22.04.2014

Historia jednego upadku

Kolorowe kaski i ciuchy chłopaków świetnie odbijają się na tle soczystej i tak prawdziwie głębokiej zieleni lasu. Ścieżki są dość szerokie, niezbyt trudne, ale niektóre podjazdy naprawdę potrafią dać w kość. Często taszczę Leona za kierę i chyba oboje musimy przyznać, że zdecydowanie bardziej wolimy sytuacje, w których przynajmniej jedno z nas jedzie. Za to zjazdy są kosmiczne. Jeszcze nie przeskakuję przez korzenie i kamienie, nie wiem jak odpowiednio "kleić" rower do trasy, generalnie to oprócz kręcenia korbą w kółko to nie umiem w zasadzie za wiele, a w gruncie rzeczy nic. Ale zjazdy uwielbiam! Coraz rzadziej używam hamulców, coraz bardziej pozwalam Leonowi na szaleństwa, na które chyba nie końca mam wpływ, coraz bardziej daję się ponieść. Gałęzie drzew odbijają mi się od kasku i oksów, opony wybierają w miarę dogodne miejsca przejazdu, amortyzatory pracują pełną parą. Jeden zakręt, drugi, ooo przelot przez kałuże i potem jakimś takim wąwozem lufa w dół. Borze! Ale jest bosko! Kocham rower! Jest flow! Chwilo trwaj!

BUM!

Najpierw chyba sprawdziłam językiem czy mam wszystkie zęby. Wszystkie. Potem rzut oka na kończyny czy jakoś specjalnie powykręcane nie są. Chyba nie. I dopiero zaczynam się rozglądać. Wkomponowana coś dziwnie w drzewo (kto je posadził na zakręcie), wciąż wpięta w pedały (to stało się tak szybko), z wyraźnym bólem uda, barku chyba też i przedramiona - wszystko po lewej stronie. Przestraszona na maksa. I tak leżę, trzęsę się z emocji, myślę co teraz  oraz winszuję sobie tej durnej nonszalancji i głupoty. Potem kumpel zapyta się mnie czemu tak szaleję i czy ja tak zawsze. No cóż. 

I tak leżąc przy tym drzewie przerażona, myślałam, że to koniec. Koniec dzisiejszej wycieczki, koniec kręcenia, koniec sportu przez najbliższe miesiące i tylko gdzie tu helikopter ma wylądować, albo jak mnie chłopaki zwiozą na noszach, skoro śniegu brak. I noszy. 

Z pomocą kolegi uwalniam się jednak z objęć Leona oraz powoli próbuję wstać (i mimo, iż już przecież "po", to wciąż trzęsę się ze strachu). Udaje się za trzecim razem. Krew się leje, udo pobolewa, a ja z zaciekawieniem oglądam swoje (bądź co bądź) pierwsze rowerowe sznyty. Hmm, całkiem najs. I tylko to udo lewe ciut boli i chyba jakoś dziwnie puchnie. Oraz bark, że nie potrafię utrzymać kierownicy jak dawniej. No ale macham nogą, macham ręką, ruszam karkiem w prawo w lewo - wygląda, żem cała. Tylko więc delikatnie pozadzierana i potłuczonam. I wciąż trzęsąca się ze strachu. Ostrożnie sprowadzam rower w dół i opowiadam innym o "swoim pierwszym, prawdziwym, rowerowym dzwonie!" Ale wszystko Bo, ok? Dasz radę jechać? Wydaje mi się, że ok. Serio. Dam radę. Jestem cała, tylko strasznie się przestraszyłam

I powoli, ostrożnie, już z hamulcami oraz na wysokiej kadencji dołączam do reszty i jadę. Czuję to udo, ale da się żyć, a ramię doskwiera głównie na wertepach i wtedy, gdy prowadzić trzeba rower do góry. No. To chyba znowu miałaś Bo więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy się nauczysz? Że nie można dać się tak ponieść? Że nie warto wierzyć w umiejętności, których się nie ma? Że czasem trzeba bać się "przed" a nie "po"? No, wiem wiem. Może kiedyś się nauczę. 

A wycieczka rowerowa cudna! Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy. Do tej pory znałam fragmenty trasy z perspektywy biegacza, ale na rower te tereny są jeszcze lepsze! Prawdziwe enduro, zróżnicowanie, góra - dół, igliwie, korzenie, pusto i zielono. Oraz błotko jest. I niedźwiedzi czosnek (pierwszy raz próbowałam, jadł ktoś?). 

Ale wracając do mnie. Po tym bliskim spotkaniu z drzewem kręciłam jeszcze ok. 3 godziny. Mniej intensywnie, zachowawczo i na hamulcu (nuda). Ale im więcej czasu upływało od dzwonu, tym bardziej zaczynał doskwierać mi ból nogi. Kiedy miałam już problemy z wsiadaniem do samochodu, kiedy do domu wchodziłam schodek po schodku, kiedy po kąpieli (wejdź tu człowieku z prostą i bolącą nogą do wanny) w ostrzejszym świetle łazienkowym zaczęłam obserwować odrapane i siniejące udo, którego obwód zaczął się zbliżać do wymiarów mej talii, stwierdziłam, że coś chyba jednak nieteges. Wizyta na pogotowiu, opatrunki, zastrzyk i prześwietlenia w pozach, których przyjęcie wymagało ode mnie naprawdę wielu starań. Oraz diagnoza: ramię w temblak, wszystko całe, ale trzeba leżeć i noga w górze oraz chłodzić. Dużo chłodzenia. I przede wszystkim leżenia.

Ja! Leżenia!

I tak więc kurde leżę sobie. Unieruchomiona. I chłodzę. 

Nie. Jeszcze nie jestem wściekła, choć dziś miał być basen, szosa lub bieganie, a od piątku chciałam zacząć znowu chodzić na mastersów. Jeszcze nie płaczę, chyba że - tak jak w nocy - z bólu, gdy naprawdę ta cholerna noga nie dawała mi spać. Lub jak odległość do kuchni pokonuję w czasie biegania 100-metrówek. Jeszcze nie dramatyzuję i nie przekreślam swych sportowych i startowych planów na ten sezon. Jeszcze nie. Ale przysięgam, jeśli w ciągu kilku dni, sytuacja nie ulegnie zmianie, to zacznę panikować.
Chyba, że wcześniej oszaleję z tego bezruchu :( 

(Choć i tak nie żałuję tego wyjazdu, było bosko. Dziękuję całej ekipie, kropka). 

17.04.2014

Czy rowery stoją

Gdy emocje już opadły. Zmęczenie uszło i kioski odbudowali. Telefony z gratulacjami przestały dzwonić, Prezydent Miasta dłoń mą ucałował, a zasady weekendowej przejażdżki hybrydową toyotą zostały ustalone. Czas pomyśleć co dalej. 

Hmm.
No raczej zawodowym kierowcą nie zostanę. Biegaczką na razie też, nie mam ochoty się ścigać, nic się w tej kwestii nie zmieniło, ani znowu ómierać na trasie. Ale że jakiś cel trzeba mieć, a przypomnę takowy istnieje - Wielki Wyścig w Karkonoszach, a potem być może Operacja BOrówka - trzeba wyruszyć w drogę, aby go osiągnąć. A drogę tą przemierzać będę na rowerze. W zasadzie na dwóch.

Odwracamy więc proporcje i bieganie będące dotychczas dyscypliną nr 1, czynimy tłem dla pozostałych przygotowań tri i skupiamy się obecnie przede wszystkim na kręceniu. Tak powiedział trener. Oraz pływaniu. Dobrze trenerze.

Zwłaszcza, że takich fajnych dwóch chłopaków w domu mam - żal.pl nie skorzystać. 
Z nową fryzurą tfu owijką (białą) Kuba, po generalnym spa, aż się facet rwie na asfalt i okoliczne górki, a  że randka poniżej 2 godzin raczej go nie urządza, więc od razu poprzeczkę wysoko mam ustawioną i starać się muszę jak chyba jeszcze nigdy. 
Oraz Leon. Muskularna budowa, dobre amory, opony też niczego sobie i mimo, iż siodełko ciut niewygodne (nikt nie jest idealny), to również bywa czarujący porywając mnie na schadzki w tereny zgoła zaskakujące i nieznane. Wie co lubię. Las, kamienie, kręte ścieżki, błotko i zjazdy - czujemy dokładnie te same klimaty! Przypadek?

Nie doczekały się jeszcze stojaka... :( 
Jazda na rowerze mtbo to całkiem inna bajka niż na szosie. W zasadzie to dwie totalnie inne dyscypliny. Godzina kręcenia po okolicznych laskach, ścieżkach i górkach (niektóre jeszcze nie na moje umiejętności, JESZCZE) i ómierać można niczym na 34 km maratonu. Serce wali, sił brakuje i boli wszystko. Nogi, biodra od upadków, a kark i ręce od trzymania (zapewne zbyt mocnego) kierownicy. A i w lico oberwać też można, jak jakaś gałąź (czemu z reguły drapiąca?) z zakrętu wyjawi się nagle. I tylko potem wracaj taki umorusany błotem człowieku przez miasto, to na pewno spotkasz wszystkich znajomych, którzy pachnący i uprasowani właśnie idą na popołudniowy deser z kawą do Rynku. Albo tych, z którymi jutro masz ważne zawodowe spotkanie. Dzień dobry.

Mówią, przecież w triathlonie jeździsz tylko na szosie - trenuj szosę, po co mtbo. No wiem, że tylko szosa, no ale na asfalcie mi się nudzi. Nawet nie wiem w jakim ciekawym towarzystwie bym kręciła i jakie zróżnicowane tereny zaliczała, to jednak czasem ciągnie mnie do lasu :) Do zieleni, do drzew, do gałęzi owych nieszczęsnych, do wolności. Tak jak z bieganiem. Nie da się cały czas klepać po asfalcie, czasem trzeba wypuścić się w teren, rajt? Więc jeśli trener nakazuje dużo kręcić, to muszę różnicować, bo zwariuję od tej monotonii. I chcę różnicować, by mieć fajdę i zabawę. A poza tym ponoć z mtbo technikę poprawić można i siłę. Dlatego rowery dwa. Tygodniowo tak najlepiej 150-200 km. Dobrze Bo? Oczywiście trenerze.

Jeśli zaś chodzi o pływanie to zapomniałam. Nie wiem jak się pływa. Nie umiem, nie rozumiem, nie znam się. Źle chyba ręce daję, nogi całkiem poza kontrolą, a w ogóle to woda jakaś gęsta, z falami i przeszkodami... Tak nie może być. Więc od wczoraj znowu cotygodniowe lekcje z instruktorem i ćwiczenia tak dziwne, że nawet na sucho powtórzyć i opisać trudno. I pomyśleć, że kiedyś byłaś Bo rusałką. Wiem trenerze. Byłam. 

07.04.2014

VII Półmaraton Rzeszowski - też da się ómrzeć

Może zacznę od tego, że po maratonie w Barcelonie miałam dość biegania. Delikatnie mówiąc. Pierwszy tydzień powoli przytomniałam, drugi coś na bajku kręciłam, a w trzecim to głównie dumałam, jak ja kurde tę połówkę przebiegnę. Nie miałam za bardzo siły, chęci, nie czułam tego biegania, nie mówiąc już o jakiejś przedstartowej ekscytacji i adrenalinie. Innymi słowy dość miałam biegania :)

Jak więc biec, gdy ma się dość biegania? Jak? Gdy na samą myśl o zejściu poniżej 5:00 robi się człowiekowi słabo oraz bolą go wszystkie pasma, ścięgna i piszczele. Jak? No można nie startować w ogóle. To też jest jakaś opcja, aczkolwiek głupia, bo szkoda rezygnować z zawodów we własnym mieście i ze znajomymi. Przeczłapać? Ja... przeczłapać... To już lepiej zostać w domu. Treningowo pobiec? Treningowo? Ale przed czym. Bez sensu. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko przestać jojczeć, wziąć się w garść, ubrać koszulkę Smashing Pąpkins oraz kierować się na linię startu z mocnym postanowieniem walki. Walka. To ostatnio jedyna rzecz, która mi wychodzi, więc przynajmniej są jakieś szanse na ciekawe widowisko...

Te tematy dylematy
Trochę podłamały mnie rokowania kalkulatorów biegowych, które mówiły, że z takim wynikiem maratońskim: (wstać!) 3:26 (usiąść!), to ja powinnam połówkę w 1:34:coś zrobić. Ranyboskie. Do tej pory w tempie 4:30 to ja dychę biegałam i to na wyrzygu, a tu mam dwa razy tyle z haczkiem zrobić, no way. Pobicie ubiegłorocznej życiówki z Warszawy (1:37) wydawało mi się dotychczas czymś tak odrealnionym i abstrakcyjnym, że nawet nie śmiałam myśleć o zbliżeniu do tego wyniku. A jednak. Umówiłam się z kolegą, że atakujemy 1:35, ogłosiłam to wszem i wobec, aby czuć jakąś presję i postanowiłam spróbować. Run Bo, dajesz koleżanko, jesteś boska, no i jesteś u siebie! Ogniem!

A więc stanęłam na linii startu z postanowieniem walki oraz świadomością, że kurde musi i kurde będzie boleć. Nie pomyliłam się specjalnie. Napieprzanie przez ponad półtorej godziny w tempie ok. 4:30 do przyjemnych nie należy. Oczywiście Grzesiek, z którym miałam biec pognał do przodu, a następna grupa znajomych, którą dorwałam już na trasie i która leciała na 1:35, po kilku kilometrach okazała się za wolna. I weź tu się człowieku z facetami umawiaj. No weź. 

Pasujemy z Pąpkoszulką do siebie, nie? :)
(Fot. Run Rzeszow)
Ten półmaraton byłby całkiem fajny, gdyby trwał do 15 km. I jestem przekonana, że pod tym zdaniem podpisać się może wiele osób. Wcześniej wszystko układało się całkiem należycie. Garmin pokazywał średnie tempo biegu 4:28 (na tętno przestałam zerkać, gdy moim oczom, po 3 km, ukazała się liczba 182), podczepiałam się pod różnych biegaczy, szczególnie takiego jednego w czerwonym (pozdrawiam i dziękuję), z wiatrem pozwalałam sobie na ciut więcej, pod wiatr szukałam BPC (barczystych pleców chroniących). Włączyłam tempomat, starałam się równo oddychać i jakoś trwać w tej zabójczej prędkości, pomimo wciąż oscylującego w okolicach 180 tętna. Machałam do kibiców, nawet coś tam zagadywałam do współtowarzyszy doli i próbowałam żartować. Hahaha. Ale ta Bo dowcipna. Boki zrywać. I pogoda się udała. Było chłodno, rześko, mokro (rano padało) i bez słońca. Normalnie Rajbiegacza.pl. A ja w tym raju.

Biegnij Bożenka!
Na 14 km odpakowałam żel. Niezbyt przyjemnie je się żel bez popijania, na dodatek gdy człowiek czuje dość spore pragnienie. Przeżuwam ten żel jak gumę, odgryzam go kęsami i biegnę wypatrując tego cholernego punktu z wodą (było ich za mało, to fakt). Następny kęs, naprawdę jest słodko i lepko, i następny. I tak przez półtora kilometra dawkowałam sobie tę węglowodanową maź, jakże wielką czując ulgę gdy wreszcie mogłam ją przepić przepyszną, zimną wodą.

Jeszcze tylko 5 km. Kurde, odcina mi zasilanie. Jeszcze tylko 4. Coraz bardziej odcina. Zaczynam sapać jak jelcz. Świszczeć jak pasek klinowy oraz zwalniać niczym rywal Króliczka Energizer. Tempo na kilometr spada do okolic 4:40, a ja im więcej energii wkładam w przyspieszenie i urwanie tych straconych sekund, tym bardziej opadam z sił i biegnę wolniej. Im mocniej chcę, tym wychodzi coraz gorzej i słabiej. Jak w życiu. Frustrujące to. I na dodatek pod wiatr. Oraz kolka. Jeszcze tylko 3 km. Kurde no. Tak dobrze żarło... :( Już tylko 2. Wiedziałam, że nie urwę nic poniżej 1:35, zaczynało być nieciekawie, teraz chodziło więc już tylko o to, by stracić jak najmniej.

Wymyśl "dymek" do obrazka. 
W okolicach 20 km jeden kibic drze się do nas wspaniałomyślnie: "Na 1:35 to teraz nie ma opierdalania, trzeba gnać!" Widać zna się facet na rzeczy. A kumpel co pruje przede mną, nieco zwalnia, ogląda się, krzyczy "Biegnij Bożenka, biegnij, damy radę" i mobilizuje mnie choć trochę na tym ostatnim etapie biegu oferując swoje BPC (dzięki!). Zakręt, lekki podbieg, prosta i... I zaplątała się Bo. Zaplątała w biało-czerwoną taśmę, którą z oznaczenia trasy zerwał wiatr... Tak. Moje wielkie, okupione bólem i kolką cierpienie nagle nabrało jakże absurdalnego i komicznego kształtu. Ozdobionego powiewającą z mych ramion plastikową taśmą. Życie. Potem już tylko szpaler ludzi, brawa, okrzyki, m.in. "Brawo Bożenka!" (a jak wół mam napisane przecież na koszulce "BO", nie widzą?) oraz zegar pokazujący 1:35:coś. Jest, czyli prawie się udało! Urwałam! Zuch dziewczynka. I spiker przekręcający moje nazwisko oraz niepodejmujący nawet próby wymówienia nazwy drużyny (wiadomo: Smashing Pąpkins). Ale triumfalnie oznajmiający za to, że z Rzeszowa!

No to co, że z Rzeszowa 
No z Rzeszowa, a co? Gdzie bardzo fajną imprezę nam zorganizowali. Ciekawa i dość szybka trasa, sporo biegaczy (blisko 900), mimo ciut niefortunnej godziny startu (12.30) sprawna i profesjonalna organizacja oraz nagrody też niczego sobie. I kategoria, którą ostatnio lubię coraz bardziej "Najszybszy Rzeszowianin i Najszybsza Rzeszowianka", jeśli wiecie do czego zmierzam... Tak. Ku swojemu naprawdę wielkiemu zaskoczeniu zostałam Pierwszą Najszybszą we Wsi!!! Czujecie? Najszybsza w metropolii! I z ostatecznym czasem 1:35:19 (żal tych 20 sekund, oj żal) byłam 9 wśród kobiet, oraz (fanfary) druga w kategorii. Oczywiście szok i niedowierzanie :) I pomyśleć, że mi się biec nie chciało. A nagrody jakie! Na weekend dostać mam niby do testów (nie wiedzą, co czynią) hybrydową Toyotę (jaram się!!!) oraz: 700 stówek w bonach do Intersportu na kolekcję biegową (wolałabym chyba do Zary), 3-miesięczny karnet do Klubu Pure Jatumi Fitness (oddałam koledze, przysiągł, że skorzysta) oraz zaproszenie do Centrum Terapii Funkcjonalnej na "Ocenę Functional Movement Systems" (zejdą zakwasy, pójdę, sprawdzę i opiszę). I dwa złote pucharki - postoją na widoku z tydzień, a potem zapewne powędrują do PP (pudła z pucharami).

Ta mina.
(Fot. Piotrek W.)
Dość
Półmaraton był dla mnie dotychczas chyba najbardziej ulubionym dystansem. Nie trzeba się tak zarzynać jak na dyszce i nie ma takiego ómierania jak podczas maratonu. Do wczoraj był ulubionym. Od dnia 6 kwietnia 2014 r. wiem, że na półmaratonie też się można zarżnąć i też da się ómrzeć. Nieprawdopodobne! Jak to się człowiek uczy przez całe życie, nie?

Noo - wynik mega fajny, jestem bardzo zadowolona - ale nie było łatwo. Żadnej euforii, łez szczęścia i eksplozji endorfin na mecie. Tylko potworne zmęczenie. Oraz kołatające się w głowie pytanie: po co ci to Bo, po co? Nie wiem czy to z powodu mocnego tempa (jeszcze nigdy w życiu nie biegłam tak szybko przez tak długo), czy może wciąż siedzącego we mnie maratonu, czy też braku odpowiedniej mobilizacji, przedstartowej gorączki oraz należytych przygotowań właśnie pod ten dystans. A może to niczyja wina? I chcąc bić kolejne życiówki (w sumie to ja już chyba nie chcę), to muszę je również okupić coraz to większym cierpieniem? I wyjść daleko, bardzo daleko poza strefę komfortu? Wiem jedno. I choć na fotkach niby uśmiechnięta i radosna (zwłaszcza na pierwszych 15 km), tak chyba jednak brakowało mi trochę tego biegowego chaju, upajania się wysiłkiem na trasie oraz ogromnej satysfakcji i tych pieprzonych endorfin na mecie :( No brakowało...

I chyba wciąż mam dość biegania. Moja głowa mówi stop, a ciało chce odpocząć. Na razie dość spinki, biegania pod kolejny wynik oraz śrubowania PB. Dość. Wracam do korzeni i źródła. Do człapania po 6:00, do biegania w terenie i górkach. Do przeskakiwania przez konary oraz wpadania w kałuże. Tęsknię do rowerów. Na szczęście z wzajemnością :) I tak jak dla jednych sezon biegowy tak naprawdę dopiero się zaczął lub lada moment rozpocznie, tak mój - przynajmniej ten wiosenny - w zasadzie mogę uznać za zakończony. Teraz pora na tri, na wiatr we włosach, błoto w korbie oraz kolejne siniaki na nogach.

I to jest wizja bardzo optymistyczna. Już się nie mogę doczekać!