15.11.2011

W lesie nocą

Jakby ktoś "normalny" zobaczył mnie wczoraj w nocy, to z pewnością zacząłby się porządnie zastanawiać. O ile nie wykonałby jakiegoś telefonu... Alarmowego.
Razem z trzema chłopakami, z czego dwóch to Maćki wybrałam się biegać po lesie. I wszystko byłoby w miarę normalne, gdyby nie fakt, że było to nocą, z czołówkami na głowach i po bardzo zróżnicowanym terenie.  Należy też dodać, że chłopcy to prawdziwi wymiatacze - maratony, również te górskie i biegi rzeźnika są u nich na porządku dziennym. No ale wiadomo, że nie ma lepszych treningów niż te z najlepszymi.

Las kilkanaście kilometrów od miasta to ulubione przez lokalnych biegaczy miejsce na treningi crossowe. Znaczne różnice wysokości, długie podbiegi i zróżnicowana trasa sprawia, że naprawdę jest tam co robić. To nic, że sporo liści i wystające konary - nogi trzeba podnosić wyżej i od razu czuć jak buduje się siła biegowa.  No ale nocą wszystko jest inaczej. Trochę się pogubiliśmy (specjalnie mi to nie przeszkadzało, gdyż była chwila na złapanie oddechu), ja dodatkowo zaliczyłam dwa kontrolowane upadki oraz wspinanie się pod jedną górkę na czworakach ;) I co najgorsze i czym zaczynam przerażać sama siebie - bardzo mi się podobało!
Oczywiście miejscami było mega trudno, nie nadążałam, przy dużych stromizmach przechodziłam w marsz, czasem ledwo łapałam oddech, a raz nawet zapytałam siebie - po ci to wszystko k. jest?

Ale na koniec była wielka satysfakcja i duma. Chłopcy nawet jakby się nie wkurzali, że psułam tempo, a przynajmniej nie demonstrowali tego otwarcie. Co więcej nawet chwalili i gratulowali, więc może nie było tak źle. Mam nadzieję, bo crossowy trening (w dzień czy w nocy) bardzo mi się podoba oraz jest świetnym i ponoć bardzo skutecznym urozmaiceniem nadrzecznej bieganiny po płaskim.
Jeśli jeszcze przekonam swoje kolana, że nie warto boleć, to może uda mi się realizować mój tajny plan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz