18.03.2014

I po kiosku. Czyli marató de BOrcelona

Momenty uskrzydleń, zalewu endorfin oraz fale bólu, upodlenia i naprawdę ogromnej walki z sobą. Euforia pomieszana z momentami nienawiści do tego pieprzonego biegania i sportu. Stres przed startem i łzy szczęścia na mecie. Upiorne słońce i zbawienny cień, za długie podbiegi i zbyt krótkie zbiegi. Sinusoidalnie. Tak wspominać będę maraton w Barcelonie, gdzie wycisnęłam z siebie, z kopytek swych i głowy oraz pogody i trasy maksimum. Więcej się nie dało. Kurde. Czas 3:26:39 i średnie tempo 4:54. Więcej się nie dało. Chyba się nie dało, bo oczywiście cały czas gdybam co by było gdyby... 

Gdybym naprawdę była w pełni sił. Nie chciałam już tu jojczyć głośno, bo znowu krzyczelibyście, że przesadzam, ale 3 dni przed startem nie wyglądało to wszystko dobrze...  Odezwało się pasmo (i to bardzo się odezwało), nasilił ból lewej stopy (i to bardzo się nasilił) i jeszcze tak o bez przyczyny zaczęło boleć mnie kolano. Na dodatek jakieś mega zmęczenie czułam, spałam po kilka godzin w ciągu dnia, czego zazwyczaj nie czynię, ale tu totalnie mnie odcinało, że szybko musiałam przyjąć pozycję horyzontalną. Generalnie byłam podłamana i ciut przerażona moim stanem zdrowia, a raczej niezdrowia... Nie pozostawało mi nic innego jak tylko wierzyć, że jednak będzie to piękna niedziela, a nie piękna katastrofa. 

I gdyby pogoda była choć ciut przychylniejsza. Z dnia na dzień (do Barcelony dotarliśmy w środę wieczorem) było coraz bardziej słoneczniej i cieplej. Kurde, miodzio. A na niedzielę zapowiadano 25 stopni i się nie pomylono w tej prognozie, co najwyżej w drugą stronę. Przepraszam, komu mam dziękować za tak sprzyjające maratończykom warunki? Gdzie napisać, do kogo zadzwonić? Podczas biegu miejscami tak grzało i buchało ciepłem niczym z otwartego piekarnika, że odechciewało się naprawdę wszystkiego... Trochę pomagała wylewana na siebie woda oraz żywiołowi kibice i bębny na trasie, ale tylko trochę. 

I jeszcze gdyby Garmin podczas samego maratonu nie kłamał tak perfidnie odliczając sobie od każdego kilometra po 10-20 m i tym samym błędnie informując mnie o średnim tempie. Jak sprytny lisek. Myślałam, że biegnę w po 4:57, a tak naprawdę to nie.  

Good luck Bo!
Na słowa "Gudlak Boł" wypowiedziane przez wolontariusza, od którego odbierałam na targach personalizowaną opaskę z międzyczasami na 3:29 zaśmiałam się więc szyderczo w duchu. Boł, boł, oj będzie boł, boł... Opaska "tylko" na wynik 3:29 biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wizje i marzenia, że jednak mogę gnać ciut szybciej. I "aż" na 3:29 uwzględniając stan i kontuzje, których wówczas doznawałam. Gudlak Boł. Baw się dobrze. Endżoj. 

BOdygardzi ;) 
Kilka pozytywnych maili, telefonów, smsów oraz rozmów w gronie bandy, z którą przyjechaliśmy (12 osób) pozwoliło mi jednak dość dobrze zasnąć, by niedzielnym porankiem obudzić się w stanie rześkim, uśmiechniętym, że to wreszcie już (czekanie też było frustrujące) oraz pełnym wiary, że adrenalina zrobi swoje i jednak mój plan się powiedzie.

Dobre decyzje
Są konkurencje, w których jestem mistrzynią świata. Na przykład w podejmowaniu złych decyzji. Mi-strzo-stwo glo-bu! Ale w niedzielę udało mi się - o dziwo - podjąć same dobre. Nie ogarniam. Po pierwsze ubrałam krótkie spodenki zamiast ukochanych rajtek 3/4. Nie cierpię biegać w krótkich gaciach, zwłaszcza jak mam nieopalone nogi, czuję dyskomfort i cały czas myślę nie o tym jak biec, tylko o tym jak bardzo faluje mi tłuszcz :) No ale stwierdziłam, że jednak trzeba ponieść jakieś wyrzeczenia i tej mądrej decyzji winszowałam sobie potem wielokrotnie. A im bardziej świeciło słońce i rosła temperatura, tym gorliwiej sobie gratulowałam.  

Drugą mądrą decyzją było ustawienie się nie na początku strefy biegnącej na 3:30-3:45 jak początkowo planowałam, ale na końcu tych, co uderzają na 3:15-3:30. Noo, to było naprawdę mistrzowskie i strategicznie posunięcie. Dzięki temu już od początku nie biegłam w tłumie, miałam przed sobą kilka metrów przestrzeni i swobodę wyboru czy teraz po prawej czy lewej. 

I jeszcze mądrze postąpiłam, że po piątym kilometrze przestałam słuchać Garmina zdrajcy. Jak pisałam wcześniej, całkiem chłopak zgłupiał na tych barcelońskich arteriach i zaułkach i błędnie podając dystans oszukiwał mnie też odnośnie średniego tempa. Patrzyłam więc na opaskę "Gudlak Boł" i jedynie na wskazania czasu oraz oznaczenia kilometrów na trasie.

Tak miałam biec. Wyszło ciut szybciej. 
Nos somos maratonianos
Rzeka, co ja mówię, ocean ludzi! Na początku w metrze, potem na linii startu, a dalej na całej trasie maratonu. Ponoć było nas ponad 17 tysięcy, to pierwszy taki wielki bieg, w którym uczestniczyłam. Oczywiście wzruszyłam się na starcie. I tak jak nie lubię Fredka, tak na utworze "Barcelona" łezka gdzieś się tam zakręciła. Tak, znowu się wzruszyłam. Odliczanie, kilka minut czekania, aż przyjdzie czas na moją strefę startową, niebieskie konfetti w górę, bum i ruszamy. Dajesz Bo. Let's go! Vamos Bo! Chica!

Oj, jak ciężko było mi się zalogować do tego biegu. Mimo, że kibice szaleli, a na początku było nawet z górki. Niby się rozgrzałam, a tu wszystko sztywne. I ciężkie jakoś te nogi. Oczywiście czuję też znajomy ból biodra (ITBS) oraz tę cholerną stopę. Nic cię nie boli Bo, nic nie boli, wymyślasz - powtarzałam sobie tylko, a poza tym zaraz przejdzie, nie jojcz. Ok. 8 km pomyślałam nawet, a może by tak zejść z trasy? Ale tak jak niespodziewanie o tym pomyślałam, tak szybko wybiłam sobie tę myśl z głowy. Ja zejść z trasy, dobre sobie. A tak w ogóle to sprawdziłam, że w takich momentach zwątpienia to najlepiej myśleć o czymś innym np. o technice biegowej. Poprawiam wówczas ręce, roluję miednicę (dziękuję Obozybiegowe.pl), staram się odbijać ze śródstopia. Pomaga. Ojtam, że na krótko, ale pomaga. 

Tak więc dopiero rozkręciłam się jakoś po 14 km. Złapałam rytm, bardzo dobry rytm i tempo w okolicach 4:45-4:50, było naprawdę dobrze (adrenaline is my EPO). Tak, to te momenty euforii, endorfinowego szczęścia i nawet radości, o którą sądziłam, że trudno może być podczas biegania w takich prędkościach. Bo, przyjdzie ci odpokutować za to szaleństwo, prrr stój dzika bestio - przestrzegałam siebie w myślach, ale z drugiej strony nijak nie chciałam zwolnić, przecież było tak bosko. Lekko, sprężyście, fajnie. Biodro przestało boleć, stopa w zasadzie też, za to zaczęła druga, ale czy miało to jakieś znaczenie? Z satysfakcją obserwowałam, jak urywam kolejne sekundy z rozpiski na opasce z międzyczasami. I ta Barcelona jaka piękna. Jest dobrze, teraz tylko utrzymać to do końca. Jesteś mocna, dajesz. Udało się, bez problemu. Do 27 km.

O-oł. Ups. Czyżby to już? Borze, za wcześnie na ścianę! Zjadłam żel zaplanowany na trochę później i wciąż (aczkolwiek z coraz większymi już trudnościami) udawało się utrzymywać tempo w okolicach 4:50. Dobrze, grzeczna dziewczynka, jeszcze tak do 30 km i potem niech się już wreszcie zacznie ten cholerny maraton. Zaczął się. Od 35 kilometra. 

Ścianka
Od 30 km miałam w głowie trzy najważniejsze i będące wciąż przede mną kamienie milowe tego maratonu. Pierwszy na 37 km, gdzie stać mieli moi kibice. Kolejny na 40 km, na którym - myślałam - całe cierpienie się skończy, bo niesiona euforią i wizją mety niczym na skrzydłach gnać będę te ostatnie 2 km do końca. I - rzecz jasna - sam finisz. Kamień najfajniejszy, wiadomo. Wcześniej oczywiście strategia od punktu z wodą do punktu. Dwa łyki do siebie, dwa razy na siebie i lufa do przodu. Borze, ależ jest gorąco. Widzę też moich kibiców. Stoją, wpatrują się w tłum biegaczy i mnie kurde nie widzą. Heellooł! Mnie nie widzą! Macham, drę się "Ola, ola" i "czy daleko jeszcze", a oni (standardowo już) fotografują mi plecy. Potem dowiem się, że wyglądałam całkiem rześko. Rześko, haha, pewnie jakbym spod porannego prysznica wyszła. Grunt to stwarzać pozory. To umiem. 

38 km. No i jest. Pierdolona ściana. Boli brzuch, rzygać mi się chce, ściska mnie na całym ciele jakby ktoś owijał mnie stretchem. Czuję, że nie tylko biegnę jak w miejscu lub po beczce, ale również w smole. Gorącej, rozgrzanej, przypalającej każdy fragment mojego ciała smole. Joj, jak wtedy bolało. Nogi miałam tak ciężkie, że nie miałam sił ich dźwigać i sunęłam tak w poziomie niczym w muzealnych kapciach bez unoszenia kolan w górę. Rany, te uda to naprawdę mnie bolały. Zaczęła się walka. Albo ona (ściana) albo ja. O nie kochana! Nie poddam się tak łatwo. I z tymi nieunoszącymi się nogami, z grymasem bólu na twarzy, usilnie wypatrując wielkich żółtych tablic z oznaczeniem kolejnych kilometrów przedzierałam się do przodu. Zombie, borze, ale musiałam wyglądać. A kiedy już totalnie nie mogłam - technika, Bo, technika! Ręce popraw, miednicę roluj, żadna ściana! Byle do przodu, byle biec, byle nie przejść do marszu. Utrzymaj to, co wypracowałaś przez ostatnie 38 km. Albo nie utrzymuj. Pierdol to, odpuść. Utrzymaj, jeśli nie dasz rady poniżej 5:00, to choć poniżej 5:10. Walcz. Albo i nie walcz. Przecież tak boli. Marsz... - mmm, pomyśl jak cudownie będzie przejść się ten kawałek. Krok za krokiem, powoli... Dajesz k. Bo. Vamos! Albo i nie. Pieprzyć to bieganie. Walcz. Odpuść. Nie. Tak. Nie. Tak. Taaak!

Nie wiem, czy to ja odbiłam się od ściany, czy ona ode mnie, w sumie to chyba nie za wiele pamiętam z tych ostatnich minut biegu. Pod górę było coś kojarzę, mnóstwo kibiców, jakiś pan z dmuchaną, złotą trąbką i gorąco, że hej. Jedna bramka, następna i chyba jeszcze jedna. Zapipczała mata. Game over. Przeczłapałam kilka metrów i padłam na kolana, ktoś tam do mnie czy juokej? Okej, okej powiedziałam łapiąc oddech i powstrzymując łzy. Łzy bólu i łzy szczęścia. Na przemian kapały sobie. Ajmokej, okej.

META. Znajdź Bo na obrazku.
Po jakiejś chwili ocknęłam się: jezzu, a gdzie medal? Nie mówcie kurde, że nie będzie medalu! Był. Za zakrętem, przy bramkach przez które każdy maratończyk przechodził po biegu. Musiałam wyglądać nie do końca teges, bo pan wolontariusz nie tylko powiesił mi medal na szyi i pogratulował po ichniejszemu, ale również dość mocno przytulił i poklepał po plecach. Where you come from? Poland? Good job, very good job, Boł. Congratulations Boł!

I jeszcze nigdy pomarańcze nie smakowały tak bosko, jak te za linią mety. Nie były tak soczyste, słodkie i namiętne. Oraz bagietka z nutellą. Jak dotarłam metrem do hostelu (wcześniej niechcąco bez kolejki ups, zażyłam też masażu) czekała na mnie wielka, chrupiąca, świeża kroma z dwoma centymetrami nutelli w środku. Borze, jakie to było pyszne! Jak ta nutella rozpływała się po podniebieniu i jak zostawała na ustach czekając na równie przyjemne oblizanie. Mniam! Oraz jeszcze zimna cola do popicia! Najwspanialszy posiłek ostatniego czasu, dziękuję tym, którzy go przygotowali! Dziękuję. I w ogóle to dzięki dla całej bandy, fajna była ta wycieczka, więc co, za rok atakujemy Rzym?

Gdyby świat cały...
Czy pobiegłabym lepiej gdyby...? Gdyby nie ITBS i kontuzje, gdyby nie pogoda, gdyby nie to szarżowanie w połowie maratonu? Gdybym lepiej trenowała oraz mocniej trzymała się planu Skarżyńskiego. Nie wiem. W niedzielę, po maratonie, gdy czułam się naprawdę dobrze i całkiem nieźle mi się chodziło, pozostawał w głowie pewien niedosyt. Że końcówkę mogłam bardziej przycisnąć, że się poddałam, że głupia ściana pokonała boską Bo... Że dupa, nie negative split. Ale w poniedziałek, gdy ledwo zwlokłam się z łóżka, gdy pokonanie każdego metra (niedajborze w pionie!) było dla mnie nie lada wyczynem, gdy nogi i stopy bolały mnie (i wciąż bolą) bardziej niż po maratońskim debiucie, uświadomiłam sobie, że dałam z siebie wszystko. Lepiej się nie dało. Nie dało się i już. I szybciej to ja już niestety nie pobiegnę. I chyba na pewno wcale nie zamierzam nawet... :) Po prostu.

Szału z tym medalem nie ma, ale dobrze, że choć jest :) 
Sam maraton zorganizowany perfekcyjnie (może poza liczbą tojków, do których ustawiały się kilometrowe kolejki). Przedmaratońskie expo naprawdę zapierało dech, jezzu, ale to jest biznes, ile oni na nas zarabiają... Trasa piękna, wiodąca wzdłuż wielu atrakcji turystycznych (część oczywiście przegapiłam), choć nie do końca tak prosta i płaska jak się pozornie wydawało, bo te drobne podbiegi naprawdę potrafiły dać w kość. Wolontariusze przesympatyczni, acz po angielsku to jednak nie wszyscy... I kibice wspaniali. Gdy przebiegało się między nimi, miejscami w dość wąskim, metrowym nawet szpalerze to takie ciary, że omamo. Oczywiście orkiestry wzdłuż trasy, najfajniejsi byli bębniarze - od razu 5 sekund szybciej na dźwięk tych diabelskich rytmów. Oraz pomarańcze za linią mety... Jednym słowem - polecam. A dwoma słowy - polecam bardzo.

...obrósł w niebieskie migdały
Mission completed. Kiosk rozpierdolony, 3:30 złamane. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali, dopingowali, kopali w tyłek, kiedy zaszła taka potrzeba oraz - oczywiście - dmuchali ;) Jestem wielka, boska, niesamowita i wszystko to, co tam zaraz grzecznie napiszecie w komentarzach... :) No cóż. Jestem...

I żeby nie było! Jestem też mega zadowolona i dumna z tego wyniku. 3:26! Czydwadżeszczaszeszcz! Czujecie? 

46 komentarzy:

  1. czujecie ;) boska ;) ale wiesz co, z tym tekstem o majtającym tłuszczu to przegłaś, oj przegłaś ;)

    brawooo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie majta, ale faluje :)
      Dzięki!

      Usuń
  2. "I chyba na pewno wcale nie zamierzam nawet" Chyba na pewno? To dobrze, że chyba :)))
    Ja z półmaratonu też bardzo miło wspominam bębniarzy - człowiek od razu powera dostawał. Super wynik, super relacja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba na pewno - czyli wiadomo co :) A bębniarze boscy!
      Dzięki!

      Usuń
  3. Czad, szacun oraz pokłon!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! (miałam pisać, że pokłon sobie darujmy, ale w sumie czemu nie? :)

      Usuń
  4. Ojacie. No naprawdę się wzruszyłem. No aż mnie zabolały te uda, ałć.. Bo, jesteś Boska, ja to wiem doskonale. To co zrobiłaś w tych warunkach, w tych okolicznościach, o tym będą uczyć w podręcznikach historii!

    No i przypomniałaś mi... tę bębny, te tłumy ludzi na ostatnich 2-3 km, ludzie na balkonach, ludzie na ulicach, Camp Nou, Sagrada Familia, jeeeeeejku, aż sobie swoją ubiegłoroczną relację przypomniałem:)

    PS, ale serio: dlaczego czarna koszulka i czarna czapka? W ten upał??? Sprezentuję Ci kiedyś białą, OK?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Białe pogrubia :) A koszulka, bo szczęśliwa that's why :)
      Akurat ostatnich km to ja nie za bardzo kojarzę :) ale fakt, atmosfera biegu nie-sa-mo-wi-ta!

      Usuń
    2. No już Ty z tym pogrubianiem i wylewaniem tłuszczu to naprawdę daj se w żyłę, dobra?:P Biała czapka też pogrubia? Że miałabyś gruby łeb?;) Mniej gorąco by Ci było i tylko to się liczy!;)

      Usuń
  5. You are my hiroł, Boł ;) Jeszcze nie raz sobie ten tekst przeczytam, żeby sobie uprzytomnić, jak się walczy o wynik. Ty potrafisz walczyć. W rozpierdalaniu kiosków jesteś Miszczynią :) Gratulacje!
    PS Ale ten falujący tłuszcz, no weź... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem ten upór jest też moim przekleństwem... Ale o tym może innym razem :) DZIĘKI!

      Usuń
  6. Ładnie przebiegnięte i ładnie napisane. Ale nie myślałem, że aż tak ciężko było, najważniejsze, że dałaś radę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie sama nie wiem co ładniej :)

      Usuń
  7. No i stronę "O mnie" uaktualnij o nową życiówkę! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uaktualnione! Dzięki za czujność :)

      Usuń
  8. Omamo, jaka piękna relacja! Przede wszystkim gratulacje przeogromne, dałaś czadu :))) Po drugie, jak można nie lubić Fredka?? I po trzecie, to zazdroszczę Ci tej Barcelony i medal właśnie fajny, wszystko na nim jest co potrzeba: jest Sagrada, są góry, jest ten śmieszny jajowaty wieżowiec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co zazdrościć. Trzeba rejestrować się i lecieć za rok! :)
      Dzięki za gratulacje.

      Usuń
  9. A mnie barceloński medal strasznie się podoba :) Ale ja się namęczyłem aby go wybiegać a Bo wciągneła go noskiem znaczy bez wysiłku ;)

    M>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Ci dam noskiem! Znaczy bez wysiłku!

      Usuń
    2. Bez wysiłku :)))))) No dobra dałaś z siebie wszystko, a moje wrażenia opierają się na energii jaką generowałaś przez całą drogę powrotną. Jeszcze raz BrawO BO :D

      Usuń
  10. Co tu dużo pisać...Należało Ci Się Boł!!! :D Jeszcze raz Gratulacje!! I dołączam się z tym falującym tłuszczykiem to meeega przesadziłaś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! (i tak nie lubię tych krótkich gaci)

      Usuń
  11. Brawo, Bo, brawo! cóż powiedzieć - jesteś najlepsza! po prostu! Bo bohater, wzór, mistrzyni! tylko z tym falowaniem to przegięłaś;-). Wyglądałaś BOsko (i jestem pewna, że ten stan się utrzymuje)! się regeneruj, BOska! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki! Nawet sobie nie wyobrażasz jak wciąż bardzo boli... I pomyśleć, że człowiek ma jeszcze z tego radochę :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że już nie boli! i że tylko radocha została:-))). Zapomniałam - ten opis buły z nutellą...Bo na blogera kulinarnego:-). Chcę się biegać, chce się jeść.

      Usuń
  12. No i co ja mam dodać ? :) Może to że ten tekst będzie przeze mnie czytany 12 kwietnia, żebym wiedziała jak dzień później walczyć jak mi przyjdzie ochota stanąć na trasie. Pięknie pocisnęłaś - kibicowałam zdalnie na live trackingu zresztą - you are po prostu Bo-mbastic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Nie ma co czytać, bo żadnych kryzysów i żadnej walki w Rotterdamie nie będzie! Śmigniesz niczym błyskawica i tego się trzymajmy!

      Usuń
  13. Bo jesteś miszcz albo miszczyni jak wolisz! Budowania napięcia też... i jeszcze walki do końca, skąd Ty bierzesz tą siłę, co? Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie też się czasem zastanawiam. Chyba ze słońca :) Dzięki!

      Usuń
  14. uu, bolało przy czytaniu .... ;) Bo, kibicuję Ci i tak się inspiruję po cichutku od Frydmana... i jakoś tak ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że będzie w tej Barcelonie inaczej...
    Relacja i wynik dodają powera na początek sezonu... Gratulacje i duży pokłon! Czyli można maraton z itbsem.... tylko trzeba szybko ;) inspirujące, bo to też mój wierny przyjaciel. No, ale jak tu biegać szybko, jak się nie lubi tej magicznej nutelli.. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, Frydman! Inspiruj się, inspiruj! Koniecznie!
      "nie lubi tej magicznej nutelli" - ejno, nie bluźnij! :)
      Dzięki za gratulacje.

      Usuń
  15. Brawo! Gratulacje Bo! Piękna historia :)

    OdpowiedzUsuń
  16. I co tu jeszcze można dodać? Wielkie gratulacje, no co poradzić, że jesteś boska? A relacja naprawdę inspirująca dla wszystkich, którzy niedługo staną na starcie maratonu.
    Ale że Fredka nie lubisz to naprawdę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kurde nic na to nie poradzę :) Dzięki, dzięki!

      Usuń
  17. Szacun i respekt! Szczerze mówiąc myślałem że Ci się nie uda i bedzie 3:3x a tu takie przegięcie w drugą stronę. Ja lecę za 3,5 tyg. Orlen i też będę atakował 3,5h ale powoli się odzywa kontuzja więc muszę trochę spasować z treningami więc może chociaż 3:39 - też będę zadowolony ;-) Jeszcze raz gratki. Mi Barcelona nie była dana - w zeszłym roku wszystko było opłacone ale rozwaliła mnie kontuzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, choć jeden twardo stąpający po ziemi i trzeźwo patrzący na Bo :) Tym bardziej się cieszę, że Cię zaskoczyłam :) Trzymam kciuki za Twoje "chociaż" dwie trójki z przodu! Dzięki!

      Usuń
  18. Popłakałem się jak to czytałem!

    OdpowiedzUsuń
  19. O matko, Ty to jestes prawdziwy DZIK!!! Gratulacje, przelecialas jak torpeda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... Dzik, dzik. Nie wiem czy za ten komplement to ja mam dziękować czy banować :) Dzięki!

      Usuń
  20. Odpowiedzi
    1. Niedobrze. Nie lubię być przewidywalna.
      :)

      Usuń
  21. Pewnie musiało być tam super ciepło co niekoniecznie sprzyjało bieganiu

    OdpowiedzUsuń