06.12.2012

Prawie jak

Prawie jak roztrenowanie. Prawie jak bieganie. Prawie już nie boli. Prawie jezdem.

I tak w minioną sobotę zakończył się czas błogiego, rekonwalescyjnego lenistwa. Prawie jak dłuższego roztrenowania. Jeszcze nigdy w życiu nie ciulowałam tak długo i tak intensywnie. Nawet się nie przyznam ile sezonów Chirurgów obejrzałam oraz innych filmów, których tytułów już nie pamiętam... Czy było to męczące? Niespecjalnie. Fajnie było tak po prostu nie musieć chcieć, nie chcieć móc. Nie robić nic. Spać, czytać, klikać, oglądać, jeść, spać, jeść, klikać, oglądać. No ale skończyło się, wystarczy, czas wracać.

W sobotę wybrałam się na stadion i akcję Biegam Bo Lubię. Czy pisałam już gdzieś kiedyś, jakie fajne są te zajęcia i że gdyby nie BBL, gdzie poznałam tajniki sztuki oraz innych biegaczy nie byłabym tu gdzie jestem? Aaa zapomniałam, teraz w czarnej dupie jestem, no ale nie byłabym tam, gdzie 2 miesiące temu? Kiedyś koniecznie muszę o tym napisać. Tak więc na zajęciach BBL przyjęto mnie oczywiście z wszystkimi honorami, każdy chciał mnie dotknąć, popytać i porozmawiać. Życie. A potem była rozgrzewka, sporo rozciągania i zabawa biegowa, co w moim wykonaniu oznaczało człapo-trucht i marsz. Dublowali mnie na potęgę, ale nie to się liczyło. Ja prawie biegłam!

W poniedziałki zwykłam odpoczywać, ale teraz, gdy wszystko się poprzestawiało, zaplanowałam 6 km jakbógda biegu, a jakbógnieda to marszobiegu. Był bieg (!) i to nawet 7 km, z czego ostatnie 3 pobiegłam na salę pokibicować jednemu meczu koszykówki. Tydzień temu pamiętam, godzinę szłam na ten mecz, bolało jak diabli, zastanawiałam się tylko czy dzwonić po taksówkę czy po erkę, czy może się jednak jakoś na tę halę doczłapię. Teraz delikatny trucht teleportował mnie w to samo miejsce dwa razy szybciej! Jest progres, jest radość! A nawet radość podwójna bo wygrali nasi. Choć sędzia kalosz.


We wtorek był Crossfit. Prawie jak Crossfit. Mamy tu na Ukrainie czystą wodę, piękne lasy, góry wspaniałe i rzeki, ale zajęć z Crossfitu nie uświadczysz ni chuchu. A skoro takich zajęć nie ma, to trzeba je wymyślić. Więc wkręciłam się na trening z chłopakami z teamu na sali i siłowni. Zajęcia prowadził Michał (biegacz, zawodnik, trener, prawie jak pro), nie pytać jakie ma łydki, zapewniam niezłe. No i na tych zajęciach na początku były wygibasy na sali wraz z motywami ministerstwa dziwnych kroków, a potem na siłce stacje. Ćwiczyłam trochę trochę, ale i tak się zmachałam. Jednak mam jeszcze inne mięśnie niż nożne. Good. I zakwasy też działają. Naprawdę wracam.

Środa to ósemka z przodu. Po raz pierwszy "od" przebiegłam ciurkiem 8 km w zapierającym dech tempie 6:53! I jeszcze branie miałam, zaczepił mnie i się przyłączył nijaki Rafał (a może Tomek?), karateka. O proszę, wystarczy dać się pokroić, a tu takie rzeczy. A potem w domu, kilkanaście minut w parterze przypominałam sobie wszystko co znam na brzuch. Na mięśnie górne, dolne, skośne, z kopytkami w górze i nie, z dźwignią długą, krótką, na plecach i bokach. Sporo znam, będzie co i jak ćwiczyć. Oraz obowiązkowo grzbiet. Boksio wprawdzie trochę się dziwił co ja na tym dywanie wyprawiam, szczekał myśląc, że to jakaś nowa zabawa, ale potem stracił zainteresowanie (?) i wrócił do spania.

Dziś, czyli w czwartek przyszedł Mikołaj i podarował mi rajtki z pieluchą na rouwer. Też się zdziwiłam. I uchwyt na bidon. Niebiegowe prezenty, a cieszą, się porobiło... Śnieg za oknem to tak przymierzam te rajtki w domu, chadzam sobie po pokoju wte i wewte, siadam, wstaję, znów siadam, chadzam, i cóż, uczucie dość dziwne. Ale umówmy się - nie do takich rzeczy się człowiek już przyzwyczajał. I z pieluchą też sobie poradzi. Dzisiaj też pękła kolejna ósemka biegiem! Spotkałam kolegę, gadka szmatka i 6:24 na budziku! Ranyboskie, mam nadzieję, że nie przesadziłam. I trzy obserwacje: 1) zimno, nie mam się w co na trening ubrać i trzeba też bardzo na gołą leć uważać, 2) biegacze i biegaczki jakoś się strasznie rozpączkowali ostatnio, 3) bucie mi się drą, wypada więc coś ładnego, różowego na wiosnę wyhaczyć.

A jutro znowu będzie nasz Crossfit. Spróbuję już może coś odważniej pocisnąć i poskakać, czas przestać być maskotką drużyny i pokazać na co tak naprawdę mię stać. A na wiele ;) W sobotę wybiorę się na BBL, a może i rower nawet w tych nowych rajtkach, w niedziele jest plan na "długie" wybieganie, gdzie powalczę o 10 km, a potem kolejne wyzwania w poniedziałek, wtorek, środę... Zaraportuję.

Tak, prawie robi różnicę. Ale jakoś specjalnie się tym nie przejmuję. Nigdzie mi się nie spieszy, mam czas, mam marzenia i cele, wracam, jest radość oraz moja niezłomna wiara wudasię.
Prawie jak dawniej ;)

4 komentarze:

  1. Brawo Bo!Chyba nie ma rzeczy z którą byś sobie nie poradziła:) Pozdrowaśki') Powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. To być może Ciebie mijałem w okolicach parku linowego? Z żółtymi słuchawkami w uszach?
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli myślisz, że ja to byłam ja, to z pewnością to byłam ja ;) Moje okolice i moje słuchawy.

      Usuń
  3. no właśnie! ta radość powrotów! :)

    OdpowiedzUsuń