03.03.2015

Uwaga na foczki! Czyli o debiucie w X Polar Sport Skitour

Nie wiem gdzie, no nie mogę sobie przypomnieć całkiem, gdzie to ja ostatnio czytałam, ale ktoś coś pisał chyba, że brakuje mu wyzwań nowych. Czy jakoś tak. I że za emocjami tęskni. Oraz ciarami na plecach, gdy (znowu) trzeba będzie się przełamywać, ryzykować, te głupie granice przekraczać itd. Że nowego czegoś chciałby. Kojarzy ktoś, gdzie ja to mogłam przeczytać? U kogo? BO ja raczej nie

Awięc. Niczym przysłowiowa baba bez kłopotów, co sobie kozę kupiła, tak ja - całkiem spontanicznie i hardcorowo - w poszukiwaniu wyzwań w zawodach skiturowych sobie wystartowałam. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdybym ja na nartach umiała dobrze jeździć, o skiturach większe niż miesięczne pojęcie miała, gdybym nie bała się zjazdów i generalnie gdybym była na to COŚ jakoś psychicznie i rzecz jasna fizycznie przygotowana. A nie byłam. No ale przecież jakbym była, to o czym ciekawym mogłabym tu napisać? Ano właśnie.

Borze!
Tak więc ufna w moc pĄpkoszulki, magię kasku rowerowego, w którym sobie szczękę na bajku złamałam, z postanowieniem, oby tylko nie być ostatnią i przede wszystkim, by w drzewo się jakieś nie wpierdzielić z hukiem (kiedy ono takie urosło?), na starcie zawodów X Polar Sport Skitour im.Basi German sobie hopsa ot tak stanęłam. 

W opinii startujących i doświadczonych narciarzy, zawody te to popierdółka jakaś. Proste, krótkie, idealne na debiut mówili. Dasz radę mówili. Spoko lux. Mówili. Ale gdy tak na odprawie słuchałam, że tu strumyk jeden trzeba przejść i potem następny, że dwie poręczówki linowe z przytroczonymi deskami do plecaka pokonać (mowa o narciarskich zawodach przypominam) i jeszcze gdy tak z podziwem na tych wszystkich rozgrzewających się wymiataczy patrzyłam, to w głowie miałam tylko jedno: "borze borzenko borze". Borze!

Ale też - psst tak po cichu i między nami przyznam - człowiek nie byłby sobą, gdyby oprócz małego przerażenia, nie czuł też odrobiny ekscytacji i radości, że wreszcie się coś dzieje! Coś nowego, niewiadomego i nieprzewidywalnego! Bez żadnej presji (oprócz #byleniejebut), oczekiwań, bez cholernej wizji pudeł, życiówek i pucharów. Po prostu ja, nowe wyzwanie, wysiłek, sport i radość. Czyli, przyznacie, połączenie najlepsze z możliwych. Idealne. 

Tak startuje czołówka. Fot. Sowinskifoto.pl
Ustawiłam się spokojnie, na samym końcu stawki, aby widzieć co robią inni i w razie czego naśladować :) Lub wzywać pomocy. Może jeszcze na wstępie, tym co nie wiedzą wytłumaczę szybko, na czym ten skituring polega. Aby iść pod górę na nartach skiturowych trzeba do deski przykleić takie futerko (fokę) (wspominałam, że uwielbiam głaskać?), dzięki czemu nie zjeżdża się w dół. Buty też są odpięte w cholewce do podejść, a pięta luźna od wiązania. Potem do zjazdu odkleja się fokę od nartki, dopina buty, wpina je w całości w wiązania i lufa w dół. Wszystko oczywiście w terenie. Między drzewami, po ścieżkach, krzaczorach i muldach. Borze!

A tak my :) Znajdź Bo na obrazku. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz na foce
Nie będę pisać, że z tego zaaferowania garmina zapomniałam włączyć i że na dupie (swojej) zaraz po starcie wylądowałam. Wspomnę jednak, że naprawdę ostro (jak na siebie rzecz jasna) zabrałam się do roboty przy podejściu. Ooo! Podejścia to ja love! Big love! Narta za nartą, kijek za kijkiem, posuwisty krok za krokiem, rura do przodu, brnęłam tak w górę. I zaczęłam wyprzedzać innych. Co akurat dodam, wcale nie jest takie łatwe jak w bieganiu, bo wszędzie te ich nartki, kijki wymachujące oraz oczywiście wąska ściężka. Ale ja uparcie wciąż swoje, fu-fu-fu. Wysiłek mniej więcej porównywalny do uczciwego WB2. Fu-fu. Czyli idzie się zmęczyć i spocić. Fu. 

Takie podejścia. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz bez foki
I napierając tak do góry dotarłam do miejsca, gdzie nastąpić miała pierwsza przepinka i zjazd. W "strefie zmian" poradziłam sobie nad wyraz szybko, foki odklejone i do plecaka, wiązanie przekręcone, bucik wpięty. Aaa, jeszcze tylko zapiąć cholewkę, krzyżyk na drogę i jazda. Z drogi śledzie! Lub raczej drzewa! Król Julian jedzie! Gdyby na tych zawodach były noty za styl, z pewnością dostałabym minus 10. Lub minus 12. Trochę okrakiem, trochę pługiem, zakrętów jeśli z pięć zrobiłam to i tak byłoby aż nadto. Generalnie narty szeroko, dupa do tyłu, bojowa mina, zaciśnięte zęby. Gdybym miała być wtedy snem, byłabym prawdziwym koszmarem.

Nieważne jednak jak, ważne, że skutecznie i w dół :) Tylko ten ogień w udach. Borze, jak paliło! Istny pożar, pożoga niemalże jakaś, której nie gasiły, ani wymuszone postoje, ani chłodne myśli czy topniejące czapy śniegu spadające z gałęzi. Płonęło! Paliło! Ogień! Ałła!

A tam gdzieś był zjazd. Fot. X Polar Sport Skitour 
Na szczęście moje, okolicznych drzew i ludzi (tak, wciąż byli wokół mnie ludzie! szok!), zjazd się skończył. Następna przepinka i dajesz Bo gonić tych, co włoili ci na zjeździe. Fu-fu-fu. No to gnam. Jeden strumyk przekroczony i drugi. Fu-fu. W międzyczasie walka, by szybko wpiąć się w wiązania, a tradycyjna zasada, że im bardziej się starasz, tym gorzej wychodzi oczywiście sprawdza się w stu procentach. I nagle łup. Poślizgnęła mi się jakoś foka i nie chciała trzymać na dość stromej wówczas nawierzchni. I jadę w dół. Aaa! Ratunku! Jedną nartą pomagam sobie jakoś, kijkiem wbijanym gdzieś tam na zboczu również, kolanami swymi i ręcami, ale nic! Pomocy! Wciąż poruszam się nie w tym kierunku co trzeba, czyli jadę w dół. Aaa! Na szczęście jakiś miły Pan (dziękuję) poratował mnie swym ekhm... kijkiem i dosłownie wyciągnął z tej opresji. Uff, złapałam pion, wróciłam do właściwej pozycji, znów zaczęłam oddychać. Cała jestem, żyje, borze, zajebiste te skitury! A ucierpiał tylko kijek, który zgięty pod kątem prostym dumnie towarzyszył mi do końca wyścigu, dodając niemałego dramatyzmu całej tej przygodzie.

Przygodzie, która tak naprawdę dopiero miała się rozpocząć...
Po tym drobnym incydencie wiedziałam już, że sobie poradzę. Podbudowałam się, wzrosła moja wiara w siebie, poczułam prawdziwą moc. I jeszcze jak potem wyprzedziłam na podejściu tego miłego Pana od pomagania, który na dodatek skomplementował moją fu-fu-fu formę, to uwierzyłam, że jak tak dalej pójdzie, to ja normalnie jeszcze wygram całe te zawody!!! :) Niestraszne były mi zjazdy, przepinki, przekraczanie strumyków, czy pokonywanie owych "niebezpiecznych" poręczówek. Boska byłam. Fu-fu-fu.

Czasem trzeba było odpinać narty... Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy już przyszło do kolejnej przepinki i przyklejania fok oraz wizji ostatniego podejścia, w którym to jestem przecież taka fu-fu mocna i z pewnością nadrobię jeszcze kilka minut, czar prysł... Mokry śnieg, brak doświadczenia w przyklejaniu fok i wycierania nart z wody, sprawił, że nie chciały się te cholery do desek kleić psia mać. Zapinam, przyklejam, stukam, chucham, przemawiam do nich, błagam, a potem jeden krok pod górę i znowu łup. Odklejona foka zjeżdża, narta również w dół, a ja na kolana. I w płacz :) I jeszcze jedna próba. I kolejna. I nic. Głupie foki! Prawie rozpacz.

Ok, BO, spokojnie, nie płacz, tylko myśl. Myśl, myśl, myśl. Jak tu je przyczepić do nart? Nikt mnie tego (mryg mryg!) nie nauczył przecież... Gumką do włosów może? Buffem? Gałązką? (wiem, hihi) Linką jakąś od plecaka? No kurwa ciem?

Silvertejpem wiem, tylko skąd ja w środku lasu taśmę klejącą wezmę? I tak siedzę biedna przy tej ścieżce, wszyscy mnie mijają, a ja pytam drżącym głosem każdego, a czy masz może przypadkiem taśmę klejącą jakąś? Plis miej! Noo, foki mi nie kleją.

A czasem trzeba było narty nieść. Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy zwątpiłam już w jakąkolwiek pomoc, pogodziłam z faktem, że straciłam spokojnie jakieś 10-15 minut i że przyjdzie mi pewnie na butach dymać te ostatnie kilometry do mety. Albo GOPR jakiś wzywać. To jednak przyszła pomoc! A raczej miła dziewczyna, jak się potem okazało Gosia (dziękuję i pozdrawiam), która odkleiła mi ze swojego kijka pół metra taśmy (wszystko co miała) i poratowała. Przykleiłam te swoje foki do nart. Niestety tylko w jednym miejscu, na więcej nie starczyło, więc za kilkanaście metrów zabawa zaczęła się od nowa. Jazda kurde w dół, miast w górę. Chciałaś baBO przygód i wyzwań, masz! Psia mać. Na szczęście kilkanaście sekund potem, spod ziemi niemalże jakoś, wyrósł chłopak z całą rolką czarnej klejącej taśmy! Kumacie? Cała rolka! Czarnej klejącej taśmy do fok! Poratował mnie, jeszcze jedną dziewczynę i Gosię, której potem foczny klej również odmówił posłuszeństwa. Kimkolwiek jesteś Rycerzu z taśmą, stokrotnie dziękuję!

Przykleiłam, wpięłam butki, sięgnęłam po swój jakże dzielny zgięty kijek i na początku jeszcze ostrożnie czekając na znajome łup i uciekającą nartę do tyłu, potem już na porządnym wkurwie ruszyłam fu-fu do przodu. W końcu byłam wypoczęta jak nigdy. Fu-fu-fu. Teraz to naprawdę z drogi śledzie! Minęłam kilku panów, kilkadziesiąt metrów przed metą jeszcze jedną dziewczynę, która ku mej radości, stwierdziła, że nie podejmuje walki, no i dotarłam! W iście dramatyczny sposób ukończyłam swoje pierwsze zawody skiturowe! Nie pokonał mnie kijek, nie zabiły zjazdy i nie zwyciężyły foki! Nie byłam ostatnia, ba, wśród 50 kobiałek, mimo tej kilkunastominutowej focznej straty, na 23 (!) (wiadomix!) miejscu się uplasowałam! Czujecie? I dzwoniący medal dostałam. Dzyń dzyń!

Wraz z kijkiem dotarliśmy! Fot. JKR Ostrowski
A wprawione oko, oprócz zgiętego kijka i banana na twarzy dojrzy również przyklejone foki.
Fot. Kris Photography Studio ;) 
Oj! Tego mi trzeba było. Zajebiste zawody i przygoda, a skitury jeszcze bardziej.

A jak ja kurde przebiegnę ten maraton w Rzymie za 3 tygodnie pomartwię się jutro... :)

Uwaga ogłoszenie! Jeśli ktoś chciałby mieć taką oto pĄpkoszulkę mocy, to właśnie ruszyła 3 limitowana edycja produkcji. Klikać i zamawiać!

1 komentarz:

  1. Standardowo relacja BOska :) Fajnie, że znowu piszesz!
    A.

    OdpowiedzUsuń