Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

12.05.2015

Uciekaj Bo! Uciekaj! Czyli jak zwyciężyłam w II Ultramaratonie Podkarpackim

Niby bieg na własnych śmieciach. Na dystansie, z którym już jestem ciut zapoznana. Niby wśród przyjaciół i na znajomej trasie, po której miejscami też kilka razy biegałam. Niby, że siebie znam na wylot, a Rzeszów dał mi przecież w kość ostatnimi czasy. Niby nie miało być niespodzianek. A jednak...

Trudno pisać, czy miałam jakieś plany i oczekiwania związane z Ultramaratonem Podkarpackim na dystansie 53 km. Zwłaszcza w obliczu ostatnich falstartów. Tak naprawdę, to na przestrzeni kilku minionych tygodni zmieniały się te plany dość dynamicznie. Jeszcze w marcu chciałam go przebiec naprawdę mocno. W kwietniu zmienić miałam strategię, a start ten potraktować bardziej lajtowo i treningowo. Ostatecznie jednak zmieniłam zamiar, by w maju postawić na "bieg dobry i uczciwy". Po prostu. Bez ópodlania i ómierania, ale za to z satysfakcją dobrze i rzetelnie wykonanej roboty. 

Strategia nie była więc specjalnie skomplikowana. 1) Na początku biegnij za wolno. 2) Nie szalej do 35 km. 3) A potem już oby tylko do mostka (42 km), o resztę pomartwimy się później. 4) Szanuj tytan swój, co w wolnym tłumaczeniu znaczyć ma "nie zrób sobie Bo krzywdy". 5) Pobiegnij tak, aby było dobrze :) Powinnam też wspomnieć, że ostatnie 3 tygodnie to ostro do pieca dawałam. Tygodniowo po 70-80 kg, dużo krosów, podbiegów i zbiegów plus rower i kilka naprawdę mocnych treningów pływackich (do szkółki się zapisałam). Trzy dni przed startem wciąż czułam się dość zmęczona i trudno było mi przewidywać na co i na ile tak naprawdę mnie stać. Naprawdę nie wiedziałam...

Goł!
Start II Ultramaratonu Podkarpackiego na dystansach 53 km i 70 km zaplanowany był na godz. 5.00 (ultrasi na 115 km polecieli trzy godziny wcześniej) z samego centrum Rzeszowa, z rynku. 

I tak spełzamy i ściągamy przed piątą rano na ten rzeszowski rynek, my biegacze. Kolorowi jesteśmy. Kompresyjni. Ponumerowani i uśmiechnięci. Podobna radość, ale też i pewne zdziwienie maluje się na twarzach osób, które właśnie opuszczają rzeszowskie knajpy po udanych Juwenaliach i nieco chwiejnym krokiem, z otwartym piwem i nadgryzionym kebabem zmierzają do domu, choć może raczej krążą i lewitują między nami życząc wszystkim powodzenia i pytając na ile to ten ultramaraton biegniemy. Ja tylko na 50 kilometrów, odpowiadam. I sama stukam się w głowę. Tylko na pięćdziesiąt, Bo. Tylko.

Ostatnie fotki, kopniaki, buziaki na szczęście, ostatnie przybite piątki i życzenia powodzenia. Krótka odprawa w głowie (że Run Bo! pamiętaj o planie i że bez szaleństw!) i 3 - 2 - 1 - goł!

3 - 2 - 1! Goł! Fot. ArsDent
Ja spokojnie, z tyłu, bez żadnych przepychanek tuptam sobie delikatnie i skrupulatnie realizuję punkt pierwszy planu. Tędy czasem jeżdżę do pracy, tutaj raz rowerem byłam, a na tym rondzie zawsze na mnie trąbią myślę, mijając kolejne znane mi z codziennego życia arterie, którymi wybiegamy z miasta. I słucham co mi tam ciałko podpowiada. Jak łydka, którą nadwyrężyłam dość mocno na treningach ostatnio i do otejpowania oddać musiałam. Jak biodro się czuje pytam oraz prawa (a może i lewa) stopa? Jak brzuch. Wszystko dobrze, otrzymuję meldunek, w porządeczku, można lecieć dalej. No może poza jednym porządeczkiem... siku! Na 4 km uświadamiam sobie, że z tego wszystkiego, to ja do tojka przed startem pójść zapomniałam. Miiisiu! Pierwszy raz w życiu się zdarzyło... No zapomniałam! Nic to, myślę przeczekam, dramatu jeszcze nie ma, zobaczymy jak daleko dowiozę :)

Biegłam więc spokojnie. Mniej więcej tak do 7 km spokojnie, bo wreszcie zbiegliśmy z asfaltu i dotarliśmy do lasu. A co ja poradzę, że zieleń (zajebiście soczysta zieleń była!), ścieżki, górki i błoto działają na mnie - jakby to powiedział AbradAb - jak na staruszka viagra? No co poradzę? Że przyspieszać zaczynam, wariować, mijać "leeewą wolną", puszczać na zbiegach oraz hopsa kicać przez kałuże? No nic nie poradzę. Również na to, że drugi punkt planu został już teraz całkiem skreślony. Tylko na podbiegach idę. To już mam sprawdzone, że pewne nachylenia zdecydowanie szybciej pokonuję marszem niż męcząc się i zmuszając do biegu. A na dodatek złapię też oddech, napiję się, zjem i odpocznę.

Taki las i taka zielona zieleń była. Fot. ArsDent
Nie pamiętam na którym kilometrze (15? 16?) zamajaczyła się mi przed oczami z przodu "ta w różowym", a potem "jeszcze jedna w czarnym". Nie wiem gdzie to było, ale grunt, że znalazłam cel i punkt odniesienia, bo do tej pory to w takim niedookreśleniu biegłam, nie wiedząc czy ja to bardziej z przodu, czy też może z tyłu bardziej jestem (jakby to miało jakieś znaczenie). Dobiegłam więc do dziewczyn, przykleiłam się i starałam się trzymać ich (naprawdę dość mocne) tempo. Oj, pamiętam. Wtedy pomyślałam, że raczej nie dam rady utrzymać się za nimi. Naprawdę skubane biegły szybko i wcale pod górkę nie odpoczywały...

Nastał jednak zbieg i... you know what I mean :) Zaryzykowałam i sadząc naprawdę wielkie i długie susy wyprzedziłam najpierw jedną, a potem, zanim się zorientowała, drugą. Ha! Dajcie mi następną! To jest to! Te momenty! Jest bieg. Jest moc i radość. Jest zajebiście pojechany w kosmos śpiew ptaków i ta zieleń najzieleńsza z możliwych! Świerszcz świerszczy. Błękitne niebo! Różowe podkolanówki. Żółte łąki. Jaranko! Ale jest fajnie i kolorowo! Aaa! Uwielbiam.

Te momenty
A że trasa raz wiodła lasem i górskimi ścieżkami, raz asfaltem pomiędzy budzącymi się do życia wsiami, nie było nudno. Góra dół, góra dół. Zakręt skręt. Podbieg. Zbieg. A ja biegłam. Taśmy oznaczające trasę powiewały na wietrze, a ja biegłam. I pod górę szłam. Z uśmiechem na twarzy. A potem znowu biegłam. A taśmy powiewały...

A taśmy powiewały... Fot. ArsDent
I stoi sobie taki dziadek przed jedną chałupą, stoi, patrzy na nas, pali papierosa, stoi i patrzy. A widząc mnie, otwiera jeszcze szerzej oczy i mówi ze zdziwieniem "Ooo, to i kobiety biegno!" Ano biegno biegno, odkrzyknęłam, pomachałam i pognałam dalej. 

Zaraz zaraz. Skoro on na mój widok tak się zdziwił, to czy to możliwe, aby przede mną nie było żadnej kobiałki? Nieee, absolutnie niemożliwe. Zaraz zaraz, a może jednak? Ile on miał tego szluga wypalonego? Jeśli połowę, to mógł tam z minutę stać lub dłużej, kalkuluję i dumam. Niee, niemożliwe. Na pewno jakaś biegła przede mną, tylko dziadek nie zauważył, albo zołza taka szybka, że śmignęła, zanim on do płota podszedł, kropka. Ale niepokój zasiany został...

22 km. Biegnie mi się zajebiście, mknę, w ogóle nie czuję zmęczenia, nogi lekkie, brzusio pełny, a siku z 4 km jakby się wchłonęło :) Jeszcze tylko drugie tyle i jestem na mostku (42 km), a o resztę pomartwię się później. Tymczasem przed Tyczynem stoją pierwsi kibice. Krzyczą, klaszczą, motywują. I mówią to, czego się obawiałam (ale też bardzo chciałam) usłyszeć. "Jesteś pierwszą kobietą". ŁUP. Serio serio jestem? Pytam, bo jednak nie wierzę. Serio serio, słyszę. Jesteś. ŁUP, łup. I wtedy wszystko się zaczęło.

No i co poradzę? Fot. Robert Sz. 
Jasne, że została radość i pragnienie życia chwilą, podziwiania kolorków oraz cieszenia się tymi momentami. Jasne, że było fajnie i z uśmiechem przyjmowałam kolejny dźwięk garmina informujący o następnym odhaczonym kilometrze. Jasne, że tak. Jednak stopniowo, coraz bardziej i skuteczniej, ogłuszana byłam TYM głosem. Że jesteś Bo pierwsza, że taka szansa, że z pewnością goni cię ta w różowym, a ponieważ wygląda na mocną, to ucieczka zapewne nie będzie łatwa. Widziałaś ją przecież na agrafce, jest maksymalnie 500 metrów za tobą, a tu jeszcze półmaraton ze sporym hakiem. Trzeba gnać, trzeba uciekać Bo. Trzeba spiąć poślady, nie oglądać się, nie podziwiać okolicy, tylko gnać! Gnać Bo! Run! Biegnij.

Ta w różowym...
No to biegłam. Pod górę żwawy marsz, fufufu (dzięki wam, o skitury) i wyprzedzanie panów. Z górki jeszcze większy ogień, długie susy i wyprzedzanie kolejnych. Na punkcie żadnych tam odpoczynków, pogaduszek i śmichów chichów, tylko woda w bidon i znowu lufa do przodu. A taśmy powiewały... Naprawdę gnałam. O ile można gnać będąc już po 30-tce, tzn. po 30 kilometrze :) Wiem, że pod górkę i z górki mogę mieć przewagę, wszak chyba jestem posiadaczką najdłuższych różowych podkolanówek we wsi :) Najgorzej dla mnie, to ścigać się po płaskim, zwłaszcza w końcówce. Tego nie umiem, nie lubię i nie zamierzam robić. Tego chciałam uniknąć. Więc Ruuun Booo! Run!

Ta trasa jest specyficzna i ciekawa - mówił Robert, sędzia główny UP, na odprawie (BTW same zawody zorganizowane zostały per-fe-kcy-jnie!). Do 35 km jest górsko, terenowo i zróżnicowanie. Potem już prawie płasko, a ostatnia ósemeczka to gładki jak stół asfalt do mety. Warto zostawić sobie siły na ten fragment, gdyż sporo można na nim zyskać i odrobić - zalecał Robert. Oczywiście zapamiętałam. Ba! Ja nawet w drugim punkcie planu to odnotowałam. Ale co z tego? Jak echo kołatały mi się teraz - za 30-tką - te słowa w głowie. Oraz stwierdzenie, które usłyszałam od Grześka na ok 28 km, że fajnie lecisz Bo i czy aby dobrze rozłożyłaś siły...

Że na ostatnim fragmencie można wiele zyskać. Czy dobrze rozłożyłam siły. Że wiele można odrobić. O ile ma się siły. Jak się je zachowa na koniec. No ale skąd ja mam kurwa po czterech godzinach biegu wiedzieć czy dobrze rozłożyłam siły? Zwłaszcza jak goni mnie ta jedna? No skąd? Oby do mostka.

Tak, u nas na Ukrainie wciąż jeździmy na czarnych blachach :) Fot. Gniewko Born2run.pl 
Ludzie często pytają, o czym myślę podczas biegania. A więc uwaga, odpowiadam teraz, jak dogłębny i fascynujący dyskurs wewnętrzny prowadziłam z sobą przez ostatnie 20 km Ultramaratonu Podkarpackiego. Czy jej ucieknę. Jak bardzo jest mocna. I jak daleko / blisko jest za mną. Że pamiętaj Bo, wtedy kiedy ty przechodzisz w marsz, ona na pewno przyspiesza. Że niechby ją szlag trafił. Wstydzę się teraz tych myśli, ale ja jej ("tej w różowym") szczerze i z całego serca nie lubiłam! Życzyłam jej wszystkiego złego! Niedobra Bo. A przecież ta dziewczyna tak samo mocno się starała, tak samo bardzo chciała i walczyła ze swoimi słabościami. A może nawet bardziej. A ja zwymyślałam ją w duchu, tylko za to, że depcze mi po piętach i może odebrać to zwycięstwo. Niedobra Bo, że tak myślała. Naprawdę, źle mi z tym... Duchowo to ja totalnie nie nadaję się na zwycięzcę :)

Ale wróćmy do mnie, bo wciąż biegnę, a taśmy powiewają. Oby tylko do mostka umiejscowionego na 42 km, oby tylko do mostka. Potem już tylko znane mi z niedzielnych wybiegań chaszcze nad rzeką, umówiony i czekający na pewno z utęsknieniem support na rowerze oraz ostatnia ósemka prosto do mety.

Walka
Do mostka jeszcze spoko biegłam. Coraz wolniej, ciężej i boleśniej, ale biegłam. Taśmy powiewały, a żaby z przyrzecznych szuwarów niewiarygodnie głośno kumkały, czym jednak wcale nie zagłuszały tego cholernego niepokoju, gdzie "ta w różowym". Ale po 43 km zaczęła się prawdziwa walka. Naprawdę bardzo trudna, piekielnie długa i karkołomna walka ze wszystkim. Z bólem całego ciała, upałem, głową odmawiającą posłuszeństwa oraz impulsem, który pod byle pretekstem kazał przechodzić mi w marsz i odpoczywać. I tym pierdolonym, obsesyjnie niemal ogarniającym całą mnie głosem. Pamiętaj Bo, kiedy ty idziesz, ona na pewno łapie drugi oddech i jest tuż za tobą. Oczami wyobraźni widziałam jak dogania mnie 50 m przed metą i zabiera "moje" zwycięstwo. Nie było wyjścia. MUSIAŁAM biec. Krzyczałam na siebie w duchu, niemaniemogę powtarzałam, metę wizualizowałam, cierpiałam i biegłam. A taśmy powiewały.

Im bardziej bolało, tym szerzej uśmiechałam się do zdjęcia. Ostatnie 3 kilometry. Fot. Janusz W.
Docieram do umówionego miejsca spotu z moim supportem, a tam nic... Pusto*. Później okazało się, że "za szybko biegłam i byłam przed czasem", więc to moja wina :) Na szczęście pojawili się inni znajomi, którzy jadąc na rowerach obok, okazali się być niezastąpionym wsparciem. Również dlatego, że wysłałam ich na czaty, jak daleko za mną jest "ta w różowym"** Kurde, ta myśl była naprawdę obsesyjna, do tej pory nie mogę ogarnąć, jak bardzo mną zawładnęła. Ale to chyba ona też cały czas trzymała mnie w pionie i nie pozwalała się poddać. Kilka razy przeszłam w marsz, raz popłakałam się z bezradności i niemocy, że tak bardzo chcę, a nie mam już siły. Ze dwa razy wkurwiłam na wszystko, w tym również na "całe to pieprzone bieganie". Przesuwałam się jednak do przodu, biegłam. Jeszcze tylko 4 km, jeszcze trzy, tylko dwa.

Eskorta! Fot. Janusz W. 
Koniec bulwarów, ul. Chopina i aleja pod Kasztanami. Wtedy już uwierzyłam, że to może się udać! Zwłaszcza jak pod wpływem dopingu przechodniów oraz dźwięku bębnów podbiegłam pod niewielką górkę przy multimedialnej fontannie. I ujrzałam to... Dwóch harleyowców podkręcających wrrrum wrrrum obroty w swych rumakach i mówiących do mnie, że witamy, że jazda i że zapraszamy teraz do mety! W eskorcie motocykli biegłam! Czujecie! Wrrrum wrrrum! Niesamowite to było! A emocje, radość i wzruszenie, po prostu nie do opisania! Serio. Zniknął ból, chore myśli, nie było już "tej w różowym". Byłam tylko JA i TA CHWILA! Oraz wpadnięta w ostatnim momencie do głowy myśl, aby tak jeszcze machnąć kilka pĄpeczek PRZED metą, co też z radością i po uprzednim upewnieniu się, że nic mnie rzecz jasna nie goni, uczyniłam. Smashing Pąpkins w końcu! - mamusia musi dawać przykład :) Zrobiłam więc te pĄpki, wstałam, uśmiechnęłam się i dumnie przekroczyłam linię mety. Zwyciężyłam!

Pudło, pudełko, pudełeczko. Brakowało mi cię! Fot. Marek W. 
To był dla mnie bardzo trudny bieg. Nie tyle ze względu na trasę, która była wręcz fantastyczna i nie ból fizyczny, który jest przecież tylko bólem. Było bardzo ciężko, ze względu na presję, którą sobie (oj głupia) sama narzuciłam, by dowieźć to zwycięstwo do końca. Naprawdę współczuję ludziom, którzy na co dzień walczą o najwyższe lokaty, tu trzeba mieć dopiero mocną głowę, by nie oszaleć od tego ciągłego samopoganiania, szacun. I choć na zdjęciach wszędzie niby uśmiechnięta i radosna, tak przysięgam, że w trakcie wcale łatwo nie było, a ostatnie kilometry i towarzysząca im walka, bezradność, kryzysy, ómieranie i ból zostaną w mej głowie jeszcze na bardzo długo. Jeśli nie na zawsze... 

Ale udało się! I tego zwycięstwa oraz szczęścia na mecie nic i nikt mi już nie odbierze! Tak jak i nikt nie odda Wam czasu, który straciliście na czytanie taaakiej długaśnej relacji :)

* mój support dotarł na metę 5 minut po mnie :)
** a "ta w różowym" (pozdrawiam, gratuluję i dziękuję za motywację!) - 11 minut później.  

3.03.2015

Uwaga na foczki! Czyli o debiucie w X Polar Sport Skitour

Nie wiem gdzie, no nie mogę sobie przypomnieć całkiem, gdzie to ja ostatnio czytałam, ale ktoś coś pisał chyba, że brakuje mu wyzwań nowych. Czy jakoś tak. I że za emocjami tęskni. Oraz ciarami na plecach, gdy (znowu) trzeba będzie się przełamywać, ryzykować, te głupie granice przekraczać itd. Że nowego czegoś chciałby. Kojarzy ktoś, gdzie ja to mogłam przeczytać? U kogo? BO ja raczej nie

Awięc. Niczym przysłowiowa baba bez kłopotów, co sobie kozę kupiła, tak ja - całkiem spontanicznie i hardcorowo - w poszukiwaniu wyzwań w zawodach skiturowych sobie wystartowałam. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdybym ja na nartach umiała dobrze jeździć, o skiturach większe niż miesięczne pojęcie miała, gdybym nie bała się zjazdów i generalnie gdybym była na to COŚ jakoś psychicznie i rzecz jasna fizycznie przygotowana. A nie byłam. No ale przecież jakbym była, to o czym ciekawym mogłabym tu napisać? Ano właśnie.

Borze!
Tak więc ufna w moc pĄpkoszulki, magię kasku rowerowego, w którym sobie szczękę na bajku złamałam, z postanowieniem, oby tylko nie być ostatnią i przede wszystkim, by w drzewo się jakieś nie wpierdzielić z hukiem (kiedy ono takie urosło?), na starcie zawodów X Polar Sport Skitour im.Basi German sobie hopsa ot tak stanęłam. 

W opinii startujących i doświadczonych narciarzy, zawody te to popierdółka jakaś. Proste, krótkie, idealne na debiut mówili. Dasz radę mówili. Spoko lux. Mówili. Ale gdy tak na odprawie słuchałam, że tu strumyk jeden trzeba przejść i potem następny, że dwie poręczówki linowe z przytroczonymi deskami do plecaka pokonać (mowa o narciarskich zawodach przypominam) i jeszcze gdy tak z podziwem na tych wszystkich rozgrzewających się wymiataczy patrzyłam, to w głowie miałam tylko jedno: "borze borzenko borze". Borze!

Ale też - psst tak po cichu i między nami przyznam - człowiek nie byłby sobą, gdyby oprócz małego przerażenia, nie czuł też odrobiny ekscytacji i radości, że wreszcie się coś dzieje! Coś nowego, niewiadomego i nieprzewidywalnego! Bez żadnej presji (oprócz #byleniejebut), oczekiwań, bez cholernej wizji pudeł, życiówek i pucharów. Po prostu ja, nowe wyzwanie, wysiłek, sport i radość. Czyli, przyznacie, połączenie najlepsze z możliwych. Idealne. 

Tak startuje czołówka. Fot. Sowinskifoto.pl
Ustawiłam się spokojnie, na samym końcu stawki, aby widzieć co robią inni i w razie czego naśladować :) Lub wzywać pomocy. Może jeszcze na wstępie, tym co nie wiedzą wytłumaczę szybko, na czym ten skituring polega. Aby iść pod górę na nartach skiturowych trzeba do deski przykleić takie futerko (fokę) (wspominałam, że uwielbiam głaskać?), dzięki czemu nie zjeżdża się w dół. Buty też są odpięte w cholewce do podejść, a pięta luźna od wiązania. Potem do zjazdu odkleja się fokę od nartki, dopina buty, wpina je w całości w wiązania i lufa w dół. Wszystko oczywiście w terenie. Między drzewami, po ścieżkach, krzaczorach i muldach. Borze!

A tak my :) Znajdź Bo na obrazku. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz na foce
Nie będę pisać, że z tego zaaferowania garmina zapomniałam włączyć i że na dupie (swojej) zaraz po starcie wylądowałam. Wspomnę jednak, że naprawdę ostro (jak na siebie rzecz jasna) zabrałam się do roboty przy podejściu. Ooo! Podejścia to ja love! Big love! Narta za nartą, kijek za kijkiem, posuwisty krok za krokiem, rura do przodu, brnęłam tak w górę. I zaczęłam wyprzedzać innych. Co akurat dodam, wcale nie jest takie łatwe jak w bieganiu, bo wszędzie te ich nartki, kijki wymachujące oraz oczywiście wąska ściężka. Ale ja uparcie wciąż swoje, fu-fu-fu. Wysiłek mniej więcej porównywalny do uczciwego WB2. Fu-fu. Czyli idzie się zmęczyć i spocić. Fu. 

Takie podejścia. Fot. Sowinskifoto.pl
Raz bez foki
I napierając tak do góry dotarłam do miejsca, gdzie nastąpić miała pierwsza przepinka i zjazd. W "strefie zmian" poradziłam sobie nad wyraz szybko, foki odklejone i do plecaka, wiązanie przekręcone, bucik wpięty. Aaa, jeszcze tylko zapiąć cholewkę, krzyżyk na drogę i jazda. Z drogi śledzie! Lub raczej drzewa! Król Julian jedzie! Gdyby na tych zawodach były noty za styl, z pewnością dostałabym minus 10. Lub minus 12. Trochę okrakiem, trochę pługiem, zakrętów jeśli z pięć zrobiłam to i tak byłoby aż nadto. Generalnie narty szeroko, dupa do tyłu, bojowa mina, zaciśnięte zęby. Gdybym miała być wtedy snem, byłabym prawdziwym koszmarem.

Nieważne jednak jak, ważne, że skutecznie i w dół :) Tylko ten ogień w udach. Borze, jak paliło! Istny pożar, pożoga niemalże jakaś, której nie gasiły, ani wymuszone postoje, ani chłodne myśli czy topniejące czapy śniegu spadające z gałęzi. Płonęło! Paliło! Ogień! Ałła!

A tam gdzieś był zjazd. Fot. X Polar Sport Skitour 
Na szczęście moje, okolicznych drzew i ludzi (tak, wciąż byli wokół mnie ludzie! szok!), zjazd się skończył. Następna przepinka i dajesz Bo gonić tych, co włoili ci na zjeździe. Fu-fu-fu. No to gnam. Jeden strumyk przekroczony i drugi. Fu-fu. W międzyczasie walka, by szybko wpiąć się w wiązania, a tradycyjna zasada, że im bardziej się starasz, tym gorzej wychodzi oczywiście sprawdza się w stu procentach. I nagle łup. Poślizgnęła mi się jakoś foka i nie chciała trzymać na dość stromej wówczas nawierzchni. I jadę w dół. Aaa! Ratunku! Jedną nartą pomagam sobie jakoś, kijkiem wbijanym gdzieś tam na zboczu również, kolanami swymi i ręcami, ale nic! Pomocy! Wciąż poruszam się nie w tym kierunku co trzeba, czyli jadę w dół. Aaa! Na szczęście jakiś miły Pan (dziękuję) poratował mnie swym ekhm... kijkiem i dosłownie wyciągnął z tej opresji. Uff, złapałam pion, wróciłam do właściwej pozycji, znów zaczęłam oddychać. Cała jestem, żyje, borze, zajebiste te skitury! A ucierpiał tylko kijek, który zgięty pod kątem prostym dumnie towarzyszył mi do końca wyścigu, dodając niemałego dramatyzmu całej tej przygodzie.

Przygodzie, która tak naprawdę dopiero miała się rozpocząć...
Po tym drobnym incydencie wiedziałam już, że sobie poradzę. Podbudowałam się, wzrosła moja wiara w siebie, poczułam prawdziwą moc. I jeszcze jak potem wyprzedziłam na podejściu tego miłego Pana od pomagania, który na dodatek skomplementował moją fu-fu-fu formę, to uwierzyłam, że jak tak dalej pójdzie, to ja normalnie jeszcze wygram całe te zawody!!! :) Niestraszne były mi zjazdy, przepinki, przekraczanie strumyków, czy pokonywanie owych "niebezpiecznych" poręczówek. Boska byłam. Fu-fu-fu.

Czasem trzeba było odpinać narty... Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy już przyszło do kolejnej przepinki i przyklejania fok oraz wizji ostatniego podejścia, w którym to jestem przecież taka fu-fu mocna i z pewnością nadrobię jeszcze kilka minut, czar prysł... Mokry śnieg, brak doświadczenia w przyklejaniu fok i wycierania nart z wody, sprawił, że nie chciały się te cholery do desek kleić psia mać. Zapinam, przyklejam, stukam, chucham, przemawiam do nich, błagam, a potem jeden krok pod górę i znowu łup. Odklejona foka zjeżdża, narta również w dół, a ja na kolana. I w płacz :) I jeszcze jedna próba. I kolejna. I nic. Głupie foki! Prawie rozpacz.

Ok, BO, spokojnie, nie płacz, tylko myśl. Myśl, myśl, myśl. Jak tu je przyczepić do nart? Nikt mnie tego (mryg mryg!) nie nauczył przecież... Gumką do włosów może? Buffem? Gałązką? (wiem, hihi) Linką jakąś od plecaka? No kurwa ciem?

Silvertejpem wiem, tylko skąd ja w środku lasu taśmę klejącą wezmę? I tak siedzę biedna przy tej ścieżce, wszyscy mnie mijają, a ja pytam drżącym głosem każdego, a czy masz może przypadkiem taśmę klejącą jakąś? Plis miej! Noo, foki mi nie kleją.

A czasem trzeba było narty nieść. Fot. Sowinskifoto.pl
I kiedy zwątpiłam już w jakąkolwiek pomoc, pogodziłam z faktem, że straciłam spokojnie jakieś 10-15 minut i że przyjdzie mi pewnie na butach dymać te ostatnie kilometry do mety. Albo GOPR jakiś wzywać. To jednak przyszła pomoc! A raczej miła dziewczyna, jak się potem okazało Gosia (dziękuję i pozdrawiam), która odkleiła mi ze swojego kijka pół metra taśmy (wszystko co miała) i poratowała. Przykleiłam te swoje foki do nart. Niestety tylko w jednym miejscu, na więcej nie starczyło, więc za kilkanaście metrów zabawa zaczęła się od nowa. Jazda kurde w dół, miast w górę. Chciałaś baBO przygód i wyzwań, masz! Psia mać. Na szczęście kilkanaście sekund potem, spod ziemi niemalże jakoś, wyrósł chłopak z całą rolką czarnej klejącej taśmy! Kumacie? Cała rolka! Czarnej klejącej taśmy do fok! Poratował mnie, jeszcze jedną dziewczynę i Gosię, której potem foczny klej również odmówił posłuszeństwa. Kimkolwiek jesteś Rycerzu z taśmą, stokrotnie dziękuję!

Przykleiłam, wpięłam butki, sięgnęłam po swój jakże dzielny zgięty kijek i na początku jeszcze ostrożnie czekając na znajome łup i uciekającą nartę do tyłu, potem już na porządnym wkurwie ruszyłam fu-fu do przodu. W końcu byłam wypoczęta jak nigdy. Fu-fu-fu. Teraz to naprawdę z drogi śledzie! Minęłam kilku panów, kilkadziesiąt metrów przed metą jeszcze jedną dziewczynę, która ku mej radości, stwierdziła, że nie podejmuje walki, no i dotarłam! W iście dramatyczny sposób ukończyłam swoje pierwsze zawody skiturowe! Nie pokonał mnie kijek, nie zabiły zjazdy i nie zwyciężyły foki! Nie byłam ostatnia, ba, wśród 50 kobiałek, mimo tej kilkunastominutowej focznej straty, na 23 (!) (wiadomix!) miejscu się uplasowałam! Czujecie? I dzwoniący medal dostałam. Dzyń dzyń!

Wraz z kijkiem dotarliśmy! Fot. JKR Ostrowski
A wprawione oko, oprócz zgiętego kijka i banana na twarzy dojrzy również przyklejone foki.
Fot. Kris Photography Studio ;) 
Oj! Tego mi trzeba było. Zajebiste zawody i przygoda, a skitury jeszcze bardziej.

A jak ja kurde przebiegnę ten maraton w Rzymie za 3 tygodnie pomartwię się jutro... :)

Uwaga ogłoszenie! Jeśli ktoś chciałby mieć taką oto pĄpkoszulkę mocy, to właśnie ruszyła 3 limitowana edycja produkcji. Klikać i zamawiać!

18.02.2015

O dwóch takich deskach, co ukradły mi bieganie

Wiedziałam, że są. Że zimą, ludzie coś tam na nich chodzą po górach i zjeżdżają. Tacy ludzie, co sprytnie oszczędzają na karnetach myślałam (jak wszyscy) i jakoś specjalnie mnie do tego sportu ciągnęło. Jeździłam na desce, był luz, wypady w Alpy, krok w kolanach i wielkie rękawice po łokcie. Całkiem bosko. Nie sądziłam, naprawdę nie sądziłam, że kiedyś jeszcze do nart wrócę, zwłaszcza, że na boazerii jeździłam dawno, bardzo źle i generalnie bez jakiejś specjalnej zajawki. 

Podczas gdy znajomi będą skiturować, ja pobiegam sobie po górach planowałam, i wszyscy będą szczęśliwi. Przecież ja tak lubię biegać po górach! Ale gdy tak oni szli na tych nartach w Bieszczadach, a ja niczym pies biegałam dookoła, kicając z prawej strony na lewą i potykając się o ich kijki, czułam, że to jednak nie to... Że chciałabym chyba spróbować tego foczenia, że może być całkiem fajnie, że muszę bo się uduszę, a poza tym niebawem to zacznę pewnie szczekać i podsikiwać drzewa, więc chyba raczej na pewno czas powiedzieć sobie (ZNOWU!) "challenge accepted"

Widziałam BO cień. W drodze na Smerek. 
Nie minęło dziesięć dni, jak byłam już po próbnych "zjazdach" z Małej Rawki na pożyczonym sprzęcie, a potem już ze skompletowanym własnym, miłą foczką do głaskania (uwielbiam) i postanowieniem, że zostanę skiturę

Borze, borze, borzenko krzyczałam w myślach do i na siebie, gdy z górki, pługiem mijałam kolejne buki na drodze, krzaczory brałam okrakiem, a uderzenia gałązkami po twarzy przyjmowałam z nieznaną sobie do tej pory hardością. I gdy zakopywałam się w zaspach po kolana. A ogień w udach prawie że przepalał mi spodnie i nogi trzęsły się ze zmęczenia (BO przecież nie strachu). Gdy wywrotek było miliard, na szczęście żadna poważniejsza, tylko w puch lub kontrolnie, by odpocząć :) I gdy z radością oraz kurwikami w oczach kończyłam zjazd, szczęśliwa, że się udało, że jestem cała, że podoba mi się to strasznie i że zaraz będzie znowu nowe zajebiste podejście. BO podejścia są super. Uwielbiam. Idzie się zmęczyć i spocić jak na kilometrówkach, ale widoki i wizja zjazdu działają tutaj zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. 

Na Przełęczy Orłowicza. Fot. Kris Photography Studio ;) 
Cóż mogę rzec? Trudno wymarzyć sobie lepszą aktywność zimową w górach. Tak, nawet bieganie się chowa pod grubą warstwą śniegu. Na skiturach jest przygoda. Jest wyzwanie. Jest cicho i pusto. Jest bajkowo. W przeciwieństwie do nudnego stania w kolejce do wyciągu, wdychania dymu z papierosa, bo sąsiad na krzesełku obok właśnie miał ochotę na szluga. Jest ciekawiej od nudnego dymania wte i wewte, góra - dół, na tym samym stoku. Jest trudniej, jest znacznie trudniej od śmigania po aksamitnie wyratrakowanym stoku. Drzewa są, krzaki, powalone konary i niespodziewane hopki. Emocji milion. Siódme poty przy podejściu, a bywa, że i kilka łez na zjeździe, bo tak straszno i trudno.

Fot. Studio jw. 
No i ukradły mi te skitury bieganie. Nie ma kiedy robić długich wybiegań jak każdy prawie weekend spędzamy w górach szlajając się po lasach i stokach. Nie ma (wciąż!) ochoty na mocne treningi w tygodniu bo... BO po prostu nie ma ochoty. Nie ma sensu robić podbiegów, skoro siłę biegową to ja mam na skiturach, i to w znacznie przyjemniejszej scenerii. Nie będzie więc maratonu w marcu, bo jestem całkiem nieprzygotowana do czegoś mocniejszego i chyba najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. Znaczy się maraton będzie, wszystko już zabukowane i Koloseum do zwiedzania czeka, więc pobiegnę. Ale bez rozpierdalania kiosku, bez presji na wynik czy życiówkę niedajborze jakąś. Przeczłapię, pooglądam atrakcje turystyczne wzdłuż trasy, postaram się nie ómrzeć, ukończę. Co swoją drogą też będzie ciekawym i nowym doświadczeniem, jak to jest biegać nie na wynik, tylko o tak o... Ciekawe. 

Suche Rzeki - Smerek. Fot. Studio jw. 
A wracając do skiturów. To cały czas się ich uczę. Wszystkiego się uczę. Odklejania fok za jednym zamachem, wpinania w wiązania inne niż wszystkie, robienia zakosów na pionowej ściance, zjazdów się przede wszystkim uczę i pokory. Oraz zimowych i bardziej hardcorowych niż na stoku, śnieżnych gór się uczę. Na szkoleniu lawinowym nawet (ha!) byłam. BO przecież wiadomo, że jeśli lawina ma zejść, to zapewne zrobi to na mnie... Nawet w Bieszczadach. BTW, taki kurs to polecam bardzo. Jeśli robisz coś w górach zimą, zrób też kurs. Nawet dla świadomości, że śnieg i śnieżki to żadne tam popierdółki, tylko prawdziwe i realne zagrożenie. I dla przypomnienia sobie zasad pierwszej pomocy. 

Przekop śnieżny na kursie lawinowym organizowanym przez Ski Rawki. Fot. Grześ W. 
Trafiony znaleziony! Ćwiczenia z detektorem i sondą lawinową. Fot. Grześ W. 
Nie. Absolutnie nie żegnam się z bieganiem i tri. Tylko ciut urozmaicam, odpuszczam, luzuję, by mieć czas i robić to, co TERAZ sprawia mi frajdę i przyprawia o ciary na plecach. BO chyba o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi, rajt?  


Do what you want, not what you need!

25.11.2014

Oj, będzie się działo. #WyzwanieNBR

Żaden zgruchotany łokć i siniak na biodrze wielkości sporego medalu* nie zabiorą mi radości i wrażeń, jakie dostarczyła mi miniona sobota i wypad z chłopakami w "Góry" Świętokrzyskie. Żaden!
Ale też żadnego czasowstrzymywacza nie zamierzam włączać teraz! Niech już ten rok, ten kurde popieprzony rok, w którym bezdyskusyjnie przypadło mi miano największej łajzy ever skończy się na dobre, oddzielając grubą kreską to co było od tego co BĘDZIE!

A będzie się działo. Nooo, też się cieszę i równocześnie przerażona jestem na maksa, bo Bieg Rzeźnika to przecież żadna tam popierdółka czy owsianka z mlekiem. A wystartować tam zamierzamy w 2015 r. wspólnie z Krasusem przy sprzętowym wsparciu Natural Born Runners

Rzeźnik. Fascynuje, przeraża i wkurza
Fascynuje bo góry, Bieszczady ukochane przecież i ciekawa formuła startowania parami, która sprawia, że nie liczysz się tylko ty oraz twoje mocne i słabe strony, ale również (a może i przede wszystkim?) partner. Jesteście zespołem, stanowicie team, wszystko co robicie, robicie razem i wspólną ponosicie odpowiedzialność za czyny jednego i drugiego. 
Przeraża bo dystans, przewyższenia, podbiegi. Oraz ogromny ogrom pracy do wykonania i ambitne założenia startowe (Krasy wszak nie z tych, co zamykają stawkę). No, serio jestem ciut przerażona. 
Wkurw z kolei bo ta rzeźnicka kultowość i legendarność. Owczy pęd. Że Wielki Bieg Rzeźnika! Każdy już przecież pffff "zrobił Rzeźnika". Coo? Nie biegłaś jeszcze Bo Rzeźnika? Żałuj. Poza tym ta jego masowość... No nie lubię. Ani masowości w biegach górskich, ani tym bardziej tłumów na szlaku.

No ale jeśli nie teraz to kiedy? Skoro najlepszy sportowy sklep w galaktyce przyszykował nam taakie #WyzwanieNBR? Jeśli TEN słynny bloger, biegacz i triathlonista KRASUS chce ze mną pobiec? (Spox, uprzedziłam go, że musi sobie zrobić kurs pierwszej pomocy, a ja rozważę możliwość biegania w kasku szczękowym oraz ochraniaczach na kolana i łokcie). Jeśli Błażej narysował takie pojechane logo akcji, a ja kocham góry i teraz bywam w nich całkiem często i mam też prawie nawet personal trenera? Przerazić się przewyższeń mam? Lub też długości 80 km? Heeelloł!
Poza tym od dawna już przecież o tym marzyłam.

A więc #WyzwanieNBR przyjęte. Rękawiczka podniesiona i włożona na (niebolącą) rękę. Przede mną mnóstwo, oj naprawdę mnóstwo, mam nadzieję, że przyjemnej jednak pracy. Poprawić wytrzymałość i szybkość trzeba. Sprawniej przemieszczać się pod górę. Nad głową też popracować trochę, a przede wszystkim to ja w zdrowiu i całości dotrwać do tego Rzeźnika muszę i nie wypierdzielić się gdzieś po drodze lub też w międzyczasie, prawda? Kurde, to może być najtrudniejsze w tej całej zabawie, stwierdzam.

Więcej o moich planach startowych na 2015 r. niebawem. Na razie zdradzę tylko, że... Albo nic nie powiem, bo jeszcze przestaniecie zaglądać. 

Teraz zobaczcie, jak fajnie bawiliśmy się na Łysicy. Aha, a czy wspominałam, że nabiłam sobie wówczas guza na głowie? A to ci zaskoczenie!

Najpierw ze skrzynki wyciągnęłam tajemniczy list wzywający mnie do stawienia się dnia następnego pod jakąś kapliczką.

Potem pakowaie, podróż od świtu wraz z żelkami na masce saaba oraz spotkanie z chłopakami: Krisem,
2 Pawłami i 2 Marcinami, w tym 1 Marcin Don't stop me now i 1 Krasus. Oraz kolejna wskazówka.

W drodze na szczyt Łysicy było raz jesiennie, raz zimowo i - ku zaskoczeniu wszystkich - wcale nie piździło jak w kieleckim! Ostatnia prosta i walka o - jak się okazało - najważniejszą kopertę. 

Ups. Przerwało się temu kopertu.
Ale list da się przeczytać.

Omamo! Bieg Rzeźnika! Jak to przeczytałam, to tak gruchnęłam głową o kamień, że ponoć echo się po lesie poniosło. Guz na głowie jak za dawnych przedszkolnych czasów!
A potem skoro nie rywalizacja to zgoda i współpraca. WITAJ PARTNERZE KRASUSIE! 
I jeszcze trzygodzinna wycieczka biegowa całą bandą.
Pierwsze słowa na nasz widok, jakie padły z ust owych przebierańców "Ooo, jacy brzydcy" :)
A na koniec pamiątkowe zdjęcie brudnych butków, bieszczadzki prezent dla Krasego (ja tam wolę Ursę, ale się chłopak uparł) i powrót do domu. 
#WyzwanieNBR! Przybywamy więc! 

*po raz trzeci w tym roku wypierdzieliłam się na bajq i po raz jedenasty (lub trzynasty) miałam robioną fotkę RTG.

20.11.2014

W pogoni za makaronem. Bieg Potrójnej

Ten Beskid Mały to wcale nie taki mały - rzekł jakiś mocno zasapany głos za moimi plecami podczas jednego z pierwszych podejść Biegu Potrójnej. Ano niemały... Trudno bowiem przebiec obojętnie obok łącznej sumy przewyższeń na dystansie 15,5 km wynoszącej blisko 2 km. Trudno. 

Tak samo trudno jak mi się teraz po schodach łazi, a przecież już dobrych kilka dni minęło. Ten osobliwie rozkoszny ból w czwórkach. Równie miłe napięcie i łaskotanie w stawach skokowych. Boląca szyja i zakwasy w rękach. Jakąż to człowiek dziwną istotą jest, że boli go, a on zadowolony. I uśmiech ma na twarzy. Bo skoro boli, to znaczy się pobiegane było. Że żadne tam obijanie, tylko porządnie wykonana robota. No dobra, jako tako wykonana, bo miejscami oczywiście mogłam przecież szybciej, a jednak nie było z czego i jak podkręcić obrotów. Chyba ja, bądź co bądź, już ciut zmęczona jestem i chyba najwyższy czas odpocząć trochę. 

Ale zanim sobie odpocznę (i pewnie dam odpocząć Wam), to muszę przecież udokumentować moje zmagania na II Jesiennym Biegu Potrójnej zorganizowanym przez Klub Skialpinistyczny Kandahar. Awięc. 

Joj. Kiedy rano oczy me ujrzały fantastyczny widok z Przełęczy Kocierskiej to normalnie ciary. Cóż, zazwyczaj nie bywam raczej ponad chmurami, a codzienny widok z okien na filharmonię i parking jest jakby trochę mniej atrakcyjny od górskich stoków spowitych mgłą z przedzierającymi się gdzieniegdzie promieniami słońca. Bo jeszcze dodam, że pogoda się arcyudała. Połowa listopada, a tu błękitne niebo, zero wiatru, lampa i kilkanaście stopni Celsjusza. Nic tylko biec.

Ponad chmurami
Oraz wyłączyć głowę. Zapomnieć o niepodległościowym wtorku, nie myśleć o rywalkach, ściganiu się z innymi, o końcowym miejscu, kategoriach. I o brzuchu sobie też nie przypominać, choć on niestety wciąż tak łatwo nie daje za wygraną... I nie spalić się na starcie. Niby nic, a jakże dużo, nieprawdaż? Powrócić do podstaw i źródeł. Po prostu pobiec. I fajnie zakończyć ten jakże burzliwy sezon.

Panie przodem
Pierwsze kilometry - jest dość ciasno. Biegniemy leśną drogą i co jakiś czas przeskakujemy przez kałuże lub wielkim łukiem omijamy bajora (podobnych przeszkód na ostatnich kilometrach oczywiście nikt już nie unikał, tylko pruł środkiem, ino błoto spod podeszw leciało). Tylko nie za szybko Bo, tylko nie za szybko, strofuję siebie w myślach, a tymczasem czuję, że... biegnę za szybko. I powoli mnie zatyka. To wszystko przez te dziewczyńska dookoła. Czy tylko ja mam wrażenie, czy one faktycznie chcą się ze mną ścigać? Nie pozwalają się wyprzedzić, przyspieszają, wymijają. Też coś! Jedna wielka szarpanina, nie lubię. A miało być spokojnie...

Pooszli! Fot. M. Zwoliński
Tupnęłam sobie więc mocno głową w myślach, że przecież nie tak miało być! Ja mam po prostu biec, a nie ómierać, denerwować się, kalkulować i oglądać za siebie, która jestem. Odpuściłam więc trochę, zwolniłam, puściłam dziewczyny przodem. Ufff. Jak dobrze! Nareszcie zaczęło być fajnie! Biegłam swoim tempem trzymając się (i tak mocnych) panów. Pod górkę marsz (zdecydowanie za wolny, oj, sporo pracy przede mną), w dół natomiast niczym w szpagacie na pazurki leciałam, z czego nie powiem - jestem nawet całkiem zadowolona. Kilka razy przyznam, to i tytan był zagrożony, gdy ledwo łapałam równowagę ratując się przed spektakularnym dzwonem lub potknięciem o coś, czego nichuchu nie widać było spod kilkunastocentymetrowej kołdry suchych liści. Ale na tym właśnie polegają zbiegi - trochę tak na granicy rozsądku i szaleństwa. Z lekkim przesunięciem w tę ostatnią stronę rzecz jasna. 

Stara siatkarska zasada mówi, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach i muszę powiedzieć, że chyba coś w tym jest. Potrafiłam nawet kilometrową przewagę odrobić właśnie dzięki tym szaleńczym zbiegom. Jeden chłopak to jak go mijałam krzyknął nawet, że chyba regulamin zabrania takich szybkich zbiegów (hihi), a inna dziewczyna z kolei (ta, którą dogoniłam i wyprzedziłam z górki) zagadała przy punkcie odżywczym, że "ty to chyba lubisz zbiegać, co?" Ano lubię. Co począć.  

Ale podejścia - to ja tak jak mój saab :) Eh... Nie bardzo wychodzą, zwłaszcza na sporym zmęczeniu. A że w biegu tym udział brali głównie skitourowcy, to trzeba przyznać, że aż miło było czasem popatrzeć, jak zapierdzielają pod górkę lekko i radoście. Fu fu fu. Też kiedyś tak będę, aco. 

Takie jedno wielkie, długie i pionowe niemalże podejście za 9 km odarło mnie już z wszelkiej godności. Człapałam jak żółw, jak stary, kontuzjowany żółw z za ciężką skorupą nawet i przytroczoną oponą do ogonka. Joj, jak niefajnie było. A tymczasem łyknięte wcześniej na zbiegu dziewczyny zbliżały się coraz bardziej...

Znowu się odezwał
I choć mocno zatykałam uszy, wypierałam ten myśl, starałam się dumać o niebieskich migdałach i podziwiać piękną górską scenerię dookoła, tak jednak znowu usłyszałam TEN głos... Że skoro już jestem tu gdzie jestem, skoro ryzykowałam tytan na zbiegach i ładnie wyprzedziłam tamte dwie, to może by jednak dociągnąć to miejsce do mety? Hę? Zostało przecież już tylko 4 kilometry, ojtam że właśnie pod nieszczęsną górę psia mać. Dam radę. Nie tyle, że muszę dać, ale chcę! Człapiąc więc, dysząc, oczywiście ciągle oglądając się za siebie, przemieszczałam się jakoś do przodu. Na szczęście nie tylko ja leciałam na oparach, więc udało się jakoś dobiec, nie dopadły mnie, ufff. Z czasem 1:49 zameldowałam się jako 5-ta kobieta na mecie i druga w kategorii. Czyli znowu pudło! Fajnie jak wychodzi, mimo, iż tak naprawdę nie do końca chyba wyjść powinno :)

I dobiegła!!! Fot. M. Zwoliński
Trasa piękna i zróżnicowana, lasem, przełęczami, granią. Dość trudna dodam, a i z psikusem nawet, którym okazał się być ostatni, ponad 2 kilometrowy, odbierający wszelką nadzieję w upływ czasu podbieg... Oj, udał się ten psikus organizatorom, udał. Do tego koleżeńska atmosfera, perfekcyjna organizacja, słońce, powietrze, meta oraz wieczorna impreza, na której nawet ja (!!!) ups tańcowałam. Czego chcieć więcej? 

Może tylko makaronu? Bo zapewne wszyscy umierają z ciekawości o co z tym makaronem chodzi. Otóż makaronowe łupy dwóch człowieków, uzbierane z pakietów startowych oraz wylosowanych na zakończenie zawodów nagród wyglądały o tak.


Pozdrowienia dla Sponsora! 

16.10.2014

Maraton Bieszczadzki. Ten głos...

Gdy tak jadąc wesołym saabem w Bieszczady, spokojnie, bez stresu i na luzie, a więc gdy tak w trakcie podróży, gdzieś w okolicach Brzozowa padło stwierdzenie, że patrz Bo, to mniej więcej tyle jak stąd do domu masz jutro przebiec, to zrobiło mi się słabo. SŁA-BO! Chyba wtedy tak na serio i na poważnie, uświadomiłam sobie, jak długie jest to 53 km. Dłuuugie no, psia jego mać. A ja zamierzam to kurde jutro przebiec, nie przejechać i to jeszcze po górkach, chaszczach i lasach. 

I chyba tak naprawdę to ja do samego wystrzału startera, a może i do momentu przekroczenia linii mety, nie wiedziałam na co się porywam i do czego biorę. Na szczęście w życiu też tak czasem bywa, że nieświadomość i niewiedza pomaga. Rzadko bo rzadko, ale akurat w tym przypadku zadziałało. I wyszło. Nawet całkiem fajnie wyszło, ale od początku. 

Wiedziałam, że nie jestem przygotowana na ten bieg. Ba. Zaryzykuję stwierdzenie, że rok temu, przy mojej ówczesnej napince i pedantycznym niemalże podejściu do planów i treningów, to rok temu z moją obecną formą i miniaturkowymi słupkami na endo, to ja bym w tym ultramaratonie wcale nie wystartowała. Ale ponieważ zaszły zmiany ;) i ponieważ nie chciałam, aby z powodu głupiego tytanu przepadło mi już trzecie wpisowe w tym sezonie, zdecydowałam się pobiec. Poza tym Bieszczady, heelloł, więc wiadomix. 

A skoro więc mam pobiec, zaczęło się myślenie. Jak rozłożyć siły na 53 kurde kilometrach oraz jak monitorować stan swej (nie)mocy, przecież tu nie ma tak łatwo jak w zwykłym maratonie, że włączę tempomat i gnam. Które butki brać, czy bardziej te na kamienie, ale ciut mniejsze, czy speedcrossy na błoto, ale mocno już zbiegane, więc czy wytrzymają. Ile żeli, skoro na trasie mogę spędzić nawet 8 godzin i czy tylko żeli, bo może jeszcze bułkę grzmotnę, a jeśli tak to z czym. Kurtkę do plecaka? Telefon? Oksy? A czapkę szczęśliwkę z daszkiem czy może jednak buffa. Na szczęście na pytanie najważniejsze, w co się tego dnia ubrać, odpowiedź była prosta, więc jeden problem z głowy. Oczywiście, że w pĄkoszulkę! Zaczęło się też karboładowanie. Ooo, przyznam, że to szczególnie wzięłam sobie do serca, a raczej do żołądka. Pierwszy raz w życiu zjadłam tego samego dnia (w sobotę) makaron na śniadanie, obiad i kolację :)

Między nami pĄpkinsami tuż przed startem.
Z Michałem po lasach i łąkach oraz Błażejem Suchą Szosą.
Nie znając siebie na tak długich dystansach i nie wiedząc czego mogę się spodziewać, strategię na swój pierwszy bieg (mini)ultra streścić mogę w siedmiu punktach. 1. Biegnij za wolno, potraktuj ten bieg rozpoznawczo i na lajcie. 2. Nie słuchaj tego głosu. 3. Pokora! Nie cwaniakuj, nie szarżuj, nie popisuj się, 4. Nie wypierdziel się, nie połam. 5. Nie zgub. 6. Jedz i pij. 7. Baw się dobrze! Pewnie wszyscy umierają z ciekawości, co to za głos... Spokojnie, wszystko w swoim czasie, czytajcie dalej, akcja się rozwinie :) 

Zero i jedynka z przodu
Całkiem fajne te biegi ultra, nie? zagadałam do Błażeja Suchą Szosą w okolicach 8 km. Hahaha. Tylko jakby przereklamowane trochę, bo gdzie te halucynacje i omamy... dodałam. Haha, pożartowali sobie ("pogadamy i zobaczymy po 35 km" odpowiedział Błażej) i pobiegli dalej... Tak właśnie na luzie, towarzysko i dość powoli przebiegały pierwsze kilometry Maratonu Bieszczadzkiego. Niestety asfaltem, ale za to z "kolorkami", które swym miedzianym i żółtym odcieniem pięknie komponowały się z błękitem nieba. Jesień w górach to ja love. Chyba tylko zima jest fajniejsza, pod warunkiem, że jest śnieg i nie marzną stópki.

Błażej, nie zostawaj z tyłu! Fot. Grzegorz "Wasyl" Grabowski 

Może to pod wpływem właśnie tych kolorków oraz uśmiechniętych i niczym niestrudzonych ludzi dookoła (pozdrawiam) realizacja pkt 1 przebiegała wręcz idealnie. Poza tym ustawiłam się na końcu całej stawki więc naprawdę biegłam wolno. Bardzo wolno. Za wolno. Trener rzekłby perfekcyjnie, ale mi zaczynało się nudzić... Za spokojnie kurde przesuwał się ten krajobraz.

Więc zaczęłam przyspieszać. Na początku tylko na zbiegach, potem również na wypłaszczeniach, a potem rzecz jasna, pod górkę oczywiście też. Chyba się rozgrzałam :). I po pierwszej dyszce, która w zasadzie przebiegła bez jakiejś specjalnej historii, zaczęła się zabawa. Wreszcie las, wreszcie ścieżki i górki, wreszcie się coś dzieje. Wreszcie zbiegi! Z drogi śledzie! Król Julian jedzie! Lewa woolna! Fu, fu, fu, fu! Bosko. Ktoś tam krzyknął nawet, jezzzu tylko się nie pozabijajcie - tak bardzo gnaliśmy z Błażejem w dół. Borze, jak ja to uwielbiam! Gdyby nie fakt, że przebiec miałam jeszcze ponad 40 km włączyłabym czasowstrzymywacz, tak było wspaniale, ale jednak wolałam, aby wskazówki Garmina przesuwały się do przodu.


I tak w okolicach 15 km po raz pierwszy odezwał się TEN głos. A gdyby tak pościgać się jednak? Hę? A gdyby tak nie zaciągać hamulca tylko gnać, skoro niesie, a zmęczeniem, kryzysami i odcięciem sił to pomartwić się jutro? A gdyby tak dać z siebie wszystko i pójść w trupa? Na razie chichutko się ten głos odzywał, szeptem niemalże, ale im stromsze zbiegi, im więcej ludzi i kobiałek wyprzedzonych, im bardziej ogniste kurwiki w oczach, tym w mojej głowie działo się coraz głośniej.

Goń ją! Wyprzedź tamtego! Wyciągaj te kopyta do przodu, w końcu niech się na coś przydadzą! Ścigaj się! Wyprzedzaj! Tak! Jesteś nienormalna! (ale do twarzy ci Bo z tym). Jesteś!

Dwójka z przodu
Od 17 km zaczęłam liczyć wyprzedzone przeze mnie dziewczyny. Panów też próbowałam zaliczać, tfu zliczać, ale szybko zgubiłam rachubę. A głos swoje. I to coraz głośniej. Że run Bo! Biegnij! Gnaj! Wiedziałam, że tempo jest szybkie, za szybkie (!), zdecydowanie za szybkie (!!!), ale jakoś nichuchu nie udawało mi się zwolnić. I tylko ta dziwna, wszechogarniająca i dzika przyjemność jazdy na rollercoasterze: góra-dół, góra-dół, góra-dół. Aaaa! Złapałam Tomasza i starałam się trzymać jego (mocne) tempo. A on nie dość, że szybko, to jeszcze z przysiadami i skłonami. WTF? No, zbierał chłopak puste opakowania po żelach... Wstydźcie się biegacze! Wstyd i hańba! "W domu na dywan też tak rzucacie?" Tak bardzo ciąży kawałek plastiku, że nie można wsadzić go w kieszeń i wyrzucić na punkcie? Z pewnością waga i objętość innych gadżetów, kijków, daszków kompresyjnych, telefonów i ajpodów, którymi jesteście objuczeni, nie pozwala wam dźwigąć jeszcze kilku gramów? Biedactwa...

W okolicach 22 km Tomasz pyta na jakim biegnę tętnie, bo on na 150. O-oł. Nie powiem. Bo jak zobaczyłam, że na 175 bpm, to tylko powinszowałam sobie geniuszu. Oj, będziesz Bo ómierać, będziesz. A tymczasem nim się obejrzałam i wyrwałam z zadumy, jak to ja szalona znowu biegnę zbyt szybko, spostrzegłam, że zostawiłam Tomasza za sobą. A przede mną znowu jakaś babka w fioletowym. Przecież nie zostawię jej tak bez wyprzedzenia, rajt? :)

Kolorki... Fot. Mirek
Na drugim punkcie odżywczym łykam sprawdzoną już zimną colę i porywam jakiegoś powerbara. Są też bułki, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś gryźć i przełknąć. Bazuję na żelach, batonach z Biedronki, wodzie i vitargo w bidonach. Z jedzeniem jest chyba u mnie ok. Na tym etapie tasujemy się też z taką jedną dziewczyną w czerwonym. Raz ona z przodu, raz ja. Widać, że jest pro. Bez plecaka i na krótko. Ładny krok, niczego sobie łydka, ciągnie za sobą kilku panów, chyba ją sobie odpuszczę, za wysokie progi.

Zwalniam więc, uspokajam oddech, odpuszczam tę rywalizację oraz chłonę otoczenie i zerkam na Garmina kiedy to już będzie ta upragniona...

Trójka z przodu
No, czyli jakby półmetek mamy już za sobą. Całkiem ładnie dajesz Bo. Teraz "tylko" wytrzymaj do mety. Dziękibogu nie było jakiś wielkich szans na przyspieszenie, bo zaczęło się pionowe podejście pod Berdo. Teoretycznie nie było wielkich szans, ale oni wszyscy tak strasznie kurde wolno szli! No po prostu musiałam :) Fu fu fu! Ręce na kolana i lufa do góry. Wyprzedziłam (ha!) tę w czerwonym i jeszcze jedną z kucykiem oraz całą masę fajnych męskich łydek. Oj panowie, ktoś tu chyba odpuścił treningi w ramach Schoding Pąpkins?

A nie wiem czy wiecie jak to jest z tym wyprzedzaniem. Ochota na jego czynienie wzrasta proporcjonalnie do liczby miniętych osób. Więc to nie jest tak, że ja jestem nienormalna. To jest po prostu siła wyższa, jakaś ogólna zasada rządząca wszechświatem, więc dlatego. Jej uległam.

Biegnę sobie. Fot. Grzegorz "Wasyl" Grabowski
Ale ale. Żeby nie było, że ja nie czułam zmęczenia. Jasne, że tak. I to coraz bardziej! Zaczęły boleć mnie kolana i uda, jakoś tak dziwnie paliły też pośladki oraz doskwierały plecy. Plecak mnie obtarł na szyi (mam teraz prawie jakby dwie malinki), stopy, a raczej palce u stóp też o sobie przypomniały. Skończyło się vitargo, na wykończeniu była woda, wciągnęłam kolejny żel i batona. Przestały cieszyć widoki. Oby tylko do punktu odżywczego, a potem oby tylko wreszcie pojawiła się ta wyczekiwana czwórka z przodu.

W Roztokach na punkcie przemili wolontariusze szybko napełnili mi bidony wodą i izotonikiem. Dziękuję. A ja standardowo rzuciłam się na zimną colę (mniam) i marszem ruszyłam do przodu. Asfaltowa droga pod górę (jej fragment pokonywaliśmy jakieś 20 km temu) nie zachęcała specjalnie do sprintu. Więc świadomie pokonywałam ją Gallowayem. Do znaku marsz, od znaku do brzozy truchtem. Do zakrętu marsz, a potem do mostku znowu truchtem. I tak dalej. Żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, więc nie miałam przed kim uciekać ani kogo gonić, mogłam spokojnie przemieszczać się do przodu. Ale kiedy do cholery będzie ta nieszczęsna....

Czwórka z przodu?
Była. Na szczycie Okrąglika, do którego wiodło kolejne zajebiście trudne i pionowe podejście. Oj bolało. Tam to bolało naprawdę bardzo bardzo. Za szczytem było już ze mną źle i... zaczęłam się rozklejać. Poczułam dziwną niemoc, podobną do tej w drodze na Śnieżkę. Jakby żal mi się siebie samej zrobiło i szkoda... Pojawiły się łzy, trudności z łapaniem oddechu, drżąca broda. Bidulka. Dziś już wiem, że chyba właśnie w ten sposób reaguję na kryzysy na dłuższych dystansach. Po prostu mam ochotę usiąść i ryczeć. Na dodatek byłam sama i ta pustka niewątpliwie potęgowała smutek, apatię i niemoc. Brakowało kogoś, kto by mnie pociągnął (jak Wybiegany w Karko), brakowało impulsu, brakowało kopniaka w dupę lub chociaż jakiejś marchewki. Ale jedno wiedziałam! Choćby tiptopami, choćby na czworakach, choćby czołganiem nawet, ale dociągnę się jakoś do tej mety. I zmieszczę się kurde w limicie! Zrobię ten ultramaraton. Szłam więc sobie powolutku, coś tam potruchtałam czasem, wysiąpałam nosa, znowu szłam... Chlip chlip. Bidulka.

Gdzieś na trasie (kolorki!). Fot. J. Błasiak-Wielgus
Aż znalazłam się na jakiejś przełęczy, gdzie grzecznie powiedziałam mijanej turystce dziędobry. I nagle usłyszałam drugi kobiecy głos za mną, że owszem bardzo dobry. Oglądam się, a tam! Nie! Nie! Nie! Ta dziewczyna w czerwonym! Jak ona skubana mnie dogoniła? Kiedy to się stało? Dlaczego? I jeszcze się tak serdecznie i szeroko do mnie uśmiecha. Zołza... :)

Jak ręką odjął minęły mi wszystkie kryzysy! W miejsce bólu i udręki pojawił się znowu ten pieprzony głos. Run Bo! Uciekaj! W jednej chwili normalnie! I niczym Feniks na nowo rozpostarłam skrzydła i pognałam w dół. Na szczęście było w dół, bo w tym wiedziałam, że mogę mieć przewagę. Jezzzu, jak ja tam leciałam z górki na pazurki! Jak wyprzedzałam wytrzeszczających oczy chłopaków po drodze! Jak mi się kolana prawie w drugą stronę na zbiegach wyginały, a palce u stóp niczym drobne w skórzanej podkówce obijały o przód butów. Postanowiłam się nie oglądać (pamiętaj Bo, powiedział mi ktoś kiedyś, oglądanie się za siebie to oznaka słabości), tylko pruć do przodu. Tak bardzo pruć, że dogoniłam kolejną dziewczynę (w pomarańczowym tym razem) i wyprzedziłam ją na podejściu.

Kiedy wreszcie będzie ta piątka z przodu? 
45 km. Mijani turyści mówią, że jesteśmy szósta (ja) i siódma (ona, ta pomarańczowa) kobiety w tym całym maratonie. Okurde, no to faktycznie dałam do pieca. Szok i niedowierzanie! Mogę być szósta! 46 km. Auć. Na szczęście jest cały czas w dół. Serio, jakbym miała biec po płaskim nie dałabym rady. 47 km. Kątem oka widzę coś pomarańczowego za sobą, więc znowu podkręcam tempo. Jak ja to robię, skąd mam tę siłę, naprawdę chyba jestem kosmitką, a już na pewno kosmiczną moc z niewiadomych źródeł pozyskuję jakoś, bo przecież ómieram, a jednak gnam. 48 km, biegnę i ocieram łzy. Nie wiem skąd i dlaczego nagle znowu łzy, ale kurde psują mi one widoczność! 49 i 50 km. Leeewa wolna i wyprzedzam kolejnych panów. 51 km i jakaś rzeczka. Oglądam się, a tam? O nie! Nie! Nie! Nie! Znowu ta w pomarańczowym! Metr za mną! Ktoś się tam chyba nieźle na górze bawi serwując nam taką rywalizację na koniec. Dziewczyna nie odpuszcza i walczy nadal. Twardzielka. Chyba się kurde poddam, mam dość. Po co ci to Bo? Po co? Rzutem na taśmę daję jednak susa susów przez tę rzeczkę i potem równie podobnym wieloskokiem gnam w kierunku dmuchanych bramek i mety. Brakuje mi tchu, nie mogę oddychać, zrywam pulsometr bo zaraz się uduszę. Oglądam się za siebie, w dupie mam już wszelkie oznaki słabości. I... Widzę tylko złotą polską jesień. Żadnej pomarańczy. Cisza. Nie ma jej? Odpuściła... A wystarczyłoby, aby dziewczyna powalczyła 10 metrów więcej i to ja z pewnością powiedziałabym pas. Naprawdę leciałam na oparach...

Nie wiem w sumie, czy przebiegłam czy przeszłam linię mety. Mam tylko nadzieję, że nie na czworakach było i że na kolana to padłam dopiero za kreską. Nie, nie popłakałam się. Najpierw musiałam przypomnieć sobie najważniejsze czynności życiowe... Ale po kilkunastu sekundach - zaczyna rodzić się nowa, zajebista tradycja - jak w kreskówce poryczałam się jak bóbr.

I choć trochę głupią i nierozsądną (po co ci Bo to ściganie, po co?), ogłuszoną TYM głosem oraz półprzytomną na mecie, to jednak jestem wojowniczką! Najprawdopodobniej z 9 paznokciami u stóp, piekielnym bólem i zmęczeniem w środku, ale kurde jestem nią! Nie wiem po co i dlaczego (nie pytajcie), ale jestem.

Z czasem 6:14 wywalczyłam szóste (ostatnie z nagradzanych) miejsce w open kobiet (i trzecie w K30, ale się dublowało), 69 (!) wśród wszystkich zawodników (na 464 sklasyfikowane sztuki). O 13 sekund wyprzedziłam siódmą dziewczynę na mecie, o minutę ósmą. Słaaabo, co? :) Stałam na scenie obok najszybszych kobiet Maratonu Bieszczadzkiego. Otrzymałam zajebistą wielką statuetkę, 200 zł, buffa i lawendowy krem Oriflame do ciała. No czyż nie jestem? ;)

Jej wysokość z trofeami i koleżankami na scenie :) 
Góry góry góry
No uwielbiam, co się będę powtarzać. Za to poczucie wolności, przestrzeni i powietrza. A Bieszczady z tą swoją "miękkością", łagodnością oraz równoczesną dzikością i drapieżnością są w tym względzie wyjątkowe. A jesienią - epickie i wyjątkowe podwójnie.
Sam Maraton Bieszczadzki zorganizowany perfekcyjnie. Choć ciut szkoda, że jednak większość trasy przebiegała lasem i nie dane nam było cieszyć się wszystkimi pięknymi widoczkami. I jeszcze szkoda (muszę to napisać, bo zastanę w domu zmienione zamki), że w biegu towarzyszącym (14 km) źle oznakowano trasę i czołówka pogubiła się tracąc pewne szanse na zwycięstwo... :(
Poza tym naprawdę było super, szacuneczek dla organizatorów.

Czy biegi ultra to jest to
Szczerze? Nie wiem. Zwłaszcza, że 53 km to nie jest jakieś specjalnie wielkie ultra...
Stwierdzam jednak, że chyba nie mam w sobie tej pokory i cierpliwości wymaganej przy bieganiu długich dystansów. Zbyt łatwo daję się podpalać, za szybko ulegam biegowej euforii i gnam bez opamiętania. Zbyt pochopnie ulegam kryzysom, płaczę i daję ponieść się emocjom. Za wyraźnie słyszę ten cholerny głos. A może po prostu za bardzo cenię sobie swe paznokcie? ;) Nie wiem.

Na szczęście paznokcie odrastają, a ja potrafię i lubię się uczyć. I tylko wynaleźć muszę skuteczny sposób na zagłuszenie tego durnego głosu. (Hmmm, a może i go nie zagłuszać?)

BO - pssst - to być może dopiero początek mojej górskiej ultra przygody...