18.03.2014

I po kiosku. Czyli marató de BOrcelona

Momenty uskrzydleń, zalewu endorfin oraz fale bólu, upodlenia i naprawdę ogromnej walki z sobą. Euforia pomieszana z momentami nienawiści do tego pieprzonego biegania i sportu. Stres przed startem i łzy szczęścia na mecie. Upiorne słońce i zbawienny cień, za długie podbiegi i zbyt krótkie zbiegi. Sinusoidalnie. Tak wspominać będę maraton w Barcelonie, gdzie wycisnęłam z siebie, z kopytek swych i głowy oraz pogody i trasy maksimum. Więcej się nie dało. Kurde. Czas 3:26:39 i średnie tempo 4:54. Więcej się nie dało. Chyba się nie dało, bo oczywiście cały czas gdybam co by było gdyby... 

Gdybym naprawdę była w pełni sił. Nie chciałam już tu jojczyć głośno, bo znowu krzyczelibyście, że przesadzam, ale 3 dni przed startem nie wyglądało to wszystko dobrze...  Odezwało się pasmo (i to bardzo się odezwało), nasilił ból lewej stopy (i to bardzo się nasilił) i jeszcze tak o bez przyczyny zaczęło boleć mnie kolano. Na dodatek jakieś mega zmęczenie czułam, spałam po kilka godzin w ciągu dnia, czego zazwyczaj nie czynię, ale tu totalnie mnie odcinało, że szybko musiałam przyjąć pozycję horyzontalną. Generalnie byłam podłamana i ciut przerażona moim stanem zdrowia, a raczej niezdrowia... Nie pozostawało mi nic innego jak tylko wierzyć, że jednak będzie to piękna niedziela, a nie piękna katastrofa. 

I gdyby pogoda była choć ciut przychylniejsza. Z dnia na dzień (do Barcelony dotarliśmy w środę wieczorem) było coraz bardziej słoneczniej i cieplej. Kurde, miodzio. A na niedzielę zapowiadano 25 stopni i się nie pomylono w tej prognozie, co najwyżej w drugą stronę. Przepraszam, komu mam dziękować za tak sprzyjające maratończykom warunki? Gdzie napisać, do kogo zadzwonić? Podczas biegu miejscami tak grzało i buchało ciepłem niczym z otwartego piekarnika, że odechciewało się naprawdę wszystkiego... Trochę pomagała wylewana na siebie woda oraz żywiołowi kibice i bębny na trasie, ale tylko trochę. 

I jeszcze gdyby Garmin podczas samego maratonu nie kłamał tak perfidnie odliczając sobie od każdego kilometra po 10-20 m i tym samym błędnie informując mnie o średnim tempie. Jak sprytny lisek. Myślałam, że biegnę w po 4:57, a tak naprawdę to nie.  

Good luck Bo!
Na słowa "Gudlak Boł" wypowiedziane przez wolontariusza, od którego odbierałam na targach personalizowaną opaskę z międzyczasami na 3:29 zaśmiałam się więc szyderczo w duchu. Boł, boł, oj będzie boł, boł... Opaska "tylko" na wynik 3:29 biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wizje i marzenia, że jednak mogę gnać ciut szybciej. I "aż" na 3:29 uwzględniając stan i kontuzje, których wówczas doznawałam. Gudlak Boł. Baw się dobrze. Endżoj. 

BOdygardzi ;) 
Kilka pozytywnych maili, telefonów, smsów oraz rozmów w gronie bandy, z którą przyjechaliśmy (12 osób) pozwoliło mi jednak dość dobrze zasnąć, by niedzielnym porankiem obudzić się w stanie rześkim, uśmiechniętym, że to wreszcie już (czekanie też było frustrujące) oraz pełnym wiary, że adrenalina zrobi swoje i jednak mój plan się powiedzie.

Dobre decyzje
Są konkurencje, w których jestem mistrzynią świata. Na przykład w podejmowaniu złych decyzji. Mi-strzo-stwo glo-bu! Ale w niedzielę udało mi się - o dziwo - podjąć same dobre. Nie ogarniam. Po pierwsze ubrałam krótkie spodenki zamiast ukochanych rajtek 3/4. Nie cierpię biegać w krótkich gaciach, zwłaszcza jak mam nieopalone nogi, czuję dyskomfort i cały czas myślę nie o tym jak biec, tylko o tym jak bardzo faluje mi tłuszcz :) No ale stwierdziłam, że jednak trzeba ponieść jakieś wyrzeczenia i tej mądrej decyzji winszowałam sobie potem wielokrotnie. A im bardziej świeciło słońce i rosła temperatura, tym gorliwiej sobie gratulowałam.  

Drugą mądrą decyzją było ustawienie się nie na początku strefy biegnącej na 3:30-3:45 jak początkowo planowałam, ale na końcu tych, co uderzają na 3:15-3:30. Noo, to było naprawdę mistrzowskie i strategicznie posunięcie. Dzięki temu już od początku nie biegłam w tłumie, miałam przed sobą kilka metrów przestrzeni i swobodę wyboru czy teraz po prawej czy lewej. 

I jeszcze mądrze postąpiłam, że po piątym kilometrze przestałam słuchać Garmina zdrajcy. Jak pisałam wcześniej, całkiem chłopak zgłupiał na tych barcelońskich arteriach i zaułkach i błędnie podając dystans oszukiwał mnie też odnośnie średniego tempa. Patrzyłam więc na opaskę "Gudlak Boł" i jedynie na wskazania czasu oraz oznaczenia kilometrów na trasie.

Tak miałam biec. Wyszło ciut szybciej. 
Nos somos maratonianos
Rzeka, co ja mówię, ocean ludzi! Na początku w metrze, potem na linii startu, a dalej na całej trasie maratonu. Ponoć było nas ponad 17 tysięcy, to pierwszy taki wielki bieg, w którym uczestniczyłam. Oczywiście wzruszyłam się na starcie. I tak jak nie lubię Fredka, tak na utworze "Barcelona" łezka gdzieś się tam zakręciła. Tak, znowu się wzruszyłam. Odliczanie, kilka minut czekania, aż przyjdzie czas na moją strefę startową, niebieskie konfetti w górę, bum i ruszamy. Dajesz Bo. Let's go! Vamos Bo! Chica!

Oj, jak ciężko było mi się zalogować do tego biegu. Mimo, że kibice szaleli, a na początku było nawet z górki. Niby się rozgrzałam, a tu wszystko sztywne. I ciężkie jakoś te nogi. Oczywiście czuję też znajomy ból biodra (ITBS) oraz tę cholerną stopę. Nic cię nie boli Bo, nic nie boli, wymyślasz - powtarzałam sobie tylko, a poza tym zaraz przejdzie, nie jojcz. Ok. 8 km pomyślałam nawet, a może by tak zejść z trasy? Ale tak jak niespodziewanie o tym pomyślałam, tak szybko wybiłam sobie tę myśl z głowy. Ja zejść z trasy, dobre sobie. A tak w ogóle to sprawdziłam, że w takich momentach zwątpienia to najlepiej myśleć o czymś innym np. o technice biegowej. Poprawiam wówczas ręce, roluję miednicę (dziękuję Obozybiegowe.pl), staram się odbijać ze śródstopia. Pomaga. Ojtam, że na krótko, ale pomaga. 

Tak więc dopiero rozkręciłam się jakoś po 14 km. Złapałam rytm, bardzo dobry rytm i tempo w okolicach 4:45-4:50, było naprawdę dobrze (adrenaline is my EPO). Tak, to te momenty euforii, endorfinowego szczęścia i nawet radości, o którą sądziłam, że trudno może być podczas biegania w takich prędkościach. Bo, przyjdzie ci odpokutować za to szaleństwo, prrr stój dzika bestio - przestrzegałam siebie w myślach, ale z drugiej strony nijak nie chciałam zwolnić, przecież było tak bosko. Lekko, sprężyście, fajnie. Biodro przestało boleć, stopa w zasadzie też, za to zaczęła druga, ale czy miało to jakieś znaczenie? Z satysfakcją obserwowałam, jak urywam kolejne sekundy z rozpiski na opasce z międzyczasami. I ta Barcelona jaka piękna. Jest dobrze, teraz tylko utrzymać to do końca. Jesteś mocna, dajesz. Udało się, bez problemu. Do 27 km.

O-oł. Ups. Czyżby to już? Borze, za wcześnie na ścianę! Zjadłam żel zaplanowany na trochę później i wciąż (aczkolwiek z coraz większymi już trudnościami) udawało się utrzymywać tempo w okolicach 4:50. Dobrze, grzeczna dziewczynka, jeszcze tak do 30 km i potem niech się już wreszcie zacznie ten cholerny maraton. Zaczął się. Od 35 kilometra. 

Ścianka
Od 30 km miałam w głowie trzy najważniejsze i będące wciąż przede mną kamienie milowe tego maratonu. Pierwszy na 37 km, gdzie stać mieli moi kibice. Kolejny na 40 km, na którym - myślałam - całe cierpienie się skończy, bo niesiona euforią i wizją mety niczym na skrzydłach gnać będę te ostatnie 2 km do końca. I - rzecz jasna - sam finisz. Kamień najfajniejszy, wiadomo. Wcześniej oczywiście strategia od punktu z wodą do punktu. Dwa łyki do siebie, dwa razy na siebie i lufa do przodu. Borze, ależ jest gorąco. Widzę też moich kibiców. Stoją, wpatrują się w tłum biegaczy i mnie kurde nie widzą. Heellooł! Mnie nie widzą! Macham, drę się "Ola, ola" i "czy daleko jeszcze", a oni (standardowo już) fotografują mi plecy. Potem dowiem się, że wyglądałam całkiem rześko. Rześko, haha, pewnie jakbym spod porannego prysznica wyszła. Grunt to stwarzać pozory. To umiem. 

38 km. No i jest. Pierdolona ściana. Boli brzuch, rzygać mi się chce, ściska mnie na całym ciele jakby ktoś owijał mnie stretchem. Czuję, że nie tylko biegnę jak w miejscu lub po beczce, ale również w smole. Gorącej, rozgrzanej, przypalającej każdy fragment mojego ciała smole. Joj, jak wtedy bolało. Nogi miałam tak ciężkie, że nie miałam sił ich dźwigać i sunęłam tak w poziomie niczym w muzealnych kapciach bez unoszenia kolan w górę. Rany, te uda to naprawdę mnie bolały. Zaczęła się walka. Albo ona (ściana) albo ja. O nie kochana! Nie poddam się tak łatwo. I z tymi nieunoszącymi się nogami, z grymasem bólu na twarzy, usilnie wypatrując wielkich żółtych tablic z oznaczeniem kolejnych kilometrów przedzierałam się do przodu. Zombie, borze, ale musiałam wyglądać. A kiedy już totalnie nie mogłam - technika, Bo, technika! Ręce popraw, miednicę roluj, żadna ściana! Byle do przodu, byle biec, byle nie przejść do marszu. Utrzymaj to, co wypracowałaś przez ostatnie 38 km. Albo nie utrzymuj. Pierdol to, odpuść. Utrzymaj, jeśli nie dasz rady poniżej 5:00, to choć poniżej 5:10. Walcz. Albo i nie walcz. Przecież tak boli. Marsz... - mmm, pomyśl jak cudownie będzie przejść się ten kawałek. Krok za krokiem, powoli... Dajesz k. Bo. Vamos! Albo i nie. Pieprzyć to bieganie. Walcz. Odpuść. Nie. Tak. Nie. Tak. Taaak!

Nie wiem, czy to ja odbiłam się od ściany, czy ona ode mnie, w sumie to chyba nie za wiele pamiętam z tych ostatnich minut biegu. Pod górę było coś kojarzę, mnóstwo kibiców, jakiś pan z dmuchaną, złotą trąbką i gorąco, że hej. Jedna bramka, następna i chyba jeszcze jedna. Zapipczała mata. Game over. Przeczłapałam kilka metrów i padłam na kolana, ktoś tam do mnie czy juokej? Okej, okej powiedziałam łapiąc oddech i powstrzymując łzy. Łzy bólu i łzy szczęścia. Na przemian kapały sobie. Ajmokej, okej.

META. Znajdź Bo na obrazku.
Po jakiejś chwili ocknęłam się: jezzu, a gdzie medal? Nie mówcie kurde, że nie będzie medalu! Był. Za zakrętem, przy bramkach przez które każdy maratończyk przechodził po biegu. Musiałam wyglądać nie do końca teges, bo pan wolontariusz nie tylko powiesił mi medal na szyi i pogratulował po ichniejszemu, ale również dość mocno przytulił i poklepał po plecach. Where you come from? Poland? Good job, very good job, Boł. Congratulations Boł!

I jeszcze nigdy pomarańcze nie smakowały tak bosko, jak te za linią mety. Nie były tak soczyste, słodkie i namiętne. Oraz bagietka z nutellą. Jak dotarłam metrem do hostelu (wcześniej niechcąco bez kolejki ups, zażyłam też masażu) czekała na mnie wielka, chrupiąca, świeża kroma z dwoma centymetrami nutelli w środku. Borze, jakie to było pyszne! Jak ta nutella rozpływała się po podniebieniu i jak zostawała na ustach czekając na równie przyjemne oblizanie. Mniam! Oraz jeszcze zimna cola do popicia! Najwspanialszy posiłek ostatniego czasu, dziękuję tym, którzy go przygotowali! Dziękuję. I w ogóle to dzięki dla całej bandy, fajna była ta wycieczka, więc co, za rok atakujemy Rzym?

Gdyby świat cały...
Czy pobiegłabym lepiej gdyby...? Gdyby nie ITBS i kontuzje, gdyby nie pogoda, gdyby nie to szarżowanie w połowie maratonu? Gdybym lepiej trenowała oraz mocniej trzymała się planu Skarżyńskiego. Nie wiem. W niedzielę, po maratonie, gdy czułam się naprawdę dobrze i całkiem nieźle mi się chodziło, pozostawał w głowie pewien niedosyt. Że końcówkę mogłam bardziej przycisnąć, że się poddałam, że głupia ściana pokonała boską Bo... Że dupa, nie negative split. Ale w poniedziałek, gdy ledwo zwlokłam się z łóżka, gdy pokonanie każdego metra (niedajborze w pionie!) było dla mnie nie lada wyczynem, gdy nogi i stopy bolały mnie (i wciąż bolą) bardziej niż po maratońskim debiucie, uświadomiłam sobie, że dałam z siebie wszystko. Lepiej się nie dało. Nie dało się i już. I szybciej to ja już niestety nie pobiegnę. I chyba na pewno wcale nie zamierzam nawet... :) Po prostu.

Szału z tym medalem nie ma, ale dobrze, że choć jest :) 
Sam maraton zorganizowany perfekcyjnie (może poza liczbą tojków, do których ustawiały się kilometrowe kolejki). Przedmaratońskie expo naprawdę zapierało dech, jezzu, ale to jest biznes, ile oni na nas zarabiają... Trasa piękna, wiodąca wzdłuż wielu atrakcji turystycznych (część oczywiście przegapiłam), choć nie do końca tak prosta i płaska jak się pozornie wydawało, bo te drobne podbiegi naprawdę potrafiły dać w kość. Wolontariusze przesympatyczni, acz po angielsku to jednak nie wszyscy... I kibice wspaniali. Gdy przebiegało się między nimi, miejscami w dość wąskim, metrowym nawet szpalerze to takie ciary, że omamo. Oczywiście orkiestry wzdłuż trasy, najfajniejsi byli bębniarze - od razu 5 sekund szybciej na dźwięk tych diabelskich rytmów. Oraz pomarańcze za linią mety... Jednym słowem - polecam. A dwoma słowy - polecam bardzo.

...obrósł w niebieskie migdały
Mission completed. Kiosk rozpierdolony, 3:30 złamane. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali, dopingowali, kopali w tyłek, kiedy zaszła taka potrzeba oraz - oczywiście - dmuchali ;) Jestem wielka, boska, niesamowita i wszystko to, co tam zaraz grzecznie napiszecie w komentarzach... :) No cóż. Jestem...

I żeby nie było! Jestem też mega zadowolona i dumna z tego wyniku. 3:26! Czydwadżeszczaszeszcz! Czujecie? 

11.03.2014

Czy czyczydżeszczy

Taki osobny przedmaratoński wpisik, pod którym można życzyć mi powodzenia. Wraz z instrukcją obsługi trzymania kciuków, dmuchania we właściwą stronę, machania pomponami oraz generalnie dopingowania mnie na odległość. Bo nie wiem czy ktoś się orientuje w tej kwestii, ale czy w Barcelonie jest jakiś kiosk? Do rozpierdolenia? Najlepiej taki duży, z daszkiem. Hę? W najbliższą niedzielę zamierzam go bowiem odszukać i roznieść w drobny pył. I zrobić to wielkim hukiem! 

Na początku miało być tak pięknie: dokładna realizacja planu Skarżyńskiego, sumienna praca nad treningami uzupełniającymi i siłowymi, brak kontuzji, pełnia wiary, optymizmu i zdrowia. Potem wyszło jak zwykle, a nawet gorzej. A na koniec (tzw. syndrom kanapki) znowu delikatnie się poprawiło i powiało optymizmem, bo nawet jeśli nie zrealizowałam w 100% założeń Guru, tak mimo wszystko zrobiłam wiele i mogą być tego,  tfu tfu, całkiem dobre efekty. 

Od początku listopada przebiegłam ponad 1050 km. Sporo. Wiele godzin (60) spędziłam też na basenie, symbolicznie w siodle oraz raczej dobrze przepracowałam tydzień w górach z Obozybiegowe.pl. W górach bywa, że człowiek marudzi. Że ciężkie te podbiegi, że zatyka go, że kolana i uda na zbiegach bolą i w ogóle to co ja tu robię. Ale potem na asfalcie góry oddają. Z nawiązką oddają cały ten wysiłek oraz wylany pot i tętno dochodzące do okolic max. Jakże miłym zaskoczeniem jest, gdy myśląc że człapiesz po 6:10 spoglądasz na Garmina i widzisz 5:40, a drugi zakres, który dotychczas (z trudem) biegałaś po 4:50, teraz wychodzi nawet po 4:37. Ojtam, że też z trudem, ojtam, że na stadionowej bieżni, ale wychodzi. I jeszcze są siły na jakieś BNP w końcówce.

Ale już mniej fajne i miłe są przedstartowe spekulacje. Sprawdzanie kalkulatorów, porównywanie wyników, rozpaczliwe pytania do znajomych bądź innych ekspertów. Jak biec, trenerze, jak biec? Bo czy iść na 3:30 czy może pokusić się o coś więcej, a w zasadzie mniej? Skoro na mocnych treningach biegam tak średnio o 10 s. szybciej niż każe mistrz, to może na maratonie również przycisnąć coś bardziej? Cały czas równo, czy podkręcać tempo i uzyskać ładny tzw. negative split. Czy rozsądnie i z głową czy tak jak lubię najbardziej i w trupa? A ilu ekspertów tyle rad i biedny osiołek nie wie co wybrać i kogo słuchać. A i tak pewnie na koniec zrobi po swojemu... Oraz decyzję tę podejmie zaraz po sygnale startera, a potem zmieni ją jeszcze kilkakrotnie.

Z jednej strony osiołek zna swoje miejsce w szeregu. Wie, że nigdy nie biegał szybko, że to raczej wytrzymałość jest po jego stronie lub głowa, wie, że to dopiero trzeci maraton i nie ma co chojraczyć, bo gówno się na tym bieganiu zna i wszystko jeszcze przed nim. Z drugiej jednak... Osioł jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie zapierdzielał! I jeśli nie teraz, to kiedy? Jak kontuzja jakaś przyjdzie, albo - z racji totalnego umasowienia się dyscypliny - odechce mu się biegania i przerzuci się na curling? I tak stoi zwierzak pomiędzy tymi wyborami i nichuchu zdecydować się nie może.

Ale żeby nie było. Nie jojczy! Ot, takietam dylematy, jak na przykład jeszcze ten w co się ubrać.... I czy na wszystkie cztery kopyta. Myśli osioł.

Dobra, aby już nie przynudzać. W niedzielę 16 marca 2014 r, cała klasa wstaje rano i o godz. 8.30 wysyła mi pozytywne moce, a potem po 3 godzinach i 10 minutach delikatnie dmucha na południowy zachód i tak przez 20 minut. Można też pomachać pomponami, kilka razy krzyknąć w stronę Barcelony, że dajesz Bo, dajesz! i oczywiście mocno trzymać kciuki.

Poinformuję jak się spisaliście. Dzięki!

24.02.2014

Co wspólnego mają uszy z pąpkami?

Kilka spraw mi się uzbierało, więc po kolei.

Barcelono no no no!

20 dni. 20 dni zostało do najważniejszego startu biegowego w tym roku. A droga wiedzie do niego wyboista, jak nigdy dotąd. Nie układało się w zasadzie nic, a plan treningowy już dawno przestał stać obok planu. Panie Skarżyński, przykro mi, jednak innym razem. Teraz ratuję co się da wykorzystując swoje (bądź co bądź) jakieś tam doświadczenie oraz to, co udało się wywalczyć na obozie biegowym. Żeby nie było, nie jest źle! Ba - jest nawet całkiem dobrze, ale myślałam jednak i planowałam, że będę ciut "dalej i wyżej" ;) niż obecnie jestem. A że cel mam ambitny, bardzo ambitny (3:30), to równocześnie jeszcze więcej obaw, wątpliwości i niedowierzania w sobie. Za dużo rzeczy jest na styk, za dużo elementów musi być dogranych na 100%, zbyt wiele "jeśli", za dużo "ale"...

No ale ja nie będę walczyć? No właśnie.

Teraz tylko aby głupiej kontuzji nie złapać (po każdym treningu rozciągam się minimum 20 minut), nie przeziębić się, nie przetrenować. I jeśli wszyscy, jeśli cały świat i kosmos oraz galaktyka cała trzymać będą kciuki mocno tak, jak ja bym chciała, aby spełniły się moje marzenia, to są szanse, że może się udać... Minimalne, ale są.

Trzy słowa do ojca prowadzącego

Obozybiegowe.pl! Jesteście naprawdę wyjebiści. I wcale nie chodzi o to,  że pobiłam swój kolejny rekord kilometrażowy i w ciągu 8 dni przebiegłam w górach ponad 127 km. I teraz czuję mega moc! Nie mówię też o zróżnicowanym treningu (stabilizacja, technika, skoczność, rozciąganie), który normalny biegacz truchtając wzdłuż rzeki po prostu sam nie uświadczy, a na obozie może. A wiedza ta oraz świadomość, że bieganie to nie tylko bieganie naprawdę jest bezcenna. I nie chodzi mi też o to, że tak świetnie dozowaliście obciążenia, że w zasadzie przez cały tydzień obozu byłam całkiem na chodzie (biegu) i padłam dopiero w piątek, po czym i tak na nowo odrodziłam się w sobotę. Jesteście super, nie tylko z racji atmosfery, którą potraficie stworzyć na takim obozie oraz że tak indywidualnie podchodzicie do każdego uczestnika. I że miejscówka fajna, a jedzenie jeszcze bardziej. Nie wspominając o ogromnej wiedzy, profesjonalizmie i kompleksowym podejściu do treningu biegowego. Borze! Jakby tak każdy z zaangażowaniem, pomysłem i wielką pasją wykonywał swoją pracę, jak Wy to robicie, świat byłby lepszy :)

Dzięki za mocny trening oraz świetny czas, było bosko i nawet wybaczam już tę czwórkę z rozciągania, wszak wszyscy wiemy, że niczym psiak co rano drapię się za uchem tylną łapką, co zresztą zamierzam Wam udowodnić na którymś z następnych obozów...

Uszy

Uszy to ja mam fajne. Ponoć inne rzeczy też, ale do tych akurat specjalnego przekonania nie mam, a do uszów mam. Fajne są. Dobrze słyszą i słuchają. Kształtne takie. Nie odstają. Ani są za duże, ani za małe. I jakby w odpowiednim miejscu urosły i na właściwej wysokości. Uszy wręcz idealne! Jak z żurnala uszy. Uszy marzenie. O takie uszy trzeba dbać, co zrozumiała firma Earmuffs.pl ofiarowując mi takie oto śmieszne nauszniki.

Otóż te nauszniki nie mają paska ani żadnej opaski, tylko same "zatrzaskują" się na uszętach i co najciekawsze całkiem dobrze się tam trzymają. Nawet ze słuchawkami. Na początku - przyznaję - dość śmieszne uczucie, zwłaszcza jak trzeba to uszko w nauszniku umieścić i umościć, ale potem jest całkiem najs. Człowiek zapomina, że ma coś na uszach, lub inaczej, że uszy ma w czymś i jest ok. I co najważniejsze ciepło. Ale nie za ciepło, wiec kolejny plus. Wszystkim, którym znudziły się czapki i opaski polecam bardzo, ponoć pod rowerowym kaskiem równie dobrze się sprawdzają, zobaczymy.

Pąpki

Nie wiem co ważniejsze. Moje pąpkowe osiągi czy rosnąca w siłę drużyna Smashing Pąpkins (czy wszyscy już należą?). Hmm, oczywiście że ja, a więc. Zaczynałam od pąpek czterech. W wielkim bólu się rodziły, choć tak naprawdę uczciwie robiłam dwie. A teraz? Też robię cztery! Ale cztery serie po 20 pąpek plus seria ostatnia, w której wyciskam (wdech) 27 pąpek (wydech). Razem 107 pąpek! Czyż nie jestem hero? Fanfary! Ktoś ma lepsze success story? Nie sądzę, ale można wpisywać w komentarzach. A jeśli chodzi o drużynę SP, to niebawem będziemy mieć w ofercie koszulki, najbardziej koszulkowe i pąpkowe koszulki na świecie, więc chyba wszyscy zechcemy takie mieć, rajt? Oraz inne fajne pąpkowe i nie tylko pąpkowe rzeczy dziać się będą w drużynie Smashing Pąpkins więc obserwujcie i bądźcie z nami koniecznie.

I jeszcze chyba jedną sprawę miałam... Ale o tym już następnym razem, muszę przecież wszystkich na nowo przyzwyczajać do regularnego czytania Run Bo!
Bo mi się kurde rozpuściło towarzystwo... :)

12.02.2014

Trzy pory roku w Zako

"Jezzu, o 8.30 rozruch, tak rano? To o której trzeba wstać"? Zapytała Ula, moja współlokatorka studiując program obozu biegowego w Zako, na którym właśnie jestem od soboty. Obozu zimowego dodam, choć akurat na początku to on był wiosenny z błękitnym niebem i słońcem wielkości młyńskiego koła, potem faktycznie zimowy z lśniącym białym puchem i zaspami po kostki, a teraz jest jesienny, gdzie deszcz z gradem leje nam na głowę, a wiatr świszczy za oknem i oczywiście zawsze wieje w twarz. Takie rzeczy tylko z Obozybiegowe.pl. I obozu, którego raczej miało nie być w moim kalendarzu i którego nie planowałam, ale wiadomo jak z tymi planami... więc jestem. I wcale się tu nie obijam, w końcu "Barcelona sama się nie przebiegnie". 

Hmm. Całkiem przyjemnie wstaje się o 8.15, a nie 5.30 rano. Całkiem przyjemnie :) Podobnie jak fajnie dostawać jedzenie pod nos, i to bardzo smaczne oraz dużo. Ale już mniej przyjemniej jest być sprowadzanym na ziemię (często i dosłownie) przez te góry. Jeśli bowiem myślisz, że fajnie już biegasz, że jest forma, że ten sezon należeć będzie do ciebie, że oto przybywam i drżyjcie, to jedź pobiegać w góry. Od razu zweryfikujesz te sądy i poznasz swoje miejsce w szeregu. Oraz nauczysz się pokory. Momentalnie.

Co nie znaczy, że coś się u mnie zmieniło w kwestii biegania po górach. Nadal uwielbiam. Tę nieprzewidywalność, zakręty, zapach przejrzystego powietrza lub mgły, piękne widoki, niekończące się podbiegi oraz strome i kamieniste zbiegi. O tak, zbiegi to ja naprawdę love, i jest to już normalnie prawie że miłość z wzajemnością...

Ale ale, żeby nie było. Na obozach z Obozybiegowe.pl nie tylko się biega. I dobrze. Pobiegać "tylko" to ja sobie mogę wokół bloku, rajt? Na obozie robi się też masę innych rzeczy i wcale nie mówię tu o wieczornych wypadach na piwo. Są treningi stabilizacji, techniki biegowej, skoczności. Są godzinne sesje rozciągania, a także zajęcia na basenie. Są indywidualne konsultacje oraz wykłady. A w międzyczasie się biega. Ja najbardziej lubię całodniowe wycieczki biegowe, na których pokonujemy dystans 25-30 km zatrzymując się w międzyczasie w schroniskach na pyszną szarlotkę i herbę z sokiem oraz cytryną (tzw. "zestaw Bo"). Choć bywa też, że z racji pogody nie do końca teges biegamy sobie (a co?) po Krupówkach. Miny misiów bezcenne...

Ale długie wypady w góry najlepsze. W poniedziałek byliśmy w Dolinie Chochołowskiej i na Ornaku (bajka!), dziś nad Morskim Okiem (gdyby nie ten asfalt i deszcz byłoby całkiem najs), a w piątek nie wiem jeszcze gdzie, ale już się nie mogę doczekać. Znaczy się głowa nie może się doczekać, bo ciałko już trochę zmęczone, choć zdecydowanie mniej niż rok temu. Zapewne to przyczyna nieco innych w obciążeń treningowych (teraz mniejsze), być może lepiej też rozkładam siły (świadomie nie zajeżdżam się), albo też jestem bardziej wytrenowana... Tak, to z pewnością mniejsze te obciążenia. Poza tym jestem w grupie średniaków, a nie hartów, w której to Krasus dumnie pręży muskuły oraz pięknie odbija się ze śródstopia. Zapewne więc dlatego umieram tylko trochę, a nie totalnie...

Na podsumowania i wnioski przyjdzie czas po powrocie, teraz tylko melduję, że żyję i radośnie wkurzam wszystkich takimi oto fotkami.

Wiosna
Pani Zima (fot. Olek Senk)
Jesień (po drugiej stronie kadru naprawdę padało)
Aha, a teraz ślicznie pada śnieg, więc zapowiada się, że jutro znowu będzie zima...

7.02.2014

Trzy razy A

Całkiem nie wiem jak ugryźć ten rok. Z jednej strony marzenia mam piękne, sny już coraz bardziej kolorowe, a plany dość ambitne. Nawet bardziej niż dość. Z drugiej jednak wiem, że jak ma się coś posypać, to oczywiście tąpnie na maksa (sprawdzone), a jak mi sił i wiary zabraknie, to nawet najróżowsza piżama nie pomoże, nie wspominając o fejsbukowych lajkach, motywujących kopach w tyłek czy tonach pożartych rodzynek w czekoladzie lub kasztanków. 

No ale przecież nie będę jojczeć, nie? Plan musi być. Najlepiej taki z pierdolnięciem. Z podwójnym pierdolnięciem od razu, niech ten trach będzie równie spektakularny co kosmiczne są marzenia, a katastrofa oczywiście najpiękniejsza z możliwych :)

Co zamierzam sportowego porabiać w tym roku. Bo zapewne wszyscy umierają z ciekawości. Miało być mniej startów, a więcej trenowania, a wyszło jak zwykle... Będą więc trzy starty z kategorii A, inne (teztsy) traktować zamierzam w kategoriach treningu, dobrej zabawy, tudzież wyjazdu turystyczno-towarzyskiego. Szczegóły. 

A więc zaczynamy od wysokiego B(o), czyli od maratonu w Barcelonie (16 marca, o mateczko to już całkiem niebawem). Na mieście mówią, że mam tam pobiec na 3:30 i co najgorsze plotą też, że jest to ponoć możliwe i realne! Mój wyjątkowo wąski w tym temacie umysł, nie jest wprawdzie jeszcze w stanie pojąć, że 42 kilometry zapierdzielać mam w tempie 4:58, ale mam nadzieję, że to ogarnie. Ma na to 37 dni. Wszak nie od dzisiaj wiemy, że maraton biegnie się głową, nie nogami. Barcelona jest więc pierwszym startem A.

W kwietniu z pewnością pobiegnę półmaraton w Rzeszowie. A więc rezygnuję w warszawskiej połówki, "od której tak naprawdę wszystko się zaczęło", na rzecz pościgania się pod własnymi oknami oraz wśród znajomych. Nie jest to priorytet w moim kalendarzu, choć nie ukrywam, że fajnie byłoby w ramach pomaratońskiej superkompensacji pobiec tam (tu) w okolicach PB.

Maj to Piaseczno. A więc inauguracja sezonu triathlonowego, której dokonam - i tu zapewne wszystkich zaskoczę - wspólnie z Krasusem na dystansie 1/4 IM. Już czuję, że fajne będą to zawody. Raz, że LaboSport to świetna organizacja, dwa, że z Krasym, trzy że tym razem to na pewno z nim wygram, a cztery bo tak postanowiłam, że będą fajne, więc z pewnością będą.

W tym momencie zaczyna się robić ciut ciasno, ale mam nadzieję, że planuję to z głową i wszystko wyjdzie jak należy.

A więc dwa tygodnie potem, w ramach przygotowań do drugiego A w sezonie, planuję pobiec w górach Bieg Marduły (25 km). Na razie tak po cichutku to planuję, ale bardzo chce.to. Już podczas Biegu na Kasprowy wymarzyłam sobie ten start. Bo Tatry, bo skyrunning, bo ponoć mega trudno, a widoki i wrażenia jeszcze bardziej przepięknie i boskie. A że od wiosny trenować zamierzam przede wszystkim w terenie i po górkach, to tutaj dokładnie sprawdzę co z tego wynikło. I dlaczego nic... ;) Nie chcę też za dużo gadać, ale być może w Zako spotka się spora reprezentacja drużyny Smashing Pąpkins. Nie, nie pytajcie i nie ciągnijcie mnie za język, i tak nie powiem kto :) Morda w kubeł.

I tu przechodzimy do drugiego A, a w zasadzie K lub jak ktoś woli WW. Triathlon Karkonoski! A więc to, co lubię najbardziej: tri (1/2 IM!) oraz góry. W wersji extreme! Czyż może być lepsze połączenie? A na dodatek to właśnie w Karkonoszach rozegrany zostanie finał Wielkiego Wyścigu 2014! W tym roku to się dopiero będzie działo! Mamy z Krasusem mnóstwo pomysłów nie tylko na to jak pokonać siebie nawzajem (oczywiście mój sposób lepszy), ale również na Waszą dobrą zabawę oraz mnóstwo pozytywnych wrażeń i emocji. Stay tuned jak to mówią, bo naprawdę warto!

A potem nastąpi ostatnie i najważniejsze A w sezonie. "A" wielkie niczym wieża Eiffla i głośniejsze od dźwięku kosiarki pod oknami o 6 rano w sobotę na kacu. Alfa i Omega tegorocznych startów, esencja marzeń, istota bytu oraz clou wszystkich dotychczasowych zmian, przygotowań i wyrzeczeń. Dystans długi w Borównie, 3,8 km swim, 190 km bike, 42 km run - czyli projekt pod roboczym kryptonimem "Operacja BOrówka". I choć nazwa może się wprawdzie niektórym wydać dość śmieszna, to zapewniam jednak, że sprawa jest jak najbardziej poważna. O szczegółach przygotowań (że napierdzielanie na maksa) informować będę tutaj sukcesywnie, więc zaglądajcie. Koniecznie!


The time is now! Naprawdę boję się swoich marzeń...