28.05.2014

1/4 IM w Piasecznie. Triathlon z pipczeniem w tle

2-3-4. Dwa trzy cztery. 2-3-4. Taki miałam nr startowy na 1/4 Garmin Iron Triathlon w Piasecznie. Hmm. Nie macie wrażenia, że czegoś brakuje w tej konfiguracji? Początku jakby jakoś? No właśnie. Brakuje startu. Otwarcia brakuje. Inicjacji, preludium i wstępu. I to był znak. ZNAK... A ja, jak się okazuje, znaków to czytać nie umiem...

Nie będę opisywać jak to jechałam krokodylem do Warszawy i jaką miłą gościnę zgotowali mi Państwo Krasusowie. Było naprawdę przesympatycznie i pysznie, dziękuję. Nie będę też chyba pisać o swym zaskoczeniu na widok "akwenu", w którym mieliśmy pływać, toż rzeszowscy rybacy lepsze mają warunki do wędkowania w mojej okolicy. I jeszcze może nie wspomnę, jak na widok mety usytuowanej na szczycie dość sporej i piaszczystej górki, opadła mi szczęka. Myślałam, że to żart, że jakaś reklama ambientowa może lub plac zabaw dla dzieci. No ale nie. W końcu Piaseczno, więc logiczne, że piach, w końcu też triathlon, więc oczywiste, że łatwo być nie może, a tym bardziej z górki. A czy pisałam już coś o sobotnim śledzeniu prognozy pogody? No to jeszcze zaznaczę, że w niedzielę to miało być wręcz idealnie: 22-23 stopnie, lekki wiatr i połowa słońca. Nic tylko formować się w piance, wpinać butki w pedały i przekręcać na przód numer startowy. Nic tylko. 

Że niby się lubimy :) Wielki Wyścig i starcie z Krasusem już za miesiąc!
Fot. Sportografia.pl
Gapciu!
I tak więc stoję (dosłownie stoję) sobie w wodzie wraz z prawie pół tysiącem innych triathlonowych świrów w bajorku jakimś, w gminie Piaseczno. I czekamy na sygnał startu. Słońce nam przyświeca, pianka grzeje jeszcze bardziej, o przedstartowych emocjach nie wspominając. Buzujemy. Nagle Krasus drze się do mnie, czy zczytałam chipa na macie na mostku. Że chipa to wiem, ale na jakiej macie i mostku to nichuchu nie kojarzę, przecież na linię startu to ja przypłynęłam i żadnego punktu kontrolnego po drodze nie widziałam. To goń na ten mostek mówi, bo nie masz aktywowanego chipa i nie będziesz sklasyfikowana! Ojtam, wkręca mnie myślę, w sumie to akurat dobrze mu ten żart wyszedł. Hahaha. Ale po kilkunastu sekundach niepokój jakoś zaczął we mnie narastać i pytam dookoła czy to prawda z tym czytaniem i matą. No niby prawda, przez mostek trzeba było kurde przejść, psia mać. Pan Rozmus to dodał nawet, abym nie zapomniała zczytać jeszcze tego chipa co mam wszczepionego w szyję (gadamy sobie, co? między nami celebrytami). Znowu hahaha.

A ja w rozterce. Start za minutę, a mnie od mostku z nieszczęsną matą dzieli circa about 5 minut. Wyobraźcie sobie ten rwący i wezbrany potok myśli. Gnać na ten mostek czy nie? Ryzykować, że nie zdążę na bum, czy tym, że kończąc wszystkie 3 dyscypliny wcale nie będę sklasyfikowana? Goń, szkoda się przecież szarpać jak nie będzie cyferek na końcu. Nie goń, wyluzuj, wystartuj dla siebie, a nie dla wyniku, klasyfikacja generalna to przecież nie wszystko. Goń. Nie goń! Goń!

Więc pognałam. I rzuciłam się tym moim koślawym kraulem w stronę mostka, po czym... Po czym, po kilkunastu metrach stwierdziłam, że to bez sensu, że szkoda chorego barku, że i tak nie zdążę, więc spokojnie, a nawet i dość dostojnie zawróciłam z powrotem żabą pomiędzy startowe boje. Miałam to w pompce. Winszując sobie gapiostwa i godząc się z faktem, że dziś to startuję naprawdę "treningowo", bez presji na rezultat, poczułam pełen luz. Co najwyżej trochę zszokowana byłam, że wcale mnie to całe zajście nie ruszyło (?!). Że nie będzie wyniku. Czujecie? A więc jednak jestem normalna! Nie o cyfry tu przecież chodzi, tylko o coś całkiem innego. Dla każdego triathlonisty odmiennego...

2-3-4. A więc dajesz Bo. Tym razem ciut ciszej i bez odpowiedniego początku. Tak, dla odmiany, to od środka zrobisz sobie ten triathlon. A co.

Co ty wiesz o pralce
Przeżyłam Malbork, przeżyłam Poznań, przeżyłam grad na rowerze i zderzenie z drzewem. Ale były momenty przysięgam, że myślałam, że tego Piaseczna to ja nie przeżyję. Wiem, że zawody zorganizowano w tej miejscowości i w tym akwenie, na prośbę warszawskich triathlonistów, że przecież są warunki w stolicy i że można. Otóż można, ale nie imprezę dla 500 osób. Pralka była dosłownie na całym dystansie. Tylu kopniaków i kuksańców to chyba nawet w przedszkolu nie dostałam. Cały czas płynęliśmy po sobie, na sobie, obok siebie i pod, stawka po prostu nie miała gdzie się rozciągnąć :) Ani wzdłuż, ani wszerz, ani wgłąb. Bo głębokość wody to inna sprawa, tak średnio to po paszki było. Jak zobaczyłam, gdy na nawrotce między bojami całe towarzystwo biegnie po dnie, a nie płynie, to prawie posikałam się w piankę ze śmiechu. Serio. A ponoć - słyszałam - jedna dziewczyna to przebiegła tak prawie cały dystans pływacki! Kurde, no?

A kibice krzyczeli "Biegusiem panowie!" :) Fot. Sportografia.pl
Ale wracając do mnie, to radziłam sobie jak mogłam. Z chorym barkiem, który w obliczu absurdu całej sytuacji jakby przestał boleć, z kopniakami (nie pozostawałam dłużna), z widocznością zmąconego błota nieprzekraczającą kilkunastu centymetrów. Troszkę podbiegłam miejscami, troszkę żabą próbowałam, ale generalnie to kraulem się starałam płynąć i to takim na dwa. Nawet wyszło. Czas poniżej 20 min (19:49) jest naprawdę na moją obecną formę i stan zdrowia, bardzo akceptowalny. Bardzo bardzo. 

A trasa rowerowa wiodła przez Pęchery
W strefie zmian pełen luz. Już mam to sprawdzone. Jak się nie spieszę i zachowuję całkowity spokój, idzie mi znacznie sprawniej, niż jak jest popłoch i panika co ja tu miałam jeszcze. Po dokonaniu standardowych już czynności w T1, porywam Kubę i lecimy na kreskę (ciekawe czy zapipczy mata). Kibice byli fantastyczni. Bardzo, ale to bardzo wszystkim dziękuję za doping, za "dajesz Bo", za "pięknie kobieta", za "lecisz panna 2-3-4" i takie tam. 

Czy trasa rowerowa była trasą marzeń? Otóż, wiodła ona przez Pęchery :) I za każdym razem gdy mijałam tę tabliczkę, wiedziałam, że ta nazwa musi pojawić się w relacji. A wracając do pytania, to nie była ona trasą marzeń. Pal sześć dziury i pęknięcia w asfalcie oraz wiatr, który - wiadomo - zawsze wieje w twarz, bardziej wkurzały mnie liczne zakręty, na których (niestety) hamuję oraz kostka brukowa na jednym z etapów. Ale generalnie nie jechało mi się źle. Rzekłabym wręcz, że całkiem fajnie. 

Zwłaszcza jak dookoła dzieją się dwie piękne rzeczy. Pierwsza piękna rzecz to wtedy, gdy z Kubą wyprzedzamy panów (szczególnie tych, "na leżaku"). Uwielbiam i pozdrawiam wszystkich, którym było to dane. A druga piękna rzecz to widok czołówki. Normalnie przepadam za tymi obrazkami jak z naprzeciwka jadą liderzy i mijają mnie z prędkością światła. Wspaniała aerodynamiczna sylwetka, cudowne rowery, kolorystycznie dograne trisuity, umięśnione ramiona oraz (wiadomix) jeszcze ładniejsze łydki. No generalnie - na całokształt uwielbiam patrzeć. Oprócz pudeł, to chyba jedna z najfajniejszych rzeczy w tym całym triathlonie... Tak sobie myślę ostatnio.

Zakręty i kostka - to co triathloniści lubią najbardziej. Fot. Magda
Rower więc - podsumowując - przeszedł, a raczej przejechał, bez żadnej specjalnej historii. Prułam ile się dało i gdyby nie te cholerne zakręty, to naprawdę w średniej prędkości pobiłabym wszystkie swoje dotychczasowe rekordy, a tak to pobiłam ich tylko kilka. Wynik 1:27 może tyłka nie urywa, ale ja jestem zadowolona. Zwłaszcza, że zapipczała mata. A z innych ważnych wniosków - to chyba dojrzewam już do lemondki (!) No.

Nie było jak
Z tego wszystkiego to chyba nie napisałam jeszcze jaka była pogoda. No cudowna była. Przepiękna niemalże, ale dla kibiców... Słońce, pewnie z 30-stopniowy upał i cień we wszystkich tych miejscach, w których nie przebiegała trasa biegowa - naprawdę zrobiły swoje. W połączeniu z iście krosowym, nierównym i piaszczystym podłożem, licznymi zakrętami, czterema pętlami i metą na wspomnianej już wcześniej górce, słowem idealne warunki do ómierania. Zwłaszcza jak się w tym sezonie biegło zaledwie 2 zakładki... I ze zdrowiem nie do końca teges :(

Nie szarpałam się więc z tempem. Z pokorą przyjęłam do wiadomości fakt, że biegiem to ja raczej świata w Piasecznie nie zawojuję. Biegłam na tyle, aby pozostać wśród żywych. Ani razu nie przeszłam do marszu (sukces) i przez większość dystansu udawało mi się utrzymać tempo poniżej 5:00 (też sukces). Więcej przy takim przygotowaniu i w takich warunkach po prostu wycisnąć z siebie nie umiałam. Nie było z czego, nie było jak. Wstyd mi za te niespełna 54 minuty, ale naprawdę robiłam co mogłam... A przecież trzeba było jeszcze dzieciom piątki przybijać, machać do kibiców oraz - rzecz jasna - uśmiechać się do obiektywów :)

Coś mi się chyba czapeczka przekrzywiła :) Fot. LaboSport
Kończąc
Ten start w Piasecznie był dla mnie bardzo trudny. O czym zresztą świadczy sam wynik (2:46), bo jak się okazało to zostałam sklasyfikowana (hopsa!) i zliczona na wszystkich matach i punktach pomiarowych (pipczało, aż miło). Pozostał pewien niedosyt (z kretesem przegrałam przecież prolog Wielkiego Wyścigu), ale i też - co chyba ważniejsze - dostałam mocną lekcję pokory. Przypomniałam sobie i niejako na nowo uświadomiłam, że triathlon to nie trzy odrębne dyscypliny, ale suma licznych zdarzeń oraz kumulacja zwielokrotnionego zmęczenia. To ogromny wysiłek i walka pomiędzy mną a mną. To ciężkie treningi przed, a tych chyba troszkę w moim przypadku zabrakło.

Ale triathlon to również niezapomniane przeżycia i emocje. To ludzie. To jęk zazdrości na widok sprzętu za kilkadziesiąt tysięcy złotych. To przekleństwa pod nosem w trakcie, ale też fantastyczna satysfakcja i duma na mecie. To coś, co w pewnym sensie zabiera nam trochę życia na co dzień (oby nie za dużo!), ale też sporo go oddaje w emocjach i wzruszeniach jakie przeżywamy dzięki pokonywaniu kolejnych barier i wskakiwaniu na coraz to wyższe szczebelki wyzwań.

A droga do mety była piaszczysta. Fot. Magda

2-3-4. Hm... A może to jedynki brakuje na początku? Jedynki jak pierwsze miejsce na pudle, bo niechcąco mi się weszło na takowe w kategorii? Zapipczałam głośno z radości :) Łotewa. Znak nie znak, czytać ich nie umiem, ale o przejściu przez wszystkie możliwe mostki i maty przed startem to pamiętać będę chyba do końca życia :)

I tylko mam nadzieję, że po przeczytaniu tej relacji orgowie mnie nie zdyskwalifikują... Statuetki oraz medalu nie oddam! O nie!

Wyniki kąkórsu
Najtrafniej moją stratę to zwycięzcy (znowu Mikołaja) wytypował Królik. Co więcej wywróżył mi nawet pudło w kategorii. Prorok jaki czy co? I na dodatek jak fajnie bloguje :) Dla Królika książka: "Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego”.
Za selfie, która tak naprawdę nie jest zdjęciem z rąsi, ale i tak nam się bardzo podoba, książka "Triatlon od A do Z" pojedzie do Maćka D. Też jako nagroda za udany debiut.
Pozostałe nagrody rozda Krasus, więc śledźcie jego bloga uważnie :) Dziękujemy wszystkim za udział w zabawie, a Was zwycięskie Króliczki prosimy o kontakt w celu ustalenia szczegółów wysyłki.

Równocześnie wszystkim Fajnym Facetom przypominam, że cały czas trwa rywalizacja z dziewczyńskim teamem Krasusa w spalaniu kalorii. Wygrywamy, ale niech ten dotychczasowy sukces nie uśpi naszej czujności. Spalamy Panowie, spalamy!

22.05.2014

Pe jak prolog i Piaseczno

A więc to już! Już w tę niedzielę rozpocznę swój drugi sezon triathlonowy. Garmin Iron Triathlon na dystansie 1/4 IM (950 m swim, 45 km bike, 10 km run). I choć nie ma już tylu znaków zapytania jak rok temu, choć (chyba) dość pewniej czuję się zarówno w pływaniu, jak i na bajku oraz w strefie zmian, choć wciąż wyglądam jak idiotka w tri-stroju oraz w kasku - to jednak znowu jaram się tym jak dziecko. Aaaa!

A nawet podwójnie się jaram (Aaaa! Aaaa!), bo przecież w Piasecznie wspólnie z Krasusem rozegramy prolog naszej triathlonowej rywalizacji Wielki Wyścig, która swój finał będzie mieć za miesiąc w Karkonoszach. 

Podwójnie? Ja przecież potrójnie się jaram (Aaaa! Aaaa! Aaaa!). Do Piaseczna (wg zapowiedzi) przyjechać ma bowiem sporo z Was i będzie okazja, by (wreszcie) spotkać się i poznać osobiście (po niedzielnych zawodach zapraszamy na piknik). Co więcej (Aaaa! Aaaa! Aaaa! Aaaa!) mamy kolejny fajny kąkórs oraz nowe, ciekawe nagrody do rozdania. 

A nagrody w kąkórsie będą iście triathlonowe. Cztery książki od wydawnictwa Septem należącego do Grupy Helion: dwa egzemplarze: „Triatlon od A do Z” oraz dwa: „Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego”. Coś czuję, że po takiej lekturze, kolejne wielkie wyścigi powstawać będą jak grzyby po deszczu :) 

Na czym polega kąkórs? 
Taki plakat tylko Błażej (dzięki!)
  • Pierwsza książka („Ironman. 24 tygodnie przygotowań...") trafi do osoby, która o tu na blogu, w komentarzach pod wpisem (na samym dole) lub na FB wytypuje moją niedzielną stratę do najszybszego faceta na mecie 1/4 IM Garmin Iron Triathlon. Innymi słowy: o ile przegram ze zwycięzcą (typujcie plis jednoznacznie tj. 1 godz. 42 minuty i 5 sekund, rajt?)
  • Druga książka („Triatlon od A do Z”) trafi do osoby, która na blogu Krasusa lub na jego FB najtrafniej wytypuje jego stratę do najszybszej kobiety. I znowu prosimy o konkrety. 
  • Trzecia książka („Triatlon od A do Z”) trafi do osoby, która na stronie Wielkiego Wyścigu 2014 na FB opublikuje… najfajniejszą samojebkę z piaseczyńskich zawodów. Oceniać będzie największy znawca modnej ostatnio dziedziny sztuki jaką są zdjęcia z rąsi, pan Krasus, przy współudziale mojej skromnej osoby. Fotkę najlepiej pstryknąć sobie w towarzystwie, chyba wiadomojakim :) 
  • Czwarta książka („Ironman. 24 tygodnie przygotowań...") zostanie wylosowana wśród wszystkich osób, które wezmą udział w którymkolwiek z powyższych minikonkursów. Oczywiście trzy udziały (typowanie u mnie + typowanie u Krasusa + fotka) to trzy razy większa szansa na wygraną, ale ew. nagrody nie dublują się, niech wszyscy mają sprawiedliwie.
Wskazówka. Rok temu w Malborku (1/4 IM) pierwszy metę minął Mikołaj Luft z czasem 1:59:43. Ja dotarłam tam dokładnie godzinę lekcyjną później :) (2:44:55). 

A co na to Bo

Mogłabym oczywiście jojczeć, że nie będzie to start moich marzeń. Żalić się, że kontuzja barku wciąż jest odczuwalna i pływanie, które kocham i z którego czuję, wciąż można wycisnąć ciut więcej, w niedzielę będzie jedynie przetrwaniem w wodzie, ze szczególnym naciskiem na przetrwanie, i to pewnie żabą. Mogłabym łkać, że rower mój to tylko rower. Bez lemondki, wypasionych kół i aerodynamicznych bidonów... I że ja wciąż na treningach nie kręcę szybciej niż 27 km/h. Oraz zapłakać też bym mogła, co to za bieganie będzie, skoro za mną w tym sezonie jedynie dwie zakładki, z ómieraniem w końcówce każda, a na dodatek po tym rowerowym dzwonie, kolano lewe jakoś coraz bardziej boli. Mogłabym. Owszem. I tu zaskoczenie. Nie będę! :)

Bo zdradzę Wam swój sekret. Adrenaline is my EPO. I na zawodach ja to nie ja. Dlatego pe jak prolog i jak Piaseczno oznaczać może również POGROM. Ojtam, że jeszcze nie wiemy dokładnie jaki i kogo, ale i tak będzie fajnie. Przefajnie. 

16.05.2014

Panowie nie pchać się! Zapraszam do drużyny :)

Wielki Wyścig bez kibiców? Bez wspólnej rywalizacji? Bez trzepackich fotek? Bez pięknie umięśnionych męskich łydek oraz cudownie wyrzeźbionej klaty? To się nie może wydarzyć! Nie po to bawię się w ten durny triathlon. O nie!

Zatem oficjalnie, głośno i wyraźnie ogłaszamy start Wielkiego Wyścigu dla kibiców oraz kosmicznej rywalizacji w spalaniu kalorii! Mój team kontra team Krasusa

Tak jak rok temu, również i teraz rywalizujemy o trzepacką (czyli najgłupszą z możliwych) fotę kapitana przegranej drużyny (tj. Krasusa albo mnie), która przez miesiąc wisieć będzie na profilu FB, a także o - nowość! - fajne nagrody dla Was do wylosowania. Wprawdzie Krasus na każdej fotce wygląda jak trzepak, ale czyż wszyscy nie chcielibyśmy ujrzeć go na trzepackiej focie premium? No właśnie :) 

Troszkę jednak zmodyfikowaliśmy zasady, w końcu Wielki Wyścig to walka płci :) Na Endomondo powstają więc 2 drużyny:
Tak więc do swojej drużyny zapraszam tylko facetów! Panowie, tylko spokojnie, nie pchać się. Dajcieże mi oddychać! No powariowali normalnie... :) A na zachętę fotka z wielkanocnej sesji "Bez koszyczka" ---> :)

Oczywiście jest furtka. Jeśli jakaś kobiałka chciałaby mi kibicować (dziewczyny zapraszam! chyba nie chcecie być groupies Krasusa, nie?), to musi ona przebrać się za faceta i taką też fotę umieścić w swoim awatarze na Endo. Panowie tak samo (ale przecież mnie nie opuścicie, ejże!!!), aby wspierać Krasego muszą się przebrać za kobietę. Przy czym musi to być naprawdę coś bardzo męskiego/damskiego, tak by komisja (ja i Krasus) uwierzyła, że jesteś drogi Kibicu facetem/kobietą.

Drużyny biorą udział w rywalizacji „Wielki Wyścig 2014 dla kibiców”, w której liczą się kalorie spalone podczas biegania, jazdy rowerem i pływania. Trenujemy do 15 czerwca, do godz. 23:59. Kto przegra (w domyśle Krasus), ten przez miesiąc będzie się na FB prezentować jako trzepak. 

Na zachętę będą też nagrody dla Was! Za każde 20 aktywnych (które spaliły co najmniej 1999 kcal) osób, które dołączą do danej drużyny dostanie ona jedną nagrodę (książkę) od przyjaznego biegaczom i oswojonego z Blogaczami wydawnictwa Inne Spacery (lubimy!). Pierwsza nagroda jest w drużynie od razu, zatem jeśli team zgromadzi co najmniej 20 aktywnych osób, dostanie drugą książkę, przy 40 i więcej będą to trzy książki, od 60 osób cztery itd. Do rozdania mamy m. in. takie tytuły jak "Biegaj zdrowo" oraz (całkowita nowość) "Psychologia dla sportowców". Po zakończeniu rywalizacji książki zostaną wylosowane wśród członków drużyn, wg starej zasady: 1999 kcal to jeden los. (Strasznie to skomplikowane wiem, ale nie martwcie się, ja chyba ogarniam. Jeszcze)


Czy wszystko jasne? No to najpierw klikamy i dołączamy do drużyny, potem wskakujemy w buty biegowe lub wpinamy się w espedeki i jazda! Panowie, sporo rzeczy mogę Wam obiecać, dogadamy się więc co? :) 

(z najaktywniejszym na przykład mogę iść na kolację, a co)

Aha, i trwa konkurs "Poka swoje śniadanie" z wypasioną nagrodą od Biochatki. Prace przysyłać, ok? Tak szef. 

14.05.2014

Wielki Wyścig 2014 - startujemy!

Też się już nie mogłam doczekać. Muszę wziąć odwet za tę minutę z hakiem, o którą łaskawie dałam Krasusowi wygrać w Poznaniu podczas ubiegłorocznej połówki (wciąż się wzruszam jak czytam tę relację). Teraz już tak łatwo nie pójdzie, o nie, a ja nie będę tak litościwa. 

Ale może na początku wyjaśnię, bo pewnie nie wszyscy kumają. 

Tak jak rok temu, również w tym sezonie ścigać się będę z Krasusem podczas zawodów tri. Tym razem w Triathlonie Karkonoskim (1/2 IM extreme), który odbędzie się 21 czerwca 2014. Wcześniej będziemy robić wokół tego trochę szumu. Bo dlaczego nie? Będą fajne konkursy z nagrodami, rywalizacje drużynowe na Endo (szczegóły niebawem!), wydarzenie na Facebooku (dołączajcie! warto!) wirtualne kibicowanie oraz być może nawet spotkania, pikniki i autografy. I przede wszystkim - mamy nadzieję - będzie dobra zabawa, a jeszcze bardziej przede wszystkim: zwycięstwo wiadomokogo ;) 

Wypasione logo WW 2014. Dziękujemy Ci Sucho Szoso!  
Namiastkę wielkowyścigowych emocji będziemy mieć już niebawem w Piasecznie, gdzie spotkamy się z Krasusem na zawodach 1/4 IM. Oczywiście wynik tej rywalizacji o niczym nie przesądza, ja ledwo wygrzebuję się z wypadkowych kontuzji (wciąż nie pływam, chlip chlip) podczas gdy Krasus spija śmietankę ze swoich dotychczasowych sukcesów. Trzeba chłopakowi przyznać, że wyszedł mu ten wiosenny sezon... Ale że każda wiosna kiedyś się przecież kończy, to ja również nie poddam się w Piasecznie bez walki. O nie!

It always seems impossible...

W Karkonoszach będzie już jednak inna bajka. Tam czekać na nas będzie wartki nurt Jeziora Leśniańskiego, a potem ruszymy w megatrudną trasę rowerową po Karkonoszach (przewyższenia: +1800 m, -1300 m!), by na koniec biegiem po pokonaniu dystansu półmaratońskiego, wdrapać się jeszcze na Śnieżkę. Noo! Będzie hardcorowo. Na sam widok profilu trasy rowerowej tętno skacze mi do 180, a ręka machinalnie sięga po Vitargo. Oraz sole cucące. Ale jak to mówią: Prawdziwi triathloniści nie jedzą miodu. Oni żują pszczoły. A ja przecież jestem całkiem i absolutnie prawdziwa, nie? Będę więc walczyć. Dopiero bowiem wtedy czuję, że żuję, tfu że żyję.

...until is done

Tak więc na własne życzenie. Przez nikogo nie zmuszana, ani nie szantażowana. Poczytalna, z pełną świadomością i przy zdrowych zmysłach, zamierzam w Karkonoszach ómrzeć. Styrać się, sponiewierać i upodlić w łzach i bólu. Oraz - wiadomix - chcę tam też wygrać Wielki Wyścig!
(pszczoły, ostatecznie stwierdzam, są dla mięczaków).

Z niecierpliwością czekam na kolejny numer, a Wy? ;) 
Nie na marne ktoś mi przecież te podjazdy w okolicy do treningów usypał, nie?

Uwaga uwaga kąkórs! POKA SWOJE ŚNIADANIE!

I aby dobrze rozpocząć, to już na starcie mamy dla Was KĄKÓRS.

Wszyscy wiemy, że oprócz treningu i odpoczynku (oraz rozciągania), dobra dieta stanowi klucz do sportowego sukcesu. A więc pokażcie nam swoje zdrowe sportowe śniadanie! Opiszcie, narysujcie, sfotografujcie, nakręćcie. Wykorzystajcie nieistniejące filtry na insta lub wrzućcie powalającą selfię. Wszystkie sztuki i techniki utrwalania Waszych kulinarnych arcydzieł dozwolone. Zaskoczcie nas. I śniadaniem. I sposobem jego wykonania tudzież prezentacji.

Nagrodą w konkursie jest Paczka Niespodzianka z samymi zdrowymi smakowitościami ufundowana przez najbardziej pojechany w internecie sklep ze zdrową żywnością Biochatka.pl. Znacie? Klikać, polubiać i oczywiście kupować! A dla wszystkich uczestników konkursu mamy bony rabatowe w wysokości 5% na zakupy w Biochatce. Warto więc chyba poeksperymentować, hę?

Paczka Niespodzianka ze zdrową i energetyczną żywnością od sklepu Biochatka.pl
Prace konkursowe wrzucajcie na ścianę wydarzenia Wielki Wyścig 2014 na Facebooku lub na naszych profilach. Ślijcie też maile na adresy: run.bo.blog@gmail.com oraz krasus.biecdalej@gmail.com. Na Wasze kulinarne arcydzieła czekamy do północy 18 maja 2014 r. Jury w składzie: Bo i Krasus wyłoni zwycięzcę do 20 maja, a najlepsza praca zostanie również opublikowana na fanpagu Biochatki. Smacznego :)

I oczywiście samych udanych emocji podczas kibicowania! Niech nam Wielki Wyścig lekkim będzie. I moc - wiadomo - też niech będzie z kim :) 

06.05.2014

Wszystkie odcienie siniaka

Spisać czy nie spisywać tego sezonu na straty. Trzymając lewą nogą w górze i przykładając zimne okłady do łopatki (również lewej) dumałam tak sobie w zeszłym tygodniu. Albo w kolejce do lekarza czekając też tak rozmyślałam. Wkurzać się czy nie wkurzać. I ewentualnie na kogo. Płakać czy nie. Rozpaczać czy zlać kurde całą sprawę i wziąć się za Jolki.  

Stanęło na tym co zwykle, czyli, że nie wiem. A ja - przypomnę - bardzo nie lubię nie wiedzieć lub choćby się nie domyślać. Choć jednak mam już pewne przypuszczenia...

Mogło być gorzej

Więc wydaje się, że faktycznie miałam więcej szczęścia niż rozumu. Jak sobie tak na chłodno analizuję (wiele razy) ten upadek, to po prostu mogłam się zabić. (Dziwne, akurat wtedy nie próbowałam... :)) A tak to się tylko potłukłam i przestraszyłam. Ból nogi powoli ustępuje i w zasadzie już nie kuśtykam (nawet nie wiecie jakie to fajne uczucie!). Biegałam już nawet człapiąc, a na szosie też kilka kilometrów wykręciłam. Oczywiście nie biegałam szybko, każda próba podkręcenia tempa kończy się dość mocnym bólem kolana i czworogłowego, więc nie zamierzam raczej w najbliższym czasie biegać żadnych interwałów oraz sprawdzać jaki mam na starość HRmax. I oczywiście na rowerze też nie na 100%, zwłaszcza na początku. Ale powoli się rozjeżdżam. Choć stawanie na pedałach oraz wypinanie zeń lewej nogi wciąż jest jeszcze wyzwaniem. A właśnie, a propos (nie)wypinania, to jakby mi było mało ostatnio upadków rowerowych, to się jeszcze wczoraj wypierdzieliłam na szosie. Tylko nie leć Bo na lewą stronę,  tylko nie na lewą! (Ma się już ten instynkt, co?) Poleciałam więc na prawą, ale i tak obiłam dość mocno lewą piszczel i mam tam gulę wielkości dorodnego kiwi. Oraz - a jakże - nowego siniaka, do pary również na prawej kończynie.
Tak kolorowych nóg dawno (o ile w ogóle kiedyś) nie miałam. W zestawieniu z fragmentaryczną już kolarską opalenizną oraz śladami po strupkach moje kończyny wyglądają niczym impresjonistyczne dzieła sztuki. Szkoda tylko, że nie na sprzedaż, zarobiłabym...

Lub lepiej

No niestety nie pływam. Chyba, że na grzbiecie z jedną machając ręką lub normalnie, ale z deską. Ewentualnie jeszcze ręce do żaby i nogi do kraula. Pieskiem - informuję - nie próbowałam. I szlag mnie trafia, że nie pływam. Miałam teraz ćwiczyć szybkość, chodzić na mastersów, poprawiać technikę, a tymczasem czuję, jak z godziny na godzinę zapominam jak się pływa. I że z każdym dniem umiem mniej. Naprawdę tak czuję! Za tydzień to już się pewnie utopię w wannie. Gulgul.

Poza tym

A czy wiecie, że mam obecnie Hematokryt = 34? Jakbym brała EPO to dopiero bym zapierdzielała, nie? :)

I weź tu człowieku niesportowym i nierowerowym znajomym wytłumacz ciąg przyczynowo-skutkowy tego mojego dzwonu. "Ale jak to Bo, wjechałaś na rowerze w drzewo???" Gdybym się wywróciła, wpadła pod samochód lub sama jakiegoś pieszego potrąciła, to jeszcze. Ale w drzewo? Na rowerze? Więc opowiadam (wypieki na twarzy i błysk w oku). Wiesz, że las, że z górki, że bez hamulców, że ścieżka wąska (szeroka była wprawdzie, ale ubarwiam, no co?), że fu fu fu, jak bosko, no i że wjechałam. Aha, odpowiadają, rozumiem. Aha.

I tylko nie wiem, czy faktycznie nie rozumieją, czy to tylko lekarz kazał im wszystkim przytakiwać?
Aha.