16.10.2014

Maraton Bieszczadzki. Ten głos...

Gdy tak jadąc wesołym saabem w Bieszczady, spokojnie, bez stresu i na luzie, a więc gdy tak w trakcie podróży, gdzieś w okolicach Brzozowa padło stwierdzenie, że patrz Bo, to mniej więcej tyle jak stąd do domu masz jutro przebiec, to zrobiło mi się słabo. SŁA-BO! Chyba wtedy tak na serio i na poważnie, uświadomiłam sobie, jak długie jest to 53 km. Dłuuugie no, psia jego mać. A ja zamierzam to kurde jutro przebiec, nie przejechać i to jeszcze po górkach, chaszczach i lasach. 

I chyba tak naprawdę to ja do samego wystrzału startera, a może i do momentu przekroczenia linii mety, nie wiedziałam na co się porywam i do czego biorę. Na szczęście w życiu też tak czasem bywa, że nieświadomość i niewiedza pomaga. Rzadko bo rzadko, ale akurat w tym przypadku zadziałało. I wyszło. Nawet całkiem fajnie wyszło, ale od początku. 

Wiedziałam, że nie jestem przygotowana na ten bieg. Ba. Zaryzykuję stwierdzenie, że rok temu, przy mojej ówczesnej napince i pedantycznym niemalże podejściu do planów i treningów, to rok temu z moją obecną formą i miniaturkowymi słupkami na endo, to ja bym w tym ultramaratonie wcale nie wystartowała. Ale ponieważ zaszły zmiany ;) i ponieważ nie chciałam, aby z powodu głupiego tytanu przepadło mi już trzecie wpisowe w tym sezonie, zdecydowałam się pobiec. Poza tym Bieszczady, heelloł, więc wiadomix. 

A skoro więc mam pobiec, zaczęło się myślenie. Jak rozłożyć siły na 53 kurde kilometrach oraz jak monitorować stan swej (nie)mocy, przecież tu nie ma tak łatwo jak w zwykłym maratonie, że włączę tempomat i gnam. Które butki brać, czy bardziej te na kamienie, ale ciut mniejsze, czy speedcrossy na błoto, ale mocno już zbiegane, więc czy wytrzymają. Ile żeli, skoro na trasie mogę spędzić nawet 8 godzin i czy tylko żeli, bo może jeszcze bułkę grzmotnę, a jeśli tak to z czym. Kurtkę do plecaka? Telefon? Oksy? A czapkę szczęśliwkę z daszkiem czy może jednak buffa. Na szczęście na pytanie najważniejsze, w co się tego dnia ubrać, odpowiedź była prosta, więc jeden problem z głowy. Oczywiście, że w pĄkoszulkę! Zaczęło się też karboładowanie. Ooo, przyznam, że to szczególnie wzięłam sobie do serca, a raczej do żołądka. Pierwszy raz w życiu zjadłam tego samego dnia (w sobotę) makaron na śniadanie, obiad i kolację :)

Między nami pĄpkinsami tuż przed startem.
Z Michałem po lasach i łąkach oraz Błażejem Suchą Szosą.
Nie znając siebie na tak długich dystansach i nie wiedząc czego mogę się spodziewać, strategię na swój pierwszy bieg (mini)ultra streścić mogę w siedmiu punktach. 1. Biegnij za wolno, potraktuj ten bieg rozpoznawczo i na lajcie. 2. Nie słuchaj tego głosu. 3. Pokora! Nie cwaniakuj, nie szarżuj, nie popisuj się, 4. Nie wypierdziel się, nie połam. 5. Nie zgub. 6. Jedz i pij. 7. Baw się dobrze! Pewnie wszyscy umierają z ciekawości, co to za głos... Spokojnie, wszystko w swoim czasie, czytajcie dalej, akcja się rozwinie :) 

Zero i jedynka z przodu
Całkiem fajne te biegi ultra, nie? zagadałam do Błażeja Suchą Szosą w okolicach 8 km. Hahaha. Tylko jakby przereklamowane trochę, bo gdzie te halucynacje i omamy... dodałam. Haha, pożartowali sobie ("pogadamy i zobaczymy po 35 km" odpowiedział Błażej) i pobiegli dalej... Tak właśnie na luzie, towarzysko i dość powoli przebiegały pierwsze kilometry Maratonu Bieszczadzkiego. Niestety asfaltem, ale za to z "kolorkami", które swym miedzianym i żółtym odcieniem pięknie komponowały się z błękitem nieba. Jesień w górach to ja love. Chyba tylko zima jest fajniejsza, pod warunkiem, że jest śnieg i nie marzną stópki. 

Może to pod wpływem właśnie tych kolorków oraz uśmiechniętych i niczym niestrudzonych ludzi dookoła (pozdrawiam) realizacja pkt 1 przebiegała wręcz idealnie. Poza tym ustawiłam się na końcu całej stawki więc naprawdę biegłam wolno. Bardzo wolno. Za wolno. Trener rzekłby perfekcyjnie, ale mi zaczynało się nudzić... Za spokojnie kurde przesuwał się ten krajobraz.

Więc zaczęłam przyspieszać. Na początku tylko na zbiegach, potem również na wypłaszczeniach, a potem rzecz jasna, pod górkę oczywiście też. Chyba się rozgrzałam :). I po pierwszej dyszce, która w zasadzie przebiegła bez jakiejś specjalnej historii, zaczęła się zabawa. Wreszcie las, wreszcie ścieżki i górki, wreszcie się coś dzieje. Wreszcie zbiegi! Z drogi śledzie! Król Julian jedzie! Lewa woolna! Fu, fu, fu, fu! Bosko. Ktoś tam krzyknął nawet, jezzzu tylko się nie pozabijajcie - tak bardzo gnaliśmy z Błażejem w dół. Borze, jak ja to uwielbiam! Gdyby nie fakt, że przebiec miałam jeszcze ponad 40 km włączyłabym czasowstrzymywacz, tak było wspaniale, ale jednak wolałam, aby wskazówki Garmina przesuwały się do przodu.


I tak w okolicach 15 km po raz pierwszy odezwał się TEN głos. A gdyby tak pościgać się jednak? Hę? A gdyby tak nie zaciągać hamulca tylko gnać, skoro niesie, a zmęczeniem, kryzysami i odcięciem sił to pomartwić się jutro? A gdyby tak dać z siebie wszystko i pójść w trupa? Na razie chichutko się ten głos odzywał, szeptem niemalże, ale im stromsze zbiegi, im więcej ludzi i kobiałek wyprzedzonych, im bardziej ogniste kurwiki w oczach, tym w mojej głowie działo się coraz głośniej.

Goń ją! Wyprzedź tamtego! Wyciągaj te kopyta do przodu, w końcu niech się na coś przydadzą! Ścigaj się! Wyprzedzaj! Tak! Jesteś nienormalna! (ale do twarzy ci Bo z tym). Jesteś!

Dwójka z przodu
Od 17 km zaczęłam liczyć wyprzedzone przeze mnie dziewczyny. Panów też próbowałam zaliczać, tfu zliczać, ale szybko zgubiłam rachubę. A głos swoje. I to coraz głośniej. Że run Bo! Biegnij! Gnaj! Wiedziałam, że tempo jest szybkie, za szybkie (!), zdecydowanie za szybkie (!!!), ale jakoś nichuchu nie udawało mi się zwolnić. I tylko ta dziwna, wszechogarniająca i dzika przyjemność jazdy na rollercoasterze: góra-dół, góra-dół, góra-dół. Aaaa! Złapałam Tomasza i starałam się trzymać jego (mocne) tempo. A on nie dość, że szybko, to jeszcze z przysiadami i skłonami. WTF? No, zbierał chłopak puste opakowania po żelach... Wstydźcie się biegacze! Wstyd i hańba! "W domu na dywan też tak rzucacie?" Tak bardzo ciąży kawałek plastiku, że nie można wsadzić go w kieszeń i wyrzucić na punkcie? Z pewnością waga i objętość innych gadżetów, kijków, daszków kompresyjnych, telefonów i ajpodów, którymi jesteście objuczeni, nie pozwala wam dźwigąć jeszcze kilku gramów? Biedactwa...

W okolicach 22 km Tomasz pyta na jakim biegnę tętnie, bo on na 150. O-oł. Nie powiem. Bo jak zobaczyłam, że na 175 bpm, to tylko powinszowałam sobie geniuszu. Oj, będziesz Bo ómierać, będziesz. A tymczasem nim się obejrzałam i wyrwałam z zadumy, jak to ja szalona znowu biegnę zbyt szybko, spostrzegłam, że zostawiłam Tomasza za sobą. A przede mną znowu jakaś babka w fioletowym. Przecież nie zostawię jej tak bez wyprzedzenia, rajt? :)

Kolorki... Fot. Mirek
Na drugim punkcie odżywczym łykam sprawdzoną już zimną colę i porywam jakiegoś powerbara. Są też bułki, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś gryźć i przełknąć. Bazuję na żelach, batonach z Biedronki, wodzie i vitargo w bidonach. Z jedzeniem jest chyba u mnie ok. Na tym etapie tasujemy się też z taką jedną dziewczyną w czerwonym. Raz ona z przodu, raz ja. Widać, że jest pro. Bez plecaka i na krótko. Ładny krok, niczego sobie łydka, ciągnie za sobą kilku panów, chyba ją sobie odpuszczę, za wysokie progi.

Zwalniam więc, uspokajam oddech, odpuszczam tę rywalizację oraz chłonę otoczenie i zerkam na Garmina kiedy to już będzie ta upragniona...

Trójka z przodu
No, czyli jakby półmetek mamy już za sobą. Całkiem ładnie dajesz Bo. Teraz "tylko" wytrzymaj do mety. Dziękibogu nie było jakiś wielkich szans na przyspieszenie, bo zaczęło się pionowe podejście pod Berdo. Teoretycznie nie było wielkich szans, ale oni wszyscy tak strasznie kurde wolno szli! No po prostu musiałam :) Fu fu fu! Ręce na kolana i lufa do góry. Wyprzedziłam (ha!) tę w czerwonym i jeszcze jedną z kucykiem oraz całą masę fajnych męskich łydek. Oj panowie, ktoś tu chyba odpuścił treningi w ramach Schoding Pąpkins?

A nie wiem czy wiecie jak to jest z tym wyprzedzaniem. Ochota na jego czynienie wzrasta proporcjonalnie do liczby miniętych osób. Więc to nie jest tak, że ja jestem nienormalna. To jest po prostu siła wyższa, jakaś ogólna zasada rządząca wszechświatem, więc dlatego. Jej uległam.

Ale ale. Żeby nie było, że ja nie czułam zmęczenia. Jasne, że tak. I to coraz bardziej! Zaczęły boleć mnie kolana i uda, jakoś tak dziwnie paliły też pośladki oraz doskwierały plecy. Plecak mnie obtarł na szyi (mam teraz prawie jakby dwie malinki), stopy, a raczej palce u stóp też o sobie przypomniały. Skończyło się vitargo, na wykończeniu była woda, wciągnęłam kolejny żel i batona. Przestały cieszyć widoki. Oby tylko do punktu odżywczego, a potem oby tylko wreszcie pojawiła się ta wyczekiwana czwórka z przodu.

W Roztokach na punkcie przemili wolontariusze szybko napełnili mi bidony wodą i izotonikiem. Dziękuję. A ja standardowo rzuciłam się na zimną colę (mniam) i marszem ruszyłam do przodu. Asfaltowa droga pod górę (jej fragment pokonywaliśmy jakieś 20 km temu) nie zachęcała specjalnie do sprintu. Więc świadomie pokonywałam ją Gallowayem. Do znaku marsz, od znaku do brzozy truchtem. Do zakrętu marsz, a potem do mostku znowu truchtem. I tak dalej. Żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, więc nie miałam przed kim uciekać ani kogo gonić, mogłam spokojnie przemieszczać się do przodu. Ale kiedy do cholery będzie ta nieszczęsna....

Czwórka z przodu?
Była. Na szczycie Okrąglika, do którego wiodło kolejne zajebiście trudne i pionowe podejście. Oj bolało. Tam to bolało naprawdę bardzo bardzo. Za szczytem było już ze mną źle i... zaczęłam się rozklejać. Poczułam dziwną niemoc, podobną do tej w drodze na Śnieżkę. Jakby żal mi się siebie samej zrobiło i szkoda... Pojawiły się łzy, trudności z łapaniem oddechu, drżąca broda. Bidulka. Dziś już wiem, że chyba właśnie w ten sposób reaguję na kryzysy na dłuższych dystansach. Po prostu mam ochotę usiąść i ryczeć. Na dodatek byłam sama i ta pustka niewątpliwie potęgowała smutek, apatię i niemoc. Brakowało kogoś, kto by mnie pociągnął (jak Wybiegany w Karko), brakowało impulsu, brakowało kopniaka w dupę lub chociaż jakiejś marchewki. Ale jedno wiedziałam! Choćby tiptopami, choćby na czworakach, choćby czołganiem nawet, ale dociągnę się jakoś do tej mety. I zmieszczę się kurde w limicie! Zrobię ten ultramaraton. Szłam więc sobie powolutku, coś tam potruchtałam czasem, wysiąpałam nosa, znowu szłam... Chlip chlip. Bidulka.

Aż znalazłam się na jakiejś przełęczy, gdzie grzecznie powiedziałam mijanej turystce dziędobry. I nagle usłyszałam drugi kobiecy głos za mną, że owszem bardzo dobry. Oglądam się, a tam! Nie! Nie! Nie! Ta dziewczyna w czerwonym! Jak ona skubana mnie dogoniła? Kiedy to się stało? Dlaczego? I jeszcze się tak serdecznie i szeroko do mnie uśmiecha. Zołza... :)

Jak ręką odjął minęły mi wszystkie kryzysy! W miejsce bólu i udręki pojawił się znowu ten pieprzony głos. Run Bo! Uciekaj! W jednej chwili normalnie! I niczym Feniks na nowo rozpostarłam skrzydła i pognałam w dół. Na szczęście było w dół, bo w tym wiedziałam, że mogę mieć przewagę. Jezzzu, jak ja tam leciałam z górki na pazurki! Jak wyprzedzałam wytrzeszczających oczy chłopaków po drodze! Jak mi się kolana prawie w drugą stronę na zbiegach wyginały, a palce u stóp niczym drobne w skórzanej podkówce obijały o przód butów. Postanowiłam się nie oglądać (pamiętaj Bo, powiedział mi ktoś kiedyś, oglądanie się za siebie to oznaka słabości), tylko pruć do przodu. Tak bardzo pruć, że dogoniłam kolejną dziewczynę (w pomarańczowym tym razem) i wyprzedziłam ją na podejściu.

Kiedy wreszcie będzie ta piątka z przodu? 
45 km. Mijani turyści mówią, że jesteśmy szósta (ja) i siódma (ona, ta pomarańczowa) kobiety w tym całym maratonie. Okurde, no to faktycznie dałam do pieca. Szok i niedowierzanie! Mogę być szósta! 46 km. Auć. Na szczęście jest cały czas w dół. Serio, jakbym miała biec po płaskim nie dałabym rady. 47 km. Kątem oka widzę coś pomarańczowego za sobą, więc znowu podkręcam tempo. Jak ja to robię, skąd mam tę siłę, naprawdę chyba jestem kosmitką, a już na pewno kosmiczną moc z niewiadomych źródeł pozyskuję jakoś, bo przecież ómieram, a jednak gnam. 48 km, biegnę i ocieram łzy. Nie wiem skąd i dlaczego nagle znowu łzy, ale kurde psują mi one widoczność! 49 i 50 km. Leeewa wolna i wyprzedzam kolejnych panów. 51 km i jakaś rzeczka. Oglądam się, a tam? O nie! Nie! Nie! Nie! Znowu ta w pomarańczowym! Metr za mną! Ktoś się tam chyba nieźle na górze bawi serwując nam taką rywalizację na koniec. Dziewczyna nie odpuszcza i walczy nadal. Twardzielka. Chyba się kurde poddam, mam dość. Po co ci to Bo? Po co? Rzutem na taśmę daję jednak susa susów przez tę rzeczkę i potem równie podobnym wieloskokiem gnam w kierunku dmuchanych bramek i mety. Brakuje mi tchu, nie mogę oddychać, zrywam pulsometr bo zaraz się uduszę. Oglądam się za siebie, w dupie mam już wszelkie oznaki słabości. I... Widzę tylko złotą polską jesień. Żadnej pomarańczy. Cisza. Nie ma jej? Odpuściła... A wystarczyłoby, aby dziewczyna powalczyła 10 metrów więcej i to ja z pewnością powiedziałabym pas. Naprawdę leciałam na oparach...

Nie wiem w sumie, czy przebiegłam czy przeszłam linię mety. Mam tylko nadzieję, że nie na czworakach było i że na kolana to padłam dopiero za kreską. Nie, nie popłakałam się. Najpierw musiałam przypomnieć sobie najważniejsze czynności życiowe... Ale po kilkunastu sekundach - zaczyna rodzić się nowa, zajebista tradycja - jak w kreskówce poryczałam się jak bóbr.

I choć trochę głupią i nierozsądną (po co ci Bo to ściganie, po co?), ogłuszoną TYM głosem oraz półprzytomną na mecie, to jednak jestem wojowniczką! Najprawdopodobniej z 9 paznokciami u stóp, piekielnym bólem i zmęczeniem w środku, ale kurde jestem nią! Nie wiem po co i dlaczego (nie pytajcie), ale jestem.

Z czasem 6:14 wywalczyłam szóste (ostatnie z nagradzanych) miejsce w open kobiet (i trzecie w K30, ale się dublowało), 69 (!) wśród wszystkich zawodników (na 464 sklasyfikowane sztuki). O 13 sekund wyprzedziłam siódmą dziewczynę na mecie, o minutę ósmą. Słaaabo, co? :) Stałam na scenie obok najszybszych kobiet Maratonu Bieszczadzkiego. Otrzymałam zajebistą wielką statuetkę, 200 zł, buffa i lawendowy krem Oriflame do ciała. No czyż nie jestem? ;)

Jej wysokość z trofeami i koleżankami na scenie :) 
Góry góry góry
No uwielbiam, co się będę powtarzać. Za to poczucie wolności, przestrzeni i powietrza. A Bieszczady z tą swoją "miękkością", łagodnością oraz równoczesną dzikością i drapieżnością są w tym względzie wyjątkowe. A jesienią - epickie i wyjątkowe podwójnie.
Sam Maraton Bieszczadzki zorganizowany perfekcyjnie. Choć ciut szkoda, że jednak większość trasy przebiegała lasem i nie dane nam było cieszyć się wszystkimi pięknymi widoczkami. I jeszcze szkoda (muszę to napisać, bo zastanę w domu zmienione zamki), że w biegu towarzyszącym (14 km) źle oznakowano trasę i czołówka pogubiła się tracąc pewne szanse na zwycięstwo... :(
Poza tym naprawdę było super, szacuneczek dla organizatorów.

Czy biegi ultra to jest to
Szczerze? Nie wiem. Zwłaszcza, że 53 km to nie jest jakieś specjalnie wielkie ultra...
Stwierdzam jednak, że chyba nie mam w sobie tej pokory i cierpliwości wymaganej przy bieganiu długich dystansów. Zbyt łatwo daję się podpalać, za szybko ulegam biegowej euforii i gnam bez opamiętania. Zbyt pochopnie ulegam kryzysom, płaczę i daję ponieść się emocjom. Za wyraźnie słyszę ten cholerny głos. A może po prostu za bardzo cenię sobie swe paznokcie? ;) Nie wiem.

Na szczęście paznokcie odrastają, a ja potrafię i lubię się uczyć. I tylko wynaleźć muszę skuteczny sposób na zagłuszenie tego durnego głosu. (Hmmm, a może i go nie zagłuszać?)

BO - pssst - to być może dopiero początek mojej górskiej ultra przygody...

08.10.2014

Góry - zajawka milion! Memoriał Wojtka Kozuba

Dlaczego lubię bieganie po górach? BO nigdy nie wiem co będzie za zakrętem. BO widoki są boskie lub mgła czasem, ale też magiczna. (O ile oczywiście coś widzę, a nie lampię w dół, by się nie pozabijać na korzeniach lub nie poślizgnąć na innych atakujących znienacka trailowych niespodziankach). BO cały czas się coś dzieje. BO ludzie przyjeżdżają fajni, jacyś tacy mniej zmanierowani. BO błoto, bo kamienie, bo chaszcze. BO dostaję mocno (za mocno) w dupę. BO łydki fajne pooglądać można. BO kameralnie i na luzie jest, choć czołówka i tak zawsze z Melmac. BO góry to góry. Kropka.

Tak więc długo nie trzeba było mnie namawiać na start w kameralnym biegu poświęconym pamięci Wojtka Kozuba - alpinisty, biegacza, "Mężczyzny z pasją", który zginął w drodze powrotnej ze szczytu na Mont Blanc. Zawody już po raz trzeci organizuje jego żona ściągając w Beskid Żywiecki masę miłośników gór, wspinaczki i biegania. Zazwyczaj bieg wiedzie na Babią Górę, w tym roku, ze względów remontowych zmieniono trasę. Na (ponoć) ciekawszą, trudniejszą i ładniejszą. 

Ciekawa to ona była, a jakże. Zwłaszcza pionowe niemal podejście na szczyt Małej (dobre sobie, małej) Babiej Góry lub równie zapierające dech w ekhm... piersi raz kamieniste, a następnym razem błotne zbiegi. I tu dygresja. Mogę narzekać, że w tramwaju ciężko mi usiąść. Że w kinie czasem za mało miejsca na nogi. Że w samolocie - jeśli tylko pozwolą  - prawie zawsze przy awaryjnym siadam. Że długie spodnie ciężko mi niekiedy znaleźć, a kozaki kończą się w połowie łydki. Ale w górach te moje nogi naprawdę się przydają :) Z tą swoją długością. Na podejściach, że mogę sięgać co dwa kamienie lub trzy schody nawet. Oraz na zbiegach gdy puszczam je przed siebie od pięty nie blokując kolan, a one niczym w kreskówce furczą jak kołowrotek przemieszczając ciałko me w kierunku mety. Tak więc w górach, ujdą te moje nogi...

Ale nie o kończynach przecież chciałam, tylko o biegu. A więc znowu zajawka milion na bieganie po górach! A nawet dwa miliony, tak na mnie kurde działa ta sceneria, że zapominam o BOżym świecie i wszelkich  innych "założeniach startowych", że luźno ma być, treningowo i na lajcie. Bo z racji zbliżającego się ultraMaratonu Bieszczadzkiego tak właśnie chciałam pobiec - "na zaciągniętym hamulcu" - a tymczasem tradycyjnie poszłam w trupa i masz teraz baBO placek, a raczej ból (nie tylko istnienia) oraz zakwasy... Oj boli.

Tak było. Fot. T. Dzięgielowski
Już taka zblazowana ze mnie blogerka, że nie chce mi się opisywać kilometr po kilometrze całego tego biegu. Kto by chciał to czytać? Że tempo takie tu, a inne tam. Że najpierw delikatnie pod górkę, a potem kąty zdecydowanie zaczęły się powiększać.  Że żel zjadłam na 8, a może i 9 kilometrze, że tego wyprzedziłam, a potem tamtą i jeszcze jedną. A wodę to piłam ze źródełka. No kogo to interesuje? Kogo? Ale o tętnie to wspomnieć muszę bo się uduszę. Średnio 179 bpm! Czujecie? Noo, na podbiegach to ja naprawdę czułam, że mam serce. I że bić potrafi ono mocniej niż do Brada Pitta. Lub tam do kogoś innego.

Ciut się sponiewierałam na tym biegu. Blisko 1000 m przewyższenia w górę, i tyle samo w dół na dystansie 14,2 km potrafią dać w kość. Cieszy, że jakoś specjalnie nie dawałam się wyprzedzać, a nawet wręcz przeciwnie i viceversa :) I że na tych zbiegach, wszak z niewielką wciąż troską o wytrzymałość tytanu w paszczy, dawałam również radę. Ba. Kilka razy to prując w dół krzyczałam nawet "leeewa wooolna". Hehe, góralka się znalazła. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że z czasem 1:48 zameldowałam się jako piąta kobiałka na mecie (na 44 startujące!) i jeszcze tytuł drugiej w najlepszej kategorii wiekowej zdobyłam. Drewniany medal, chwila chwały, dyplom i buff - tym razem więc bez szaleństw, ale przecież nie o to w tym wszystkim biega...

Co tam mój promienny uśmiech. Mina dziewczynki (córki Wojtka) po prawej :) Fot. T. Dzięgielowski
I jeszcze przerwa na odrobinę wzruszeń. To niezwykłe, że w taki radosny sposób czcić można pamięć ukochanej osoby, której już nie ma. I nigdy nie będzie. I że wokół niej oraz wspomnień z nią związanych, skupić tylu pozytywnie zakręconych ludzi podzielających pasję i miłość do gór. Z jednej strony był to bowiem zwykły górski bieg. Z wpisowym, numerkiem na klacie i wodą za linią mety. Z drugiej jednak, zwłaszcza po wstępie, że pamiętajcie, będziecie biec jedną z ulubionych tras Wojtka i jego duch z pewnością gdzieś tam jest, był to bieg inny niż te, w jakich do tej pory brałam udział... Nawet o przemijaniu i kruchości tego wszystkiego pomyśliwałam sobie w trakcie. No, serio o tym myślałam.

I tylko szkoda mi trochę, że głupia Bo dała ponieść się emocjom i jednak nie pobiegła bardziej zachowawczo. I teraz ciut zmęczona jest i niestety marnie widzi udaną regenerację przed Maratonem Bieszczadzkim.

A to już w tę niedzielę! Omamo! Aż 53 km z łącznym przewyższeniem ponad 3000 m! Słabo mi, zwłaszcza że przez miniony miesiąc nie przebiegłam więcej niż 200 km. Na szczęście wiem, że widoki będą boskie, lub mgła czasem, ale też magiczna. Że cały czas będzie się coś działo. Że ludzie przyjadą fajni, jacyś tacy mniej zmanierowani. Że pewnie błoto będzie, kamienie i chaszcze. I na 100% dostanę mocno (za mocno) w dupę. I że łydki fajne pooglądam sobie. Hopsa. BO przecież kurde jadę w góry biegać! Więc zajawka milion. A kciuki to trzymać obowiązkowo. Dziękuję. Kropka.

23.09.2014

Z pamiętnika derektorki triathlonu...

Drogi pamiętniczku. Przepraszam, dawno do ciebie nie zaglądałam, ale naprawdę strasznie, ale to ogromnie zajęta byłam organizowaniem triathlonu. Jak już wiesz (na pewno coś wspominałam) dołączyłam bowiem do ekipy tworzącej dwudniową imprezę sportową w Bieszczadach pod nazwą Zaporowy Maraton (20-21 września 2014), gdzie odpowiedzialna byłam za tri oraz całą marketingowo-pijarową otoczkę.

Joj, drogi pamiętniczku, ile to roboty jest przy takim triathlonie!!! Nawet sobie nie wyobrażasz. Ja wcześniej też nie, a przecież niby triathlonistką jestę, startuję, jeżdżę po zawodach, relacje czytam, komentuję, a i sama organizowaniem różnych innych iwentów też się - bywało przecież - parałam. Ale triathlon to jest totalne premier ligue wśród jakichkolwiek chyba zawodów ever. A i tak większość roboty zrobili chłopcy (Tomek, Łukasz, Janusz - szacuneczek i podziękowania) na miejscu w Bieszczadach. Począwszy od pozwoleń (dziesiątki spotkań, setki pism i maili, tysiące telefonów), woprów, goprów, służb porządkowych i medycznych, sponsorów, brokerów ubezpieczeniowych, wolontariatu, poprzez taśmy, bojki, motorówki, tojki, bramki, kubki, wodę na punkty, żurek na metę, koszulki i medale, na zakupie wykładziny, zrobieniu stojaków na rowery, znakowaniu trasy, ba - opracowaniu trasy (!), promocji tego wszystkiego gdzie tylko się da i masie innych najprzeróżniejszych rzeczy skończywszy. A to i tak nie koniec. Bo oczywiście zawsze się potem okazywało, że "przecież jeszcze kurde o tym zapomnieliśmy..."

Najpiękniejsze triathlonowe fotki ever. Start z Zapory Myczkowskiej Fot. Mateusz Iwańczyk
Ale doszłam do wniosku pamiętniczku drogi, że z tym triathlonem to tak jak z prezentami. Super je dostawać, ale jeszcze fajniej dawać. Jak się człowiek cieszy jak głupi, gdy uda mu się coś załatwić. I sprawić komuś radość. Jak fajnie jest planować, wymyślać, błądzić, szukać, a potem - eureka! - wspaniałomyślnie znajdować rozwiązanie. Jak wiele się dzieje, gdy czasem puszczają nerwy, jak człowiek ma naprawdę dość, jak wyłącza telefon (ups, zdarzało się, ale tylko na momencik) i jedyne o czym myśli to rzucić to wszystko i... wyjechać w Bieszczady :) Jak gorąco się robi już podczas zawodów, gdy ktoś tam się skarży, schodzi z trasy lub niedajborze na niej gubi... Oj, nieciekawe to jest. Albo jak zaczyna padać deszcz. Niefajnie. Ale postanowiliśmy z chłopakami sobie jedno. Robimy wszystko najlepiej jak się da, na maksa robimy ten Zaporowy, ale również, pamiętamy, aby się przy tym wzajemnie nie pozabijać. Udało się :) Żyjemy!

Co robi Bo? Fot. Mateusz Iwańczyk
I muszę ci powiedzieć drogi pamiętniczku, że mimo, iż czuję lekkie zmęczenie, to przede wszystkim jestem dumna i zadowolona. Bo ponoć fajna impreza nam wyszła, wg niektórych zajebiście było, a wg innych, jeszcze lepiej nawet! Hopsa! I nasze drobne niedociągnięcia utonęły w morzu sportowych endorfin, satysfakcji na mecie, sumie przewyższeń oraz w tym sławnym bieszczadzkim błocie (nie, nie dało się poprowadzić trasy inaczej, a raczej sami tego nie chcieliśmy, koniec kropka) oraz przepadły w dodających emocji dziurach w podjeździe na Jawor. I jeszcze ponoć - taki był kurde zamiar! - fajny klimat stworzyliśmy. Towarzyski, na luzie taki, bieszczadzki... (i wcale nie pod wpływem piwa na mecie). Który w połączeniu z ekstremalnym (naprawdę było ciężko!) wysiłkiem na trasie, zmienną aurą dookoła, tlącymi się ogniskami w strefie mety, "ruską banią" i wieczornymi koncertami w deszczu dało mieszankę iście wybuchową i niezapomnianą. W triathlonie na trzech dystansach (1/2 IM, 1/4 IM, 1/8 IM) wystartowało łącznie ponad 120 osób! Imaginujesz to sobie pamiętniczku? Z całej Polski zjechali, a niektórzy to i nawet ze Zgorzelca! O!

Czy ktoś się jeszcze waha czy przyjechać na Zaporowy Triathlon za rok? Fot. Mateusz Iwańczyk
Mam nadzieję, że ci co nam zaufali, nie zawiedli się i wyjechali z Orelca nie tylko z pięknym medalem, ale również z masą pozytywnych wrażeń, wspomnień oraz nowych znajomości (nie tylko ekhm ze mną...). Jak myślisz, pamiętniczku? Spodobało im się? I jeszcze mam nadzieję, że góry dały im popalić (hehe!) i zweryfikowały wyobrażenia o tej kosmicznej formie, mocnej łydce i braku strachu na zbiegach. Taka poniewierka z pewnością nikomu nie zaszkodziła, a nawet wręcz przeciwnie... I że będą chcieli wrócić. Zechcą, nie? By się odegrać i wyrównać rachunki z Jaworem lub Kozińcem, ale także by znowu przeżyć fajną, górską przygodę i spotkać się z innymi świrami, dla których nie zawsze najważniejsza jest waga sztycy czy kształt bidonu oraz liczba funkcji w zegarku. 

Bo przecież - i ty pamiętniczku wiesz to chyba najlepiej - nie o to w tym wszystkim chodzi, rajt? Dlatego chyba ten Zaporowy tak się nam udał :)  Dzięki ekstremalnej trasie i dzięki fajnym ludziom.

To NIE była nagroda główna ;)
W Zagrodzie Magija, gdzie usytuowana była meta triathlonu. 
A propos udania się. To czy wiesz, drogi pamiętniczku, że w niedzielę, w nagrodę za ten trud włożony w organizację triathlonu pobiegłam sobie górski półmaraton? I że byłam druga na mecie, choć nic tego (tak wiem, standardowo) nie zapowiadało? Borze! Jaka to piękna trasa była! Lasami, brukiem, górami, polami, schodami i zaporą. I trudna! Oraz w błocie oczywiście! W dużej ilości bardzo błotnego błota doprecyzuję. Miałam biec na luzie i tak też zaczęłam, ale potem na zbiegach nie wytrzymałam i pognałam do przodu. Oj,  Bo Bo... A potem to już szkoda było zwalniać, tak dobrze żarło, mimo iż po 15 km zaczynało trochę zdychać i coraz wolniej człapało do mety. No ale doczłapało się jakoś i w przeciwieństwie do niektórych (mryg!) na pierwszej stronie wyników się znalazło, a potem to nawet jeszcze na pieniek (tj. pudło) wlazło i piękny ręcznie robiony medal za ten wyczyn dostało. 

Jeden weekend, a popatrz pamiętniczku ile się wydarzyło! Dwa dni, a tyle wrażeń! Ile nowych fajnych kontaktów (pozdrawiam!), pomysłów na przyszłość, przemyśleń, niespodzianek i doświadczeń. I niezliczona liczba fajnych łydek oraz silnych ramion, którym byłam wsparciem przy wychodzeniu z wody.... Ile nerwów, strachu, a potem radości na widok szczęśliwych uciuranych błotem sportowców na mecie. I choć miejscami miałam już naprawdę trochę dość, tak dziś wiem, że nie była to jedyna i ostatnia impreza sportowa, jaką przyszło mi współtworzyć. O nie! Za rok, a może nawet wcześniej, bo w czerwcu 2015 r. znowu będzie się działo. I znowu będzie głośno o triathlonie w Bieszczadach, nie tylko (hihi) z powodu takiej jednej pani derektor... 

A ciebie drogi pamiętniczku przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. I obiecuję pisać więcej. Mam ci kurde tyle do opowiedzenia... !

04.09.2014

Triathlon Kraśnik czyli debiut tytanu

A czy to w Polsce jeszcze ten Kraśnik jest, zapytał Ktoś ostatnio, gdy tak po cichu pochwaliłam się nieśmiało, że właśnie zamierzam sprawdzić, czy ja wciąż temu triathlonu chcę być coś bliżej, czy jednak raczej nie. I czy startowanie totalnie bez treningu, po błogim okresie ciulowania, jedzenia, zabaw różnorakich niekoniecznie grzecznych, jest w moim przypadku możliwe. Tak spontanicznie na dodatek, z zaskoku i bez planowania. I czy da się tak bez napinki i na luzie... Acz z tytanem w paszczy, ha!

No bo czy się pozrastałam należycie, to już nawet nie myślałam (jasne, że tak), podobnie jak głośne precz rzekłam wszelkim obawom związanym z bajkiem i jakimkolwiek bliższym spotkaniom z autem tudzież innym drzewem.  

I coś Wam powiem. No ja jednak ten triathlon wciąż lubię. Nawet bardzo. Chyba bardzo bardzo. Miły dotyk flamastra na udzie piszący mój nr startowy przed wejściem do T1, układanie rzeczy w boksie, sprawdzanie w głowie czy wszystko mam (wszystko maaam!), liczenie dziewczyn (to jest kurde silniejsze ode mnie) i ocenianie swych szans oraz wpuszczanie strużka chłodnej wody w piankę. A potem buum i start. Oraz wreszcie to co najlepsze: wysiłek i przyjemność, walkę, myśli różne, radość lub wątpliwości, wkurw, ryzyko, słabości, strach, kryzysy, aż w końcu satysfakcję. Czy ludzkość wynalazła do tej pory jakąś inną rzecz niż sport, która równocześnie dawałaby tyle doznań, wrażeń i emocji? Dontfinksą.

A więc nowa historia tytanowej Bo rozpoczyna się w Kraśniku... (tak, to jeszcze w Polsce jest). Ciut dłuższy sprint: 850 m swim, 22 km bike, 5,5 km run. 

Woda
Czy opisywać po kolei, jak to po raz pierwszy (!) startowałam z brzegu, co było dość ciekawym doznaniem, bo nie wiedziałam kiedy i jak "rzucić" się na wodę. Jak potem płynęłam łeb w łeb z żabkarzami nie wiem czy bardziej dołując się faktem, że płynę z tymi, co niby zawsze na końcu, czy bardziej wkurzając się na liczne kopniaki, którymi raczyli mnie panowie. Jak wydawało mi się, że chyba utknęłam w miejscu jeśli nie przemieszczałam się do tyłu? Nie było to miłe uczucie przyznam. Ta świadomość, że nie umiem już kurde pływać... No ale potem okazało się, że wcale nie było aż tak źle. Że pływanie było ciut dłuższe (850 m), więc wynik 16:02 na moim obecnym poziomie niewytrenowania jest całkiem do przyjęcia. Całkiem.

Apropos pływania, to czy mówiłam już, że chcę i nauczę się motylka? No! A więc taki jest plan, a bardziej ochota, która mnie naszła, i którą mam nadzieję z sukcesem i radością hopsa sobie zaspokoić :)

Asfalt
Że nie boję się roweru, to już ostatecznie stwierdziłam kilka dni wcześniej w górach, gdzie w przemiłym towarzystwie (mryg!) machnęliśmy bieszczadzką pętlę. #borzejakjatouwielbiam! Kręcenie po górkach nijak ma się jednak do ścigania na zawodach i do tego w drafcie, tym bardziej byłam więc ciekawa, co ja i Kuba na to. Tak naprawdę, to chyba po raz pierwszy właśnie tu w Kraśniku, świadomie próbowałam wozić się na kole (spox, dozwolone). Wcześniej to albo nie można było, albo się bałam, nie umiałam lub nie doceniałam zalet. Teraz jednak, jako wiecie, wprawiona i doświadczona triathlonistka ino wypatrywałam jakiegoś pociągu i zaciskając zęby, które mi jeszcze zostały, próbowałam trzymać koło oraz uczciwie (w przeciwieństwie do niektórych panów) dawać zmiany. Lub też odpadać z peletonu, kiedy chłopcom nudziło się już moje towarzystwo (pffff!) i dociskając pedał znikali gdzieś za horyzontem, więc jechałam sama. Życie. 

Boski był ten rower. Zajebisty. W rowerze to zaraz po kolorze, ta prędkość jest chyba najfajniejsza. Średnio 33.3 km na 22 km dało mi czas 39:41. I oczywiście standardowo, bo jakżeby inaczej, zwłaszcza po niedawnych przejściach, jestem z tego kręcenia bardzo zadowolona. No jasne, że tak! Wy też możecie się zachwycać! 

Kostka chodnikowa
Jak się biegnie w triathlonie pytają, gdy ostatnią zakładkę robiło się tak ok. 2 miesięcy temu? Cóż odpowiem. Znam i czyniłam przyjemniejsze rzeczy w życiu, mimo, iż kibice, fajowe okrzyki (kurde, chyba niektórzy naprawdę mnie kojarzą!...), widok mety w oddali oraz wizja medalu i szczęścia na koniec. Ciężko było, ale dotargałam się jakoś, przebiegłam. Średnie tempo 4:45 na 5,5 km dupy pewnie nie urywa, ale dla mojej pąpdupci jest ok. Nie dało się raczej lepiej, nie chciało pewnie też i wcale nie zamierzam się teraz tłumaczyć i rozliczać, a czemu Bo tak słabo. Bo tak. Musicie się przyzwyczaić.
Tak, mi też jest z tym ciężko :) 

Poza tym. Po co się spieszyć jak żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, a domyślałam się, że chyba raczej na pewno przybiegnę jako trzecia? :) Wiem. Ziew. Nuda. Ale co poradzę? Że znowu wskoczyłam na podium zajmując 3 miejsce open oraz 1 w kategorii i otrzymując flakon, statuetkę oraz dwie torby darów różnorakich, w których m. in. pomarańczowy lakier do paznokci (love!) oraz kombinerki. Chyba czas zrobić listę najdziwniejszych rzeczy, które wygrałam na zawodach...

Ta z czerwoną torebką to ja. 
Dla siebie
Tak więc w ten oto sposób zagubiona i boleśnie doświadczona przez los Bo powróciła do sportu i triathlonu. Znacznie szybciej, efektowniej i radośniej niż jej się to wcześniej wydawało. Ale jeśli ktoś zaraz napisze "a nie mówiłem, wiedziałem, że tak będzie" to zbanuję. Nikt nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedział! Zrozumiano? Wciąż jestem nieprzewidywalna i nieodgadniona. No!

Sport jest już chyba częścią mnie, lubię, pożądam i wciąż będę to robić. Czy dla wyników jednak, flakonów lub zwycięstw? Oraz skrupulatnego realizowania planu treningowego, słupków na endo, wyrzeczeń głupich i jakiśtam udowodnień? Nie sądzę. Nie chcę. Wyrosłam.

Ale jeśli znowu mi odbije i zapętlę się w labiryncie swej ambicji i realizacji durnych bezcelowych celów, to kopnijcie mnie plis w dupę. Tylko mocno i skutecznie. Najlepiej dwa razy.

A dla pewności trzy, ok?