04.09.2014

Triathlon Kraśnik czyli debiut tytanu

A czy to w Polsce jeszcze ten Kraśnik jest, zapytał Ktoś ostatnio, gdy tak po cichu pochwaliłam się nieśmiało, że właśnie zamierzam sprawdzić, czy ja wciąż temu triathlonu chcę być coś bliżej, czy jednak raczej nie. I czy startowanie totalnie bez treningu, po błogim okresie ciulowania, jedzenia, zabaw różnorakich niekoniecznie grzecznych, jest w moim przypadku możliwe. Tak spontanicznie na dodatek, z zaskoku i bez planowania. I czy da się tak bez napinki i na luzie... Acz z tytanem w paszczy, ha!

No bo czy się pozrastałam należycie, to już nawet nie myślałam (jasne, że tak), podobnie jak głośne precz rzekłam wszelkim obawom związanym z bajkiem i jakimkolwiek bliższym spotkaniom z autem tudzież innym drzewem.  

I coś Wam powiem. No ja jednak ten triathlon wciąż lubię. Nawet bardzo. Chyba bardzo bardzo. Miły dotyk flamastra na udzie piszący mój nr startowy przed wejściem do T1, układanie rzeczy w boksie, sprawdzanie w głowie czy wszystko mam (wszystko maaam!), liczenie dziewczyn (to jest kurde silniejsze ode mnie) i ocenianie swych szans oraz wpuszczanie strużka chłodnej wody w piankę. A potem buum i start. Oraz wreszcie to co najlepsze: wysiłek i przyjemność, walkę, myśli różne, radość lub wątpliwości, wkurw, ryzyko, słabości, strach, kryzysy, aż w końcu satysfakcję. Czy ludzkość wynalazła do tej pory jakąś inną rzecz niż sport, która równocześnie dawałaby tyle doznań, wrażeń i emocji? Dontfinksą.

A więc nowa historia tytanowej Bo rozpoczyna się w Kraśniku... (tak, to jeszcze w Polsce jest). Ciut dłuższy sprint: 850 m swim, 22 km bike, 5,5 km run. 

Woda
Czy opisywać po kolei, jak to po raz pierwszy (!) startowałam z brzegu, co było dość ciekawym doznaniem, bo nie wiedziałam kiedy i jak "rzucić" się na wodę. Jak potem płynęłam łeb w łeb z żabkarzami nie wiem czy bardziej dołując się faktem, że płynę z tymi, co niby zawsze na końcu, czy bardziej wkurzając się na liczne kopniaki, którymi raczyli mnie panowie. Jak wydawało mi się, że chyba utknęłam w miejscu jeśli nie przemieszczałam się do tyłu? Nie było to miłe uczucie przyznam. Ta świadomość, że nie umiem już kurde pływać... No ale potem okazało się, że wcale nie było aż tak źle. Że pływanie było ciut dłuższe (850 m), więc wynik 16:02 na moim obecnym poziomie niewytrenowania jest całkiem do przyjęcia. Całkiem.

Apropos pływania, to czy mówiłam już, że chcę i nauczę się motylka? No! A więc taki jest plan, a bardziej ochota, która mnie naszła, i którą mam nadzieję z sukcesem i radością hopsa sobie zaspokoić :)

Asfalt
Że nie boję się roweru, to już ostatecznie stwierdziłam kilka dni wcześniej w górach, gdzie w przemiłym towarzystwie (mryg!) machnęliśmy bieszczadzką pętlę. #borzejakjatouwielbiam! Kręcenie po górkach nijak ma się jednak do ścigania na zawodach i do tego w drafcie, tym bardziej byłam więc ciekawa, co ja i Kuba na to. Tak naprawdę, to chyba po raz pierwszy właśnie tu w Kraśniku, świadomie próbowałam wozić się na kole (spox, dozwolone). Wcześniej to albo nie można było, albo się bałam, nie umiałam lub nie doceniałam zalet. Teraz jednak, jako wiecie, wprawiona i doświadczona triathlonistka ino wypatrywałam jakiegoś pociągu i zaciskając zęby, które mi jeszcze zostały, próbowałam trzymać koło oraz uczciwie (w przeciwieństwie do niektórych panów) dawać zmiany. Lub też odpadać z peletonu, kiedy chłopcom nudziło się już moje towarzystwo (pffff!) i dociskając pedał znikali gdzieś za horyzontem, więc jechałam sama. Życie. 

Boski był ten rower. Zajebisty. W rowerze to zaraz po kolorze, ta prędkość jest chyba najfajniejsza. Średnio 33.3 km na 22 km dało mi czas 39:41. I oczywiście standardowo, bo jakżeby inaczej, zwłaszcza po niedawnych przejściach, jestem z tego kręcenia bardzo zadowolona. No jasne, że tak! Wy też możecie się zachwycać! 

Kostka chodnikowa
Jak się biegnie w triathlonie pytają, gdy ostatnią zakładkę robiło się tak ok. 2 miesięcy temu? Cóż odpowiem. Znam i czyniłam przyjemniejsze rzeczy w życiu, mimo, iż kibice, fajowe okrzyki (kurde, chyba niektórzy naprawdę mnie kojarzą!...), widok mety w oddali oraz wizja medalu i szczęścia na koniec. Ciężko było, ale dotargałam się jakoś, przebiegłam. Średnie tempo 4:45 na 5,5 km dupy pewnie nie urywa, ale dla mojej pąpdupci jest ok. Nie dało się raczej lepiej, nie chciało pewnie też i wcale nie zamierzam się teraz tłumaczyć i rozliczać, a czemu Bo tak słabo. Bo tak. Musicie się przyzwyczaić.
Tak, mi też jest z tym ciężko :) 

Poza tym. Po co się spieszyć jak żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, a domyślałam się, że chyba raczej na pewno przybiegnę jako trzecia? :) Wiem. Ziew. Nuda. Ale co poradzę? Że znowu wskoczyłam na podium zajmując 3 miejsce open oraz 1 w kategorii i otrzymując flakon, statuetkę oraz dwie torby darów różnorakich, w których m. in. pomarańczowy lakier do paznokci (love!) oraz kombinerki. Chyba czas zrobić listę najdziwniejszych rzeczy, które wygrałam na zawodach...

Ta z czerwoną torebką to ja. 
Dla siebie
Tak więc w ten oto sposób zagubiona i boleśnie doświadczona przez los Bo powróciła do sportu i triathlonu. Znacznie szybciej, efektowniej i radośniej niż jej się to wcześniej wydawało. Ale jeśli ktoś zaraz napisze "a nie mówiłem, wiedziałem, że tak będzie" to zbanuję. Nikt nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedział! Zrozumiano? Wciąż jestem nieprzewidywalna i nieodgadniona. No!

Sport jest już chyba częścią mnie, lubię, pożądam i wciąż będę to robić. Czy dla wyników jednak, flakonów lub zwycięstw? Oraz skrupulatnego realizowania planu treningowego, słupków na endo, wyrzeczeń głupich i jakiśtam udowodnień? Nie sądzę. Nie chcę. Wyrosłam.

Ale jeśli znowu mi odbije i zapętlę się w labiryncie swej ambicji i realizacji durnych bezcelowych celów, to kopnijcie mnie plis w dupę. Tylko mocno i skutecznie. Najlepiej dwa razy.

A dla pewności trzy, ok? 

11.08.2014

Na spacerniaku

Coś Wam powiem. Muszę się do czegoś przyznać... Pewnie nie bardzo zrozumiecie, zwłaszcza, iż ja sama nie do końca ogarniam w zupełności, ale może choć inaczej spojrzycie na te moje profilowe różowe oksy i minę na FB. 

Dobrze mi z tym leniuchowaniem i odpoczynkiem. Cudownie! Bez wewnętrznej presji zaliczania kolejnych treningów i poza celą więzienia własnej ambicji oraz parcia ciągle do przodu i przed innych. Ze spaniem do godz. 9.00, czytaniem, oglądaniem, słuchaniem i trwonieniem czasu, jakiego jeszcze chyba ludzkość w życiu nie widziała. Nic nie muszę! Nie muszę udowadniać, motywować, przesuwać kolejnych granic i chwalić się osiągami na FB i endo oraz pisać, jaka to jestem zajebista. Nie muszę już być najlepsza, najszybsza i oczywiście boska. Ufff, nawet nie wiecie jaka ta ulga... Serio. W pewnym momencie, mam wrażenie, wszystko trochę jakby wymknęło się spod kontroli. Zaczęłam się zastanawiać, czy to wciąż są/były aby MOJE marzenia? By ciągle gnać do przodu? A nie osób, a nie Was, którzy mnie wspieracie, dla których czasem bywam jakimś ekhm wzorem i motywatorem? Ten blog był pisany kiedyś tylko dla mnie. Nawet publiczny status zyskał dopiero po kilku miesiącach. Nie oczekiwałam poklasku, gratulacji i wsparcia od innych. Teraz - nie ukrywam - jest on pisany również dla Was. Cieszę się, że zaglądacie, czytacie, uśmiechacie pod nosem, komentujecie i ponoć nawet inspirujecie tą moją przedziwną przygodą ze sportem. Naprawdę się cieszę! I dziękuję za zaufanie! Ale czuję też zajebistą presję i oczekiwania. Również ze swojej strony. Albo inaczej, sama poczuwam się do obowiązku, aby serwować tutaj Wam i sobie tylko "success stories", jak to boska Bo znowu rozpierdoliła kiosk. 
Ufff! A nareszcie nie muszę! :) 

Tylko czy musiałam aż wpadać na samochód (ha! inni wpadają "pod", tylko ja taka zdolna, że "na"), łamać żuchwę, rozwalać brodę i wybijać zęby, aby się z tego wyrwać i uwolnić?  

Wiem, sama sobie jestem winna. Taką siebie nakreśliłam na tym blogu i taką mnie poznaliście. Postać fikcyjną. Wojowniczkę. Kto mnie zna bliżej wie jednak, że nie do końca jest to prawdą i ta cała BOskość bywa czasem mocno przekłamana... 

I chyba teraz łatwiej zrozumiecie to, jak bardzo wkurzało mnie, gdy wszyscy dookoła życzyli mi szybkiego powrotu do sportu (nie zdrowia). Że nie martw się Bo, że ajrona zrobisz przecież w przyszłym roku. Że uszy do góry, bo dzięki tej przerwie będziesz jeszcze mocniejsza i rozpierdolisz niejeden kiosk. Że "znając cię", to zaraz wskoczysz na bajka i nawet z tym tytanem w paszczy znajdziesz się na kolejnym pudle. 

A może ja tego nie chcę? A może ja nie zrobię tego ajrona! A może nienawidzę się ścigać i marzę o powrocie do początku? Do ruchu, który sprawia frajdę, a nie do żyłowania się i walki o kolejne życiówki? I że kurde dość mam tej mojej chorej ambicji i pracowitości, przez które straciłam już w życiu nie tylko zęby? A może kurde kurde, ja nie wiem czego chcę? I się w tym wszystkim trochę gubię? Kurde no!!! :( 

Na razie człapię więc po spacerniaku tego więzienia własnej "doskonałości", ciągłego podwyższania poprzeczki oraz udowadniania niewiadomoczego niewiadomokomu i Wam. Rozglądam się, oddycham. Fajnie tu jest. Zajebiście. Dużo światła, świeżego powietrza, widać latające ptaki, a czasem nawet jak się skupię to usłyszę też ich śpiew... a nie jakiś durny głos. Całkiem inaczej niż w dusznej celi, gdzie przede wszystkim odhaczam kolejne treningi, sprawdzam tętno, ładuję garmina i kalkuluję gdzie i na ile mnie stać. Lepiej tu. 

Ale chyba spacerniak to za mało. Myślę o ucieczce poza mury. Na całkowitą wolność. Z daleka od wyśrubowanych celów, wyścigów, oczekiwania na kolejne lajki i gratulacje oraz bez słuchania tego durnego głosu, że "musisz Bo, musisz!". Bo ja przecież nic nie muszę! A mogę zaś wszystko, a przynajmniej całkiem sporo. I chyba też nie chcę już znowu trafiać za kratki... Wiem, to może być trudne, bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, gdyż mam zadatki na recydywistę, zwłaszcza na warunkowym... Ale może się uda?

O ile tego chcę, bo tak naprawdę to sama już w końcu nie wiem... :) Kurde! 

16.07.2014

Łajza jest tylko jedna

Chciałabym napisać, że stało się to podczas mega niebezpiecznego zjazdu, na którym prułam 78 km/h. Albo że ratując jeża wykonałam niezaplanowany manewr i poleciałam przez kierę. Lub chociaż, że za dużo żwirku było pod kołami lub zapatrzyłam się na piękne widoki. No niestety nie napiszę tak. Za to powiem coś całkiem innego. I prozaicznego. Gorszej łajzy świat nie widział! I pewnie już nie zobaczy, chyba że tylko taką jedną. Wciąż tę samą i niezastąpioną. Jedyną taką łajzę na świecie. BO się nazywa. Znacie? 

To poznajcie
To miał być fajny, długi, 110 kilometrowy rozjazd z Kuźnią Triathlonu. Mniej górek niż dotychczas, pogoda jakby sprzyjająca, forma niby też, choć już troszkę wystrzelana od kilku dni kręcenia. Jechaliśmy razem (ekhm... kręciłam z najmocniejszą, kilkunastoosobową grupą), peletonem (strasznie fajna sprawa!), parami i gęsiego. Stopniowo uczyłam się zwyczajów panujących w takim zbiorowym stylu jazdy. Że bez hamulców, że przeszkody pokazywać tym co z tyłu, że co 2 minuty zmiany jak padało hasło, że równo i bez szarpania. Bez problemu utrzymywałam tempo, które na płaskim spokojnie wynosiło nawet i 40 km/h, piłam, jadłam, gadałam, myślałam. Na podjazdach byłam troszkę z przodu, na zjazdach kilka metrów w tle. Fajnie się jechało. Poczułam, że naprawdę zaczynam kumać o co w tym kolarstwie chodzi, że dzięki treningom z mocniejszymi, to rowerowo wycisnę z tego wyjazdu do Zako naprawdę wiele i że wskoczę na wyższy poziom "kwiatowego" wtajemniczenia.  

I kiedy tak na budziku było już ponad 85 km, kiedy na kolejnym tego dnia podjeździe zamulona i zapatrzona w asfalt myślałam sobie o różnych rzeczach, gdy trochę przyznaję - nie róbcie tego sami! - jechałam na autopilocie, to zdążyłam tylko usłyszeć "Uwaażaj!!!". A potem był nagle szok, ból, odłamki zębów i smak krwi w ustach oraz równie przyjemny widok czerwonej farby na asfalcie. Co się stało zapytacie. Otóż wjechałam w samochód. W fioletowy samochód (nie dam głowy, ale być może to mazda była), który ktoś wcześniej zaparkował na samym środku drogi zapewne chcąc wyskoczyć na moment do domu po uprzednio zapomniany portfel, telefon bądź klucze. BUUM!!! Na samo wspomnienie robi mi się słabo...

Nie będę opisywać jak strasznie się przestraszyłam, jak bardzo bolało i jak mi było głupio, gdy kilkanaście głów nade mną nachylało się z troską pytając czy wszystko w porządku. A ja nawet uśmiechnąć się nie mogłam, choć chciałam. Oraz jak cholernie niezręcznie się czułam, że zatrzymałam cały peleton, a oni (wiedziałam to) tak bardzo pragnęli gnać do przodu, a tu głupia baba psuje im szyki. I o tym nie będę pisać, że po kilkunastu minutach rozkleiłam się na dobre i poryczałam jak dziecko. Z bólu, bezradności oraz tej brutalnej świadomości, że gapa, łajza i  tak już do końca życia ever... :( Ale napiszę za to jak fantastycznie zachowali się chłopaki zostając przy mnie i szczerze się mną opiekując (dziękuję Czarek, Michał i Rafał!), jak miło przyjęła nas słowacka rodzina przed której domem ów zdarzenie się stało. Wódką chcieli mnie częstować dla kurażu, obiad dać (bo taka ty chudzieńka), a nawet miskę sera żółtego w glizdach takich wcisnęli wraz z truskawkową oranżadą do popicia. A wspominać jaki przystojny pan doktor na pogotowiu mnie przyjmował? No dobra, ale tylko tak po cichu szepnę i dla dziewczyn... :) 

Potem transport z Magdą autem na pogotowie, prześwietlenia, szycie brody (w sumie 9 szwów) i wyrok - złamana żuchwa do dalszej konsultacji w specjalistycznej klinice w miejscu zamieszkania i - jak się wkrótce okazało - do operacyjnego złożenia i drutowania. Nie piszę już o siniakach na prawej nodze, obolałych ramionach i rękach na dzień następny oraz koniecznej wizycie u dentysty, na szczęście z zębami na dole, więc uśmiechać się uffff mogę! :) Uffff!

Jest takie powiedzenie, co cię nie zabije, to cię wkurwi. Idealnie mnie teraz oddaje. Wkurzyłam się na siebie. Że wydaje mi się czasami, że jestem już takie ajwaj, triathlonistka wielka, a tymczasem wciąż ta sama łajza co w zerówce. Że marzy mi się nie wiadomo co i po co, a na zwykłym rowerze nie potrafię jeździć. Filozoficznie naszła mnie też refleksja, że może za czymś gnam niepotrzebnie lub uciekam i dlaczego narażam swe zdrowie i życie całkowicie przecież bez sensu... Po co mi to? Noo, na takie rozmyślania mnie wzięło. Serio.

No ale na razie się nie poddaję! Nie bez powodów (wstać) nominowana zostałam (usiąść) w konkursie "Blogerka Fitness Lato 2014" organizowanego przez Zalando i Women's Health. I choć dla mnie fit, to bardziej fittowanie roweru :) to skoro ktoś mnie wybrał i w uzasadnieniu napisał, że wytypowane autorki własnym przykładem świadczą o tym, że warto przełamywać swoje słabości i wytrwale pracować nad sylwetką i kondycją, ale także pozytywnie wpływają na Czytelniczki swoich blogów, mobilizując je do mniej lub bardziej regularnych treningów, to może faktycznie jest w tym choć grosz prawdy. Poza tym. Taka jestem teraz mała, słaba, bidulka. W szpitalu.... I boli mnie policzek lewy. I źle mnie tutaj karmią... Zagłosujecie na Run Bo! Prawda? :)  Klikamy klikamy!


Poza tym nagrody można wygrać, więc do dzieła!

Kuźnia Triathlonu kuje, że hoho
Zamiast tego posta miała być tu relacja z obozu tri w Zakopanem z Kuźnią Triathlonu. Relacji jako takiej nie będzie, ale o samej Kuźni to napisać muszę, bo się uduszę. Już po pierwszych treningach wiedziałam, że będą tu same ochy. Oczywiście, można gadać, co wspaniałego może być w zorganizowaniu wspólnego rozjazdu bądź biegania Pod Reglami. Ale całość tworzą szczegóły. Szczegóły i szczególiki, które w przypadku Kuźni Triathlonu dopracowane są do perfekcji. Zimna cola na zakończenie trudnego treningu rowerowego. Roadbooki z rozpiską poszczególnych, precyzyjnie zaplanowanych tras do zabrania ze sobą na bajka. Serwisant, który na początku obozu zrobił mini przeglądy wszystkich rowerów. Woda do picia dla uczestników. Wieczorne odprawy, na których albo oglądamy zdjęcia i wideo z minionego dnia, albo słuchamy wykładu. Zawsze pod telefonem safety car gotowy odwieźć "BOszkodowanego" do szpitala. Masaż. Oznakowanie hotelu strzałkami KT. Itakdalej i itakdalej. Dodać do tego podstawy tj. odpowiednie rozłożenie i zróżnicowanie obciążeń treningowych, podział na grupy w zależności od stopnia zaawansowania, elementy rozciągania, techniki biegowej oraz wiedzy teoretycznej, plus fajne treningi pływackie (acz szkoda, że nie codzienne) oraz dobrzy trenerzy i przesympatyczni, radośni ludzie (pozdrawiam!), wyjdzie obóz doskonały
Kuźnia Triathlonu - polecana przez Bo.

#Dziękuję za #WszyscyzaBo #PoprostuBo

Ponieważ dawno nie płakałam, poryczałam się i tym razem... Dzięki!
Co będzie dalej? Nie wiem... Może to faktycznie koniec? A może też i początek czegoś nowego, lepszego, mądrzejszego? Nie wiem...  

02.07.2014

Ach, co to będzie za lipiec!

To będzie naprawdę szalony lipiec. Wiem, że czasu mało, bo zaledwie tylko dwa miesiące, a w zasadzie półtora. Wiem, że przede mną mnóstwo pracy, wysiłku, poświęconego czasu, zwycięskich bitew z leniem oraz przegranych z wiatrem. I że jeść będę musiała porządnie też mam tego świadomość, aczkolwiek czasem mi się nie chce, oraz że spać dużo i wypoczywać. Ale klamka zapadła. Choć bliska już byłam rezygnacji i spuszczenia na swą naganną postawę kurtyny milczenia. A jednak. Tak. Chcę zrobić Ironmana w tym roku. Tak! I dam z siebie wszystko, by ten cel zrealizować. Wykopuję więc z czeluści internetów Operację BOrówka, która w międzyczasie stała się Projektem i postanawiam zrobić najbardziej hardcorową (po Karko, a może i przed) rzecz w moim dotychczasowym, krótkim bo krótkim, życiu. 3,8 km swim! + 180 km bike! + 42 km run! = Aaaa! Projekcie BOrówko! Przybywaj!

I chyba właśnie dlatego, że tak mało czasu. I że nie mam profesjonalnej opieki trenerskiej, tylko cały czas, wciąż wszystko sama i błądzę. Że brak carbonu, pełnego koła czy aerodynamicznego kasku. Że nadal jestem bardziej triathlonowym leszczem z trzema blatami, zmieniającym dętkę w 27 minut, który wciąż nie ma jeszcze lemondki (ale już szuka!), niż jakimś tam wyjadaczem. I talentu też jakoś specjalnie bozia nie dała. Tak więc chyba właśnie dlatego, że wszystko jest raczej na przekór niż in plus (oprócz rzecz jasna mojej wybujałej i chorej ambicji), tak bardzo kręci mnie ta cała sprawa :)

Aha. I tylko nie wiem po co mi to. Serio nie mam pojęcia, bo przecież nie po koszulkę finishera, w której z wrodzoną sobie nonszalancją paradować będę przecież w każdym następnym biurze zawodów, nie po nowe lajki na fejsbuku czy też śmieszne Wasze ochy w komentarzach. I przecież nie po mityczny symbol IM, bo Borówno tego nie ma, a ponad 2 tys. zł, które trzeba wpłacić za samo wpisowe na imprezę sygnowaną znaczkiem IM, wolę przeznaczyć na podróże, ciuchy lub trampki. A dziarać go na łydce tudzież innej kostce też w najbliższym czasie nie zamierzam. Tak więc nie wiem po co. Nie pytajcie, choć jeśli ktoś ma jakąś sensowną propozycję "why?" z przyjemnością wysłucham. I się nie zgodzę :) 

Jaki jest więc plan oraz harmonogram działań. Oczywiście jowej, jowej, jowej, jowej. I - bo wciąż go przecież mało - rower. Wydłużamy dystanse, dodajemy interwały i wciąż kręcimy po górkach. Zapowiada się twardy tyłek... :) Ale i tak będzie to łatwiejsze, bo jeśli nie złapię towarzystwa, któremu zgrabnie na kole usiądę (dziękuję!), to mam też inny sposób na zabicie nudy podczas 5 godzin w siodle. Na "A" jest ten spósób, a? Audiobooki! Odkrycie ostatniego tygodnia, tylko czemu to tak późno pytam. Rewelacja, wszystkie zaległości książkowe nadrobię. Niestety w dwóch uchach trzeba, bo w jednym nie słychać za bardzo, zwłaszcza gdy wiatr lub zjazd jakiś, czasem się też człowiek rozkojarzy i wyłączy bo zamieszania świadkiem lub trasa trudna, ale potem i tak szybko wrócić można oraz na nowo zalogować się do trzymającej w napięciu sensacji. Tylko pamiętajcie dzieci, które chciałyby "tak jak Bo", z pokorą trzeba do tego podejść, cały czas macie być czujne i kontrolować co dzieje się dookoła, bo jednak bezpieczeństwo na drodze najważniejsze, rajt?

24.06.2014

Triathlon Karkonoski. Jestem wojowniczką!

Czegokolwiek bym nie napisała o Triathlonie Karkonoskim i tak będzie to banalne. Że łzy szczęścia, że wzruszenie na mecie, że ból, cierpienie i radość. I że po raz kolejny przekonałam się, że wszystkie bariery tkwią w głowie. I jakie to emocjonujące jest przesuwanie barier. Oraz dość krępujące, gdy wszyscy chcą cię przytulać, bo taka jesteś Bo malutka, zmęczona i zapłakana... I że góry takie piękne, ukochane i przejmujące. Borze, niezłe frazesy i nuda, niczym Coelho jakiś, nieprawdaż? 

No niestety, będzie łzawie, ckliwie i górnolotnie. Jeśli ktoś oczekuje ciętej, dynamicznej i kąśliwej relacji, już teraz może sobie odklikać i pójść na rower. Inaczej bowiem tego startu opisać się nie da. Nie da. Okazało się (a jednak!), że jestem wojowniczką. I przekonałam się (po raz kolejny!) jak wspaniałych mam przyjaciół i jak wiele to znaczy. 

Jezzu, ale jesteście fajni wszyscy!!! fot. Wybiegany
Triathlon Karkonoski był w mojej głowie takim majaczącym się punktem na horyzoncie, który pozwalał - mimo kilku sztormów po drodze - trzymać jakoś kurs na przód. Raz płynęło się lepiej, raz gorzej, ale generalnie myśl o TK i wizja zrealizowania kolejnego marzenia i planu, takiego kozackiego planu! sprawiała, że jakoś na dno nie chciałam i pójść nie mogłam... Na początku był to punkt malutki, drobny niczym ziarnko maku, odległy i prawie niedostrzegalny, potem coraz bardziej się powiększał, wyostrzał i nabierał kształtu. Aż w końcu bum! trzasnął mnie w głowę, jak kamieniem kiedyś na podwórku od takiego jednego dostałam, i uświadomiłam sobie, że to już. Już! 

Pisałam już o moich największych obawach związanych z tym triathlonem. Nie będę więc powtarzać, jak bardzo bałam się zimna, wywrotki i nagłego odcięcia sił. Oczywiście podjarana byłam też wszystkim! Przecież to wypad w Karkonosze, po raz pierwszy startować miałam z własnym supportem, poza tym rozegrać się miał Wielki Wyścig 2014, a wokół tego wydarzenia powstało już tyle pozytywnych emocji... I jeszcze ten Krasus. Nie wiem czy bardziej się bałam czy bardziej cieszyłam tym startem. Przyjmijmy, że było pół na pół. I każda z tych połów większa :)