam się w newlinowe ciuszki, wbiłam muzę w ucho i pobiegłam sobie przed siebie.

Hopsa. Fot. Kris Photography Studio ;) 
Dziś też pobiegłam. Uśmiechnięta jakby trochę nawet. A rano wstałam na basen. I zadowolona.

Ufff.  Już wszystko dobrze Bo. Wszystko w porządku. Już dobrze Bo. W porządku.

Znowu się zalogowałam.

19.01.2015

Zakochana w NewLine. Czyli jak zostałam szafiarką...

Mnóstwo mam ciuchów do biegania. Mnóstwo. I wcale się tego nie wstydzę :) Rzeczy mniej firmowe i bardziej. Nike, Asics, NewBalance, Adidas, Reebok, Tchibo i no name. I pewnie jeszcze kilka innych. Mam rzeczy bardziej lub mniej ulubione oraz outfity na różną pogodę, nastrój czy rodzaj treningu. Choć bywa też tak, że cały czas biegam w tym samym. Biegam i piorę, biegam i piorę, biegam i piorę, i dopóki mi nie przejdzie, wszystko kręci wokół jednego, max dwóch zestawów. Kobieta...

To zrozumiałe, że cenię sobie jakość materiałów, wygodę, użyteczność (ach te różne kieszonki) oraz to - rzecz jasna - czy dana rzecz wyszczupla czy nie :) I kaptury lubię. Kurtka musi mieć kaptur. Oraz długie rękawy i nogawki lubię. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż przykrótkość, co akurat przy mojej ekhm wysokości, zdarza się niestety nadzwyczaj często... :(

Natural Born Runners, najlepszy sklep dla biegaczy w kosmosie, sponsorujący najbardziej zwariowany team rzeźniczy Natural Born Pąpkins (tj. Krasusa i mnie) podarował mi (i Krasemu też) zestaw z kolekcji zimowej NewLine Imotion: getry, bluzę i kurtkę. Z wielką przyjemnością opiszę swoje uczucia. Bo zakochałyśmy się w sobie z wzajemnością. 

Rajtki. Czyli Imotion Warm Tighs
Przede wszystkim są długie. Długie, ciepłe i z misiem. Zaskoczył mnie brak zamków przy nogawkach, obawiałam się nawet, czy w związku z tym wcisnę w nie swe nóżęta, wszak wszystkie dotychczasowe getry w moim użyciu wyposażone były w to urządzenie. Ale niepotrzebnie się obawiałam. NewLine są elastyczne i bez żadnego problemu można je wkładać i ściągać bez bocznych zameczków. Dodatkowo, mają jakieś takie magiczne szycia i wstawki z innego materiału, że zajebiście leżą. I naprawdę wysmuklają nogi uwydatniając to co trzeba i maskując inne niedociągnięcia matki natury. Serio! Jedynym minusem może być ciut mała tylna kieszonka. Na klucze w sam raz, ale na telefon już ledwo ledwo.

Imotion Warm Tights Fot. NewLine
Biegałam w nich w różnych temperaturach: od +5-8 st. C do ok. -10 st. C. Sprawdzają się idealnie. Tak dobrze, że po prostu nie myślisz o nich i nie zastanawiasz się nad żadnym komfortem czy dyskomfortem. Przy niższych temperaturach i dodatkowym wietrze, przydałaby się już jednak dodatkowa warstwa. Na Wielkiej Rawce przewiało mnie kiedyś do szpiku kości.

Te magiczne szycia i wstawki... Fot. ja
Uwielbiam też kolor. Ja, zatwardziała zwolenniczka czarnych ciuchów, zakochałam się w tym śliwkowym fiolecie, zwłaszcza w zestawieniu z barwami pozostałych elementów mojego outfitu. 

Bluza. Czyli Imotion Warm Shirt
Oprócz tego, że idealnie pasuje do rajtek, jest prześliczna i bardzo wygodna. Przy niższych temperaturach była drugą warstwą (pod kurtką, na koszulce z długim), przy ładniejszej pogodzie świetnie sprawdzała się na wierzchu. Dobrze dopasowana i wygodna. Ma długie rękawy i wygodny suwak przy szyi do rozpięcia jeśli jest zbyt ciepło. Ciekawe zestawienie kolorystyczne (jeden rękaw inny od drugiego) i znowu te magiczne szycia dopasowujące się do sylwetki w najbardziej odpowiednich miejscach i momentach. 

Bluza Imotion Warm Shirt Fot. NewLine
Może na tych zdjęciach nie widać, jak do siebie pasujemy. Ale musicie mi uwierzyć na słowo :) 

Fot. Kris Photography Studio

Rękaw! Fot. Studio jw.

Kurtka czyli Imotion Printed Hood Jacket
Miłość od pierwszego wejrzenia. Za kaptur. Za długie rękawy i prześliczne kolorki. Za funkcjonalność, dwuwarstwowość i tę delikatną siateczkę, dzięki której ciało oddycha, a równocześnie jest chronione przed wiatrem. Za ukrytą kieszonkę na ipoda tuż nad sercem i dużą tylną kieszeń na rękawiczki. Za dbałość o detale i turkusową lamówkę. I za to, że się odnalazła, jak ją raz w Bieszczadach zgubiłam. I że na skiturach (noo!) też się sprawdza...

Kurtka Imotion Printed Hood Jacket. Fot. NewLine
NewLine i jego dbałość o detale. Fot. Kris Photography Studio 
Razem. Fot. Studio jw.
Dobra jakość materiałów (choć oczywiście wszystko made in China), fantastyczny krój, wygoda i funkcjonalność, odpowiednia długość oraz kolorki. Dbałość o detale. Ciepło (BO jestem zmarzluchem). Wszystko to sprawia, że naprawdę uwielbiam te ciuszki. I nawet jeśli nie mam ochoty na trening (bywa...), to jeśli się w nie zestroję, od razu chce mi się biegać i paradować jak modelka wśród innych biegaczy. O. 

I jeszcze kilka fotografii. 

Newline z Krasusem. Fot. Bela Belowski

NewLine w górach. Fot. Kris Photography Studio
I znowu w górach. Fot. Studio jw.
Lub w lesie. Fot. Studio jw. 
Polecam NewLine Imotion.
Bo. 

26.12.2014

#Cozarok k.

Złamana żuchwa, wybite zęby, naderwane ścięgno w barku, stłuczone lewe udo i prawy łokieć. Zszednięty (a jednak!) paznokć. 2 blizny na twarzy, spox, ponoć prawie już nie widać, kilkadziesiąt siniaków na nogach, w międzyczasie drobne ITBS i bolące kolano.

Mega życiówka w maratonie. Równie dobry wynik w połówce i miano pierwszej najszybszej we wsi na tym dystansie. Fantastyczna i niezapomniana przygoda tri w Karkonoszach. Fascynujące góry i debiut w ultra. BOtyl. Ciut bliżej (acz wciąż chyba jeszcze daleko) do sportowej mądrości. #NBRteam. I wreszcie świadomość, że nic nie muszę. A mogę zajebiście dużo. Hopsa!

Hmm. I wciąż nie wiem, który wstęp lepszy... Jak sądzicie? Zostawię obydwa, do czytania wg gustu i w kolejności dowolnej. A więc trzeci biegowy i drugi triathlonowy sezon sportowy za mną. W zasadzie to skończył się on już chwilę temu, ale że opisać nie było kiedy, poza tym podsumowań czas dookoła wszędzie nastał, warto więc i tutaj zrobić drobny rachunek sumienia. 

Tak dynamicznego roku dawno nie miałam. Takich sportowych zwrotów akcji, radości i smutków. Takich przemyśleń różnorakich. Wzlotów i (sic!) upadków. I mimo iż, większość postów sygnować mogłabym tagiem #cozarokkurwa, tak mimo wszystko nie żałuję niczego. NI-CZE-GO. A że łajza roku? Że nie spełniłam marzenia o pełnym dystansie IM i pewnie już nie spełnię, bo nieco przedefiniowały mi się te marzenia? Że blizny na twarzy. Przecież już je całkiem lubię. Że zmiany? Są konieczne. I jak się okazuje, zawsze, nawet te z pozoru fatalne i tragiczne zmiany, zawsze niosą ze sobą coś dobrego... Kurde no! Też w to nie wierzyłam. A jednak!

A w 2014 roku to było przede wszystkim o tak:

Barcelona i maraton w 3:26. Nie mam żadnego zdjęcia z biegu (#szybszaniżmigawka), ale myślę, że to poniżej (z barcelońskiego targu), idealnie oddaje słodycz mojego zwycięstwa. W barcelońskim maratonie wszystko wyszło. I chyba raczej na pewno ta życiówka pozostanie już ze mną na zawsze...

Mniam. Fot. Janusz
Tatry, Bieg Marduły i zakwasy na policzkach i brzuchu od śmichów chichów w towarzystwie Krasego, Wybieganego z Justyną, Jędrka, Kwito i innych z ekipy. Oj, to był piękny bieg i świetny wypad! Piękny!

Fot. Jacek Bogucki

Triathlon Karkonoski. Wielki Wyścig 2014. Przygoda roku, a może i życia. Odkrywanie w sobie nieznanych pokładów siły. Walka, ból, emocje i łzy. Oraz przyjaźń. Zajebiście, że dzięki sportowi poznałam tylu fantastycznych ludzi. I że oni poznali mnie :) Dziękuję. 
Moje zdjęcie roku. Fot. Marcin Oliva Soto
Ryczałam jak bóbr, gdy na mojej ściane na FB co kilka minut pojawiały się nowe, pojechane w kosmos wyrazy wsparcia. Po tym jak nastąpiło JEBUT nr 2 i wylądowałam w szpitalu. Że #wszyscyzaBo. Gówno prawda, że internet to złudne i sztuczne relacje. Nawet teraz się wzruszam gdy paczam. Paczam się i wzruszam. 


UltraMaraton Bieszczadzki, cudowna złota polska jesień, po raz pierwszy w życiu przebiegnięte 53 km. Oraz szóste miejsce, które wywalczyłam dosłownie na ostatnich metrach. Umordowana, padnięta i na nowo uświadomiona, że chyba trudno będzie mi żyć bez ścigania... Ehh, no to trudno :) A w tle Błażej
Fot. Fundacja Aktywne Trzemeszno
A potem wszystko potoczyło się już szybko. "Powołanie" do kadry tfu do #NBRTeamu, ciuszki od #NewLine (zakochałam się, niebawem napiszę coś więcej) i Bo w roli szafiarki. Oraz decyzja, że podejmujemy #WyzwanieNBR i wspólnie z Krasusem próbujemy sił w Rzeźniku 2015. #Omamo.

Fot. Bela Belowski
Ale zawsze gdzieś tam w tle góry. Góry. Góry. Góry.

Fot. Kris Photography Studio :) 

I góry. Góry. Góry. Wygłupy. Góry. Góry.

Fot. Studio co powyżej :) 
Jak to mówią, doświadczenie zwiększa stan naszej mądrości, ale nie zmniejsza (stety? niestety?) poziomu głupoty. Czy jakoś tak :)

Mam więc nadzieję, że przyszły rok będzie nie tyle dramatyczny co mijający, ale równie ekscytujący i głupi. A wyzwania, które już teraz stawiam sobie na rok 2015 to o takie są o:
BO że się nie wypierdzielę, to tego nie potrafię obiecać. A może nawet nie chcę :) 

25.11.2014

Oj, będzie się działo. #WyzwanieNBR

Żaden zgruchotany łokć i siniak na biodrze wielkości sporego medalu* nie zabiorą mi radości i wrażeń, jakie dostarczyła mi miniona sobota i wypad z chłopakami w "Góry" Świętokrzyskie. Żaden!
Ale też żadnego czasowstrzymywacza nie zamierzam włączać teraz! Niech już ten rok, ten kurde popieprzony rok, w którym bezdyskusyjnie przypadło mi miano największej łajzy ever skończy się na dobre, oddzielając grubą kreską to co było od tego co BĘDZIE!

A będzie się działo. Nooo, też się cieszę i równocześnie przerażona jestem na maksa, bo Bieg Rzeźnika to przecież żadna tam popierdółka czy owsianka z mlekiem. A wystartować tam zamierzamy w 2015 r. wspólnie z Krasusem przy sprzętowym wsparciu Natural Born Runners

Rzeźnik. Fascynuje, przeraża i wkurza
Fascynuje bo góry, Bieszczady ukochane przecież i ciekawa formuła startowania parami, która sprawia, że nie liczysz się tylko ty oraz twoje mocne i słabe strony, ale również (a może i przede wszystkim?) partner. Jesteście zespołem, stanowicie team, wszystko co robicie, robicie razem i wspólną ponosicie odpowiedzialność za czyny jednego i drugiego. 
Przeraża bo dystans, przewyższenia, podbiegi. Oraz ogromny ogrom pracy do wykonania i ambitne założenia startowe (Krasy wszak nie z tych, co zamykają stawkę). No, serio jestem ciut przerażona. 
Wkurw z kolei bo ta rzeźnicka kultowość i legendarność. Owczy pęd. Że Wielki Bieg Rzeźnika! Każdy już przecież pffff "zrobił Rzeźnika". Coo? Nie biegłaś jeszcze Bo Rzeźnika? Żałuj. Poza tym ta jego masowość... No nie lubię. Ani masowości w biegach górskich, ani tym bardziej tłumów na szlaku.

No ale jeśli nie teraz to kiedy? Skoro najlepszy sportowy sklep w galaktyce przyszykował nam taakie #WyzwanieNBR? Jeśli TEN słynny bloger, biegacz i triathlonista KRASUS chce ze mną pobiec? (Spox, uprzedziłam go, że musi sobie zrobić kurs pierwszej pomocy, a ja rozważę możliwość biegania w kasku szczękowym oraz ochraniaczach na kolana i łokcie). Jeśli Błażej narysował takie pojechane logo akcji, a ja kocham góry i teraz bywam w nich całkiem często i mam też prawie nawet personal trenera? Przerazić się przewyższeń mam? Lub też długości 80 km? Heeelloł!
Poza tym od dawna już przecież o tym marzyłam.

A więc #WyzwanieNBR przyjęte. Rękawiczka podniesiona i włożona na (niebolącą) rękę. Przede mną mnóstwo, oj naprawdę mnóstwo, mam nadzieję, że przyjemnej jednak pracy. Poprawić wytrzymałość i szybkość trzeba. Sprawniej przemieszczać się pod górę. Nad głową też popracować trochę, a przede wszystkim to ja w zdrowiu i całości dotrwać do tego Rzeźnika muszę i nie wypierdzielić się gdzieś po drodze lub też w międzyczasie, prawda? Kurde, to może być najtrudniejsze w tej całej zabawie, stwierdzam.

Więcej o moich planach startowych na 2015 r. niebawem. Na razie zdradzę tylko, że... Albo nic nie powiem, bo jeszcze przestaniecie zaglądać. 

Teraz zobaczcie, jak fajnie bawiliśmy się na Łysicy. Aha, a czy wspominałam, że nabiłam sobie wówczas guza na głowie? A to ci zaskoczenie!

Najpierw ze skrzynki wyciągnęłam tajemniczy list wzywający mnie do stawienia się dnia następnego pod jakąś kapliczką.

Potem pakowaie, podróż od świtu wraz z żelkami na masce saaba oraz spotkanie z chłopakami: Krisem,
2 Pawłami i 2 Marcinami, w tym 1 Marcin Don't stop me now i 1 Krasus. Oraz kolejna wskazówka.

W drodze na szczyt Łysicy było raz jesiennie, raz zimowo i - ku zaskoczeniu wszystkich - wcale nie piździło jak w kieleckim! Ostatnia prosta i walka o - jak się okazało - najważniejszą kopertę. 

Ups. Przerwało się temu kopertu.
Ale list da się przeczytać.

Omamo! Bieg Rzeźnika! Jak to przeczytałam, to tak gruchnęłam głową o kamień, że ponoć echo się po lesie poniosło. Guz na głowie jak za dawnych przedszkolnych czasów!
A potem skoro nie rywalizacja to zgoda i współpraca. WITAJ PARTNERZE KRASUSIE! 
I jeszcze trzygodzinna wycieczka biegowa całą bandą.
Pierwsze słowa na nasz widok, jakie padły z ust owych przebierańców "Ooo, jacy brzydcy" :)
A na koniec pamiątkowe zdjęcie brudnych butków, bieszczadzki prezent dla Krasego (ja tam wolę Ursę, ale się chłopak uparł) i powrót do domu. 
#WyzwanieNBR! Przybywamy więc! 

*po raz trzeci w tym roku wypierdzieliłam się na bajq i po raz jedenasty (lub trzynasty) miałam robioną fotkę RTG.

20.11.2014

W pogoni za makaronem. Bieg Potrójnej

Ten Beskid Mały to wcale nie taki mały - rzekł jakiś mocno zasapany głos za moimi plecami podczas jednego z pierwszych podejść Biegu Potrójnej. Ano niemały... Trudno bowiem przebiec obojętnie obok łącznej sumy przewyższeń na dystansie 15,5 km wynoszącej blisko 2 km. Trudno. 

Tak samo trudno jak mi się teraz po schodach łazi, a przecież już dobrych kilka dni minęło. Ten osobliwie rozkoszny ból w czwórkach. Równie miłe napięcie i łaskotanie w stawach skokowych. Boląca szyja i zakwasy w rękach. Jakąż to człowiek dziwną istotą jest, że boli go, a on zadowolony. I uśmiech ma na twarzy. Bo skoro boli, to znaczy się pobiegane było. Że żadne tam obijanie, tylko porządnie wykonana robota. No dobra, jako tako wykonana, bo miejscami oczywiście mogłam przecież szybciej, a jednak nie było z czego i jak podkręcić obrotów. Chyba ja, bądź co bądź, już ciut zmęczona jestem i chyba najwyższy czas odpocząć trochę. 

Ale zanim sobie odpocznę (i pewnie dam odpocząć Wam), to muszę przecież udokumentować moje zmagania na II Jesiennym Biegu Potrójnej zorganizowanym przez Klub Skialpinistyczny Kandahar. Awięc. 

Joj. Kiedy rano oczy me ujrzały fantastyczny widok z Przełęczy Kocierskiej to normalnie ciary. Cóż, zazwyczaj nie bywam raczej ponad chmurami, a codzienny widok z okien na filharmonię i parking jest jakby trochę mniej atrakcyjny od górskich stoków spowitych mgłą z przedzierającymi się gdzieniegdzie promieniami słońca. Bo jeszcze dodam, że pogoda się arcyudała. Połowa listopada, a tu błękitne niebo, zero wiatru, lampa i kilkanaście stopni Celsjusza. Nic tylko biec.

Ponad chmurami
Oraz wyłączyć głowę. Zapomnieć o niepodległościowym wtorku, nie myśleć o rywalkach, ściganiu się z innymi, o końcowym miejscu, kategoriach. I o brzuchu sobie też nie przypominać, choć on niestety wciąż tak łatwo nie daje za wygraną... I nie spalić się na starcie. Niby nic, a jakże dużo, nieprawdaż? Powrócić do podstaw i źródeł. Po prostu pobiec. I fajnie zakończyć ten jakże burzliwy sezon.

Panie przodem
Pierwsze kilometry - jest dość ciasno. Biegniemy leśną drogą i co jakiś czas przeskakujemy przez kałuże lub wielkim łukiem omijamy bajora (podobnych przeszkód na ostatnich kilometrach oczywiście nikt już nie unikał, tylko pruł środkiem, ino błoto spod podeszw leciało). Tylko nie za szybko Bo, tylko nie za szybko, strofuję siebie w myślach, a tymczasem czuję, że... biegnę za szybko. I powoli mnie zatyka. To wszystko przez te dziewczyńska dookoła. Czy tylko ja mam wrażenie, czy one faktycznie chcą się ze mną ścigać? Nie pozwalają się wyprzedzić, przyspieszają, wymijają. Też coś! Jedna wielka szarpanina, nie lubię. A miało być spokojnie...

Pooszli! Fot. M. Zwoliński
Tupnęłam sobie więc mocno głową w myślach, że przecież nie tak miało być! Ja mam po prostu biec, a nie ómierać, denerwować się, kalkulować i oglądać za siebie, która jestem. Odpuściłam więc trochę, zwolniłam, puściłam dziewczyny przodem. Ufff. Jak dobrze! Nareszcie zaczęło być fajnie! Biegłam swoim tempem trzymając się (i tak mocnych) panów. Pod górkę marsz (zdecydowanie za wolny, oj, sporo pracy przede mną), w dół natomiast niczym w szpagacie na pazurki leciałam, z czego nie powiem - jestem nawet całkiem zadowolona. Kilka razy przyznam, to i tytan był zagrożony, gdy ledwo łapałam równowagę ratując się przed spektakularnym dzwonem lub potknięciem o coś, czego nichuchu nie widać było spod kilkunastocentymetrowej kołdry suchych liści. Ale na tym właśnie polegają zbiegi - trochę tak na granicy rozsądku i szaleństwa. Z lekkim przesunięciem w tę ostatnią stronę rzecz jasna. 

Stara siatkarska zasada mówi, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach i muszę powiedzieć, że chyba coś w tym jest. Potrafiłam nawet kilometrową przewagę odrobić właśnie dzięki tym szaleńczym zbiegom. Jeden chłopak to jak go mijałam krzyknął nawet, że chyba regulamin zabrania takich szybkich zbiegów (hihi), a inna dziewczyna z kolei (ta, którą dogoniłam i wyprzedziłam z górki) zagadała przy punkcie odżywczym, że "ty to chyba lubisz zbiegać, co?" Ano lubię. Co począć.  

Ale podejścia - to ja tak jak mój saab :) Eh... Nie bardzo wychodzą, zwłaszcza na sporym zmęczeniu. A że w biegu tym udział brali głównie skitourowcy, to trzeba przyznać, że aż miło było czasem popatrzeć, jak zapierdzielają pod górkę lekko i radoście. Fu fu fu. Też kiedyś tak będę, aco. 

Takie jedno wielkie, długie i pionowe niemalże podejście za 9 km odarło mnie już z wszelkiej godności. Człapałam jak żółw, jak stary, kontuzjowany żółw z za ciężką skorupą nawet i przytroczoną oponą do ogonka. Joj, jak niefajnie było. A tymczasem łyknięte wcześniej na zbiegu dziewczyny zbliżały się coraz bardziej...

Znowu się odezwał
I choć mocno zatykałam uszy, wypierałam ten myśl, starałam się dumać o niebieskich migdałach i podziwiać piękną górską scenerię dookoła, tak jednak znowu usłyszałam TEN głos... Że skoro już jestem tu gdzie jestem, skoro ryzykowałam tytan na zbiegach i ładnie wyprzedziłam tamte dwie, to może by jednak dociągnąć to miejsce do mety? Hę? Zostało przecież już tylko 4 kilometry, ojtam że właśnie pod nieszczęsną górę psia mać. Dam radę. Nie tyle, że muszę dać, ale chcę! Człapiąc więc, dysząc, oczywiście ciągle oglądając się za siebie, przemieszczałam się jakoś do przodu. Na szczęście nie tylko ja leciałam na oparach, więc udało się jakoś dobiec, nie dopadły mnie, ufff. Z czasem 1:49 zameldowałam się jako 5-ta kobieta na mecie i druga w kategorii. Czyli znowu pudło! Fajnie jak wychodzi, mimo, iż tak naprawdę nie do końca chyba wyjść powinno :)

I dobiegła!!! Fot. M. Zwoliński
Trasa piękna i zróżnicowana, lasem, przełęczami, granią. Dość trudna dodam, a i z psikusem nawet, którym okazał się być ostatni, ponad 2 kilometrowy, odbierający wszelką nadzieję w upływ czasu podbieg... Oj, udał się ten psikus organizatorom, udał. Do tego koleżeńska atmosfera, perfekcyjna organizacja, słońce, powietrze, meta oraz wieczorna impreza, na której nawet ja (!!!) ups tańcowałam. Czego chcieć więcej? 

Może tylko makaronu? Bo zapewne wszyscy umierają z ciekawości o co z tym makaronem chodzi. Otóż makaronowe łupy dwóch człowieków, uzbierane z pakietów startowych oraz wylosowanych na zakończenie zawodów nagród wyglądały o tak.


Pozdrowienia dla Sponsora!