09.04.2013

Trach!

W normalnym życiu mam to sprawdzone i przećwiczone. Kiedy idzie dobrze i wszystko układa się idealnie po mojej myśli, wiem, że zaraz się to skończy. Zapala się wówczas czerwona lampka, nie ciesz się Bo, już to przerabialiśmy, zaraz będzie dół, oby tylko nie za głęboki. I zazwyczaj jest dół. Zazwyczaj też dość spory. Sukcesy okazują się pozorne, przyjaźń ulotna, a marzenia i plany znowu palcem po wodzie pisane. Ale do tego jestem przyzwyczajona, dramatu nie robię, taki lajf.

Co innego w bieganiu, czy może określę to inaczej, w uprawianej przeze mnie ostatnio multidyscyplinarnej aktywności. Zawsze do tej pory było... no jak było? No bosko było. Radość z postępów i sukcesów, duma z umiejętności zagadania lenia oraz z konsekwencji w dążeniu do.
Ogólna zajebistość. Tak wielka czasem, że zapomniałam, że również i tu kiedyś może, a nawet powinna zapalić się ta cholerna lampka.

Trach nr 1
Shin splints. Czyli boli mnie przednia część kończyny dolnej prawej w okolicy piszczeli. W pewnym momencie bolała tak bardzo bardzo, że trudno było mi chodzić nawet. Jak każdy więc mądry i szanujący się biegacz, pomyślałam, zabiegam. Jak rozruszam na pewno ból minie i znowu będę niezniszczalna. No ale jakoś się ten mój shin splints zabiegać, kurde, nie chciał. I choć Dariusz Masażysta po odprawieniu czarów nad moją nogą i założeniu nowych turkusowych tejpów, na pytanie czy biec niedzielny półmaraton odpowiedział: "Fuck! Biec! Jasne, że biec" (love Dariusz), to jednak zdecydowałam, że nie. Zaczęłam myśleć (!), a już na dobre przeraziłam się czytając, że shin splints przerodzić się może w ciągnącą się w nieskończoność upierdliwą i prawdziwą kontuzję lub nawet w zmęczeniowe złamanie piszczeli (dziękuję ci fejsbuniu za te cenne rady). A ponoć - tak piszą internety - wystarczy kilka dni odpoczynku, chłodzenia, odpowiednich ćwiczeń i jeszcze raz odpoczynku i są naprawdę spore szanse na zażegnanie shin splints. Ten półmaraton miał być dla mnie ważnym startem, potraktować go chciałam treningowo, jako mocny bieg ciągły i ostatni sprawdzian wytrzymałości tempowej przed maratonem, tym trudniejsza była decyzja o rezygnacji z biegu, zwłaszcza iż organizowany był w moim mieście. Chlip, chlip - zapłakałam nad swoją roztropnością i rozsądkiem. W sobotę wieczorem jak mówiłam znajomym, że nie biegnę, nikt mi nie wierzył i wszyscy myśleli, że sobie jaja robię. Też bym nie uwierzyła. Chlip, chlip.

I co najbardziej mnie wkurza, to fakt, że ta niedyspozycja (nie nazwę tego kontuzją, nie nazwę i już) wyszła teraz, w okresie gdy zmądrzałam. Nie w styczniu, nie w lutym, czy na początku marca, kiedy naprawdę mocno trenowałam i mogłam się przeciążyć. Ale w momencie 'opamiętania się', gdy zaczęłam dbać o regenerację, odpoczynek oraz dozowanie i różnicowanie obciążeń. Tak wiem, nie ma róży bez ognia, gupia Bo, więc oczywiście zapraszam do wpisywania komentarzy w stylu: "a nie mówiłem", "wiedziałam, że tak będzie", "to się musiało tak skończyć". Bardzo proszszzzz. Nie krępować się. Z przyjemnością poczytam.

Trach nr 2
Wydaje mi się, że było mniej więcej tak. Rozmawiają sobie aniołowie. Słyszeliście? Tam na dole, na ziemi, Bo ma shin splints, ciekawy jestem jak długo wytrzyma bez treningu i czy uda jej się wyleczyć tę kontuzję odpoczynkiem. No, ciekawe. Może jej jakoś pomożemy, aby nie ruszała się z miejsca, hę? Nooo, w sumie dobry pomysł. To co? Jakąś grypę brzuszną jej ześlemy? Albo może zatrucie pokarmowe? Wiecie co, z Bo nigdy nic nie wiadomo, najlepiej ześlijmy jej i jedno i drugie. Wtedy dopiero będziemy mieć pewność, że przynajmniej przez kilka dni usiedzi na swych czterech i nawet nie pomyśli o treningu. I jak zdecydowali, tak też zrobili.

O anieli, dziękuję! Wasz idealny plan powiódł się w 100%. Zaczęło się w sobotnią noc i w zasadzie trwa do dziś. Przez niedzielę i poniedziałek to głównie spałam, z przerwami na wiadomoco oraz picie hektolitrów wody. O przepraszam, jeszcze pół nocy w szpitalu spędziłam (dawno nie byłam), gdy garść Nospy, pół opakowania Ibupromu oraz zagryzanie pięści, nie tylko swoich, na nic się zdały w uśmierzaniu gigantycznego bólu brzucha. No ale jakby teraz na to wszystko nie spojrzeć, faktycznie ochoty i siły na trening nie mam, a noga odpoczywa i w zasadzie już całkiem nie boli. Przekombinowany ten plan, ale być może skuteczny. I jeszcze wagę startową jak mi ładnie wyśrubowali. Anieli.

Piękna katastrofa, nie? Zachwycający i spektakularny trach. Na oczach milionów.

Nie wiem co teraz. Nie wiem co z bieganiem. Nie wiem co z Orlen Marathon. Chyba jest on już nie do uratowania. A biec by ukończyć, a nie po piękną życiówkę? To nie w moim stylu... Nawet jeśli ów maraton nie jest celem nr 1 na ten sezon.

Nie wiem. I źle mi z tym bardzo, pomóżcie, doradźcie, pocieszcie. Albo dobijcie mnie najlepiej. Oby tylko mocno, skutecznie i na raz.

23 komentarze:

  1. to zdrowiej szybko...napewno przyda ci sie taki odpoczynek a kto wie moze nawet dzieki niemu bedzie ci sie lepiej pozniej trenowalo i jednak nadzeja na maraton bedzie :) 3mam kciuki oby tak bylo, bo nie wolno sie poddawac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę, nie zwykłam ;) Dzięki!

      Usuń
  2. powodzenia w zdrowieniu;) a w niedziele już myślałem że to ja ślepy jestem bo dopingować chciałem blogerke..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobijasz, bo zapewne takich kibiców jak Ty były setki ;)

      Usuń
  3. O masz Ci babo placek, co za ogień krzyżowy :( Jeszcze prawie 2 tyg. do Orlenu więc nie porzucaj nadziei, przebiegałaś ileś tam m-cy więc przestój teraz nic ci nie zrobi, aczkolwiek możesz być osłabiona ale spróbować chyba warto, o ile bieg na dobiegnięcie jest dla ciebie do przyjęcia. A nuż się rozkręcisz w połowie i dostaniesz spida :)3mam kciuki za Twój szybki powrót do zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki! Decyzję podejmę pewnie pod koniec tygodnia. Oby właściwą ;)

      Usuń
  4. hej Bo, to co Cię trafiło nie ujmuje wyoranych w zaspach kilometrów, wyskakanych płotków i nieskończonych oskrzelików w płucach. Odpoczywaj, odżywiaj się i spokojnie wracaj do zdrowia.
    Na orlenie będzie szał i życiówka :)
    Za chwilę brzuuu i piszczeli wyzdrowieją, i nic nie zaszło.
    Mocne pozdro i trzymam kciuki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie chciałabym przede wszystkim wdrożyć "odżywiaj się", a potem to już jakoś pójdzie ;) Dzięki!

      Usuń
  5. Pocieszę lub nie, ale mnie żołądek też dokucza od wczoraj, nocka nie przespana, na każde pożywienie (nawet sucharki) flaki reagują buntem... A co do shin splints to odpoczywaj i nie pogarszaj sprawy, naprawdę nie ma sensu :) Upierdliwe to strasznie, no ale lepiej odpocząć tydzień niż później mieć pół roku z głowy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No marne to pocieszenie, ale zawsze jakieś ;) Dziękuję, dziękuję!

      Usuń
  6. Grypa żołądkowa na szczęście jak szybko przychodzi tak było mija a rzeczywiście przy pęknięciach piszczela to może pomóc bo wybije Bo z głowy trenowanie. A to najlepszy sposób żeby z tego wyjść. Sprawdziłem w książce o planie treningowych FIRST co robić przy "shin splits" (książka jest po angielsku). Oni piszą że to jest zapalenie tkanki przy kości i jest przeciążeniowe. Leczenie to zasada którą nazywają RICE czyli Rest, Ice, Compress, Elevate. Czyli Bo ma odpoczywać (nie biegać!), przykładać zimne kompresy, uciskać (chyba im o bandaż elastyczny chodzi) i trzymać podniesioną (coś z ukrwieniem pewnie). No i pocieszają że to mija, tylko bardzo ważne żeby jak najszybciej zacząć działać - więc wielkie gratulacje za rezygnację z połówki - to było bardzo mądre. No i będzie dobrze, tylko wypoczywaj. Co do maratonu to ciężka sprawa - jak nie będzie boleć to może...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Leszek! Tak też robię, odpoczywam, schładzam, kompresuję, ćwiczę oraz mrygam do aniołów, że JUŻ :) A nad Orlenem pomyślę w weekend.

      Usuń
  7. Nie poddawaj się :) odpoczniesz od biegania, organizm załapie świeżość i będzie życiówka na maratonie. Zdrowiej i nabieraj sił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życiówka raczej nie, pytanie czy maraton będzie :) Dziękuję.

      Usuń
  8. O jak ja Cie rozumiem, kobieto. Mnie shin splits dopadło pod koniec stycznia. I bujałam się z nim praktycznie do początku marca - bo też na początku nie mogłam zaakceptować, że powinnam dać nodze odpocząć. I u mnie pod znakiem zapytania stał Półmaraton Warszawski. Był taki moment, że kulałam chodząc po domu.
    Ja oprócz zimnych okładów, środków przecibólowych i przecizapalnych, odpoczynku, wizyt u fizjoterapeuty postawiłam jeszcze na rozciąganie i wzmacnianie mięśni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, potrafi boleć to cholerstwo, choć mnie tylko raz dało tak naprawdę popalić. Dzięki! Dodam więc jeszcze rozciąganie.

      Usuń
  9. jest taki zestaw cwiczen na shin splits, ktore robilem kiedys codziennie i dodatkowo przed kazdym bieganiem - nie pamietam dokladnie (to dawno bylo), ale bylo tam takie cos co wygladalo jak tupanie przednia czescia stopy, a pieta na ziemi (plecy oparte o drzewo), poza tym chodzenie na pietach, na zewn i wewn czesciach stopy itp. na pewno mozna wygooglac caly zestaw gdzies, lub zapytac fizjoterapeuty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak! Już sobie "wyjutubowałam" całą masę różnych ćwiczeń. Żebym - jak to ja - się teraz tylko nimi nie przetrenowała ;)

      Usuń
    2. no to zakasac nogawki i do roboty, a nie marudzic na blogu

      Usuń
  10. Kto jak kto, ale nie wierzę, by Bo w tempie ekspresowym nie wyzdrowiała. Głowa (a raczej, jak pisze Leszek, noga) do góry i będzie git, bo przecież nie po to trenuję dzień i noc, byś podczas naszego ścigania w Poznaniu narzekała na jakieś shinsplitsy!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrafię naprawdę dużo, ale umiejętności samouzdrawiania jeszcze nie opanowałam ;) Na POZtri będę jednak gotowa choćby nie wiem co!

      Usuń
  11. Niestety, oprócz grypy żołądkowej mam to samo. Tylko złapałem później i mniej u mnie łudzenia się, że start w Orlenmaratonie ma sens, bo wiem, że jeśli nawet bym nie dobiegł, to bym doszedł. Też jak u ciebie wcale nie dokładałem najsilniejszych , czy najdłuższych treningów, ale i tu nie wiem, czy jak ty? - po zawodach na 10 km, gdzie pobiłem swój rekord trasy, po strasznym mokrym i śliskim śniegu złapałem przeciążenie i dobiłem się następnego dnia wybieganiem na 30 km. A organizm podpowiadał mi żeby zbastować, bo nie warto robić zgodnie z planem treningowym, gdy ciało odmawia posłuszeństwa. Znaczącym dla mnie był o ostatni parokulometrowy fragment trasy, który przetruchtałem tak wolno, że gdy wyprzedzał mnie na ulicy inny biegacz zauważyłem, że jest dwa razy szybszy ode mnie. Wszystko już w czasie tego rozbiegania mówiło mi, żeby skrócić dystans i wracać, ale upór i zawziętość nie pozwolił. Teraz z Orlen maratonu zaliczę tylko chyba odbiór pakietu startowego i pasta party. Chociaż to drugie, to pewnie nie będzie przykro:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba nawet na pasta party się nie załapię, za daleko ;) Łączmy się w bólu, też w Orlenie jednak nie wystartuję. Ale odbijemy sobie to kiedy indziej, nie?

      Usuń