Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawdzam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawdzam. Pokaż wszystkie posty

17.03.2015

Moje Musli. Moje!

Jest na świecie kilka "potraw", które nigdy mi się nie znudzą. Nigdy! Lody, oczywiście czekoladowe, świeży chleb z masłem, miód (najlepiej gryczany), rukola, korsarze i musli. Menu, trzeba przyznać, bardzo odżywcze, zróżnicowane i wykwintne, nieprawdaż? A że dodatkowo kuchennym leniuszkiem, a może bardziej ignorantem jestem, zestaw taki pozwala mi zawsze wznosić się na wyżyny swych kulinarnych umiejętności, i to bez zagrożenia życia własnego, domowników i sąsiadów. 

Chyba dla nikogo nie będzie więc zaskoczeniem, jeśli się przyznam, że musli to ja zawsze kupowałam gotowe. Tak (o zgrozo!), takie gotowe zapakowane, ze sklepu, pełne cukru, czekolady, ulepszaczy, spulchniaczy i innych kolorowanych dodatków. Kto by sobie głowę zawracał jakimiś tam samodzielnymi mieszankami? Kto miałby czas, aby składniki samemu wymyślać, kupować i to jeszcze niewiadomogdzie, potem mieszać (w czym? w wannie?), a i pewnie jeszcze coś poczytać na ten temat. No kto. 

Ale coś czuję, że odkąd odkryłam Moje Musli, a w zasadzie Moje Musli odkryło mnie ofiarowując mi voucher na dość spore zakupy, tak więc coś czuję, że od tego momentu, chyba raczej na pewno nastąpią drobne zmiany w tym temacie. 

Na początku zgłupiałam. Serio, nie zdawałam sobie sprawy, że z tylu rzeczy można zrobić musli. Płatki jęczmienne, żytnie, eko amarantus czy pszenica w miodzie (obok kilkunastu innych składników) jako podstawa mieszanki, to dopiero początek. Borówka lub malina liofilizowane, kiwi w proszku, jądra pestek moreli, suszona morwa biała albo orzech brazylijski czy macadamia dopiero rozkręcają całą zabawę i nadają jej kształtu. A krówki, żelki (!), nasiona chia lub czekoladowe perełki dopełniają wszystkiego będąc przysłowiową wisienką na torcie. Milion konfiguracji, milion możliwości! Nie dziwne, że zgłupiałam... W końcu jestem ha! mistrzynią świata w dokonywaniu wyborów oraz championem podejmowania dobrych decyzji. 

Zamówiłam więc mieszanki gotowe :) a sama, co i tak jest oznaką kulinarnej kreatywności z mej strony, zaryzykowałam stworzenie jednej (tadam!) mieszanki własnej. Nawet wyszła, naprawdę jest niczego sobie, ale chyba i tak Gryczany muffin, Ciemne i słodkie, Musli Love czy Sport Plus biją ją na głowę zaskakując moje kubki smakowe na nowo z każdym kęsem. To jest pyszne! I zdrowe! Dlaczego tylko ja tak późno to odkryłam, pytam. Dlaczego?


Na dodatek te opakowania w fajnych tubach, miła dla oka i funkcjonalna stronka oraz cała ta otoczka, którą uwielbiam, czasem na równi z jakością produktu nawet oraz fakt, że firma jest z Rzeszowa (!) - wszystko to sprawia, że Moje Musli jest już naprawdę chyba moje :)

A ponieważ zamierzam stawiać coraz to bardziej odważne kroki w kierunku rozwijania swych umiejętności kulinarnych, powiedzcie pliss jakie są Wasze ulubione mieszanki z musli, co szczególnie polecacie, nie tylko, dlatego że zdrowe, ale również (a może i przede wszystkim) bo smaczne? Uwaga, naprawdę będę sprawdzać :) 

Znajdź misia na obrazku
A dla chętnych mam 10% rabat na zakupy w Moje Musli. Wystarczy wpisać (pierwszy taki mój imienny rabatowy kod w życiu! musicie skorzystać!): run_bo w polu kod rabatowy i gotowe! Ważny do 31 maja 2015 r.

Smacznego! A ja zmykam martwić się, jak ja kurde i olaBOga ten maraton w niedzielę przebiegnę... 

19.01.2015

Zakochana w NewLine. Czyli jak zostałam szafiarką...

Mnóstwo mam ciuchów do biegania. Mnóstwo. I wcale się tego nie wstydzę :) Rzeczy mniej firmowe i bardziej. Nike, Asics, NewBalance, Adidas, Reebok, Tchibo i no name. I pewnie jeszcze kilka innych. Mam rzeczy bardziej lub mniej ulubione oraz outfity na różną pogodę, nastrój czy rodzaj treningu. Choć bywa też tak, że cały czas biegam w tym samym. Biegam i piorę, biegam i piorę, biegam i piorę, i dopóki mi nie przejdzie, wszystko kręci wokół jednego, max dwóch zestawów. Kobieta...

To zrozumiałe, że cenię sobie jakość materiałów, wygodę, użyteczność (ach te różne kieszonki) oraz to - rzecz jasna - czy dana rzecz wyszczupla czy nie :) I kaptury lubię. Kurtka musi mieć kaptur. Oraz długie rękawy i nogawki lubię. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż przykrótkość, co akurat przy mojej ekhm wysokości, zdarza się niestety nadzwyczaj często... :(

Natural Born Runners, najlepszy sklep dla biegaczy w kosmosie, sponsorujący najbardziej zwariowany team rzeźniczy Natural Born Pąpkins (tj. Krasusa i mnie) podarował mi (i Krasemu też) zestaw z kolekcji zimowej NewLine Imotion: getry, bluzę i kurtkę. Z wielką przyjemnością opiszę swoje uczucia. Bo zakochałyśmy się w sobie z wzajemnością. 

Rajtki. Czyli Imotion Warm Tighs
Przede wszystkim są długie. Długie, ciepłe i z misiem. Zaskoczył mnie brak zamków przy nogawkach, obawiałam się nawet, czy w związku z tym wcisnę w nie swe nóżęta, wszak wszystkie dotychczasowe getry w moim użyciu wyposażone były w to urządzenie. Ale niepotrzebnie się obawiałam. NewLine są elastyczne i bez żadnego problemu można je wkładać i ściągać bez bocznych zameczków. Dodatkowo, mają jakieś takie magiczne szycia i wstawki z innego materiału, że zajebiście leżą. I naprawdę wysmuklają nogi uwydatniając to co trzeba i maskując inne niedociągnięcia matki natury. Serio! Jedynym minusem może być ciut mała tylna kieszonka. Na klucze w sam raz, ale na telefon już ledwo ledwo.

Imotion Warm Tights Fot. NewLine
Biegałam w nich w różnych temperaturach: od +5-8 st. C do ok. -10 st. C. Sprawdzają się idealnie. Tak dobrze, że po prostu nie myślisz o nich i nie zastanawiasz się nad żadnym komfortem czy dyskomfortem. Przy niższych temperaturach i dodatkowym wietrze, przydałaby się już jednak dodatkowa warstwa. Na Wielkiej Rawce przewiało mnie kiedyś do szpiku kości.

Te magiczne szycia i wstawki... Fot. ja
Uwielbiam też kolor. Ja, zatwardziała zwolenniczka czarnych ciuchów, zakochałam się w tym śliwkowym fiolecie, zwłaszcza w zestawieniu z barwami pozostałych elementów mojego outfitu. 

Bluza. Czyli Imotion Warm Shirt
Oprócz tego, że idealnie pasuje do rajtek, jest prześliczna i bardzo wygodna. Przy niższych temperaturach była drugą warstwą (pod kurtką, na koszulce z długim), przy ładniejszej pogodzie świetnie sprawdzała się na wierzchu. Dobrze dopasowana i wygodna. Ma długie rękawy i wygodny suwak przy szyi do rozpięcia jeśli jest zbyt ciepło. Ciekawe zestawienie kolorystyczne (jeden rękaw inny od drugiego) i znowu te magiczne szycia dopasowujące się do sylwetki w najbardziej odpowiednich miejscach i momentach. 

Bluza Imotion Warm Shirt Fot. NewLine
Może na tych zdjęciach nie widać, jak do siebie pasujemy. Ale musicie mi uwierzyć na słowo :) 

Fot. Kris Photography Studio

Rękaw! Fot. Studio jw.

Kurtka czyli Imotion Printed Hood Jacket
Miłość od pierwszego wejrzenia. Za kaptur. Za długie rękawy i prześliczne kolorki. Za funkcjonalność, dwuwarstwowość i tę delikatną siateczkę, dzięki której ciało oddycha, a równocześnie jest chronione przed wiatrem. Za ukrytą kieszonkę na ipoda tuż nad sercem i dużą tylną kieszeń na rękawiczki. Za dbałość o detale i turkusową lamówkę. I za to, że się odnalazła, jak ją raz w Bieszczadach zgubiłam. I że na skiturach (noo!) też się sprawdza...

Kurtka Imotion Printed Hood Jacket. Fot. NewLine
NewLine i jego dbałość o detale. Fot. Kris Photography Studio 
Razem. Fot. Studio jw.
Dobra jakość materiałów (choć oczywiście wszystko made in China), fantastyczny krój, wygoda i funkcjonalność, odpowiednia długość oraz kolorki. Dbałość o detale. Ciepło (BO jestem zmarzluchem). Wszystko to sprawia, że naprawdę uwielbiam te ciuszki. I nawet jeśli nie mam ochoty na trening (bywa...), to jeśli się w nie zestroję, od razu chce mi się biegać i paradować jak modelka wśród innych biegaczy. O. 

I jeszcze kilka fotografii. 

Newline z Krasusem. Fot. Bela Belowski

NewLine w górach. Fot. Kris Photography Studio
I znowu w górach. Fot. Studio jw.
Lub w lesie. Fot. Studio jw. 
Polecam NewLine Imotion.
Bo. 

24.02.2014

Co wspólnego mają uszy z pąpkami?

Kilka spraw mi się uzbierało, więc po kolei.

Barcelono no no no!

20 dni. 20 dni zostało do najważniejszego startu biegowego w tym roku. A droga wiedzie do niego wyboista, jak nigdy dotąd. Nie układało się w zasadzie nic, a plan treningowy już dawno przestał stać obok planu. Panie Skarżyński, przykro mi, jednak innym razem. Teraz ratuję co się da wykorzystując swoje (bądź co bądź) jakieś tam doświadczenie oraz to, co udało się wywalczyć na obozie biegowym. Żeby nie było, nie jest źle! Ba - jest nawet całkiem dobrze, ale myślałam jednak i planowałam, że będę ciut "dalej i wyżej" ;) niż obecnie jestem. A że cel mam ambitny, bardzo ambitny (3:30), to równocześnie jeszcze więcej obaw, wątpliwości i niedowierzania w sobie. Za dużo rzeczy jest na styk, za dużo elementów musi być dogranych na 100%, zbyt wiele "jeśli", za dużo "ale"...

No ale ja nie będę walczyć? No właśnie.

Teraz tylko aby głupiej kontuzji nie złapać (po każdym treningu rozciągam się minimum 20 minut), nie przeziębić się, nie przetrenować. I jeśli wszyscy, jeśli cały świat i kosmos oraz galaktyka cała trzymać będą kciuki mocno tak, jak ja bym chciała, aby spełniły się moje marzenia, to są szanse, że może się udać... Minimalne, ale są.

Trzy słowa do ojca prowadzącego

Obozybiegowe.pl! Jesteście naprawdę wyjebiści. I wcale nie chodzi o to,  że pobiłam swój kolejny rekord kilometrażowy i w ciągu 8 dni przebiegłam w górach ponad 127 km. I teraz czuję mega moc! Nie mówię też o zróżnicowanym treningu (stabilizacja, technika, skoczność, rozciąganie), który normalny biegacz truchtając wzdłuż rzeki po prostu sam nie uświadczy, a na obozie może. A wiedza ta oraz świadomość, że bieganie to nie tylko bieganie naprawdę jest bezcenna. I nie chodzi mi też o to, że tak świetnie dozowaliście obciążenia, że w zasadzie przez cały tydzień obozu byłam całkiem na chodzie (biegu) i padłam dopiero w piątek, po czym i tak na nowo odrodziłam się w sobotę. Jesteście super, nie tylko z racji atmosfery, którą potraficie stworzyć na takim obozie oraz że tak indywidualnie podchodzicie do każdego uczestnika. I że miejscówka fajna, a jedzenie jeszcze bardziej. Nie wspominając o ogromnej wiedzy, profesjonalizmie i kompleksowym podejściu do treningu biegowego. Borze! Jakby tak każdy z zaangażowaniem, pomysłem i wielką pasją wykonywał swoją pracę, jak Wy to robicie, świat byłby lepszy :)

Dzięki za mocny trening oraz świetny czas, było bosko i nawet wybaczam już tę czwórkę z rozciągania, wszak wszyscy wiemy, że niczym psiak co rano drapię się za uchem tylną łapką, co zresztą zamierzam Wam udowodnić na którymś z następnych obozów...

Uszy

Uszy to ja mam fajne. Ponoć inne rzeczy też, ale do tych akurat specjalnego przekonania nie mam, a do uszów mam. Fajne są. Dobrze słyszą i słuchają. Kształtne takie. Nie odstają. Ani są za duże, ani za małe. I jakby w odpowiednim miejscu urosły i na właściwej wysokości. Uszy wręcz idealne! Jak z żurnala uszy. Uszy marzenie. O takie uszy trzeba dbać, co zrozumiała firma Earmuffs.pl ofiarowując mi takie oto śmieszne nauszniki.

Otóż te nauszniki nie mają paska ani żadnej opaski, tylko same "zatrzaskują" się na uszętach i co najciekawsze całkiem dobrze się tam trzymają. Nawet ze słuchawkami. Na początku - przyznaję - dość śmieszne uczucie, zwłaszcza jak trzeba to uszko w nauszniku umieścić i umościć, ale potem jest całkiem najs. Człowiek zapomina, że ma coś na uszach, lub inaczej, że uszy ma w czymś i jest ok. I co najważniejsze ciepło. Ale nie za ciepło, wiec kolejny plus. Wszystkim, którym znudziły się czapki i opaski polecam bardzo, ponoć pod rowerowym kaskiem równie dobrze się sprawdzają, zobaczymy.

Pąpki

Nie wiem co ważniejsze. Moje pąpkowe osiągi czy rosnąca w siłę drużyna Smashing Pąpkins (czy wszyscy już należą?). Hmm, oczywiście że ja, a więc. Zaczynałam od pąpek czterech. W wielkim bólu się rodziły, choć tak naprawdę uczciwie robiłam dwie. A teraz? Też robię cztery! Ale cztery serie po 20 pąpek plus seria ostatnia, w której wyciskam (wdech) 27 pąpek (wydech). Razem 107 pąpek! Czyż nie jestem hero? Fanfary! Ktoś ma lepsze success story? Nie sądzę, ale można wpisywać w komentarzach. A jeśli chodzi o drużynę SP, to niebawem będziemy mieć w ofercie koszulki, najbardziej koszulkowe i pąpkowe koszulki na świecie, więc chyba wszyscy zechcemy takie mieć, rajt? Oraz inne fajne pąpkowe i nie tylko pąpkowe rzeczy dziać się będą w drużynie Smashing Pąpkins więc obserwujcie i bądźcie z nami koniecznie.

I jeszcze chyba jedną sprawę miałam... Ale o tym już następnym razem, muszę przecież wszystkich na nowo przyzwyczajać do regularnego czytania Run Bo!
Bo mi się kurde rozpuściło towarzystwo... :)

17.06.2013

Pozycjonowanie Kuby

czyli bajkfiting by Wertykal.

Byłam i nie byłam przekonana do tego bikefittingu (dla niewtajemniczonych - dopasowania ustawień roweru dokładnie do człowieka za pomocą specjalnej technologii np. Retül). Z jednej strony wszyscy mówią, że warto. Że "po" już nic nie jest takie samo, że opłaca się wydać kilka stówek, bo przecież rower w triathlonie najważniejszy, a i podczas treningów spędza się na nim najwięcej czasu. Poza tym te moje kończyny i szyja takie długie, czasem miałam wrażenie, że chyba faktycznie nie do końca pasujemy do siebie z Kubą, zwłaszcza, że po dłuższym kręceniu oprócz sławnego już tyłka oraz bolących podeszw, czułam też kark i plecy. Z drugiej strony jednak, czy leszcz potrzebuje bikefittingu? To tak jakbym sobie aerokask ubrała, albo karbonowy dysk zamiast tylnego kółka zamontowała. Może wystarczy zmiana siodła, poza tym twardym trzeba być nie miękkim i "zaprzyjaźnij się bólem, już nigdy nie będziesz sam". A oni wszyscy zachwalają ten bajkfiting ponieważ sobie ten wydatek racjonalizują, a tak naprawdę odczuwają wielki dysonans pozakupowy, więc szkoda kasy, lepiej uskładaj sobie Bo na dziewięćsetdziesiątkę :)

Ale że na dwa rowery była zniżka oraz wolny termin się znalazł co raczej jest rzadkością na początku sezonu, zapisaliśmy się wspólnie z kolegą na bikefitting do podkrakowskiego salonu Wertykal. Wchodzę z rowerem mym Kubą do tego sklepu i szczęka mi opada na widok rzeczy wiszących pod sufitem i na ścianach. Nawet nie powtórzę nazw i numerków tych maszyn, bo na pewno coś przekręcę, ale cervelo petrójka była. Aż się nawet Kuba zawstydził, mówię mu głupi nie przejmuj się, my przynajmniej mamy duszę i bogate wnętrze :)

18.05.2013

Pianka została włożona

Najpierw na prawą stopę wkładasz foliowy worek. Potem obutą w ten worek kończynę ostrożnie umieszczasz w nogawce delikatnie podciągając tę ostatnią do góry. Następnie procedurę powtarzasz na drugą nogę, tylko spokojnie, nic na siłę, uwaga na paznokcie. Nie Bo, nie tak! Ubierasz to jak pończochy, a nie dżinsy, gupia.

Wcześniej oczywiście można też nadgarstki, kostki i kark nasmarować wazeliną lub innym mazidłem, co wprawdzie sprawia, że sam proces ubierania jeszcze się wydłuża, ale za to jak się człowiek rozbiera po wszystkim bezproblemowo! 

Potem. Kiedy gimnastykując się i wijąc jak wąż wbijesz się już w to do pasa, wówczas foliowy worek zakładasz na jedną dłoń - mamy więc założony rękaw lewy, a potem na drugą - jest i rękaw prawy. Można odpocząć. Potem bierzesz głęboki wdech, a garderobiany pomaga naciągnąć resztę poprawiając plecy, na ramionach, karku i dosuwając suwak oraz klejąc rzepy. I. Kiedy czujesz się jak w przyciasnym biustonoszu, gdy masz wrażenie, że chyba coś przytyło się ostatnio bo ciut obcisły ten kombinezonik to znak, że pianka została włożona.

Można więc już wejść do wody, 'napuścić' jej trochę do środka, aby pianka się 'ułożyła' (znam przyjemniejsze doznania niż dotyk lodowatej wody wypełniającej szczeliny między ciałkiem a neoprenem), pomachać kończynami dla rozgrzewki, dać znak garderobianemu, że od teraz pełni rolę stróża tudzież ratownika oraz fotografa i można pływać. W open water pływać dodam, choć zapewne już wszyscy wiedzą, że od jakiegoś czasu Run Bo nie oznacza już tylko Run.

7.05.2013

Majówka 2013 z Trinergy

Trening, jedzenie, spanie, trening, jedzenie, spanie, jedzenie, internet, trening, spanie. I jedzenie. Trenować to już zdarzało mi się tak wiele (oczywiście nie myślę o triathlonie), ale jeść to ja chyba jeszcze nigdy tyle w życiu. Serio, i ciągle byłam głodna. O dziwo, po powrocie okazało się, że i tak uciekło gdzieś 2 kilo, znowu jest krzyk w domu, że się porysować o mnie można.

Oczywiście treningów też było całkiem sporo ;) Średnio 2 lub 3 dziennie w różnych konfiguracjach, każdego ranka basen. Ostatecznie 7-dniowy obóz (bez niedzielnego kręcenia, kiedy już wyjechałam do domu) zamknęłam wynikiem: 70 km biegiem, 195 km w siodle, 8 godzin na basenie i przepłynięte ok. 15 km. Razem 25 godzin, 4 minuty i 35 sekund :) Były też cztery wykłady (pływanie, periodyzacja treningu, zapobieganie kontuzjom, o triathlonie w ogólności) wraz z sesją pytań oraz dyskusją na koniec, a także videocoaching pływacki dla każdego z osobna. No i symulacja strefy zmian swim/bike oraz nauka wymiany dętki, nie śmiać się, naprawdę skorzystałam.

Cóż mogę rzec. No podobało mi się ;) Było na tym obozie naprawdę bardzo bardzo. A byłoby jeszcze bardziej, gdyby nie pogoda, która ostatecznie poprawiła się, a jakże, w dniu wyjazdu do domu. Deszcz, mżawka, mgła i znowu deszcz wraz z dość niską jak na maj temperaturą ("Panie! 3 tygodnie temu, tu tutaj śnieg po kolana leżał") trochę pokrzyżowały plany, zwłaszcza te dotyczące treningów rowerowych. Oczywiście na upartego dałoby się jeździć, ale chodziło też o nasze bezpieczeństwo, bo jakby kto nie wiedział, na szosie jeździ się ciut szybciej i ciut inaczej niż na zwykłym składaku, zwłaszcza w górach. Zawsze jednak był plan B chociażby w postaci treningu łączonego: basen plus kręcenie na trenażerach tuż na brzegu. Przyznam, iż dość dziwnie pedałuje się w samym stroju kąpielowym... ale nie po raz pierwszy i nie ostatni jak sądzę, zostaję zaskoczona tym całym triathlonem.



Ale po kolei.

17.02.2013

Laurka dla Obozybiegowe.pl

7 dni. 102 km biegiem na ponad 8000 m przewyższeń, 5 treningów na sali poświęconych sile, stabilizacji, rozciąganiu i technice biegowej, nagrywanie biegu na stadionie, 2 baseny (ja 3;), kilka porannych rozruchów, 2 godziny na biegówkach oraz 2 indywidualne spotkania poświęcone człowiekowi. Oraz mnóstwo czasu spędzonego na gadaniu o bieganiu, dzieleniu się doświadczeniami oraz śmiechach chichach. I tona zakwasów. Obozybiegowe.pl.

Polubiło mi się. Dostałam mocno w dupę, ale też - a może przede wszystkim - dostałam sporą wiedzę na temat siebie, na temat biegania i rzeczy, które (a jednak!) mają ogromny wpływ na to jak biegam i z jakim skutkiem.

Lajk dla OB za profesjonalizm i organizację tego wszystkiego. Widać doświadczenie w dozowaniu obciążeń treningowych, różnicowaniu zajęć oraz spięcia tego w ciekawy, acz dość wymagający program treningowy. W życiu nie sądziłam, że istnieje tyle ćwiczeń sprawnościowych, tyle sposobów na poprawę techniki biegowej czy chociażby na przeprowadzenie rozgrzewki. A zabawy i zawody - super!

Lajk za ciekawe i zaplanowane z głową (oraz w konsultacji z TOPR) wycieczki biegowe. No dobra, mały karny jeżyk za zakopanie nas w zaspach w okolicach Murowańca, ale już zapomniałam, poza tym i tak było fajnie ;) Mam co opowiadać.

Lajk za treningi uzupełniające. Siła, stabilizacja, sprawność - nie oszukujmy się, nikt na co dzień tego nie robi. A rozciąganie przez godzinę? Bosz, jaką ja byłam do tej pory ograniczoną i nieuświadomioną biegaczką! W moim treningu szykuje się rewolucja (ale o mnie będzie innym razem, teraz o obozie piszę). Był i basen, za to oczywiście podwójny lajk.

Lajk za zindywidualizowane podejście do każdego uczestnika obozu. Nagrywanie video i omawianie techniki biegu, analiza sylwetki, stopnia rozciągnięcia, badanie ortopedyczne - takie rzeczy są dla amatora naprawdę odkrywaniem Ameryki. Tego nie powie ci mama czy inny znajomy. I choć sama po zobaczeniu siebie w biegu na dużym telewizorze, zaczęłam się zastanawiać jakim cudem ja to wszystko robię (?!) i czy nie czas odpuścić sobie biegania i przerzucić się na szachy, to jednak nie żałuję. Jak to mówią, lepiej znać prawdę, która wywołuje łzy...

Lajk za ogromną wiedzę trenerów (ogromną!) oraz zaangażowanie. Wiem, to ich praca, na tym zarabiają, ale kurcze, oni naprawdę robią to z wielką pasją. Najzwyczajniej w świecie oni uwielbiają trenować innych. Lub przynajmniej udają, że lubią i bardzo dobrze im to wychodzi. Poza tym, cała trójka: Agnieszka, Olek i Jacek są przesympatyczni. I zawsze uśmiechnięci, zwłaszcza pierwsza dwójka, za co dodatkowy lajk.

Lajk za miejscówkę. Blisko na trasy biegowe, blisko do innych obiektów sportowych, daleko od Krupówek i zakopiańskiego zgiełku. Może jedynie byłoby lepiej, jakbyśmy wszyscy zakwaterowani byli w tym samym miejscu, ale tak naprawdę to szczegół, który potem i tak nie robił różnicy. W pewnym momencie liczy się bowiem tylko jedno - łóżko. No dobra, łóżko i łazienka.

Lajk za kuchnię. Obfite i smaczne śniadania oraz obiadokolacje, które były nawet wegetariańskie. Niektórym uczestnikom brakowało trzeciego posiłku, ale dla mnie było ok. Nie lubię trenować z pełnym żołądkiem, a przygotowane kanapki w zupełności wystarczały na przetrwanie do godz. 17.00. I lajk za herbatę w szklankach ;)

Kilka foć. Więcej tu i tu.





Fot. JacekBiega by Powergym.
Pytania i odpowiedzi:

Czy były wykłady na temat biegania?
Nie, nie było. Ja jednak zdecydowanie wolę indywidualną analizę mnie niż oglądanie slajdów.

Czy było coś o diecie i suplementacji? 
Nie, nie było, choć od sponsora dostaliśmy jakieś energetyczne shoty i izotoniki.

Czy była odnowa biologiczna? 
Niezupełnie, podczas dnia wolnego od biegania były biegówki (nie polubiłyśmy się) oraz rozciąganie w basenie i wieczorem sauna. I chyba sądzę, że z odnowy to przydałoby się coś więcej, nawet kosztem ceny. Na przykład masaż? Skorzystałabym.

Czy był podział na grupy w zależności od stopnia zaawansowania i wytrenowania? 
Był, aczkolwiek akurat na moim turnusie była bardzo mocna ekipa z klubu JacekBiega by Powergym i grupa sporo słabsza. A ja, wraz z Bogdanem, pośrodku ;) Ale po 3 dniach udało nam się awansować do grupy silniejszej i nawet nie byliśmy ostatni! Nie ukrywam, dla mnie była to ogromna motywacja i dawałam z siebie więcej, niż tak naprawdę mam. Czasem bolało.

Czy dostaliście jakieś zalecenia dotyczące dalszego treningu i obszarów, które trzeba poprawić? 
Tak, na koniec każdy z uczestników dostał dyplom wraz z ocenami za poszczególne elementy treningowe, a także ściągawkę z ćwiczeń rozciągających i stabilizacyjnych + zalecenia z indywidualnej analizy.

Ile to kosztuje?
1450 zł za obóz 7-dniowy.

Czy warto?
Warto. Bardzo warto. Bardzo bardzo. I nie piszę tego tylko dlatego, że powiedziano mi, że mam duży potencjał (!!!) i że na koniec dostałam nagrodę jako "odkrycie górskie" (noo!). Po prostu, człowiek w życiu sam nie zmusi się do takich treningów, nie podejdzie do tego tak kompleksowo oraz sam nie pozyska takiej specjalistycznej i zindywidualizowanej wiedzy biegowej i okołobiegowej. Poza tym, na obozie jest duży wysiłek fizyczny, ale jest też najzwyklejsze oderwanie się od codzienności. Nie ma czasu na myślenie o pracy, dzieciach, szykującym się remoncie czy kredycie. Najważniejszym problemem staje się liczba czystych koszulek, dogodny czas na umycie głowy oraz czy na trening ubierać stuptuty czy nie (ubierać).

Ja z pewnością pojadę jeszcze nie raz, jeśli nie latem, to zimą na bank. Polecam bardzo. Jeśli ktoś również jest chętny, to przy zgłoszeniu można powołać się na Bo. Naprawdę można. A nuż jakąś zniżkę dostanę ;) 

11.02.2013

Z linii frontu

Cześć, nazywam się Bo, biegam od półtora roku, a na tego typu obozie jestem po raz pierwszy. Lubię biegać po górach, na wiosnę biegnę maraton, a w sierpniu - hardcorowo - zaliczam połówkę ironmana. Cześć Bo - odpowiedziała grupa.

No więc. Od 3 dni jestem na obozie biegowym w Zakopanem. Trenerzy dbają, by nam się nie nudziło, panie w kuchni, abyśmy mieli co spalać, wszyscy gadają o bieganiu i raczej nikt nie przyjechał tu dla zabawy lub po fotki z krupówkowym niedźwiedziem. Kurde, no mocni są wszyscy, trzeba im to przyznać, też bym tak chciała... Ale nie ma totamto, cytując klasyka, trzeba napierdalać. A już na pewno ja. Postanowiłam sobie wycisnąć z tego wyjazdu ile się da, nie obijam się (oprócz żabek w sobotę), twarda jestem, nie zważam na przemoczone butki, potargane włosy czy śnieg w skarpetkach. Ta inwestycja musi mi się zwrócić ;)

Jest sporo śniegu. Bardzo sporo. Bardzo bardzo. Generalnie to jest taki warun na deskę, że aż mi normalnie szkoda po tym puchu biegać nie zjeżdżać. Ale byłby freeride... Cóż, nie można mieć wszystkiego. A że zimowy wysiłek włożony w bieganie po zaspach przynosi efekty wiosną, wie chyba każdy, więc nie marudzę już wierząc, że temu śniegu to w przyszłości jeszcze bardzo podziękuję.

Z okolicy, bo na bieganiu się biega, nie pstryka

Co się robi na takim obozie spytacie i czy warto. Czy warto to jeszcze nie wiem, choć mam już pewne przypuszczenia, ale co się robi napisać mogę. Otóż, na obozie biegowym nie tylko się biega (choć oczywiście to jest podstawa) i nabija kilometry. W ciągu minionych dwóch i pół dnia zaliczyłam: 2 poranne rozruchy, 3 treningi w terenie połączone z ćwiczeniami sprawnościowymi i siłowymi (w sumie wyszło ponad 30 km, jezzu jak ja uwielbiam bieganie po górach!), 1 trening siłowy na sali (1,5 godz. z piłkami lekarskimi i własnym ciężarem; prawda jest tak brutalna jak ja jestem słaba, a za moje ręce makarony to mi po prostu wstyd), 1 trening rozciągania, 1 trening poświęcony technice biegowej i znowu rozciąganiu (aniołowie, dziękuję za opiekę podczas mojego skakania, tak skakania, przez płotki) oraz nagrywanie Bo w biegu na stadionie w celu analizy tejże techniki (jeszcze nie było omówienia). Była też indywidualna analiza mnie. Okazuje się, że jestem dobrze rozciągnięta, ale w szachownicę i że muszę wzmocnić brzuch i koniecznie "zrobić pośladki" (o proszę). Dzięki temu uniknę kontuzji i będę biegać szybciej. Poza tym coś tam z kolcami biodrowymi, krzywy kręgosłup i w ogóle to mam typowe zniekształcenia dla osoby leworęcznej podczas gdy ja jestem i zawsze byłam prawo ("pierwszy raz takie coś widzimy"). Na dodatek coś nie halo z moimi stopami, muszę ćwiczyć duży paluch i/lub pomyśleć o jakiś specjalistycznych wkładkach. Czyli znowu, wydaje się człowiekowi, że jak się rusza to jest sprawny i zdrowy, a tak naprawdę to nie. Jest wielkim drewnem, wszystko ma złe i wszystko musi poprawić. Masakra.

Tak więc takie ciekawe i zróżnicowane rzeczy dziać się mogą na obozie biegowym, a to dopiero początek. Mnie się podoba, choć niektóre moje kończyny i mięśnie są odmiennego zdania, a megabolące pośladki (których przecież nie mam) po treningach rozciągania mówią mi po prostu: zabierz nas stąd! He he, nie zabiorę.

Jutro wycieczka biegowa 6-7 godzin i basen. Wyczekuję z niecierpliwością (nie wiem czego bardziej ;).

Aaa! I najważniejsze! Pozdrawiam Pana Skitourowca, który zaczepił mnie w niedzielę biegnącą na szlaku mówiąc, że my się skądś znamy, to znaczy, on mnie zna bo czyta bloga i życzy powodzenia na obozie. Jakie to miłe, uśmiechnęłam się, podziękowałam, ale wciąż nie dowierzam. Jak On mnie rozpoznał? Skąd wiedział? I w ogóle który to? Przyznać się, bo jeszcze się okaże, że sobie wymyśliłam.
A nie wymyśliłam.

11.01.2013

Takie buty

Najpierw były Pegasusy 27. Ładne, szare z zieloną łyżwą i przede wszystkim bez tych koszmarnych, typowych dla biegowych butów plastików, wzorków i pstrokacizn. Wspólnie stawialiśmy pierwsze biegowe kroki, wspólnie eksperymentowaliśmy z różnymi formami treningu oraz zaliczyliśmy debiut w zawodach. Dużo dla mnie te Pegasuski znaczą, są jak... pierwszy pocałunek ;) Choć gdy teraz na nie patrzę, to takie toporne się wydają, takie duże i ciężkie. Nieważne. Wtedy były idealne i tak je zapamiętam. A dziś zabieram je na siłkę lub czasem - tak dla draki - ubiorę nawet na jakieś wolne truchtanko.

Potem też były Nike. Wyklikane, kupione w ciemno za jakieś śmieszne pieniądze. Lunarglide 2. Szaleńcza miłość od pierwszego wejrzenia, która z czasem przerodziła się w długi i pełen niezapomnianych wrażeń związek.
A było tak. Po 3-4 miesiącach człapania w Pegasusach poskarżyłam się głośno w towarzystwie, że coś mi śródstopie doskwiera i czy to może być wina butów. I wtedy kolega powiedział coś bardzo ważnego. Słowa, które wciąż pamiętam i które powtarzam sobie, jak najdzie mnie zwątpienie: Ale przecież nie można mieć jednej pary butów do biegania! No właśnie. Że niby stopa nie powinna przyzwyczajać się do tej samej wkładki i dobrze, aby mięśnie co jakiś czas pracowały inaczej, w różnych modelach butów. Nie znam się, nie weryfikuję, nie sprawdzam. Ale wiem jedno - nie można mieć jednej pary butów do biegania ;)
Wracając do Lunarglidów 2, to w nich zdarzyło się najwięcej. Dwa maratony, trzy połówki i kilka pomnniejszych dystansów oraz pewnie z 1500 przebiegniętych razem kilometrów. W upały ciut w nich gorąco (gęsta siatka), ale na pozostałe pory roku - idealne. To są zdecydowanie moje najlepsze i najładniejsze buty ever!

Potem przyszła kolej na prawdziwe buty do biegania.
Bo bardzo zaczęły boleć mnie kolana, bo chciałam sprawdzić jak wygląda profesjonalny zakup obuwia biegowego, bo zapragnęłam zmian i zaczęłam (o córo marnotrawna!) wątpić w moje Lunarglidy, że to może przez nie, a nie przez słodycze, jestem taki słoń. Wideoanaliza, wywiad środowiskowy i Brooks Glycerin 9. Lubimy się, ale szału nie ma. Choć - to należy przyznać - kolana faktycznie przestały mnie boleć, jak zaczęłam w Brooksach biegać. Ale tylko na treningach, nigdy nie dałam i nie dam im szansy w zawodach. Poza tym? Cóż, te buty są dokładnie takie jak ja. Najładniejsze mają wnętrze ;) W różowe kwiatki. Z wierzchu wyglądają jednak tak, jak buty biegacza w najgorszym koszmarze niebiegającej osoby wyglądać mogą. Białe, gruba podeszwa (zwłaszcza na pięcie), luźna siatka, świecące wstawki i plastic fantastic. Koszmar, z którego jak najszybciej trzeba się obudzić.

W międzyczasie, w mojej biegowej stajni pojawiły się Salomony Speedcross 3.
Z tymi Salomonami to też jest ciekawa historia. Jest u nas na Ukrainie taki Robert (mryg), który wybiegał już wszystko to co mi, Wam i Waszym znajomym razem wziętym marzy się w przyszłości w górach zaliczyć. I On w tych Salomonach to wszystko zrobił i bardzo je poleca. Więc podobnie jak kilku innych zaprzyjaźnionych biegaczy, kupiłam Speedcrossy (w ciemno, bez mierzenia) i ja. I też polecam. Ufam tym butom bardziej niż sobie. Świetnie nadają się na miękkie i błotniste podłoże, a postawiona stopa zawsze zostaje w tym miejscu gdzie powinna. To zasługa bardzo agresywnego bieżnika (uwielbiam to pojęcie - agresywny bieżnik). Tak naprawdę, to właśnie Speedcrossy są cichymi bohaterami moich górskich (wdech) sukcesów (wydech). Aaa, i paznokcie w nich nie schodzą;)

Coś brudnawe te moje bucie stwierdzam;) Ale one do biegania są, nie fotografowania. 

A jeśli nie Lunarglide Dwa to co? Musiałam szybko poszukać odpowiedzi na to pytanie, gdy w ukochanych staruszkach znów zaliczyłam wywrotkę oraz dostrzegłam w nich kolejne przetarcia. I odpowiedź znalazłam. Czwórki! Dajbóg godny następca Dwójek wyklikany został przeze mnie kilka dni temu. Biegane już trzy razy i te pierwsze wrażenia są bardzo bardzo. Jest tak jak lubię. Sprężyście, stabilnie, bez plastiku i na czarno. Ale o bieganiu ze śródstopia to chyba muszę pomyśleć innym razem...

Takie uśmiechnięte są, nie?
A skoro już o klikaniu mowa, to upsnęła mi się ręka raz jeszcze i kupiłam też trailowe New Balance MT 840. No ta, no, wyprzedaż była, żal nie kupić ;) Wiem, od czapy są trochę te buty. NB i trail? Zobaczymy, najwyżej oddam do sklepu lub będę w plecy kilka biletów do kina. Choć wyglądają interesująco, w przeciwieństwie do sklepu, który realizuje moje zamówienie już czwarty dzień. Wrrr.

25.06.2012

Prezent dla biegacza - lato

Uwaga! To będzie wpis mądrzalski. Wykorzystujący moje ogromne (wdech) 11-miesięczne (wydech) doświadczenie biegacza, startowe obserwacje i podsłuchy oraz lektury mądrych czasopism i wszystkich innych internetów. Wszystko dlatego, że zauważyłam, że sporo ktosiów trafia tu właśnie w poszukiwaniu prezentu dla biegacza.

A więc drodzy partnerzy, kochankowie, małżonkowie, potomkowie i znajomi biegaczy, którzy chcecie obdarować swych misiów pysiów prezentem biegowym. Niestety lato nie sprzyja wypasionym zakupom. Bo w lecie to biegacz najlepiej nie miałby na sobie nic. Może za wyjątkiem butów, aczkolwiek znam i takich co i bez butów bardzo chętnie... (mryg do wiadomokogo).

Wszystko zależy od tego czy obiekt będący podmiotem obdarowywania jest początkującym czy zaawansowanym biegaczem. Jeśli początkujący, a na dodatek kobiałka - to sprawa skomplikowana nie jest. Gorzej z wyjadaczami, którzy wszystko mają i wszystko wiedzą. Ale na nich też jest sposób.

Zacznijmy od początkujących. Na lato przydać się mogą fajne, techniczne i oddychające ciuszki. Koszulki najlepiej na ramiączkach. Dla płci pięknej ostrożnie z kusymi spodenkami i spódniczkami biegowymi (tak, też takie są), nie każda pani je lubi (kompleksy!) - rozwiązaniem mogą być rajtki lekko za kolano (koniecznie cienkie, ja mam i lubię Asics). Butów lepiej nie prezentować - w galaktyce dostępnych modeli dostosowanych do typu stopy, nawierzchni, techniki biegu i bógwieczegojeszcze połapać się może jedynie sam zainteresowany, nie uszczęśliwiajmy go na siłę. Skarpetki, uniwersalny prezent gwiazdkowy, sprawdzą się jednak idealnie. Najlepiej zorientować się czy osoba obdarowywana woli stópki czy coś wyższego, za kostkę. Podkolanówki kompresyjne to już wyższa szkoła jazdy - CEP, Compressport zadowolą nawet najbardziej zblazowanego biegacza (tu trzeba się jednak podkraść nocą by delikwentowi zmierzyć obwód łydki bo wg niego dobierany jest rozmiar takich podkolanówek), choć może być też taniej i bez znajomości wymiarów (np. Nike, New Balance). Jeśli czapeczka - to koniecznie cieniutka, oddychająca. Na lato przyda się też pas z bidonem (zwany również nerką) - dla facetów może być z dwoma bidonami (niech dźwigają i się męczą), dla kobiałki zdecydowanie na jedną butlę. Skoro już mowa o dźwiganiu, to kobietom hojnie obdarowanym przez naturę sprezentować można też dobry biustonosz (np. Shock Absorber). Tu jednak również zalecana jest ostrożność: indywidualne preferencje oraz przede wszystkim znajomość rozmiaru (spróbuj kobietę spytać o wymiary!) muszą być priorytetowe.

Jeśli św. Mikołaj dysponuje większym budżetem, a obdarowywany nie posiada jeszcze zegarka biegowego - to pojawia się sporo możliwości do szaleństwa. Najlepiej wybrać taki z GPS i pulsometrem. Firmy? W kolejności od najlepszej: Garmin, Suunto, Polar. Są też tańsze ustrojstwa kompatybilne z butkami takie jak Nike+ czy adidasowy myCoach - wydaje mi się jednak, że nic nie zastąpi dobrego zegarka z pulsometrem. Zwłaszcza jak człek biega już ciut więcej. No i oczywiście coś do muzy. Ja obdarowana zostałam iPodem shuffle i dziś totalnie nie wyobrażam sobie samotnego treningu bez mojego niebieskiego spinacza. Choć niektórych biegaczy z pewnością uszczęśliwią już same niewypadające z uchów słuchawki, polecam więc uwadze również ten temat.

Ciekawym prezentem może być (oprócz biegowych książek) prenumerata któregoś ze specjalistycznych czasopism: "Bieganie" (dla tych co już coś truchtają) lub "Runner's World" (dla tych co planują, marzą lub dopiero zaczynają). Dla początkujących i zagubionych w biegowym świecie zaproponowałabym również indywidualny, dostosowany do zaawansowania sportowego i trybu życia plan treningowy. Albo obóz biegowy na wakacje. Ofert jest cała masa, ale że osobiście nie sprawdzałam, nie znam się i nie mądrzę - trudno polecić mi coś konkretnego. Niech doradzi wujek Google.

A co dla biegowych wyjadaczy na lato? Z reguły jeśli w rodzinie jest takowy, to jego bliscy wiedzą o co w tym wszystkim kamon i choć trochę znają jego potrzeby i wymagania. Jeśli jednak jakimś cudem nie - to poleciłabym albo bon podarunkowy do któregoś z biegowych sklepów (osobiście sprawdziłam i polecam Runexpert, Sklepbiegacza, Ergo i Run4fun), albo pakiet startowy na jakiś zagraniczny maraton lub inny kultowy bieg (na niektóre trzeba się zgłaszać wcześniej, więc będzie połowa niespodzianki). Wytrawny biegacz z pewnością nie pogardzi też pakietem masaży lub innych zabiegów regeneracyjno-fizjoterapeutycznych. Bon na badania wydolnościowe, jakaś droga odżywka wzmacniająca stawy, roczny zapas żeli lub izotoników, dedykowana półka na puchary lub skrzynia na medale? Nie pogardziłabym, nie pogardziła... A jak już nic innego nie przychodzi do głowy... zawsze zostają jeszcze te skarpetki. 

Jakieś inne prezentowe sugestie? Być może to Twój bliski wygoogla ten wpis :)

17.06.2012

Ale upał!

Nie będę oryginalna. Nie znoszę biegać w upale. Już na samą myśl, że powietrze faluje nad asfaltem, że brak tlenu i upalny zaduch, że pot leje mi się po twarzy i ciuchy kleją do ciała - robi mi się gorąco i słabo. No i picie - trzeba pić i pić, a że specjalnie nie da rady wchłonąć płynów na zapas, to wodę trzeba cały czas przy sobie mieć. Tylko w czym? Tylko jak?

I tu pojawia się magiczne słowo "kupić". Kupić: albo pas z bidonem, albo taką buteleczkę do trzymania w ręku, albo plecak z camelbakiem, który już jednak na wstępie odpada bo to przecież dodatkowa warstwa na plecy. Na plecy, które - przypomnijmy - w upale biegają i najchętniej nie miałyby na sobie nic. Do tych buteleczek też specjalnie przekonana nie jestem. Ręce trzeba mieć podczas biegania wolne i już. Są jeszcze takie pasy na gumce z kilkoma małymi butelczynami, ale od znajomych wiem, że te bukłaczki szybko pękają, przeciekają i tyle z nich pożytku.

Czyli pas z bidonem. Ha! Nawet takowy już mam. Zakupiłam jeszcze na wiosnę, przed maratonem myśląc, że podczas startu lepiej stołować się u siebie niż w punktach odżywiania. Dżizzz! Jak ja nie znoszę tego pasa! Chlupocze ta woda megawkurzająco, a pas z częstotliwością ok. 200 m regularnie z bioder zjeżdża mi na talię (osy oczywiście). Jak go z kolei zamontuję wyżej na pasie, to gorąco mi, i ściska, więc ponownie daję go na biodra, po czym on - ziuuuuut - i znowu jest tam gdzie być nie powinien. Dodatkowo butelka przecieka. Serio - trójkątna butelka Salomona przecieka przy zakrętce. Sprytna jestem, więc ją gumką recepturką uszczelniłam, co nie zmienia faktu, że w każdej chwili ciec zacząć może.

Albo weźmy taką czapkę na głowę. Wiadomo - być musi, aby udaru nie dostać, ale za to grzeje dodatkowo. Czy okulary słoneczne. Pomagają, ale parować lubią i poza tym to kolejna rzecz, którą trzeba na sobie dźwigać. A czym ścieracie pot z twarzy i czoła? Testowałam taką koszykarską frotkę na nadgarstek, ale to też k. grzeje i poza tym zaraz jest mokre. Wiem, chusteczki higieniczne, ale je - naboga - też trzeba jakoś z sobą transportować...

No i to słońce podczas biegania w paski opala. Ja mam już ładnie "opalony" zegarek, ramiączka od koszulek, nogi od spodenek i skarpetek, twarz od okularów. Jak krowa. W łaty.

Wiedziałam, że zatęsknię za bieganiem zimą. Nie sądziłam jednak, że tak szybko.

Jakieś patenty na bieganie w upale? Hę?

31.05.2012

Brooks Glycerin 9

Cóż mogę rzec... Jest inaczej niż dotychczas. Miękko, ale myślałam, że będzie mięciej. Dopasowanie, choć spodziewałam się raczej większego luzu. Jest ładnie. Ale nie wiem, czy nie za ładnie czasem. 

30.05.2012

Nowe butki mam :)

Z butami jest jak z torebkami - nigdy za wiele. W moim przypadku rzecz dotyczy również butów biegowych. I to się właśnie wydarzyło wczoraj!!! Kupiłam 3 parę!
Ale nie o butkach chciałam - o nich jak już trochę pobiegam napiszę. Ale o zakupach w PRAWDZIWYM sklepie dla biegaczy.

Kiedy po raz kolejny obudził mnie w nocy ból kolan (przy przewracaniu się z boku na bok) i te cholerne kolana coraz bardziej zaczęły utrudniać mi nie tylko treningi ale zwyczajne funkcjonowanie (uwierzcie, potrafią boleć przeokropnie) - postanowiłam coś zaradzić. I zmienić buty do biegania. Zwłaszcza, że w obecnych Lunarglide 2 gorąco strasznie (bardzo gęsta siateczka) i wybitnie nie nadają się one do biegania w temperaturze <12-15 st. Zapragnęłam więc profesjonalnie dobranych butów (wideoanaliza i te sprawy), które skorygują wszelkie moje koślawości i być może pomogą też na kolana.

A że w Polsce B gdzie mieszkam nie ma sklepów dla biegaczy (o tym napiszę osobno, będzie wpis - wielki foch) to korzystając ze służbowego pobytu w Wwie wybrałam się do ERGO sklepu. Wcześniej zadzwoniłam umawiając się na konkretną godzinę wideoanalizy,co by gotowi byli z czerwonym dywanem i balonami przy wejściu. Byli gotowi.

Dzień dobry, dzień dobry - ja na badanie stóp i po buciki jakieś ładne przyszłam. Usiadłam na miękkiej kanapie, a Miły Sprzedawca wypytał mnie najpierw o wszystko: jak długo biegam (niedługo), ile tygodniowo (60 km +/- 10 km), po czym (na asfalt butów potrzebuję), czy jakieś kontuzje i czy mnie coś boli (oj, tu nam trochę zeszło...). Potem miałam ściągnąć buty i skarpetki by - już na bosaka - Miły Sprzedawca obejrzał moje stópki stwierdzając, że widzi tu lekką pronację, wysokie podbicie i coś tam z achillesami. Oraz zaprosił na bieżnię. Na bieżni w ichniejszych butach przebiec się miałam kawałek. I co się okazało? Że mimo tych koślawości biegam całkiem prawidłowo, ciut tam jedna kostka ucieka, ale generalnie odpowiednie będą buty neutrealne. Fajnie tak zobaczyć na komputerze swoje biegające stopy. Muszę przyznać że są całkiem całkiem i idą dość równo ;) choć myślałam, że odrobinę szybciej.

Miły Sprzedawca przyniósł mi potem trzy modele. Dobrze, że trzy, bo ja nie cierpię wybierać, decydować i potem mieć wyrzuty sumienia, że kupiłam to a nie tamto. I wszystkie butki o dziwo damskie były, choć z racji mojej szacownej wysokości (zgadnijcie ile mierzę?), długość stopy mam z reguły męską. Najki mi się nie spodobały (sama się dziwię, bom przywiązana do marki), takie jakieś toporne były, Asicsy też specjalnie nie leżały (potem mierzyłam jeszcze 2 inne modele tej firmy i to nie to), no i Brooksy. To była  miłość prawie od pierwszego wrażenia. Nie tylko dlatego że miały różowe wstawki i wkładkę w kwiatuszki. Choć może i dlatego. Ale wygodne, miękkie, takie dopasowane, lekkie. You know what I mean - wszystko idealnie pasuje i jest dokładnie w tym miejscu gdzie być powinno. Do ich ceny nie zapałałam już tak wielką miłością, ale że wcześniej ustaliłam sama z sobą, że nie będę się szczypać co do kasy, nie ona była tutaj najważniejsza.

Miły Sprzedawca cierpliwie sprawdzał, doradzał i omawiał zastosowane bajery. Kiedy poprosiłam go - tak dla hecy i z ciekawości - o pokazanie mi też jakiegoś modelu minimalistycznego, przyniósł 2 pary (Nike Free i Brooks PureConnect). No nie wiem, nie wiem... Po domu, do dresików to i owszem - bardzo wygodne kapcie. Ale żeby w nich biegać? Dżiz! Szacun dla minimalistów.

Podsumowując. Trafiłam do dobrego sklepu prowadzonego przez ludzi z pasją. Lubię takie klimaty. Coś jak w małych nowojorskich sklepach z płytami albo przytulnych knajpkach, gdzie szef stoi za barem i wszystkich zna. Jest zajawka, zaangażowanie, zrozumienie, ogromna wiedza, zindywidualizowane podejście do klienta. Klienta, który naprawdę czuje się ważny (najważniejszy).

I choć pewnie mogłabym te butki kupić gdzie indziej i taniej, a stopy zbadać w Intersporcie lub innym Decalthonie, cieszę się, że tego nie zrobiłam. Ci ludzie z Ergo naprawdę mają frajdę z prowadzenia tego interesu. Oprócz handlowania, robią też różne spotkania, organizują wspólne treningi dla klientów, kibicują im i motywują; działa system lojalnościowy oraz sklep internetowy. Wiem, wiem, to jest oczywiście biznes i za tym wszystkim stoi kasa i chęć zarobienia pieniędzy. Ale nie mam nic przeciwko, aby w taki sposób - z pasją - zbijać fortunę na mnie.

(Żeby nie było samych achów, to szkoda, że w Ergo mały wybór fajnych ubrań. A wideoanaliza bez zakupu butów kosztuje 40 zł).

4.05.2012

Sprzęt nie biega, ale...

Tak, tak, rację mają biegowi wyjadacze mówiąc, że nawet 3 tygodnie potrwać może prawdziwy powrót do rzeczywistości po maratonie. Ja dopiero wczoraj - 10 dni po starcie - poczułam, że coś drgnęło, że wracam. Mimo tropikalnego upału (skąd on się k. wziął na początku maja?) i braku wody (spoko! przecież wytrzymam bez picia przez godzinę, półtorej) oraz tłumu spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów i bógwiekogojeszcze - biegło mi się wczoraj rewelacyjnie. Wyszło 14,5 km w przyjemnym średnim tempie 5:50. Nie wiem, czy to zabiegi regeneracyjne wreszcie zaczęły działać (co drugi dzień basen, biegania minimum, dużo dobrego jedzonka i lody) czy też może to zasługa nowych skarpetek? Kompresyjnych dodam.

Wiem, wiem, sprzęt nie biega. Ale te skarpetki (podkolanówki) chyba to potrafią! Daleka jestem tutaj od pisania jakiś recenzji - nie znam się, nie umiem, nie zabieram głosu - ale ta kompresja coś w sobie ma: nie grzeje, delikatnie uciska tam gdzie trzeba (więcej przy kostce, mniej na łydce) i sprawia, że nóżki po prostu stają się lżejsze. Biegają! I po treningu jakby szybciej dochodzą do siebie... A że problemy z krążeniem i całą resztą mam spore, niniejszym stwierdzam, że zakup podkolanówek CEP to dobra decyzja była. Choć ich wysoka cena (nie pytać ile, wyparłam) oraz problemy z ubieraniem (oj, człek się musi nagimnastykować, aby je na siebie wciągnąć) - to chyba jedyne minusy jakie dostrzegłam po tym pierwszym testowym treningu.

No i może jeszcze jeden minusik - strasznie lansiarsko wygląda się w takich skarpeciorach. Ale jakoś trza z tym żyć ;)

CEP Running Progressive - zakupione w Runexpert.pl (sklep polecam!)

Na dłuższe wybiegania i oczywiście na następny maraton będą jak znalazł :)

Z innych nowości sprzętowych - to jeszcze plecaka do biegania szukam. Co by twarzowy był i wygodny oraz nie za duży. Aby nie skakał i dobrze leżał. Raczej bez camelbaku, a na bidon(y) (lepiej sprawdzają się ponoć w praktyce). Na dłuższe biegowe wycieczki po górkach - bo takowe mam planie w niedalekiej jakbógda przyszłości.