15.02.2013

Lost

"Sukcesem zakończyła się akcja ratunkowa w Tatrach. Ratownicy TOPR uratowali kilkunastu biegaczy, uczestników obozu biegowego, którzy zgubili szlak i utknęli w głębokich zaspach w okolicy schroniska Murowaniec. Mimo, iż byli to bardzo dobrzy biegacze i przebywali pod opieką doświadczonego trenera, poniosła ich chyba nieco ułańska fantazja oraz brawura. Ubrani w rajtuzy i lekkie biegowe ciuszki przygotowani byli na wycieczkę biegową, a nie przecieranie zielonego, a potem wytyczanie całkowicie nowego szlaku trawersując zboczem, a potem wędrując wzdłuż strumyczka. To cud, że przeżyli - mówią miejscowi górale.

Trasa feralnej wycieczki biegowej wiodła zielonym szlakiem od Hurkotnej Polany, poprzez Gęsią Szyję i Rowień Waksmundzką do schroniska Murowańca. Niestety dwumetrowe warstwy śniegu zasypały oznaczenia szlaku na drzewach i biegacze zmuszeni byli przemieszczać się na azymut, poza szlakiem, w kierunku schroniska.W krytycznym momencie grupa jeden kilometr pokonywała w 40 minut! Na szczęście byli to bardzo dobrzy i wytrenowali sportowcy, dzięki świetnie wypracowanym mięśniom stabilizacyjnym bezproblemowo pokonywali zaspy sięgające wybranym nawet po pachy. Co niektórym doskwierały jedynie zziębnięte palce u rąk i stóp. Ale i z tym potrafili sobie poradzić.

- To kobieca intuicja kazała mi dzisiaj wziąć te handwormery - mówi Bo (24 l.;), jedna z uczestniczek wyprawy pokazując na tajemnicze woreczki wydzielające ciepło, które umieściła w swoich rękawiczkach. Dzięki nim, moje dłonie jakoś przetrwały, choć i tak przemarzły dość mocno. Szkoda, że nie miałam czegoś takiego w butkach - dodaje.


Życiu uratowanych biegaczy nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo. Co więcej, wszyscy są tak radośni i szczęśliwi, że przeżyli i pokonali własne słabości, że wciąż żartują i z uśmiechem wspominają wczorajsze przygody. Śmieją się, jak to fajnie na dupie się zjeżdżało żlebem, jakie to ciekawe uczucie gdy niespodziewanie zapada się człowiek w zaspę jedną, a potem bach drugą nogą, jak rzadko dane jest stąpać po czubkach zakopanych choinek i kosodrzewin. Oraz w mokrych rajtkach, skarpetkach i butach spędzić 4 godziny. Mówią też, że szarlotka jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała, jak ta w Murowańcu".



Nie, nikt nas nie ratował, choć czasem naprawdę myślałam, że koniec jest już blisko. I widziałam ten żółty pasek w tvn24. Ale nie ma totamto, żyję i mam nawet nowe personal best. 10 km w cztery godziny! Taka przygoda.

11.02.2013

Z linii frontu

Cześć, nazywam się Bo, biegam od półtora roku, a na tego typu obozie jestem po raz pierwszy. Lubię biegać po górach, na wiosnę biegnę maraton, a w sierpniu - hardcorowo - zaliczam połówkę ironmana. Cześć Bo - odpowiedziała grupa.

No więc. Od 3 dni jestem na obozie biegowym w Zakopanem. Trenerzy dbają, by nam się nie nudziło, panie w kuchni, abyśmy mieli co spalać, wszyscy gadają o bieganiu i raczej nikt nie przyjechał tu dla zabawy lub po fotki z krupówkowym niedźwiedziem. Kurde, no mocni są wszyscy, trzeba im to przyznać, też bym tak chciała... Ale nie ma totamto, cytując klasyka, trzeba napierdalać. A już na pewno ja. Postanowiłam sobie wycisnąć z tego wyjazdu ile się da, nie obijam się (oprócz żabek w sobotę), twarda jestem, nie zważam na przemoczone butki, potargane włosy czy śnieg w skarpetkach. Ta inwestycja musi mi się zwrócić ;)

Jest sporo śniegu. Bardzo sporo. Bardzo bardzo. Generalnie to jest taki warun na deskę, że aż mi normalnie szkoda po tym puchu biegać nie zjeżdżać. Ale byłby freeride... Cóż, nie można mieć wszystkiego. A że zimowy wysiłek włożony w bieganie po zaspach przynosi efekty wiosną, wie chyba każdy, więc nie marudzę już wierząc, że temu śniegu to w przyszłości jeszcze bardzo podziękuję.

Z okolicy, bo na bieganiu się biega, nie pstryka

Co się robi na takim obozie spytacie i czy warto. Czy warto to jeszcze nie wiem, choć mam już pewne przypuszczenia, ale co się robi napisać mogę. Otóż, na obozie biegowym nie tylko się biega (choć oczywiście to jest podstawa) i nabija kilometry. W ciągu minionych dwóch i pół dnia zaliczyłam: 2 poranne rozruchy, 3 treningi w terenie połączone z ćwiczeniami sprawnościowymi i siłowymi (w sumie wyszło ponad 30 km, jezzu jak ja uwielbiam bieganie po górach!), 1 trening siłowy na sali (1,5 godz. z piłkami lekarskimi i własnym ciężarem; prawda jest tak brutalna jak ja jestem słaba, a za moje ręce makarony to mi po prostu wstyd), 1 trening rozciągania, 1 trening poświęcony technice biegowej i znowu rozciąganiu (aniołowie, dziękuję za opiekę podczas mojego skakania, tak skakania, przez płotki) oraz nagrywanie Bo w biegu na stadionie w celu analizy tejże techniki (jeszcze nie było omówienia). Była też indywidualna analiza mnie. Okazuje się, że jestem dobrze rozciągnięta, ale w szachownicę i że muszę wzmocnić brzuch i koniecznie "zrobić pośladki" (o proszę). Dzięki temu uniknę kontuzji i będę biegać szybciej. Poza tym coś tam z kolcami biodrowymi, krzywy kręgosłup i w ogóle to mam typowe zniekształcenia dla osoby leworęcznej podczas gdy ja jestem i zawsze byłam prawo ("pierwszy raz takie coś widzimy"). Na dodatek coś nie halo z moimi stopami, muszę ćwiczyć duży paluch i/lub pomyśleć o jakiś specjalistycznych wkładkach. Czyli znowu, wydaje się człowiekowi, że jak się rusza to jest sprawny i zdrowy, a tak naprawdę to nie. Jest wielkim drewnem, wszystko ma złe i wszystko musi poprawić. Masakra.

Tak więc takie ciekawe i zróżnicowane rzeczy dziać się mogą na obozie biegowym, a to dopiero początek. Mnie się podoba, choć niektóre moje kończyny i mięśnie są odmiennego zdania, a megabolące pośladki (których przecież nie mam) po treningach rozciągania mówią mi po prostu: zabierz nas stąd! He he, nie zabiorę.

Jutro wycieczka biegowa 6-7 godzin i basen. Wyczekuję z niecierpliwością (nie wiem czego bardziej ;).

Aaa! I najważniejsze! Pozdrawiam Pana Skitourowca, który zaczepił mnie w niedzielę biegnącą na szlaku mówiąc, że my się skądś znamy, to znaczy, on mnie zna bo czyta bloga i życzy powodzenia na obozie. Jakie to miłe, uśmiechnęłam się, podziękowałam, ale wciąż nie dowierzam. Jak On mnie rozpoznał? Skąd wiedział? I w ogóle który to? Przyznać się, bo jeszcze się okaże, że sobie wymyśliłam.
A nie wymyśliłam.

5.02.2013

A będzie tak

Ciut się moje zamierzenia na ten rok pozmieniały, ale nie zacznę od cytowania W. Allena o rozśmieszaniu Boga. O tym, że kobieta zmienną jest też nie napiszę, ani że krowa nie zmienia poglądów. Nie wspomnę również, że to są dopiero plany i że tak naprawdę wiele zależy od innych czynników. Bo nie zależy. Bo po prostu to wszystko się wydarzy. Bo Bo.

Ja będę wytrenowana i przygotowana jak nigdy, pogoda dopisze, guma się nie złapie podobnież jak kontuzja. Kibice jak zwykle wspierać będą mnie przed startem, a na mecie wielbić. Tak będzie, postanowione. Koniec. Kropka.

24 marca 2013 - 8. Półmaraton Warszawski. Oby Zające prowadzące na 1:40 miały fajne łydki. Chyba jedynie to pomóc mi może w poprawie życiówki sprzed roku i przebieraniu kopytami w tempie obecnie raczej niewyobrażalnym. Jeśli czytają to orgowie, a na pewno czytają, pliss, ładne męskie łydki poproszę. Na 1:40!

21 kwietnia 2013 - Orlen Marathon. Oczywiście biegnę tam po pakiet, a nie pod hasłem "dwie trójki z przodu". Może nawet nie wystartuję? Tylko odbiorę samą koszulkę i gadżety od sponsorów? Albo jednak pobiegnę, to będzie eksperyment, czy trenując więcej, a biegając mniej mogę powalczyć o urwanie 3 minut z jesieni. Mogę?

W maju poleje się pot. Biegam po górkach, wspólnie z rowerem mym Cubą zaliczamy okoliczne serpentyny, a na basenie (już sama) spędzam prawie każde rano. Taki jest plan.

Tu, tj. w czerwcu najprawdopodobniej będzie jakieś tri, 1/4 IM lub coś w ten deseń. Jeszcze nie wiem gdzie i kiedy, oferty spływają, rozmowy trwają, a ja wybrzydzam i wciąż nie potrafię się zdecydować. Ten start to będzie próba mikrofonu. Ogarnięcie strefy zmian, opracowanie taktyki na bójkę i zaczepki w wodzie, zjadania żeli w siodle oraz kwestii czy w piance czy bzz. Tak szczerze, to trudno mi na razie wyobrazić sobie Bo w piance, podobnie zresztą jak w obcisłym kombinezonie triathlonowym. Co? Że niektórzy tak? No nie wiem, nie wiem. Ja chyba jeszcze nie jestem na to gotowa.


7 lipca 2013 - IV Maraton Gór Stołowych. Zapowiada się hardcorowo. Chodzą słuchy, że to najtrudniejszy górski maraton w Polsce. Czyli lepiej nie mogłam wybrać, zwłaszcza, że przy rejestracji nadano mi ID 313 ;) A oprócz tego, że bieg trudny, że góry i widoki zacne, to dla mnie przede wszystkim próba wytrzymałościowa. Naparzać 6-7, a może nawet i 8 godzin? Na nóżkach? Cóż, jeśli za miesiąc ma być sierpień, to trzeba. A nawet musi.


4 sierpnia 2013 - POZnań Triathlon 1/2 Ironman. Cóż mogę rzec. To jest cel nr 1 na Anno Domini 2013. Wzruszenie odbiera mi głos, motyle latają w brzuchu i generalnie ciary jak chyba nigdy dotąd.

A potem, 5 sierpnia może być już nawet koniec świata.

29.01.2013

Z dzienniczka treningowego

5.30. Dzwoni budzik, otwieram oczy. Nawet o tym nie myśl myślę sobie na myśl, aby zostać w łóżku. Pomyśl za to - myślę sobie - ilu sportowców (choć tak naprawdę myślę triathlonistów) z naszej strefy czasowej robi teraz dokładnie to samo co ty tj. szykuje się na trening. I zapewne w ich głowach nie rodzą się takie durne pomysły, jak powrót do ciepłego łóżka, zapewne nie myślą oni o tym, jak przyjemnie byłoby przyłożyć teraz głowę do poduszki, zakopać się pod kołdrę, przytulić do pochrapującego psa lub innego zwierza i błogo zamknąć powieki. Nie, im nawet do głowy to nie przyjdzie, więc tobie też nie może. No i jakoś pomaga. To poczucie wspólnoty i zawziętość, że skoro oni to i ja - sprawiają, że już bez ociągania wychodzę z domu i odśnieżam saaba. A potem pływam. Ostatnio bardzo uwielbiam pływać, bardzo bardzo. Doszło do tego, że w sobotę zamiast na BBL, to ja tup tup na basen się udałam. Ale to się nie może wydać, psst, ja przecież biegaczką jestę.

A na basenie bywa różnie. Czasem jest o 19 osób za dużo, ale nie narzekam tłumaczę sobie, że to nic w porównaniu do tłumów, które czekać będą na mnie w sierpniu. Czasem wszystko mi wychodzi, cierpliwe ręce, swifty, zenswitche, hopki i skrzynki na listy, jestem jak ryba i basen robię na 18 machnięć (noo!). A czasem jest, nomen omen, totalne dno. Nogi się nie słuchają (generalnie to te moje nogi są do dupy), wody się opiję jak smok, ręce znowu nie tak, choć może i dobrze, ale skąd ja mam to wiedzieć, skoro mój instruktor zdezerterował? Stwierdził, że pływam super, że może tylko trochę szybciej powinnam, a z techniki to mogę już robić kurs instruktora TI. Heelloł? Ktoś tu sobie jaja robi, a drwin to my nie lubimy (zapamiętać sobie, nie lubimy). Ja wiem, że czego się nie dotknę zamieniam w złoto, przyznam, bywa to dość uciążliwe na co dzień, ale akurat odnośnie pływania, to sprawa wygląda zgoła inaczej i pozwolę sobie z panem instruktorem się raczej nie zgodzić. Albo znamy inne definicje superowości. Jutro sprawdzam nowego pana i zobaczymy co on na nas: na mnie i mojego kraula.

Oprócz pływania, i tu wszystkich zaskoczę, biegam! W zeszłym tygodniu 52 km, które liczę jako 70 km bo śnieg i lód i mróz. Niedzielne 20 km trochę mnie umęczyło i nie wiem na czyj kark zrzucać przyczynę? Chyba na tę pogodę, albo że na głodniaka lub za ciepło się ubrałam, bo to nie jakiś kryzys? Wciąż się nie ogarnęłam jeszcze z tym moim 'globalnym' planem treningowym. Na wszelki wypadek poniedziałek (oprócz porannego pływania) odpuściłam, a nawet odpuściłam podwójnie, bo zamiast treningu było trochę alko i sernik wiedeński z bitą. I wielki wyrzut sumienia, jeszcze się nie pozbierałam. Choć dzisiejszy bieg ciągły z Django w uszach, mimo pluchy, mimo wiatru w oczy i padającego poziomo śniegu z deszczem, zrobił mi wieczór, było to doznanie iście metafizyczne, polecam.

A oprócz pływania i biegania - znowu niespodzianka - kręcę też na trenażerze. Chyba nie pisałam tu do tej pory za wiele jak się do tego zabieram, to opiszę może - pozwolicie - w kilku słowach mój ekhm... kolarski trening indoor. Najpierw się przebieram. Rajtki z pieluchą to podstawa, choć tyłek jak bolał tak boli. Dziwne, bo gdy jeździłam po asfalcie, to siodełko nie doskwierało mi tak bardzo jak teraz, gdy kręcę w miejscu. Udało mi się wprawdzie przesunąć granicę tolerancji niewygodności dla czterech mych liter z 30 minut do 50, a nawet do godziny, ale wciąż nie czuję się komfortowo i nie wyobrażam sobie jak wysiedzę w tym siodle prawie 4 godziny. Koszulka, obowiązkowo z krótkim, woda do bidonu, ręcznik pod ręką (w końcu ręcznik, nie?), pulsometr, zegarek, butki spd. Co? Żeby fotkę wrzucić? No nie, raczej nie. Fotki nie będzie, nie prosić. Plus komputer z jakimś filmem, tudzież serialem oraz słuchawy z długim kablem bo koło świszczy i nie słychać.
A kręcę zazwyczaj tak. Najpierw rozjeżdżenie - do 20 minut dość luźno, a potem albo trochę szybciej (taki bieg ciągły) przez ok 30 minut i schłodzenie na koniec (10-15 minut). Albo po rozjeżdżeniu zapodaję  mocniejsze akcenty (ile sił w nogach) przez 4 minuty z 2-minutową przerwą i tak 5 albo 6 razy oraz na koniec znowu schłodzenie. Jest cała masa różnych sposobów na zabicie nudy na trenażerze, na razie podeszły mi te dwa i stosuję je wymiennie. Najdłużej na trenażerze wysiedziałam 75 minut, ale gdzieś ostatnio wyczytałam w mądrych internetach, że powinnam 90-120 minut. Ranyboskie, nie wiem czy z moją szanowną d. jesteśmy na to gotowe, ale się spróbuje. Raczej wyjścia nie ma. Zwłaszcza, że właśnie poszedł przelew i lada moment będę na liście uczestników 'z potwierdzona platnoscia' (tak, widzimy się w Poznaniu).

A jak wszystko dobrze pójdzie, to będę mieć kompana lub nawet dwóch do sierpniowego startu oraz ew. wspólnych tritreningów. Kobiałka startuje, od zera się przygotowuje, a Wy nie dacie rady? Tak ich namawiam, chłopaki się prawie już zdecydowały ;)

21.01.2013

Weźże się Bo ogarnij

Doba ma 24 godziny. Sen to podstawa, więc 8 godzin (a najlepiej dłużej) śpię, plus jedną godzinę poświęcam na poranną i wieczorną toaletę. Zostaje 15 godzin. Odliczam z tego średnio 8 godzin na pracę i 2 godziny na jedzenie oraz domowe i psie obowiązki. Po stronie strat zapisuję jeszcze jedną godzinę na fejsbukę, blogi i inne internety (wcale nie krzyżuję teraz palców u rąk) oraz dwie na domową gadkę szmatkę, przytulanie i czytanie.

Zostają mi DWIE godziny. Dwie piękne, długie, okrąglutkie, 60-minutowe godziny, które tylko proszą, aby je jakoś ciekawie i efektywnie wykorzystać.

No to wykorzystuję. I jest: albo rano basen i wieczorem kręcenie na trenażerze, albo tylko bieganie po południu lub w nocy. Plus oczywiście, co jakiś czas, brzuchy, grzbiety i deski na tysiące sposobów oraz rozciąganie. W sumie tygodniowo pływam 3 razy, 2 lub 3 zasiadam za sterami roweru-trenażeru, a biegam 4 lub 5 razy. Wywaliłam siłownię (hurray!), a w porównaniu do zeszłego sezonu zrezygnuję też chyba z dodatkowego treningu biegowego. Generalnie i tak jest dość intensywnie. Rzekłabym nawet, jest dość ostro. Bo przecież ja już, natychmiast (zaciskam piąstki i tupię nogą), w tym momencie muszę szybko biegać, ładnie pływać oraz kręcić wytrwale i mocno.

Na razie jest super, mam mnóstwo siły, energii i entuzjazmu oraz nic mnie niepokojąco nie boli (zakwasów po snowboardzie nie liczę, podobnie jak odnawiającej się co jakiś czas dziwnej kontuzji dłoni mej prawej). Zastanawiam się tylko jak długo tak pociągnę i ile jeszcze trwać będzie ta radość i sielanka... Zwłaszcza, że się jakoś specjalnie nie regeneruję, a o dietę wciąż dbam "po swojemu". Słowem, ciekawa jestem kiedy się zajadę.


Tak, mam tego świadomość, błądzę. Trenuję to wszystko od czapy. Jest spontanicznie, bez głowy, wizji i pomysłu na całość (od 2 tygodni realizuję tylko biegowy plan przedmaratoński, do czego i tak podchodzę dość kreatywnie...). Muszę koniecznie się jakoś ogarnąć, mądrze zsynchronizować wszystkie me aktywności, zadbać o regenerację. Wiem to. Inaczej zrobię sobie krzywdę i padnę. A tego byśmy nie chcieli.

Ale dość o mnie, teraz o wiosennym maratonie. Bo oczywiście biegnę! I wszystkim, którzy umierają z ciekawości gdzie, spieszę donieść, że ostatecznie wybór padł na Orlen Warsaw Marathon (sorry drproctor). Zdecydowałam się nań nie z racji wypasionego (?) ponoć pakietu startowego (tak, teraz wszyscy tak mówią...), ale ponieważ pasuje mi ten termin i planowana skala imprezy. Do ewentualnej życiówki potrzebuję adrenaliny, ludzi, wiwatujących tłumów i uskrzydlającej atmosfery. Ruun Boo! A tego nie znajdę w małym, choć zapewne zacnym, łódzkim maratonie. A w Krakowie już biegłam. Życiówka? Życiówka? Ktoś mówił o życiówce? Noo, marzą mi się dwie trójki z przodu... Dziś szczerze w nie wątpię, zbyt późno zaczynam przygotowania, zbyt wiele rzeczy robię jednocześnie i dzieje się to zbyt chaotycznie. Ale ja już się ogarniam, obiecuję. I spróbuję powalczyć. Poza tym kto, jeśli nie ja.

A w lutym jadę na biegowy obóz do Zako. Jeśli ktoś chce mnie poznać, są ponoć jeszcze wolne miejsca.
;)