08.01.2014

"Wyścig tajemnic"

Jak dobrze, że Armstrong nigdy nie był moim idolem. Jak dobrze. I że się jakoś specjalnie nie interesowałam oraz nie pasjonowałam kolarstwem. Ponieważ rozczarowania są bardzo przykre, a kłamstwa, zwłaszcza takiego bezczelnego i z premedytacją, nie znoszę. Chociaż przyznam, że Lance jako osobowość to całkiem, całkiem. Interesujący. Drań taki, szuja, egoista i zarozumialec. Nie liczy się z nikim i niczym. Coś w sobie ma. Choć kłamca. I łotr.

"Wyścig tajemnic" - demaskująca tajniki dopingowych afer w kolarstwie spowiedź Tylera Hamiltona, nie przewróciła mi świata do góry nogami. Nie przewróciła, bo - tak jak mówię - niespecjalnie mnie to do tej pory interesowało, mimo iż kilka fragmentów transmisji z Tour de France w życiu obejrzałam. Ale opowieść Hamiltona na pewno mnie zszokowała, a miejscami nawet wstrząsnęła. Nie zdawałam sobie po prostu sprawy, że tak można! Tak zafiksować i uwięzić siebie samego w presji wygrywania i wciąż bycia lepszym. Że niby w imię miłości do sportu (i pieniędzy). Rujnować sobie zdrowie. Okłamywać najbliższych. Uciekać. Żyć w ciągłym kłamstwie i strachu przed złapaniem. Być tchórzem i nie mieć odwagi powiedzieć dość i się wycofać. Wydawać miliony. Oraz tak kreatywnie tłumaczyć sobie własną głupotę. I że doping tak różne ma oblicza, tak wielkim jest biznesem i syfem.

Aplikowałem sobie "Edgara" co dwa lub trzy dni, zazwyczaj dwa tysiące jednostek. Wydaje się, że to dużo, ale w rzeczywistości ma objętość gumki na ołówku. Robiłem zastrzyk pod skórę na ramieniu lub brzuchu. Igła była tak mała, że ledwo było widać ślad po ukłuciu. Chwila, moment i pojawiało się iskrzenie we krwi. Gdy fiolka była pusta, owijałem ją kilka razy papierowym ręcznikiem lub papierem toaletowym i rozbijałem młotkiem w drobny mak. Potem taki pakunek wkładałem do zlewu i trzymałem pod bieżącą wodą, żeby wypłukać resztki pozostałości po EPO. Następnie spuszczałem to wszystko w kiblu albo wrzucałem mokrą papkę do śmieci, przykrywając najbardziej śmierdzącymi rzeczami jakie mogłem znależć. Mogłem spać spokojnie.

Jesteśmy też świadkami skomplikowanych organizacyjnie procedur transfuzji krwi oraz przemycania dawek EPO i innych, czytamy o synchronizowaniu kalendarza dopingu z terminami startów i o tym jak nie dać się złapać, a także o restrykcyjnych dietach odchudzających oraz wyścigach pokonywanych z nadludzką mocą i siłą. Są szyfry, zastrzeżone numery telefonów, zaufani i przekupni ludzie oraz "lekarze" zbijający krocie na dopingowym biznesie. Jest też Lance Armstrong. Król królów. Pociągający ponoć za tysiące sznurków, mający wpływy wszędzie i na wszystko, jedynynajlepiejwiedzący oraz najmocniejszykolarzwszechczasów. Który oczywiście - do czasów sławetnego wywiadu u Oprah - nigdy na dopingu nie był i któremu nigdy nic nie udowodniono. I który zawsze jeździł czysty. 

Druga transfuzja krwi miała podobno miejsce pomiędzy piętnastym a szesnastym etapem. Postal poinformował kierowcę autobusu, żeby udał jakąś awarię w drodze do hotelu. Kiedy kierowca niby majstrował przy silniku, kolarze położyli się na kanapach wewnątrz i przeprowadzono im transfuzje. Przyciemnione szyby i zasłonki w oknach miały zapewnić dyskrecję. Woreczki z krwią przymocowano do szafeczek za pomocą bandaży elastycznych. W czasie transfuzji Armstrong leżał na podłodze autobusu

Jest w tej książce kilka momentów, w których unosisz głowę znad kartek, zamykasz ją i myślisz. Na przykład takie, gdy Hamilton w sposób całkowicie normalny, jakby opisywał co zjadł wczoraj na śniadanie lub jaki program telewizyjny obejrzał, przybliża sposoby szprycowania się i funkcjonowania całej tej machiny przy cichej akceptacji "góry". Jak to było kurde, możliwe, jak? Albo wtedy gdy tłumaczy, że wszystko działało w trybie zerojedynkowym: albo się przyłączasz i bierzesz, albo wypadasz z gry. I gdy pisze, że każdy kto chce osądzać sportowców, którzy sięgnęli po doping, powinien najpierw postawić się w ich sytuacji. Całe życie harujesz na sukces i nagle musisz dokonać wyboru: rzucam to i wracam do domu albo walczę dalej. A co Ty byś zrobił? 

I jeszcze w innym miejscu oderwałam wzrok od książki. Gdy Hamilton pisze - jakkolwiek banalnie to zabrzmi - że dopiero prawda go uzdrowiła i wyzwoliła. Że dopiero wówczas, gdy wyrzucił z siebie skrywane przez 10 lat tajemnice, gdy przyznał się rodzicom, gdy publicznie przeprosił za swoje postępowanie i kłamstwa oraz zaczął działać na rzecz oczyszczania sportu - dopiero wtedy odżył i zaczął głęboko oddychać. Prawda silniejsza niż doping...

Na szczęście my malutcy nigdy nie będziemy stawać przed takimi wyborami. I nigdy nie będziemy musieli odpowiadać na pytanie: Bierzesz czy wypadasz z gry?, Kładziesz się na podłodze autokaru czy wracasz do domu? Dla nas sport jest po prostu sportem. Czystą i prawdziwą przyjemnością męczenia się, sztuką gubienia i odnajdywania motywacji oraz pokonywania własnych słabości. Wolnością, radością, a czasem wielkim rozczarowaniem i wkurwem. Nic na siłę i nic za wszelką cenę... Po prostu.

11 komentarzy:

  1. Mnie ta książka pozbawiła złudzeń ostatecznie. Amstrong i reszta zabiły we mnie kibica. A ja zawsze przyklejona do tv gdy leciała Vuelta, Giro i TdF. A teraz człowiek mimochodem się zastanawia, czy zwycięzca etapowy to czysty był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, jak się okaże, że mój ulubiony Bolt, też się szprycuje, to ja również wypisuję się z tego całego kibicowania.

      Usuń
  2. Nie ma co się dziwić. O tym było wiadomo jak jeszcze się ścigałem w 2005 :) Nikt nie uwierzy, że można się ścigać 24 dni na najwyższym tempie :)
    Muszę Was zmartwić :) W innych dziedzinach sportu jest tak samo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wciąż, w całej swej naiwności, wierzę, że może nie wszędzie jest tak brudno i że nawet na górze istnieje jeszcze prawdziwy sport...

      Usuń
    2. No właśnie takie mam trochę wrażenie. Informacje o kontrolach antydopingowych mnie nie ruszają po tym co wyczytałam w książce. Tam te kontrole to jakaś farsa była. Fajnie byłoby, gdybym się myliła.
      W starożytnej Grecji wzdłuż wejścia na stadion w Olimpii stały posągi Zeusa wraz z imieniem fundatora. Fundowali je Ci, którzy rywalizowali nieuczciwie.

      Usuń
  3. Bardzo fajnie napisana recenzja, na tyle, że chyba sięgnę po tę pozycję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to ciężko powiedzieć, że to jest "fajna książka", ale na pewno warto przeczytać. Polecam!

      Usuń
  4. No to szykuje się już do lektury bo zapowiada się ciekawie. A swoją drogą to naprawdę smutne że w obecnych czasach już nie wiesz czy łzy które masz w oczach widząc jak ktoś łamie rekord świata naprawdę temu komuś się należą, bo ciężko pracował czy raczej mocno kombinował ze swoim sztabem lekarsko-trenerskim :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Historia z Amstrongiem podziałała na mnie jak poinformowanie dzieciaka, że Mikołaj nie istnieje. Na chwilę wali się świat i to, w co chcemy wierzyć.

    OdpowiedzUsuń
  6. To brzmi jak uzależnienie i chowanie się z nim przed całym światem. Straszne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ech. Z tą uzdrawiającą prawdą - w takim momencie go naszła ochota na prawdę, kiedy jeszcze mógł na niej zarobić, swoje w sporcie osiągnął; to samo LA.

    OdpowiedzUsuń