26.12.2014

#Cozarok k.

Złamana żuchwa, wybite zęby, naderwane ścięgno w barku, stłuczone lewe udo i prawy łokieć. Zszednięty (a jednak!) paznokć. 2 blizny na twarzy, spox, ponoć prawie już nie widać, kilkadziesiąt siniaków na nogach, w międzyczasie drobne ITBS i bolące kolano.

Mega życiówka w maratonie. Równie dobry wynik w połówce i miano pierwszej najszybszej we wsi na tym dystansie. Fantastyczna i niezapomniana przygoda tri w Karkonoszach. Fascynujące góry i debiut w ultra. BOtyl. Ciut bliżej (acz wciąż chyba jeszcze daleko) do sportowej mądrości. #NBRteam. I wreszcie świadomość, że nic nie muszę. A mogę zajebiście dużo. Hopsa!

Hmm. I wciąż nie wiem, który wstęp lepszy... Jak sądzicie? Zostawię obydwa, do czytania wg gustu i w kolejności dowolnej. A więc trzeci biegowy i drugi triathlonowy sezon sportowy za mną. W zasadzie to skończył się on już chwilę temu, ale że opisać nie było kiedy, poza tym podsumowań czas dookoła wszędzie nastał, warto więc i tutaj zrobić drobny rachunek sumienia. 

Tak dynamicznego roku dawno nie miałam. Takich sportowych zwrotów akcji, radości i smutków. Takich przemyśleń różnorakich. Wzlotów i (sic!) upadków. I mimo iż, większość postów sygnować mogłabym tagiem #cozarokkurwa, tak mimo wszystko nie żałuję niczego. NI-CZE-GO. A że łajza roku? Że nie spełniłam marzenia o pełnym dystansie IM i pewnie już nie spełnię, bo nieco przedefiniowały mi się te marzenia? Że blizny na twarzy. Przecież już je całkiem lubię. Że zmiany? Są konieczne. I jak się okazuje, zawsze, nawet te z pozoru fatalne i tragiczne zmiany, zawsze niosą ze sobą coś dobrego... Kurde no! Też w to nie wierzyłam. A jednak!

A w 2014 roku to było przede wszystkim o tak:

Barcelona i maraton w 3:26. Nie mam żadnego zdjęcia z biegu (#szybszaniżmigawka), ale myślę, że to poniżej (z barcelońskiego targu), idealnie oddaje słodycz mojego zwycięstwa. W barcelońskim maratonie wszystko wyszło. I chyba raczej na pewno ta życiówka pozostanie już ze mną na zawsze...

Mniam. Fot. Janusz
Tatry, Bieg Marduły i zakwasy na policzkach i brzuchu od śmichów chichów w towarzystwie Krasego, Wybieganego z Justyną, Jędrka, Kwito i innych z ekipy. Oj, to był piękny bieg i świetny wypad! Piękny!

Fot. Jacek Bogucki

Triathlon Karkonoski. Wielki Wyścig 2014. Przygoda roku, a może i życia. Odkrywanie w sobie nieznanych pokładów siły. Walka, ból, emocje i łzy. Oraz przyjaźń. Zajebiście, że dzięki sportowi poznałam tylu fantastycznych ludzi. I że oni poznali mnie :) Dziękuję. 
Moje zdjęcie roku. Fot. Marcin Oliva Soto
Ryczałam jak bóbr, gdy na mojej ściane na FB co kilka minut pojawiały się nowe, pojechane w kosmos wyrazy wsparcia. Po tym jak nastąpiło JEBUT nr 2 i wylądowałam w szpitalu. Że #wszyscyzaBo. Gówno prawda, że internet to złudne i sztuczne relacje. Nawet teraz się wzruszam gdy paczam. Paczam się i wzruszam. 


UltraMaraton Bieszczadzki, cudowna złota polska jesień, po raz pierwszy w życiu przebiegnięte 53 km. Oraz szóste miejsce, które wywalczyłam dosłownie na ostatnich metrach. Umordowana, padnięta i na nowo uświadomiona, że chyba trudno będzie mi żyć bez ścigania... Ehh, no to trudno :) A w tle Błażej
Fot. Fundacja Aktywne Trzemeszno
A potem wszystko potoczyło się już szybko. "Powołanie" do kadry tfu do #NBRTeamu, ciuszki od #NewLine (zakochałam się, niebawem napiszę coś więcej) i Bo w roli szafiarki. Oraz decyzja, że podejmujemy #WyzwanieNBR i wspólnie z Krasusem próbujemy sił w Rzeźniku 2015. #Omamo.

Fot. Bela Belowski
Ale zawsze gdzieś tam w tle góry. Góry. Góry. Góry.

Fot. Kris Photography Studio :) 

I góry. Góry. Góry. Wygłupy. Góry. Góry.

Fot. Studio co powyżej :) 
Jak to mówią, doświadczenie zwiększa stan naszej mądrości, ale nie zmniejsza (stety? niestety?) poziomu głupoty. Czy jakoś tak :)

Mam więc nadzieję, że przyszły rok będzie nie tyle dramatyczny co mijający, ale równie ekscytujący i głupi. A wyzwania, które już teraz stawiam sobie na rok 2015 to o takie są o:
BO że się nie wypierdzielę, to tego nie potrafię obiecać. A może nawet nie chcę :) 

25.11.2014

Oj, będzie się działo. #WyzwanieNBR

Żaden zgruchotany łokć i siniak na biodrze wielkości sporego medalu* nie zabiorą mi radości i wrażeń, jakie dostarczyła mi miniona sobota i wypad z chłopakami w "Góry" Świętokrzyskie. Żaden!
Ale też żadnego czasowstrzymywacza nie zamierzam włączać teraz! Niech już ten rok, ten kurde popieprzony rok, w którym bezdyskusyjnie przypadło mi miano największej łajzy ever skończy się na dobre, oddzielając grubą kreską to co było od tego co BĘDZIE!

A będzie się działo. Nooo, też się cieszę i równocześnie przerażona jestem na maksa, bo Bieg Rzeźnika to przecież żadna tam popierdółka czy owsianka z mlekiem. A wystartować tam zamierzamy w 2015 r. wspólnie z Krasusem przy sprzętowym wsparciu Natural Born Runners

Rzeźnik. Fascynuje, przeraża i wkurza
Fascynuje bo góry, Bieszczady ukochane przecież i ciekawa formuła startowania parami, która sprawia, że nie liczysz się tylko ty oraz twoje mocne i słabe strony, ale również (a może i przede wszystkim?) partner. Jesteście zespołem, stanowicie team, wszystko co robicie, robicie razem i wspólną ponosicie odpowiedzialność za czyny jednego i drugiego. 
Przeraża bo dystans, przewyższenia, podbiegi. Oraz ogromny ogrom pracy do wykonania i ambitne założenia startowe (Krasy wszak nie z tych, co zamykają stawkę). No, serio jestem ciut przerażona. 
Wkurw z kolei bo ta rzeźnicka kultowość i legendarność. Owczy pęd. Że Wielki Bieg Rzeźnika! Każdy już przecież pffff "zrobił Rzeźnika". Coo? Nie biegłaś jeszcze Bo Rzeźnika? Żałuj. Poza tym ta jego masowość... No nie lubię. Ani masowości w biegach górskich, ani tym bardziej tłumów na szlaku.

No ale jeśli nie teraz to kiedy? Skoro najlepszy sportowy sklep w galaktyce przyszykował nam taakie #WyzwanieNBR? Jeśli TEN słynny bloger, biegacz i triathlonista KRASUS chce ze mną pobiec? (Spox, uprzedziłam go, że musi sobie zrobić kurs pierwszej pomocy, a ja rozważę możliwość biegania w kasku szczękowym oraz ochraniaczach na kolana i łokcie). Jeśli Błażej narysował takie pojechane logo akcji, a ja kocham góry i teraz bywam w nich całkiem często i mam też prawie nawet personal trenera? Przerazić się przewyższeń mam? Lub też długości 80 km? Heeelloł!
Poza tym od dawna już przecież o tym marzyłam.

A więc #WyzwanieNBR przyjęte. Rękawiczka podniesiona i włożona na (niebolącą) rękę. Przede mną mnóstwo, oj naprawdę mnóstwo, mam nadzieję, że przyjemnej jednak pracy. Poprawić wytrzymałość i szybkość trzeba. Sprawniej przemieszczać się pod górę. Nad głową też popracować trochę, a przede wszystkim to ja w zdrowiu i całości dotrwać do tego Rzeźnika muszę i nie wypierdzielić się gdzieś po drodze lub też w międzyczasie, prawda? Kurde, to może być najtrudniejsze w tej całej zabawie, stwierdzam.

Więcej o moich planach startowych na 2015 r. niebawem. Na razie zdradzę tylko, że... Albo nic nie powiem, bo jeszcze przestaniecie zaglądać. 

Teraz zobaczcie, jak fajnie bawiliśmy się na Łysicy. Aha, a czy wspominałam, że nabiłam sobie wówczas guza na głowie? A to ci zaskoczenie!

Najpierw ze skrzynki wyciągnęłam tajemniczy list wzywający mnie do stawienia się dnia następnego pod jakąś kapliczką.

Potem pakowaie, podróż od świtu wraz z żelkami na masce saaba oraz spotkanie z chłopakami: Krisem,
2 Pawłami i 2 Marcinami, w tym 1 Marcin Don't stop me now i 1 Krasus. Oraz kolejna wskazówka.

W drodze na szczyt Łysicy było raz jesiennie, raz zimowo i - ku zaskoczeniu wszystkich - wcale nie piździło jak w kieleckim! Ostatnia prosta i walka o - jak się okazało - najważniejszą kopertę. 

Ups. Przerwało się temu kopertu.
Ale list da się przeczytać.

Omamo! Bieg Rzeźnika! Jak to przeczytałam, to tak gruchnęłam głową o kamień, że ponoć echo się po lesie poniosło. Guz na głowie jak za dawnych przedszkolnych czasów!
A potem skoro nie rywalizacja to zgoda i współpraca. WITAJ PARTNERZE KRASUSIE! 
I jeszcze trzygodzinna wycieczka biegowa całą bandą.
Pierwsze słowa na nasz widok, jakie padły z ust owych przebierańców "Ooo, jacy brzydcy" :)
A na koniec pamiątkowe zdjęcie brudnych butków, bieszczadzki prezent dla Krasego (ja tam wolę Ursę, ale się chłopak uparł) i powrót do domu. 
#WyzwanieNBR! Przybywamy więc! 

*po raz trzeci w tym roku wypierdzieliłam się na bajq i po raz jedenasty (lub trzynasty) miałam robioną fotkę RTG.

20.11.2014

W pogoni za makaronem. Bieg Potrójnej

Ten Beskid Mały to wcale nie taki mały - rzekł jakiś mocno zasapany głos za moimi plecami podczas jednego z pierwszych podejść Biegu Potrójnej. Ano niemały... Trudno bowiem przebiec obojętnie obok łącznej sumy przewyższeń na dystansie 15,5 km wynoszącej blisko 2 km. Trudno. 

Tak samo trudno jak mi się teraz po schodach łazi, a przecież już dobrych kilka dni minęło. Ten osobliwie rozkoszny ból w czwórkach. Równie miłe napięcie i łaskotanie w stawach skokowych. Boląca szyja i zakwasy w rękach. Jakąż to człowiek dziwną istotą jest, że boli go, a on zadowolony. I uśmiech ma na twarzy. Bo skoro boli, to znaczy się pobiegane było. Że żadne tam obijanie, tylko porządnie wykonana robota. No dobra, jako tako wykonana, bo miejscami oczywiście mogłam przecież szybciej, a jednak nie było z czego i jak podkręcić obrotów. Chyba ja, bądź co bądź, już ciut zmęczona jestem i chyba najwyższy czas odpocząć trochę. 

Ale zanim sobie odpocznę (i pewnie dam odpocząć Wam), to muszę przecież udokumentować moje zmagania na II Jesiennym Biegu Potrójnej zorganizowanym przez Klub Skialpinistyczny Kandahar. Awięc. 

Joj. Kiedy rano oczy me ujrzały fantastyczny widok z Przełęczy Kocierskiej to normalnie ciary. Cóż, zazwyczaj nie bywam raczej ponad chmurami, a codzienny widok z okien na filharmonię i parking jest jakby trochę mniej atrakcyjny od górskich stoków spowitych mgłą z przedzierającymi się gdzieniegdzie promieniami słońca. Bo jeszcze dodam, że pogoda się arcyudała. Połowa listopada, a tu błękitne niebo, zero wiatru, lampa i kilkanaście stopni Celsjusza. Nic tylko biec.

Ponad chmurami
Oraz wyłączyć głowę. Zapomnieć o niepodległościowym wtorku, nie myśleć o rywalkach, ściganiu się z innymi, o końcowym miejscu, kategoriach. I o brzuchu sobie też nie przypominać, choć on niestety wciąż tak łatwo nie daje za wygraną... I nie spalić się na starcie. Niby nic, a jakże dużo, nieprawdaż? Powrócić do podstaw i źródeł. Po prostu pobiec. I fajnie zakończyć ten jakże burzliwy sezon.

Panie przodem
Pierwsze kilometry - jest dość ciasno. Biegniemy leśną drogą i co jakiś czas przeskakujemy przez kałuże lub wielkim łukiem omijamy bajora (podobnych przeszkód na ostatnich kilometrach oczywiście nikt już nie unikał, tylko pruł środkiem, ino błoto spod podeszw leciało). Tylko nie za szybko Bo, tylko nie za szybko, strofuję siebie w myślach, a tymczasem czuję, że... biegnę za szybko. I powoli mnie zatyka. To wszystko przez te dziewczyńska dookoła. Czy tylko ja mam wrażenie, czy one faktycznie chcą się ze mną ścigać? Nie pozwalają się wyprzedzić, przyspieszają, wymijają. Też coś! Jedna wielka szarpanina, nie lubię. A miało być spokojnie...

Pooszli! Fot. M. Zwoliński
Tupnęłam sobie więc mocno głową w myślach, że przecież nie tak miało być! Ja mam po prostu biec, a nie ómierać, denerwować się, kalkulować i oglądać za siebie, która jestem. Odpuściłam więc trochę, zwolniłam, puściłam dziewczyny przodem. Ufff. Jak dobrze! Nareszcie zaczęło być fajnie! Biegłam swoim tempem trzymając się (i tak mocnych) panów. Pod górkę marsz (zdecydowanie za wolny, oj, sporo pracy przede mną), w dół natomiast niczym w szpagacie na pazurki leciałam, z czego nie powiem - jestem nawet całkiem zadowolona. Kilka razy przyznam, to i tytan był zagrożony, gdy ledwo łapałam równowagę ratując się przed spektakularnym dzwonem lub potknięciem o coś, czego nichuchu nie widać było spod kilkunastocentymetrowej kołdry suchych liści. Ale na tym właśnie polegają zbiegi - trochę tak na granicy rozsądku i szaleństwa. Z lekkim przesunięciem w tę ostatnią stronę rzecz jasna. 

Stara siatkarska zasada mówi, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach i muszę powiedzieć, że chyba coś w tym jest. Potrafiłam nawet kilometrową przewagę odrobić właśnie dzięki tym szaleńczym zbiegom. Jeden chłopak to jak go mijałam krzyknął nawet, że chyba regulamin zabrania takich szybkich zbiegów (hihi), a inna dziewczyna z kolei (ta, którą dogoniłam i wyprzedziłam z górki) zagadała przy punkcie odżywczym, że "ty to chyba lubisz zbiegać, co?" Ano lubię. Co począć.  

Ale podejścia - to ja tak jak mój saab :) Eh... Nie bardzo wychodzą, zwłaszcza na sporym zmęczeniu. A że w biegu tym udział brali głównie skitourowcy, to trzeba przyznać, że aż miło było czasem popatrzeć, jak zapierdzielają pod górkę lekko i radoście. Fu fu fu. Też kiedyś tak będę, aco. 

Takie jedno wielkie, długie i pionowe niemalże podejście za 9 km odarło mnie już z wszelkiej godności. Człapałam jak żółw, jak stary, kontuzjowany żółw z za ciężką skorupą nawet i przytroczoną oponą do ogonka. Joj, jak niefajnie było. A tymczasem łyknięte wcześniej na zbiegu dziewczyny zbliżały się coraz bardziej...

Znowu się odezwał
I choć mocno zatykałam uszy, wypierałam ten myśl, starałam się dumać o niebieskich migdałach i podziwiać piękną górską scenerię dookoła, tak jednak znowu usłyszałam TEN głos... Że skoro już jestem tu gdzie jestem, skoro ryzykowałam tytan na zbiegach i ładnie wyprzedziłam tamte dwie, to może by jednak dociągnąć to miejsce do mety? Hę? Zostało przecież już tylko 4 kilometry, ojtam że właśnie pod nieszczęsną górę psia mać. Dam radę. Nie tyle, że muszę dać, ale chcę! Człapiąc więc, dysząc, oczywiście ciągle oglądając się za siebie, przemieszczałam się jakoś do przodu. Na szczęście nie tylko ja leciałam na oparach, więc udało się jakoś dobiec, nie dopadły mnie, ufff. Z czasem 1:49 zameldowałam się jako 5-ta kobieta na mecie i druga w kategorii. Czyli znowu pudło! Fajnie jak wychodzi, mimo, iż tak naprawdę nie do końca chyba wyjść powinno :)

I dobiegła!!! Fot. M. Zwoliński
Trasa piękna i zróżnicowana, lasem, przełęczami, granią. Dość trudna dodam, a i z psikusem nawet, którym okazał się być ostatni, ponad 2 kilometrowy, odbierający wszelką nadzieję w upływ czasu podbieg... Oj, udał się ten psikus organizatorom, udał. Do tego koleżeńska atmosfera, perfekcyjna organizacja, słońce, powietrze, meta oraz wieczorna impreza, na której nawet ja (!!!) ups tańcowałam. Czego chcieć więcej? 

Może tylko makaronu? Bo zapewne wszyscy umierają z ciekawości o co z tym makaronem chodzi. Otóż makaronowe łupy dwóch człowieków, uzbierane z pakietów startowych oraz wylosowanych na zakończenie zawodów nagród wyglądały o tak.


Pozdrowienia dla Sponsora! 

12.11.2014

Rzeszowska zDycha

Jak tak sobie popatrzę wstecz, to w zasadzie każdy mój następny start biegowy był lepszy od poprzedniego. Nie było żadnych dramatycznych wtop, jeśli ómierałam to w walce i ciągnęłam jakoś do końca, a łzy kapały zarówno z bólu jak szczęścia A gdy nie padała życiówka, to i tak miałam satysfakcję i wrażenie dobrze wykonanej roboty. Do wczoraj tak miałam. Cóż. 

Nic nie wyszło na tej II Niepodległościowej Rzeszowskiej Dysze. Nic, a nawet jeszcze trochę więcej nie wyszło. Padłam, ómarłam, nie powstałam. Zostałam pokonana, a co gorsze popsuła mi się też głowa - to mnie kurde martwi najbardziej... 

Kiedy rano obudził mnie ten ból brzucha zaczęłam przeczuwać, że łatwo może nie być. To taki mój "tajemniczy" ból brzucha. Nikt nie wie co to jest, a badań wykonanych miałam miliard. Ból taki tępy, przyczajony, promieniujący ciut na plecy, do zniesienia nawet, ale tylko do momentu jak nie rozkręci się na dobre i nie zaatakuje pełną mocą. Wtedy chodzę po ścianach, serio, to jakaś masakra jest. 

Tak więc kiedy rano obudził mnie ten "przedból", to w duchu modliłam się tylko, aby nie nastąpił "atak". Na szczęście nie nastąpił, a nawet wręcz przeciwnie zelżał całkiem do zera, potem dobre śniadanko, herbata, izo. No kurde, jakby znowu nic nie zapowiadało totalnej katastrofy, więc na linię startu podążałam w dobrym nastroju i wydawałoby się, że formie należytej też.

A tak fajny numerek, że do góry nogami i od tyłu nawet działa.
No właśnie. Jakie to ja oczekiwania miałam odnośnie tego biegu! Że siła i wytrzymałość w górach zrobiona myślałam. Że ostatnio męczone interwały prędkości światła mi dodały, myślałam. Że zdrowo się odżywiam i prowadzę przecież, myślałam. To muszą być efekty i będzie dobrze! I że średnie tempo (oj, głupia) 4:21-4:25 być w takim razie musi! Myślałam. W końcu najszybszą półmaratonką we wsi jestem myślałam. Nie mogę dać ciała. Myślałam...
I jeszcze przecież ci Korsarze tacy dobrzy.

Bez walki
Pierwszy kilometr gnam więc z tłumem próbując znaleźć sobie miejsce w szeregu. Jest dobrze. Drugi kilometr, lecę ciut za szybko nawet wręcz zwalniam celowo, też więc nieźle. Trzeci kilometr, coś jakby ciężej, ale spokojnie Bo, bez paniki, przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo, wytrzymasz to tempo do mety i będzie git. Czwarty kilometr, oj naprawdę jest ciężej. A im więcej wkładam starań, by gnać do przodu, tym gorzej to wszystko wychodzi. A jeszcze Andrzej drze się, że pamiętaj Booo, Korsaaarze...

Niedobrze. Zaczyna mnie zatykać, coraz trudniej mi się oddycha, a nogi ważą już po 100 kg każda. WTF? Co jest? Totalnie opadam z sił, a w głowie pojawia się myśl o zejściu z trasy... Nieźle. Tymczasem zanim dotrze do mnie, co się tak naprawdę ze mną i dookoła dzieje, patrzę - a ja przechodzę w marsz. Idę sobie kurwa! Spaceruję na piątym kilometrze biegu na dychę! Noo, tego jeszcze nie grali. 

Tu akurat biegnę. Ale nie za długo...
Gdzie twoja głowa Bo? Gdzie twój legendarny upór i osławiona walka do końca? Gdzie twoja żelazność, ambicja, chęć chcenia? Gdzie? Nie znajdując odpowiedzi na te pytania, próbuję się jednak jakoś w sobie zebrać i ciągnąć do przodu. Ale jakbym miała mało problemów, to odzywa się brzuch. Ściska, tłumi, boli. Marzenia o życiówce, ba o jakimś godnym wyniku nawet, szybko zamieniają się w marzenie o przeżyciu. Niech to się już skończy! Nienawidzę. Boli mnie. Mam dość. Nawet iść mi się nie chce, bo wiem, że marsz wydłuża tylko moje cierpienia. Truchtam zatem, byle do przodu, byle do mety, do końca. Czasem wprawdzie, niczym łabędź, choć bardziej jakby brzydkie kaczątko, zrywam się na 100-200 m, potem jednak znowu opadam z sił i człapię. Niedobrze mi. Porzygam się. Serio zaraz to zrobię, ale jaja. Noo i zrobiłam! Pierwszy raz w życiu "ulało się temu biegaczu" i porzygałam się na biegu. Czy z powodów brzusznych czy zmęczeniowych wciąż nie wiem, acz stawiałabym również na ogólne czynniki rezygnacyjno-zwątpieniowe, wszak na poważnie popsuła się mi przecież głowa. Przyczyny przyczynami, ale grunt, że idealnie odzwierciedlało to mój stan, stosunek do biegania oraz podejście do ambitnych planów i wizji ścigania. Jeden wielki odruch wymiotny. 

Końcówka biegu bez żadnej historii. Bez walki, bez radości, bez satysfakcji. Bez wszystkiego tego, za co kocham bieganie! Z czarnym asfaltem za to przed oczami. Choć szczerze, to ja wcale nie jestem już taka pewna tego uczucia...

Ława oskarżonych
I choć chciałabym o tym biegu i towarzyszących mu złych emocjach (średnie tętno 182, a maksymalne 191 bpm) jak najszybciej zapomnieć, tak jednak wciąż siedzi mi w głowie oraz kotłuje się lista potencjalnych winnych. 

Por. Być może się czymś zatrułam, czego potwierdzeniem mogą być dalsze pobiegowe sensacje, w szczegóły których nie zamierzam tutaj nikogo wtajemniczać. Być może porem się zatrułam, to jedyna "nowa" rzecz, jaka pojawiła się na stole w przeddzień biegu. Albo czymś innym się zatrułam? Niż porem. Zdarza się. 

Motylek. Być może zamęczył mnie na basenie motylek taki jeden. Tak, wciąż katujemy się z motylkiem nawzajem i wciąż nie wiadomo kto wygra... Ja oczywiście mam świadomość, że styl i technika, a nie siła zrobią ze mnie motyla, ale nie oszukujmy się. Trochę się jednak człowiek omęczy i sporo sił w tej wodzie zostawi. Że nie starcza ich potem na przebiegnięcie dyszki. 

Brzuch. Ten mój tajemniczy ból brzucha, który ponoć może być też nerwobólem. Raz przed półmaratonem to tak mnie dorwało, że pół nocy w szpitalu spędziłam, a potem i tak okazało się, że nic. I że pewnie sobie wymyślam. Ale teraz nie denerwowałam się jakoś specjalnie przed tą dychą, więc sama nie wiem. Choć zapewne dość ambitne plany startowe mogły mnie nieświadomie wpędzić w ten zagrażający życiu stan poddenerwowania i stresu.

Korsarze. Cóż. Wizja 5 kg Korsarzy potrafi spalić każdy start. Następnym razem będę mądrzejsza i nie zrobię pierwszych dwóch kilometrów w tempie 4:15 :)

28.10.2014

Gwałt na motylku

Szczerze? Nie sądziłam, że się uda. A już na pewno, nie tak szybko, choć i tak zeszło trochę, bo prawie dwa miesiące... Do tej pory wszyscy, którzy pływali motylem wydawali się być nadludźmi dla mnie jakimiś, kosmitami. Jak oni te ręce z wody wyciągają? Jak można napędzać ciało ruchem takim glizdowatym, na dodatek z jakby związanymi kończynami? Jak im się ta woda do nosa nie wlewa. No ale przede wszystkim te ręce! Przecież to nawet na sucho ciężko tak nimi na okrągło machać. A co dopiero płynąć i to jeszcze ach jak pięknie... Bo motylek to chyba jeden z najpiękniejszych stylów pływackich jest, stwierdzam. A pod wodą jak bajecznie wygląda, widzieliście? Tak naprawdę to dopiero wówczas dokładnie widać całą tę finezję ruchów, opływowość, zwinność i lekkość. Ach.

Ale jednak się uparłam. Jak to kiedyś ktoś mądrze powiedział "Aby osiągnąć to, czego jeszcze nigdy nie osiągnąłeś, musisz stać się kimś kim jeszcze nigdy nie byłeś". Postanowiłam więc zostać. Motylem. 

BO ja chyba jednak lubię mieć jakieś cele. Mieć sprofilowany kierunek działań, wiedzieć "po co", a nie tylko "jak", czuć ten powiew ekscytacji, gdy zaczynam powoli doganiać królika lub też wkurw gdy nie wychodzi, ale następnym razem to już kurde wyjść musi! Bo cel nadaje sens? Bo sens wynika z celu? A może i nie tak. Albo całkiem na odwrót...

Łotewa. Postanowiłam nauczyć się pływać motylkiem. Dla siebie tak, dla satysfakcji. Po prostu. I tak pod okiem tj. okularkiem oraz przy anielskiej cierpliwości najlepszego instruktora pływania ever, rozpoczął się cykl rozwojowy BOtyla. Ktoś inny rzekłby, że dokonano brutalnego gwałtu na biednym i ślicznym motylku, ja jednak - pozwolicie - trzymać się będę tego pierwszego sformułowania. 

Oczywiście nie była to systematyczna i ciągła nauka. Albo poranny leń utrudniał zwleczenie się z wyra na basen, albo pobieszczadzkie zmęczenie odbierało siły na jakąkolwiek aktywność. Poza tym. Nie oszukujmy się, nie da się całą godzinę tłuc tego samego! Nawet ja, w całej swej boskości, ambicji, konsekwencji i heroiczności takich rzeczy nie zdzierżę, więc na naukę poświęcałam średnio 15-20 minut podczas każdej (lub też nie każdej) pływackiej sesji na basenie. Powiedzmy, że wystarczyło. A już na pewno było w sam raz, aby mi tego motyla nie zbrzydzić, współtowarzyszy na torze nie rozśmieszyć na śmierć, a instruktorka nie doprowadzić do szewskiej pasji.

Najpierw więc faza gąsienicowatości. Żmudne i męczące ćwiczenia na nogi. Oraz wizualizacja skakania przez ogniste obręcze w cyrku. Z deską wpychaną rękami pod wodę, z deską między nogami, bez deski. Ręce do strzałki lub luźno, ale brońborze do żaby, bo złe nawyki. I to uczucie rozczarowania, gdy ściągasz płetwy i totalnie nic nie wychodzi, a ty mimo, iż ze wszystkich sił starasz się "falować" i przemieszczać do przodu, tak naprawdę stoisz w miejscu. I nic. 

Potem gąsienica zmienia się w poczwarkę i próbuje do tego wszystkiego dodać ręce. Łomatko! Teraz to dopiero cyrk. Kombinacje z rękami do kraula, niekontrolowane zachwiania równowagi (stabilizacja głupcze!), totalny brak tchu i zmęczenie, a tu dopiero połowa basenu i to jeszcze kurde ta mniejsza. Dobrze też, że poczwarkę naszą Zarząd Basenu kosztami nie obciążył, bo spokojnie podczas 10 minutowego ćwiczenia kilka litrów wody wypijała sobie. Spryciula. A potem znowu ta nieszczęsna pustka, gdy próbuje wszystko powtórzyć bez płetw. I nic. 

Ale dzielna poczwarka nie poddaje się i walczy nadal. Ćwiczy, faluje, oddycha, pije. Do pĄpek wraca nawet, bo a nuż coś pomoże, znowu faluje i ćwiczy. Pije. I - uwaga - stopniowo zaczyna kumać! Wyczuwa rytm, zależność pomiędzy ruchami, zbawienny wpływ prędkości. I te ręce proste nad wodę unosić się już udaje (choć prawa ponoć nadal ciut zgięta)! I falowanie wychodzi. Ba! Bez płetw wychodzi nawet! Radość niezmierną sprawia! Szczęście daje! :) I całą długość basenu prawdziwym, pełnym stylem przepłynąć już umie, choć przy bandzie trup, ale za to długość, za długością ciut mniejszy. Gąsienica powoli przeistacza się imago! Czy wszyscy widzą? W dorosłą postać motyla rozwija się to nasze kaczątko brzydkie. W dorosłego motyla!

No!!! Też się jaram!!! Choć wiem, że jeszcze mnóstwo pracy przede mną oraz miliard nudnych i trudnych ćwiczeń. Wytrzymałość, technika (te zwłaszcza), szybkość. Ale najważniejsze się już chyba dokonało. Ogarnęłam tego motyla!!! I polubiłam!
Rzecz jasna, z wzajemnością :)  

16.10.2014

Maraton Bieszczadzki. Ten głos...

Gdy tak jadąc wesołym saabem w Bieszczady, spokojnie, bez stresu i na luzie, a więc gdy tak w trakcie podróży, gdzieś w okolicach Brzozowa padło stwierdzenie, że patrz Bo, to mniej więcej tyle jak stąd do domu masz jutro przebiec, to zrobiło mi się słabo. SŁA-BO! Chyba wtedy tak na serio i na poważnie, uświadomiłam sobie, jak długie jest to 53 km. Dłuuugie no, psia jego mać. A ja zamierzam to kurde jutro przebiec, nie przejechać i to jeszcze po górkach, chaszczach i lasach. 

I chyba tak naprawdę to ja do samego wystrzału startera, a może i do momentu przekroczenia linii mety, nie wiedziałam na co się porywam i do czego biorę. Na szczęście w życiu też tak czasem bywa, że nieświadomość i niewiedza pomaga. Rzadko bo rzadko, ale akurat w tym przypadku zadziałało. I wyszło. Nawet całkiem fajnie wyszło, ale od początku. 

Wiedziałam, że nie jestem przygotowana na ten bieg. Ba. Zaryzykuję stwierdzenie, że rok temu, przy mojej ówczesnej napince i pedantycznym niemalże podejściu do planów i treningów, to rok temu z moją obecną formą i miniaturkowymi słupkami na endo, to ja bym w tym ultramaratonie wcale nie wystartowała. Ale ponieważ zaszły zmiany ;) i ponieważ nie chciałam, aby z powodu głupiego tytanu przepadło mi już trzecie wpisowe w tym sezonie, zdecydowałam się pobiec. Poza tym Bieszczady, heelloł, więc wiadomix. 

A skoro więc mam pobiec, zaczęło się myślenie. Jak rozłożyć siły na 53 kurde kilometrach oraz jak monitorować stan swej (nie)mocy, przecież tu nie ma tak łatwo jak w zwykłym maratonie, że włączę tempomat i gnam. Które butki brać, czy bardziej te na kamienie, ale ciut mniejsze, czy speedcrossy na błoto, ale mocno już zbiegane, więc czy wytrzymają. Ile żeli, skoro na trasie mogę spędzić nawet 8 godzin i czy tylko żeli, bo może jeszcze bułkę grzmotnę, a jeśli tak to z czym. Kurtkę do plecaka? Telefon? Oksy? A czapkę szczęśliwkę z daszkiem czy może jednak buffa. Na szczęście na pytanie najważniejsze, w co się tego dnia ubrać, odpowiedź była prosta, więc jeden problem z głowy. Oczywiście, że w pĄkoszulkę! Zaczęło się też karboładowanie. Ooo, przyznam, że to szczególnie wzięłam sobie do serca, a raczej do żołądka. Pierwszy raz w życiu zjadłam tego samego dnia (w sobotę) makaron na śniadanie, obiad i kolację :)

Między nami pĄpkinsami tuż przed startem.
Z Michałem po lasach i łąkach oraz Błażejem Suchą Szosą.
Nie znając siebie na tak długich dystansach i nie wiedząc czego mogę się spodziewać, strategię na swój pierwszy bieg (mini)ultra streścić mogę w siedmiu punktach. 1. Biegnij za wolno, potraktuj ten bieg rozpoznawczo i na lajcie. 2. Nie słuchaj tego głosu. 3. Pokora! Nie cwaniakuj, nie szarżuj, nie popisuj się, 4. Nie wypierdziel się, nie połam. 5. Nie zgub. 6. Jedz i pij. 7. Baw się dobrze! Pewnie wszyscy umierają z ciekawości, co to za głos... Spokojnie, wszystko w swoim czasie, czytajcie dalej, akcja się rozwinie :) 

Zero i jedynka z przodu
Całkiem fajne te biegi ultra, nie? zagadałam do Błażeja Suchą Szosą w okolicach 8 km. Hahaha. Tylko jakby przereklamowane trochę, bo gdzie te halucynacje i omamy... dodałam. Haha, pożartowali sobie ("pogadamy i zobaczymy po 35 km" odpowiedział Błażej) i pobiegli dalej... Tak właśnie na luzie, towarzysko i dość powoli przebiegały pierwsze kilometry Maratonu Bieszczadzkiego. Niestety asfaltem, ale za to z "kolorkami", które swym miedzianym i żółtym odcieniem pięknie komponowały się z błękitem nieba. Jesień w górach to ja love. Chyba tylko zima jest fajniejsza, pod warunkiem, że jest śnieg i nie marzną stópki.

Błażej, nie zostawaj z tyłu! Fot. Grzegorz "Wasyl" Grabowski 

Może to pod wpływem właśnie tych kolorków oraz uśmiechniętych i niczym niestrudzonych ludzi dookoła (pozdrawiam) realizacja pkt 1 przebiegała wręcz idealnie. Poza tym ustawiłam się na końcu całej stawki więc naprawdę biegłam wolno. Bardzo wolno. Za wolno. Trener rzekłby perfekcyjnie, ale mi zaczynało się nudzić... Za spokojnie kurde przesuwał się ten krajobraz.

Więc zaczęłam przyspieszać. Na początku tylko na zbiegach, potem również na wypłaszczeniach, a potem rzecz jasna, pod górkę oczywiście też. Chyba się rozgrzałam :). I po pierwszej dyszce, która w zasadzie przebiegła bez jakiejś specjalnej historii, zaczęła się zabawa. Wreszcie las, wreszcie ścieżki i górki, wreszcie się coś dzieje. Wreszcie zbiegi! Z drogi śledzie! Król Julian jedzie! Lewa woolna! Fu, fu, fu, fu! Bosko. Ktoś tam krzyknął nawet, jezzzu tylko się nie pozabijajcie - tak bardzo gnaliśmy z Błażejem w dół. Borze, jak ja to uwielbiam! Gdyby nie fakt, że przebiec miałam jeszcze ponad 40 km włączyłabym czasowstrzymywacz, tak było wspaniale, ale jednak wolałam, aby wskazówki Garmina przesuwały się do przodu.


I tak w okolicach 15 km po raz pierwszy odezwał się TEN głos. A gdyby tak pościgać się jednak? Hę? A gdyby tak nie zaciągać hamulca tylko gnać, skoro niesie, a zmęczeniem, kryzysami i odcięciem sił to pomartwić się jutro? A gdyby tak dać z siebie wszystko i pójść w trupa? Na razie chichutko się ten głos odzywał, szeptem niemalże, ale im stromsze zbiegi, im więcej ludzi i kobiałek wyprzedzonych, im bardziej ogniste kurwiki w oczach, tym w mojej głowie działo się coraz głośniej.

Goń ją! Wyprzedź tamtego! Wyciągaj te kopyta do przodu, w końcu niech się na coś przydadzą! Ścigaj się! Wyprzedzaj! Tak! Jesteś nienormalna! (ale do twarzy ci Bo z tym). Jesteś!

Dwójka z przodu
Od 17 km zaczęłam liczyć wyprzedzone przeze mnie dziewczyny. Panów też próbowałam zaliczać, tfu zliczać, ale szybko zgubiłam rachubę. A głos swoje. I to coraz głośniej. Że run Bo! Biegnij! Gnaj! Wiedziałam, że tempo jest szybkie, za szybkie (!), zdecydowanie za szybkie (!!!), ale jakoś nichuchu nie udawało mi się zwolnić. I tylko ta dziwna, wszechogarniająca i dzika przyjemność jazdy na rollercoasterze: góra-dół, góra-dół, góra-dół. Aaaa! Złapałam Tomasza i starałam się trzymać jego (mocne) tempo. A on nie dość, że szybko, to jeszcze z przysiadami i skłonami. WTF? No, zbierał chłopak puste opakowania po żelach... Wstydźcie się biegacze! Wstyd i hańba! "W domu na dywan też tak rzucacie?" Tak bardzo ciąży kawałek plastiku, że nie można wsadzić go w kieszeń i wyrzucić na punkcie? Z pewnością waga i objętość innych gadżetów, kijków, daszków kompresyjnych, telefonów i ajpodów, którymi jesteście objuczeni, nie pozwala wam dźwigąć jeszcze kilku gramów? Biedactwa...

W okolicach 22 km Tomasz pyta na jakim biegnę tętnie, bo on na 150. O-oł. Nie powiem. Bo jak zobaczyłam, że na 175 bpm, to tylko powinszowałam sobie geniuszu. Oj, będziesz Bo ómierać, będziesz. A tymczasem nim się obejrzałam i wyrwałam z zadumy, jak to ja szalona znowu biegnę zbyt szybko, spostrzegłam, że zostawiłam Tomasza za sobą. A przede mną znowu jakaś babka w fioletowym. Przecież nie zostawię jej tak bez wyprzedzenia, rajt? :)

Kolorki... Fot. Mirek
Na drugim punkcie odżywczym łykam sprawdzoną już zimną colę i porywam jakiegoś powerbara. Są też bułki, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś gryźć i przełknąć. Bazuję na żelach, batonach z Biedronki, wodzie i vitargo w bidonach. Z jedzeniem jest chyba u mnie ok. Na tym etapie tasujemy się też z taką jedną dziewczyną w czerwonym. Raz ona z przodu, raz ja. Widać, że jest pro. Bez plecaka i na krótko. Ładny krok, niczego sobie łydka, ciągnie za sobą kilku panów, chyba ją sobie odpuszczę, za wysokie progi.

Zwalniam więc, uspokajam oddech, odpuszczam tę rywalizację oraz chłonę otoczenie i zerkam na Garmina kiedy to już będzie ta upragniona...

Trójka z przodu
No, czyli jakby półmetek mamy już za sobą. Całkiem ładnie dajesz Bo. Teraz "tylko" wytrzymaj do mety. Dziękibogu nie było jakiś wielkich szans na przyspieszenie, bo zaczęło się pionowe podejście pod Berdo. Teoretycznie nie było wielkich szans, ale oni wszyscy tak strasznie kurde wolno szli! No po prostu musiałam :) Fu fu fu! Ręce na kolana i lufa do góry. Wyprzedziłam (ha!) tę w czerwonym i jeszcze jedną z kucykiem oraz całą masę fajnych męskich łydek. Oj panowie, ktoś tu chyba odpuścił treningi w ramach Schoding Pąpkins?

A nie wiem czy wiecie jak to jest z tym wyprzedzaniem. Ochota na jego czynienie wzrasta proporcjonalnie do liczby miniętych osób. Więc to nie jest tak, że ja jestem nienormalna. To jest po prostu siła wyższa, jakaś ogólna zasada rządząca wszechświatem, więc dlatego. Jej uległam.

Biegnę sobie. Fot. Grzegorz "Wasyl" Grabowski
Ale ale. Żeby nie było, że ja nie czułam zmęczenia. Jasne, że tak. I to coraz bardziej! Zaczęły boleć mnie kolana i uda, jakoś tak dziwnie paliły też pośladki oraz doskwierały plecy. Plecak mnie obtarł na szyi (mam teraz prawie jakby dwie malinki), stopy, a raczej palce u stóp też o sobie przypomniały. Skończyło się vitargo, na wykończeniu była woda, wciągnęłam kolejny żel i batona. Przestały cieszyć widoki. Oby tylko do punktu odżywczego, a potem oby tylko wreszcie pojawiła się ta wyczekiwana czwórka z przodu.

W Roztokach na punkcie przemili wolontariusze szybko napełnili mi bidony wodą i izotonikiem. Dziękuję. A ja standardowo rzuciłam się na zimną colę (mniam) i marszem ruszyłam do przodu. Asfaltowa droga pod górę (jej fragment pokonywaliśmy jakieś 20 km temu) nie zachęcała specjalnie do sprintu. Więc świadomie pokonywałam ją Gallowayem. Do znaku marsz, od znaku do brzozy truchtem. Do zakrętu marsz, a potem do mostku znowu truchtem. I tak dalej. Żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, więc nie miałam przed kim uciekać ani kogo gonić, mogłam spokojnie przemieszczać się do przodu. Ale kiedy do cholery będzie ta nieszczęsna....

Czwórka z przodu?
Była. Na szczycie Okrąglika, do którego wiodło kolejne zajebiście trudne i pionowe podejście. Oj bolało. Tam to bolało naprawdę bardzo bardzo. Za szczytem było już ze mną źle i... zaczęłam się rozklejać. Poczułam dziwną niemoc, podobną do tej w drodze na Śnieżkę. Jakby żal mi się siebie samej zrobiło i szkoda... Pojawiły się łzy, trudności z łapaniem oddechu, drżąca broda. Bidulka. Dziś już wiem, że chyba właśnie w ten sposób reaguję na kryzysy na dłuższych dystansach. Po prostu mam ochotę usiąść i ryczeć. Na dodatek byłam sama i ta pustka niewątpliwie potęgowała smutek, apatię i niemoc. Brakowało kogoś, kto by mnie pociągnął (jak Wybiegany w Karko), brakowało impulsu, brakowało kopniaka w dupę lub chociaż jakiejś marchewki. Ale jedno wiedziałam! Choćby tiptopami, choćby na czworakach, choćby czołganiem nawet, ale dociągnę się jakoś do tej mety. I zmieszczę się kurde w limicie! Zrobię ten ultramaraton. Szłam więc sobie powolutku, coś tam potruchtałam czasem, wysiąpałam nosa, znowu szłam... Chlip chlip. Bidulka.

Gdzieś na trasie (kolorki!). Fot. J. Błasiak-Wielgus
Aż znalazłam się na jakiejś przełęczy, gdzie grzecznie powiedziałam mijanej turystce dziędobry. I nagle usłyszałam drugi kobiecy głos za mną, że owszem bardzo dobry. Oglądam się, a tam! Nie! Nie! Nie! Ta dziewczyna w czerwonym! Jak ona skubana mnie dogoniła? Kiedy to się stało? Dlaczego? I jeszcze się tak serdecznie i szeroko do mnie uśmiecha. Zołza... :)

Jak ręką odjął minęły mi wszystkie kryzysy! W miejsce bólu i udręki pojawił się znowu ten pieprzony głos. Run Bo! Uciekaj! W jednej chwili normalnie! I niczym Feniks na nowo rozpostarłam skrzydła i pognałam w dół. Na szczęście było w dół, bo w tym wiedziałam, że mogę mieć przewagę. Jezzzu, jak ja tam leciałam z górki na pazurki! Jak wyprzedzałam wytrzeszczających oczy chłopaków po drodze! Jak mi się kolana prawie w drugą stronę na zbiegach wyginały, a palce u stóp niczym drobne w skórzanej podkówce obijały o przód butów. Postanowiłam się nie oglądać (pamiętaj Bo, powiedział mi ktoś kiedyś, oglądanie się za siebie to oznaka słabości), tylko pruć do przodu. Tak bardzo pruć, że dogoniłam kolejną dziewczynę (w pomarańczowym tym razem) i wyprzedziłam ją na podejściu.

Kiedy wreszcie będzie ta piątka z przodu? 
45 km. Mijani turyści mówią, że jesteśmy szósta (ja) i siódma (ona, ta pomarańczowa) kobiety w tym całym maratonie. Okurde, no to faktycznie dałam do pieca. Szok i niedowierzanie! Mogę być szósta! 46 km. Auć. Na szczęście jest cały czas w dół. Serio, jakbym miała biec po płaskim nie dałabym rady. 47 km. Kątem oka widzę coś pomarańczowego za sobą, więc znowu podkręcam tempo. Jak ja to robię, skąd mam tę siłę, naprawdę chyba jestem kosmitką, a już na pewno kosmiczną moc z niewiadomych źródeł pozyskuję jakoś, bo przecież ómieram, a jednak gnam. 48 km, biegnę i ocieram łzy. Nie wiem skąd i dlaczego nagle znowu łzy, ale kurde psują mi one widoczność! 49 i 50 km. Leeewa wolna i wyprzedzam kolejnych panów. 51 km i jakaś rzeczka. Oglądam się, a tam? O nie! Nie! Nie! Nie! Znowu ta w pomarańczowym! Metr za mną! Ktoś się tam chyba nieźle na górze bawi serwując nam taką rywalizację na koniec. Dziewczyna nie odpuszcza i walczy nadal. Twardzielka. Chyba się kurde poddam, mam dość. Po co ci to Bo? Po co? Rzutem na taśmę daję jednak susa susów przez tę rzeczkę i potem równie podobnym wieloskokiem gnam w kierunku dmuchanych bramek i mety. Brakuje mi tchu, nie mogę oddychać, zrywam pulsometr bo zaraz się uduszę. Oglądam się za siebie, w dupie mam już wszelkie oznaki słabości. I... Widzę tylko złotą polską jesień. Żadnej pomarańczy. Cisza. Nie ma jej? Odpuściła... A wystarczyłoby, aby dziewczyna powalczyła 10 metrów więcej i to ja z pewnością powiedziałabym pas. Naprawdę leciałam na oparach...

Nie wiem w sumie, czy przebiegłam czy przeszłam linię mety. Mam tylko nadzieję, że nie na czworakach było i że na kolana to padłam dopiero za kreską. Nie, nie popłakałam się. Najpierw musiałam przypomnieć sobie najważniejsze czynności życiowe... Ale po kilkunastu sekundach - zaczyna rodzić się nowa, zajebista tradycja - jak w kreskówce poryczałam się jak bóbr.

I choć trochę głupią i nierozsądną (po co ci Bo to ściganie, po co?), ogłuszoną TYM głosem oraz półprzytomną na mecie, to jednak jestem wojowniczką! Najprawdopodobniej z 9 paznokciami u stóp, piekielnym bólem i zmęczeniem w środku, ale kurde jestem nią! Nie wiem po co i dlaczego (nie pytajcie), ale jestem.

Z czasem 6:14 wywalczyłam szóste (ostatnie z nagradzanych) miejsce w open kobiet (i trzecie w K30, ale się dublowało), 69 (!) wśród wszystkich zawodników (na 464 sklasyfikowane sztuki). O 13 sekund wyprzedziłam siódmą dziewczynę na mecie, o minutę ósmą. Słaaabo, co? :) Stałam na scenie obok najszybszych kobiet Maratonu Bieszczadzkiego. Otrzymałam zajebistą wielką statuetkę, 200 zł, buffa i lawendowy krem Oriflame do ciała. No czyż nie jestem? ;)

Jej wysokość z trofeami i koleżankami na scenie :) 
Góry góry góry
No uwielbiam, co się będę powtarzać. Za to poczucie wolności, przestrzeni i powietrza. A Bieszczady z tą swoją "miękkością", łagodnością oraz równoczesną dzikością i drapieżnością są w tym względzie wyjątkowe. A jesienią - epickie i wyjątkowe podwójnie.
Sam Maraton Bieszczadzki zorganizowany perfekcyjnie. Choć ciut szkoda, że jednak większość trasy przebiegała lasem i nie dane nam było cieszyć się wszystkimi pięknymi widoczkami. I jeszcze szkoda (muszę to napisać, bo zastanę w domu zmienione zamki), że w biegu towarzyszącym (14 km) źle oznakowano trasę i czołówka pogubiła się tracąc pewne szanse na zwycięstwo... :(
Poza tym naprawdę było super, szacuneczek dla organizatorów.

Czy biegi ultra to jest to
Szczerze? Nie wiem. Zwłaszcza, że 53 km to nie jest jakieś specjalnie wielkie ultra...
Stwierdzam jednak, że chyba nie mam w sobie tej pokory i cierpliwości wymaganej przy bieganiu długich dystansów. Zbyt łatwo daję się podpalać, za szybko ulegam biegowej euforii i gnam bez opamiętania. Zbyt pochopnie ulegam kryzysom, płaczę i daję ponieść się emocjom. Za wyraźnie słyszę ten cholerny głos. A może po prostu za bardzo cenię sobie swe paznokcie? ;) Nie wiem.

Na szczęście paznokcie odrastają, a ja potrafię i lubię się uczyć. I tylko wynaleźć muszę skuteczny sposób na zagłuszenie tego durnego głosu. (Hmmm, a może i go nie zagłuszać?)

BO - pssst - to być może dopiero początek mojej górskiej ultra przygody...

08.10.2014

Góry - zajawka milion! Memoriał Wojtka Kozuba

Dlaczego lubię bieganie po górach? BO nigdy nie wiem co będzie za zakrętem. BO widoki są boskie lub mgła czasem, ale też magiczna. (O ile oczywiście coś widzę, a nie lampię w dół, by się nie pozabijać na korzeniach lub nie poślizgnąć na innych atakujących znienacka trailowych niespodziankach). BO cały czas się coś dzieje. BO ludzie przyjeżdżają fajni, jacyś tacy mniej zmanierowani. BO błoto, bo kamienie, bo chaszcze. BO dostaję mocno (za mocno) w dupę. BO łydki fajne pooglądać można. BO kameralnie i na luzie jest, choć czołówka i tak zawsze z Melmac. BO góry to góry. Kropka.

Tak więc długo nie trzeba było mnie namawiać na start w kameralnym biegu poświęconym pamięci Wojtka Kozuba - alpinisty, biegacza, "Mężczyzny z pasją", który zginął w drodze powrotnej ze szczytu na Mont Blanc. Zawody już po raz trzeci organizuje jego żona ściągając w Beskid Żywiecki masę miłośników gór, wspinaczki i biegania. Zazwyczaj bieg wiedzie na Babią Górę, w tym roku, ze względów remontowych zmieniono trasę. Na (ponoć) ciekawszą, trudniejszą i ładniejszą. 

Ciekawa to ona była, a jakże. Zwłaszcza pionowe niemal podejście na szczyt Małej (dobre sobie, małej) Babiej Góry lub równie zapierające dech w ekhm... piersi raz kamieniste, a następnym razem błotne zbiegi. I tu dygresja. Mogę narzekać, że w tramwaju ciężko mi usiąść. Że w kinie czasem za mało miejsca na nogi. Że w samolocie - jeśli tylko pozwolą  - prawie zawsze przy awaryjnym siadam. Że długie spodnie ciężko mi niekiedy znaleźć, a kozaki kończą się w połowie łydki. Ale w górach te moje nogi naprawdę się przydają :) Z tą swoją długością. Na podejściach, że mogę sięgać co dwa kamienie lub trzy schody nawet. Oraz na zbiegach gdy puszczam je przed siebie od pięty nie blokując kolan, a one niczym w kreskówce furczą jak kołowrotek przemieszczając ciałko me w kierunku mety. Tak więc w górach, ujdą te moje nogi...

Ale nie o kończynach przecież chciałam, tylko o biegu. A więc znowu zajawka milion na bieganie po górach! A nawet dwa miliony, tak na mnie kurde działa ta sceneria, że zapominam o BOżym świecie i wszelkich  innych "założeniach startowych", że luźno ma być, treningowo i na lajcie. Bo z racji zbliżającego się ultraMaratonu Bieszczadzkiego tak właśnie chciałam pobiec - "na zaciągniętym hamulcu" - a tymczasem tradycyjnie poszłam w trupa i masz teraz baBO placek, a raczej ból (nie tylko istnienia) oraz zakwasy... Oj boli.

Tak było. Fot. T. Dzięgielowski
Już taka zblazowana ze mnie blogerka, że nie chce mi się opisywać kilometr po kilometrze całego tego biegu. Kto by chciał to czytać? Że tempo takie tu, a inne tam. Że najpierw delikatnie pod górkę, a potem kąty zdecydowanie zaczęły się powiększać.  Że żel zjadłam na 8, a może i 9 kilometrze, że tego wyprzedziłam, a potem tamtą i jeszcze jedną. A wodę to piłam ze źródełka. No kogo to interesuje? Kogo? Ale o tętnie to wspomnieć muszę bo się uduszę. Średnio 179 bpm! Czujecie? Noo, na podbiegach to ja naprawdę czułam, że mam serce. I że bić potrafi ono mocniej niż do Brada Pitta. Lub tam do kogoś innego.

Ciut się sponiewierałam na tym biegu. Blisko 1000 m przewyższenia w górę, i tyle samo w dół na dystansie 14,2 km potrafią dać w kość. Cieszy, że jakoś specjalnie nie dawałam się wyprzedzać, a nawet wręcz przeciwnie i viceversa :) I że na tych zbiegach, wszak z niewielką wciąż troską o wytrzymałość tytanu w paszczy, dawałam również radę. Ba. Kilka razy to prując w dół krzyczałam nawet "leeewa wooolna". Hehe, góralka się znalazła. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że z czasem 1:48 zameldowałam się jako piąta kobiałka na mecie (na 44 startujące!) i jeszcze tytuł drugiej w najlepszej kategorii wiekowej zdobyłam. Drewniany medal, chwila chwały, dyplom i buff - tym razem więc bez szaleństw, ale przecież nie o to w tym wszystkim biega...

Co tam mój promienny uśmiech. Mina dziewczynki (córki Wojtka) po prawej :) Fot. T. Dzięgielowski
I jeszcze przerwa na odrobinę wzruszeń. To niezwykłe, że w taki radosny sposób czcić można pamięć ukochanej osoby, której już nie ma. I nigdy nie będzie. I że wokół niej oraz wspomnień z nią związanych, skupić tylu pozytywnie zakręconych ludzi podzielających pasję i miłość do gór. Z jednej strony był to bowiem zwykły górski bieg. Z wpisowym, numerkiem na klacie i wodą za linią mety. Z drugiej jednak, zwłaszcza po wstępie, że pamiętajcie, będziecie biec jedną z ulubionych tras Wojtka i jego duch z pewnością gdzieś tam jest, był to bieg inny niż te, w jakich do tej pory brałam udział... Nawet o przemijaniu i kruchości tego wszystkiego pomyśliwałam sobie w trakcie. No, serio o tym myślałam.

I tylko szkoda mi trochę, że głupia Bo dała ponieść się emocjom i jednak nie pobiegła bardziej zachowawczo. I teraz ciut zmęczona jest i niestety marnie widzi udaną regenerację przed Maratonem Bieszczadzkim.

A to już w tę niedzielę! Omamo! Aż 53 km z łącznym przewyższeniem ponad 3000 m! Słabo mi, zwłaszcza że przez miniony miesiąc nie przebiegłam więcej niż 200 km. Na szczęście wiem, że widoki będą boskie, lub mgła czasem, ale też magiczna. Że cały czas będzie się coś działo. Że ludzie przyjadą fajni, jacyś tacy mniej zmanierowani. Że pewnie błoto będzie, kamienie i chaszcze. I na 100% dostanę mocno (za mocno) w dupę. I że łydki fajne pooglądam sobie. Hopsa. BO przecież kurde jadę w góry biegać! Więc zajawka milion. A kciuki to trzymać obowiązkowo. Dziękuję. Kropka.

23.09.2014

Z pamiętnika derektorki triathlonu...

Drogi pamiętniczku. Przepraszam, dawno do ciebie nie zaglądałam, ale naprawdę strasznie, ale to ogromnie zajęta byłam organizowaniem triathlonu. Jak już wiesz (na pewno coś wspominałam) dołączyłam bowiem do ekipy tworzącej dwudniową imprezę sportową w Bieszczadach pod nazwą Zaporowy Maraton (20-21 września 2014), gdzie odpowiedzialna byłam za tri oraz całą marketingowo-pijarową otoczkę.

Joj, drogi pamiętniczku, ile to roboty jest przy takim triathlonie!!! Nawet sobie nie wyobrażasz. Ja wcześniej też nie, a przecież niby triathlonistką jestę, startuję, jeżdżę po zawodach, relacje czytam, komentuję, a i sama organizowaniem różnych innych iwentów też się - bywało przecież - parałam. Ale triathlon to jest totalne premier ligue wśród jakichkolwiek chyba zawodów ever. A i tak większość roboty zrobili chłopcy (Tomek, Łukasz, Janusz - szacuneczek i podziękowania) na miejscu w Bieszczadach. Począwszy od pozwoleń (dziesiątki spotkań, setki pism i maili, tysiące telefonów), woprów, goprów, służb porządkowych i medycznych, sponsorów, brokerów ubezpieczeniowych, wolontariatu, poprzez taśmy, bojki, motorówki, tojki, bramki, kubki, wodę na punkty, żurek na metę, koszulki i medale, na zakupie wykładziny, zrobieniu stojaków na rowery, znakowaniu trasy, ba - opracowaniu trasy (!), promocji tego wszystkiego gdzie tylko się da i masie innych najprzeróżniejszych rzeczy skończywszy. A to i tak nie koniec. Bo oczywiście zawsze się potem okazywało, że "przecież jeszcze kurde o tym zapomnieliśmy..."

Najpiękniejsze triathlonowe fotki ever. Start z Zapory Myczkowskiej Fot. Mateusz Iwańczyk
Ale doszłam do wniosku pamiętniczku drogi, że z tym triathlonem to tak jak z prezentami. Super je dostawać, ale jeszcze fajniej dawać. Jak się człowiek cieszy jak głupi, gdy uda mu się coś załatwić. I sprawić komuś radość. Jak fajnie jest planować, wymyślać, błądzić, szukać, a potem - eureka! - wspaniałomyślnie znajdować rozwiązanie. Jak wiele się dzieje, gdy czasem puszczają nerwy, jak człowiek ma naprawdę dość, jak wyłącza telefon (ups, zdarzało się, ale tylko na momencik) i jedyne o czym myśli to rzucić to wszystko i... wyjechać w Bieszczady :) Jak gorąco się robi już podczas zawodów, gdy ktoś tam się skarży, schodzi z trasy lub niedajborze na niej gubi... Oj, nieciekawe to jest. Albo jak zaczyna padać deszcz. Niefajnie. Ale postanowiliśmy z chłopakami sobie jedno. Robimy wszystko najlepiej jak się da, na maksa robimy ten Zaporowy, ale również, pamiętamy, aby się przy tym wzajemnie nie pozabijać. Udało się :) Żyjemy!

Co robi Bo? Fot. Mateusz Iwańczyk
I muszę ci powiedzieć drogi pamiętniczku, że mimo, iż czuję lekkie zmęczenie, to przede wszystkim jestem dumna i zadowolona. Bo ponoć fajna impreza nam wyszła, wg niektórych zajebiście było, a wg innych, jeszcze lepiej nawet! Hopsa! I nasze drobne niedociągnięcia utonęły w morzu sportowych endorfin, satysfakcji na mecie, sumie przewyższeń oraz w tym sławnym bieszczadzkim błocie (nie, nie dało się poprowadzić trasy inaczej, a raczej sami tego nie chcieliśmy, koniec kropka) oraz przepadły w dodających emocji dziurach w podjeździe na Jawor. I jeszcze ponoć - taki był kurde zamiar! - fajny klimat stworzyliśmy. Towarzyski, na luzie taki, bieszczadzki... (i wcale nie pod wpływem piwa na mecie). Który w połączeniu z ekstremalnym (naprawdę było ciężko!) wysiłkiem na trasie, zmienną aurą dookoła, tlącymi się ogniskami w strefie mety, "ruską banią" i wieczornymi koncertami w deszczu dało mieszankę iście wybuchową i niezapomnianą. W triathlonie na trzech dystansach (1/2 IM, 1/4 IM, 1/8 IM) wystartowało łącznie ponad 120 osób! Imaginujesz to sobie pamiętniczku? Z całej Polski zjechali, a niektórzy to i nawet ze Zgorzelca! O!

Czy ktoś się jeszcze waha czy przyjechać na Zaporowy Triathlon za rok? Fot. Mateusz Iwańczyk
Mam nadzieję, że ci co nam zaufali, nie zawiedli się i wyjechali z Orelca nie tylko z pięknym medalem, ale również z masą pozytywnych wrażeń, wspomnień oraz nowych znajomości (nie tylko ekhm ze mną...). Jak myślisz, pamiętniczku? Spodobało im się? I jeszcze mam nadzieję, że góry dały im popalić (hehe!) i zweryfikowały wyobrażenia o tej kosmicznej formie, mocnej łydce i braku strachu na zbiegach. Taka poniewierka z pewnością nikomu nie zaszkodziła, a nawet wręcz przeciwnie... I że będą chcieli wrócić. Zechcą, nie? By się odegrać i wyrównać rachunki z Jaworem lub Kozińcem, ale także by znowu przeżyć fajną, górską przygodę i spotkać się z innymi świrami, dla których nie zawsze najważniejsza jest waga sztycy czy kształt bidonu oraz liczba funkcji w zegarku. 

Bo przecież - i ty pamiętniczku wiesz to chyba najlepiej - nie o to w tym wszystkim chodzi, rajt? Dlatego chyba ten Zaporowy tak się nam udał :)  Dzięki ekstremalnej trasie i dzięki fajnym ludziom.

To NIE była nagroda główna ;)
W Zagrodzie Magija, gdzie usytuowana była meta triathlonu. 
A propos udania się. To czy wiesz, drogi pamiętniczku, że w niedzielę, w nagrodę za ten trud włożony w organizację triathlonu pobiegłam sobie górski półmaraton? I że byłam druga na mecie, choć nic tego (tak wiem, standardowo) nie zapowiadało? Borze! Jaka to piękna trasa była! Lasami, brukiem, górami, polami, schodami i zaporą. I trudna! Oraz w błocie oczywiście! W dużej ilości bardzo błotnego błota doprecyzuję. Miałam biec na luzie i tak też zaczęłam, ale potem na zbiegach nie wytrzymałam i pognałam do przodu. Oj,  Bo Bo... A potem to już szkoda było zwalniać, tak dobrze żarło, mimo iż po 15 km zaczynało trochę zdychać i coraz wolniej człapało do mety. No ale doczłapało się jakoś i w przeciwieństwie do niektórych (mryg!) na pierwszej stronie wyników się znalazło, a potem to nawet jeszcze na pieniek (tj. pudło) wlazło i piękny ręcznie robiony medal za ten wyczyn dostało. 

Jeden weekend, a popatrz pamiętniczku ile się wydarzyło! Dwa dni, a tyle wrażeń! Ile nowych fajnych kontaktów (pozdrawiam!), pomysłów na przyszłość, przemyśleń, niespodzianek i doświadczeń. I niezliczona liczba fajnych łydek oraz silnych ramion, którym byłam wsparciem przy wychodzeniu z wody.... Ile nerwów, strachu, a potem radości na widok szczęśliwych uciuranych błotem sportowców na mecie. I choć miejscami miałam już naprawdę trochę dość, tak dziś wiem, że nie była to jedyna i ostatnia impreza sportowa, jaką przyszło mi współtworzyć. O nie! Za rok, a może nawet wcześniej, bo w czerwcu 2015 r. znowu będzie się działo. I znowu będzie głośno o triathlonie w Bieszczadach, nie tylko (hihi) z powodu takiej jednej pani derektor... 

A ciebie drogi pamiętniczku przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. I obiecuję pisać więcej. Mam ci kurde tyle do opowiedzenia... !

04.09.2014

Triathlon Kraśnik czyli debiut tytanu

A czy to w Polsce jeszcze ten Kraśnik jest, zapytał Ktoś ostatnio, gdy tak po cichu pochwaliłam się nieśmiało, że właśnie zamierzam sprawdzić, czy ja wciąż temu triathlonu chcę być coś bliżej, czy jednak raczej nie. I czy startowanie totalnie bez treningu, po błogim okresie ciulowania, jedzenia, zabaw różnorakich niekoniecznie grzecznych, jest w moim przypadku możliwe. Tak spontanicznie na dodatek, z zaskoku i bez planowania. I czy da się tak bez napinki i na luzie... Acz z tytanem w paszczy, ha!

No bo czy się pozrastałam należycie, to już nawet nie myślałam (jasne, że tak), podobnie jak głośne precz rzekłam wszelkim obawom związanym z bajkiem i jakimkolwiek bliższym spotkaniom z autem tudzież innym drzewem.  

I coś Wam powiem. No ja jednak ten triathlon wciąż lubię. Nawet bardzo. Chyba bardzo bardzo. Miły dotyk flamastra na udzie piszący mój nr startowy przed wejściem do T1, układanie rzeczy w boksie, sprawdzanie w głowie czy wszystko mam (wszystko maaam!), liczenie dziewczyn (to jest kurde silniejsze ode mnie) i ocenianie swych szans oraz wpuszczanie strużka chłodnej wody w piankę. A potem buum i start. Oraz wreszcie to co najlepsze: wysiłek i przyjemność, walkę, myśli różne, radość lub wątpliwości, wkurw, ryzyko, słabości, strach, kryzysy, aż w końcu satysfakcję. Czy ludzkość wynalazła do tej pory jakąś inną rzecz niż sport, która równocześnie dawałaby tyle doznań, wrażeń i emocji? Dontfinksą.

A więc nowa historia tytanowej Bo rozpoczyna się w Kraśniku... (tak, to jeszcze w Polsce jest). Ciut dłuższy sprint: 850 m swim, 22 km bike, 5,5 km run. 

Woda
Czy opisywać po kolei, jak to po raz pierwszy (!) startowałam z brzegu, co było dość ciekawym doznaniem, bo nie wiedziałam kiedy i jak "rzucić" się na wodę. Jak potem płynęłam łeb w łeb z żabkarzami nie wiem czy bardziej dołując się faktem, że płynę z tymi, co niby zawsze na końcu, czy bardziej wkurzając się na liczne kopniaki, którymi raczyli mnie panowie. Jak wydawało mi się, że chyba utknęłam w miejscu jeśli nie przemieszczałam się do tyłu? Nie było to miłe uczucie przyznam. Ta świadomość, że nie umiem już kurde pływać... No ale potem okazało się, że wcale nie było aż tak źle. Że pływanie było ciut dłuższe (850 m), więc wynik 16:02 na moim obecnym poziomie niewytrenowania jest całkiem do przyjęcia. Całkiem.

Apropos pływania, to czy mówiłam już, że chcę i nauczę się motylka? No! A więc taki jest plan, a bardziej ochota, która mnie naszła, i którą mam nadzieję z sukcesem i radością hopsa sobie zaspokoić :)

Asfalt
Że nie boję się roweru, to już ostatecznie stwierdziłam kilka dni wcześniej w górach, gdzie w przemiłym towarzystwie (mryg!) machnęliśmy bieszczadzką pętlę. #borzejakjatouwielbiam! Kręcenie po górkach nijak ma się jednak do ścigania na zawodach i do tego w drafcie, tym bardziej byłam więc ciekawa, co ja i Kuba na to. Tak naprawdę, to chyba po raz pierwszy właśnie tu w Kraśniku, świadomie próbowałam wozić się na kole (spox, dozwolone). Wcześniej to albo nie można było, albo się bałam, nie umiałam lub nie doceniałam zalet. Teraz jednak, jako wiecie, wprawiona i doświadczona triathlonistka ino wypatrywałam jakiegoś pociągu i zaciskając zęby, które mi jeszcze zostały, próbowałam trzymać koło oraz uczciwie (w przeciwieństwie do niektórych panów) dawać zmiany. Lub też odpadać z peletonu, kiedy chłopcom nudziło się już moje towarzystwo (pffff!) i dociskając pedał znikali gdzieś za horyzontem, więc jechałam sama. Życie. 

Boski był ten rower. Zajebisty. W rowerze to zaraz po kolorze, ta prędkość jest chyba najfajniejsza. Średnio 33.3 km na 22 km dało mi czas 39:41. I oczywiście standardowo, bo jakżeby inaczej, zwłaszcza po niedawnych przejściach, jestem z tego kręcenia bardzo zadowolona. No jasne, że tak! Wy też możecie się zachwycać! 

Kostka chodnikowa
Jak się biegnie w triathlonie pytają, gdy ostatnią zakładkę robiło się tak ok. 2 miesięcy temu? Cóż odpowiem. Znam i czyniłam przyjemniejsze rzeczy w życiu, mimo, iż kibice, fajowe okrzyki (kurde, chyba niektórzy naprawdę mnie kojarzą!...), widok mety w oddali oraz wizja medalu i szczęścia na koniec. Ciężko było, ale dotargałam się jakoś, przebiegłam. Średnie tempo 4:45 na 5,5 km dupy pewnie nie urywa, ale dla mojej pąpdupci jest ok. Nie dało się raczej lepiej, nie chciało pewnie też i wcale nie zamierzam się teraz tłumaczyć i rozliczać, a czemu Bo tak słabo. Bo tak. Musicie się przyzwyczaić.
Tak, mi też jest z tym ciężko :) 

Poza tym. Po co się spieszyć jak żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, a domyślałam się, że chyba raczej na pewno przybiegnę jako trzecia? :) Wiem. Ziew. Nuda. Ale co poradzę? Że znowu wskoczyłam na podium zajmując 3 miejsce open oraz 1 w kategorii i otrzymując flakon, statuetkę oraz dwie torby darów różnorakich, w których m. in. pomarańczowy lakier do paznokci (love!) oraz kombinerki. Chyba czas zrobić listę najdziwniejszych rzeczy, które wygrałam na zawodach...

Ta z czerwoną torebką to ja. 
Dla siebie
Tak więc w ten oto sposób zagubiona i boleśnie doświadczona przez los Bo powróciła do sportu i triathlonu. Znacznie szybciej, efektowniej i radośniej niż jej się to wcześniej wydawało. Ale jeśli ktoś zaraz napisze "a nie mówiłem, wiedziałem, że tak będzie" to zbanuję. Nikt nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedział! Zrozumiano? Wciąż jestem nieprzewidywalna i nieodgadniona. No!

Sport jest już chyba częścią mnie, lubię, pożądam i wciąż będę to robić. Czy dla wyników jednak, flakonów lub zwycięstw? Oraz skrupulatnego realizowania planu treningowego, słupków na endo, wyrzeczeń głupich i jakiśtam udowodnień? Nie sądzę. Nie chcę. Wyrosłam.

Ale jeśli znowu mi odbije i zapętlę się w labiryncie swej ambicji i realizacji durnych bezcelowych celów, to kopnijcie mnie plis w dupę. Tylko mocno i skutecznie. Najlepiej dwa razy.

A dla pewności trzy, ok? 

11.08.2014

Na spacerniaku

Coś Wam powiem. Muszę się do czegoś przyznać... Pewnie nie bardzo zrozumiecie, zwłaszcza, iż ja sama nie do końca ogarniam w zupełności, ale może choć inaczej spojrzycie na te moje profilowe różowe oksy i minę na FB. 

Dobrze mi z tym leniuchowaniem i odpoczynkiem. Cudownie! Bez wewnętrznej presji zaliczania kolejnych treningów i poza celą więzienia własnej ambicji oraz parcia ciągle do przodu i przed innych. Ze spaniem do godz. 9.00, czytaniem, oglądaniem, słuchaniem i trwonieniem czasu, jakiego jeszcze chyba ludzkość w życiu nie widziała. Nic nie muszę! Nie muszę udowadniać, motywować, przesuwać kolejnych granic i chwalić się osiągami na FB i endo oraz pisać, jaka to jestem zajebista. Nie muszę już być najlepsza, najszybsza i oczywiście boska. Ufff, nawet nie wiecie jaka ta ulga... Serio. W pewnym momencie, mam wrażenie, wszystko trochę jakby wymknęło się spod kontroli. Zaczęłam się zastanawiać, czy to wciąż są/były aby MOJE marzenia? By ciągle gnać do przodu? A nie osób, a nie Was, którzy mnie wspieracie, dla których czasem bywam jakimś ekhm wzorem i motywatorem? Ten blog był pisany kiedyś tylko dla mnie. Nawet publiczny status zyskał dopiero po kilku miesiącach. Nie oczekiwałam poklasku, gratulacji i wsparcia od innych. Teraz - nie ukrywam - jest on pisany również dla Was. Cieszę się, że zaglądacie, czytacie, uśmiechacie pod nosem, komentujecie i ponoć nawet inspirujecie tą moją przedziwną przygodą ze sportem. Naprawdę się cieszę! I dziękuję za zaufanie! Ale czuję też zajebistą presję i oczekiwania. Również ze swojej strony. Albo inaczej, sama poczuwam się do obowiązku, aby serwować tutaj Wam i sobie tylko "success stories", jak to boska Bo znowu rozpierdoliła kiosk. 
Ufff! A nareszcie nie muszę! :) 

Tylko czy musiałam aż wpadać na samochód (ha! inni wpadają "pod", tylko ja taka zdolna, że "na"), łamać żuchwę, rozwalać brodę i wybijać zęby, aby się z tego wyrwać i uwolnić?  

Wiem, sama sobie jestem winna. Taką siebie nakreśliłam na tym blogu i taką mnie poznaliście. Postać fikcyjną. Wojowniczkę. Kto mnie zna bliżej wie jednak, że nie do końca jest to prawdą i ta cała BOskość bywa czasem mocno przekłamana...


I chyba teraz łatwiej zrozumiecie to, jak bardzo wkurzało mnie, gdy wszyscy dookoła życzyli mi szybkiego powrotu do sportu (nie zdrowia). Że nie martw się Bo, że ajrona zrobisz przecież w przyszłym roku. Że uszy do góry, bo dzięki tej przerwie będziesz jeszcze mocniejsza i rozpierdolisz niejeden kiosk. Że "znając cię", to zaraz wskoczysz na bajka i nawet z tym tytanem w paszczy znajdziesz się na kolejnym pudle. 

A może ja tego nie chcę? A może ja nie zrobię tego ajrona! A może nienawidzę się ścigać i marzę o powrocie do początku? Do ruchu, który sprawia frajdę, a nie do żyłowania się i walki o kolejne życiówki? I że kurde dość mam tej mojej chorej ambicji i pracowitości, przez które straciłam już w życiu nie tylko zęby? A może kurde kurde, ja nie wiem czego chcę? I się w tym wszystkim trochę gubię? Kurde no!!! :( 

Na razie człapię więc po spacerniaku tego więzienia własnej "doskonałości", ciągłego podwyższania poprzeczki oraz udowadniania niewiadomoczego niewiadomokomu i Wam. Rozglądam się, oddycham. Fajnie tu jest. Zajebiście. Dużo światła, świeżego powietrza, widać latające ptaki, a czasem nawet jak się skupię to usłyszę też ich śpiew... a nie jakiś durny głos. Całkiem inaczej niż w dusznej celi, gdzie przede wszystkim odhaczam kolejne treningi, sprawdzam tętno, ładuję garmina i kalkuluję gdzie i na ile mnie stać. Lepiej tu. 

Ale chyba spacerniak to za mało. Myślę o ucieczce poza mury. Na całkowitą wolność. Z daleka od wyśrubowanych celów, wyścigów, oczekiwania na kolejne lajki i gratulacje oraz bez słuchania tego durnego głosu, że "musisz Bo, musisz!". Bo ja przecież nic nie muszę! A mogę zaś wszystko, a przynajmniej całkiem sporo. I chyba też nie chcę już znowu trafiać za kratki... Wiem, to może być trudne, bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, gdyż mam zadatki na recydywistę, zwłaszcza na warunkowym... Ale może się uda?

O ile tego chcę, bo tak naprawdę to sama już w końcu nie wiem... :) Kurde! 

16.07.2014

Łajza jest tylko jedna

Chciałabym napisać, że stało się to podczas mega niebezpiecznego zjazdu, na którym prułam 78 km/h. Albo że ratując jeża wykonałam niezaplanowany manewr i poleciałam przez kierę. Lub chociaż, że za dużo żwirku było pod kołami lub zapatrzyłam się na piękne widoki. No niestety nie napiszę tak. Za to powiem coś całkiem innego. I prozaicznego. Gorszej łajzy świat nie widział! I pewnie już nie zobaczy, chyba że tylko taką jedną. Wciąż tę samą i niezastąpioną. Jedyną taką łajzę na świecie. BO się nazywa. Znacie? 

To poznajcie
To miał być fajny, długi, 110 kilometrowy rozjazd z Kuźnią Triathlonu. Mniej górek niż dotychczas, pogoda jakby sprzyjająca, forma niby też, choć już troszkę wystrzelana od kilku dni kręcenia. Jechaliśmy razem (ekhm... kręciłam z najmocniejszą, kilkunastoosobową grupą), peletonem (strasznie fajna sprawa!), parami i gęsiego. Stopniowo uczyłam się zwyczajów panujących w takim zbiorowym stylu jazdy. Że bez hamulców, że przeszkody pokazywać tym co z tyłu, że co 2 minuty zmiany jak padało hasło, że równo i bez szarpania. Bez problemu utrzymywałam tempo, które na płaskim spokojnie wynosiło nawet i 40 km/h, piłam, jadłam, gadałam, myślałam. Na podjazdach byłam troszkę z przodu, na zjazdach kilka metrów w tle. Fajnie się jechało. Poczułam, że naprawdę zaczynam kumać o co w tym kolarstwie chodzi, że dzięki treningom z mocniejszymi, to rowerowo wycisnę z tego wyjazdu do Zako naprawdę wiele i że wskoczę na wyższy poziom "kwiatowego" wtajemniczenia.  

I kiedy tak na budziku było już ponad 85 km, kiedy na kolejnym tego dnia podjeździe zamulona i zapatrzona w asfalt myślałam sobie o różnych rzeczach, gdy trochę przyznaję - nie róbcie tego sami! - jechałam na autopilocie, to zdążyłam tylko usłyszeć "Uwaażaj!!!". A potem był nagle szok, ból, odłamki zębów i smak krwi w ustach oraz równie przyjemny widok czerwonej farby na asfalcie. Co się stało zapytacie. Otóż wjechałam w samochód. W fioletowy samochód (nie dam głowy, ale być może to mazda była), który ktoś wcześniej zaparkował na samym środku drogi zapewne chcąc wyskoczyć na moment do domu po uprzednio zapomniany portfel, telefon bądź klucze. BUUM!!! Na samo wspomnienie robi mi się słabo...

Nie będę opisywać jak strasznie się przestraszyłam, jak bardzo bolało i jak mi było głupio, gdy kilkanaście głów nade mną nachylało się z troską pytając czy wszystko w porządku. A ja nawet uśmiechnąć się nie mogłam, choć chciałam. Oraz jak cholernie niezręcznie się czułam, że zatrzymałam cały peleton, a oni (wiedziałam to) tak bardzo pragnęli gnać do przodu, a tu głupia baba psuje im szyki. I o tym nie będę pisać, że po kilkunastu minutach rozkleiłam się na dobre i poryczałam jak dziecko. Z bólu, bezradności oraz tej brutalnej świadomości, że gapa, łajza i  tak już do końca życia ever... :( Ale napiszę za to jak fantastycznie zachowali się chłopaki zostając przy mnie i szczerze się mną opiekując (dziękuję Czarek, Michał i Rafał!), jak miło przyjęła nas słowacka rodzina przed której domem ów zdarzenie się stało. Wódką chcieli mnie częstować dla kurażu, obiad dać (bo taka ty chudzieńka), a nawet miskę sera żółtego w glizdach takich wcisnęli wraz z truskawkową oranżadą do popicia. A wspominać jaki przystojny pan doktor na pogotowiu mnie przyjmował? No dobra, ale tylko tak po cichu szepnę i dla dziewczyn... :) 

Potem transport z Magdą autem na pogotowie, prześwietlenia, szycie brody (w sumie 9 szwów) i wyrok - złamana żuchwa do dalszej konsultacji w specjalistycznej klinice w miejscu zamieszkania i - jak się wkrótce okazało - do operacyjnego złożenia i drutowania. Nie piszę już o siniakach na prawej nodze, obolałych ramionach i rękach na dzień następny oraz koniecznej wizycie u dentysty, na szczęście z zębami na dole, więc uśmiechać się uffff mogę! :) Uffff!

Jest takie powiedzenie, co cię nie zabije, to cię wkurwi. Idealnie mnie teraz oddaje. Wkurzyłam się na siebie. Że wydaje mi się czasami, że jestem już takie ajwaj, triathlonistka wielka, a tymczasem wciąż ta sama łajza co w zerówce. Że marzy mi się nie wiadomo co i po co, a na zwykłym rowerze nie potrafię jeździć. Filozoficznie naszła mnie też refleksja, że może za czymś gnam niepotrzebnie lub uciekam i dlaczego narażam swe zdrowie i życie całkowicie przecież bez sensu... Po co mi to? Noo, na takie rozmyślania mnie wzięło. Serio.

No ale na razie się nie poddaję! Nie bez powodów (wstać) nominowana zostałam (usiąść) w konkursie "Blogerka Fitness Lato 2014" organizowanego przez Zalando i Women's Health. I choć dla mnie fit, to bardziej fittowanie roweru :) to skoro ktoś mnie wybrał i w uzasadnieniu napisał, że wytypowane autorki własnym przykładem świadczą o tym, że warto przełamywać swoje słabości i wytrwale pracować nad sylwetką i kondycją, ale także pozytywnie wpływają na Czytelniczki swoich blogów, mobilizując je do mniej lub bardziej regularnych treningów, to może faktycznie jest w tym choć grosz prawdy. Poza tym. Taka jestem teraz mała, słaba, bidulka. W szpitalu.... I boli mnie policzek lewy. I źle mnie tutaj karmią... Zagłosujecie na Run Bo! Prawda? :)  Klikamy klikamy!


Poza tym nagrody można wygrać, więc do dzieła!

Kuźnia Triathlonu kuje, że hoho
Zamiast tego posta miała być tu relacja z obozu tri w Zakopanem z Kuźnią Triathlonu. Relacji jako takiej nie będzie, ale o samej Kuźni to napisać muszę, bo się uduszę. Już po pierwszych treningach wiedziałam, że będą tu same ochy. Oczywiście, można gadać, co wspaniałego może być w zorganizowaniu wspólnego rozjazdu bądź biegania Pod Reglami. Ale całość tworzą szczegóły. Szczegóły i szczególiki, które w przypadku Kuźni Triathlonu dopracowane są do perfekcji. Zimna cola na zakończenie trudnego treningu rowerowego. Roadbooki z rozpiską poszczególnych, precyzyjnie zaplanowanych tras do zabrania ze sobą na bajka. Serwisant, który na początku obozu zrobił mini przeglądy wszystkich rowerów. Woda do picia dla uczestników. Wieczorne odprawy, na których albo oglądamy zdjęcia i wideo z minionego dnia, albo słuchamy wykładu. Zawsze pod telefonem safety car gotowy odwieźć "BOszkodowanego" do szpitala. Masaż. Oznakowanie hotelu strzałkami KT. Itakdalej i itakdalej. Dodać do tego podstawy tj. odpowiednie rozłożenie i zróżnicowanie obciążeń treningowych, podział na grupy w zależności od stopnia zaawansowania, elementy rozciągania, techniki biegowej oraz wiedzy teoretycznej, plus fajne treningi pływackie (acz szkoda, że nie codzienne) oraz dobrzy trenerzy i przesympatyczni, radośni ludzie (pozdrawiam!), wyjdzie obóz doskonały
Kuźnia Triathlonu - polecana przez Bo.

#Dziękuję za #WszyscyzaBo #PoprostuBo

Ponieważ dawno nie płakałam, poryczałam się i tym razem... Dzięki!
Co będzie dalej? Nie wiem... Może to faktycznie koniec? A może też i początek czegoś nowego, lepszego, mądrzejszego? Nie wiem...