20.09.2013

Miss siniaka

Na początku wszystko wydaje się takie niewinne i sympatyczne. Ot jeden delikatny upadek, potem drugi. Raz na prawo, raz na lewo lub przez kierownicę. Na wystający korzeń lub kamienie. Albo butka nie zdążysz wypiąć na zboczu lub strumyk pojawi się niespodziewanie czy głaz jakiś lub trzy. I bach. Już leżysz. A rower prawdopodobnie na tobie. Człowiek to jednak dość dziwna istota, bo się tym wówczas jakoś specjalnie nie przejmuje. Wstaje, nie otrzepuje się, cieszy się i jedzie dalej. Najważniejsze, że jest frajda i totalny flow. Oraz taka radość, że właśnie pokonuję kolejne jakieś tam bariery, że kuźwa nie boję się (lub tylko trochę) i że teraz przejadę tę ścieżkę bez dzwonu tudzież zatrzymywania się, bo kto jeśli nie ja. No kto? 


Co innego wieczorem lub następnego dnia rano... Wówczas wszystko zaczyna wyłazić przez skórę, a przecież cała byłam w ochraniaczach. Jest różowo, fioletowo i żółto oraz mnóstwo barw pomiędzy. Coś tam obdrapane na dodatek, gdzie indziej spuchnięte i boli. Normalnie jakbym ze studia tattoo wracała, a przecież to żadne tatuaże. A już najfajniej jest jak następnego dnia, gdy po raz kolejny wywrócisz się i uderzysz w to samo miejsce (np. pedałem w goleń), dokładnie w ten jeden, idealnie określony punkt, który napierdziela cię najbardziej. Noo, wtedy to jest już naprawdę bosko! Bo-sko.


Bo skoro nie mogę biegać, to na rowerze sobie jeżdżę z górek. A skoro sezon już stracony zakończony, trzeba sobie zrobić przerwę, przez niektórych roztrenowaniem zwaną, to nie na szosie pomykam a na bajku MTB. A raczej się uczę. I bardzo mi się to enduro podoba. I ponoć nikogo to już nie dziwi (?), że Bo tak już ma, że ponoć lubi wyzwania i to co nowe, zwłaszcza jak na dodatek boli. Taka Bo. No tylko te siniaki. Naprawdę nie sądziłam, że na łydce można mieć więcej powierzchni posiniaczonej niż tej bez siniaków... I jeszcze pływam trochę, choć tylko czekam, aż któryś z ratowników na widok mych nóg zadzwoni na policję, że przemoc w rodzinie. Na szczęście pływanie też jest super. Wciąż uwielbiam. 

Każdy ma Konę (pożyczoną) na jaką sobie zasłużył...
BTW Szukam fajnego rowerku MTB, 120-140 skoku. ŁADNEGO ;)
Ale tak mi się kuźwa zaczęło tęsknić za bieganiem, że normalnie nie mogę. Czy to ten deszcz (kocham bieganie w deszczu), czy to wpływ kolejno czytanych lektur ("Ukryta siła", a teraz "Ultramaratończyk"), czy to wkurw na widok fejsa ubździanego wpisami o treningach, długich rozbieganiach i finałowych maratońskich szlifach na jesienne starty? Jezzu, jak ja Wam wszystkim zazdroszczę! Nie podchodzić, bo uderzę! Czy już za długa ta przerwa, a trzy pary nowych butków czekają? Boże, jak ja bym chciała biegać! Już. Już. Już! Tęskni mi się za tym biegowym zawieszeniem, za poczuciem wolności, za łykaniem kolejnych kilometrów, najlepiej w terenie, za przesuwającym się krajobrazem oraz potreningowym styraniem pomieszanym z niepojętym poczuciem spełnienia i szczęścia. Nawet za interwałami mi się tęskni. I za biegiem ciągłym. Aaaa! Oszaleję zaraz! Biegać mi się chcę. BIE-GAĆ!

A nie biegam, bo wciąż czuję to cholerne pasmo biodrowo-piszczelowe. Raz mniej, raz więcej, ale ciągle mam tam coś zblokowanego i bardzo mi się to nie podoba! Bardzo! Zabiegi fizjo zakończone, ćwiczę ten tyłek i nóżęta, choć ze świadomością że powinnam więcej i solennie obiecuję w tym miejscu poprawę, ba nawet na siłowni byłam! A ono swoje i boli, uparte to pasmo jak ja, a nawet chyba trochę bardziej. Wrrrr.

Nie pocieszajcie mnie. Zostawcie. Pozwólcie w spokoju umartwiać się nad sobą oraz łkać do poduszki. Tłuc głową w ścianę lub jeszcze lepiej, zakopać się w jakiejś norce, gdzie będę tylko ja i mój smutek. Smutek mój i ja. Oraz moje siniaki. Nic więcej mi już nie zostało... Tylko te siniaki.
Które przecież i tak niebawem znikną. Chlip, chlip.

30.08.2013

Wróg

W każdej, nawet w jakiejś durnej i przesłodzonej opowieści powinny być czasem zwroty akcji. Bardziej lub mniej dramatyczne, ale powinny być. Inaczej jest nudno, fabuła się nie klei, źle się to czyta i odkładamy książkę na półkę. Zatem, aby nikt mnie tu nigdzie czasem nie odłożył. Aby statystyki bloga wciąż szybowały wysoko, aby pojawiali się nowi czytelnicy oraz, a może i przede wszystkim, uczestnicy Wielkiego Wyścigu dla Bartka, oto i on. Zwrot akcji. Przecież za pięknie było, za ckliwie i słitaśnie, prawda?  

A więc. Tę no, kontuzję mam. Zespół tarcia pasma biodrowo-piszczelowego czy coś w ten deseń z powięzią prawą w tamtych rejonach. Czyli biegowy standard (wrrr nie cierpię być standardowa). Generalnie boli mnie raz kolano prawe, raz biodro, czasem oba te organy równocześnie, choć jednak zazwyczaj każde z osobna i to najczęściej biodro. Albo kolano. Pojawiło się całkiem niespodziewanie, dwa tygodnie temu podczas niedzielnego długiego wybiegania i niestety wciąż trzyma. Na szczęście mądra i oczytana w internetach Bo nie próbowała bólu zlekceważyć i zabiegać, tylko od razu do specjalistów po pomoc się udała i zamiast treningów biegowych podjęła walkę z ITBS. Wstyd mi za nią, że taka rozsądna ta Bo. I że żadnego głupstwa w tej materii nie uczyniła, normalnie wstyd... Dobrze, że choć czasem delikatnie popływa lub na szosie pojeździ, bo jeszcze kto pomyśli, że całkiem zmądrzała...

I tak do fizjoteraupeuty sobie chadzam. Do człowieka, który musi jak nic mieć w sobie coś z sadysty, bo wygina mnie i masuje tak boleśnie, że drę się w niebogłosy niczym wuwuzela w rękach fanatycznego kibica. Rany, ale to potrafi boleć! A myślałam, że to ból istnienia jest czymś czego nie potrafię znieść w milczeniu. Poza tym zabiegi fizykoterapii biorę opowiadając zaciekawionemu i zgromadzonemu wianuszkiem wokół mnie personelowi medycznemu co to ten triathlon i jaka jest kolejność zadań ;) Ćwiczę też nóżęta (obie ćwiczę, po co mi nierówne pośladki), roluję biodro butelką, autosięmasuję i oczywiście gruntownie rozciągam.

Nie rozpaczam, nie płaczę, bo po co. Może ciut wściekła jestem, nie ma wszak róży bez ognia i mogłam to wszystko jakoś mądrzej ogarnąć i jednak ćwiczyć stabilizację oraz te cholerne pośladki zgodnie z obozowymi zaleceniami, ale dramatu nie robię, taki lajf. Wciąż mam wprawdzie nadzieję na przebiegnięcie jesiennego maratonu (choć już bez życiówki), ale jeśli to nie wyjdzie to przecież świat się nie skończy, c'nie? Tak sobie przynajmniej powtarzam :) I dodaję, że ja już swoje w tym sezonie zrobiłam i widocznie moje ciałko uznało, że na ten moment zdecydowanie wystarczy... Okej.

A poza tym nie ma złej kontuzji co by na dobre nie wyszła. Może wreszcie zacznę regularnie ćwiczyć? Może wykorzystam ten czas do siłowego wzmocnienia organizmu? Może wreszcie porządnie odpocznę i zbuduję bazę pod przyszły sezon? A przyszły sezon to dopiero będzie pojechany na maksa. A może nauczę się jeździć po górkach na bajku emteBo? Albo pływanie poprawię? Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, że już nie płaczę nad ITBS. Choć oczywiście nie zamierzam się poddawać i walka trwa.

A Ty głupi wrogu nawet nie wiesz z kim zadarłeś. I jeszcze tego gorzko pożałujesz.
Słowo.

22.08.2013

Pudło prześladowcze. V Triathlon Ziemi Sandomierskiej

Dziwny to był triathlon. Taki inny niż wszystkie, choć i tak znowu pudło... A dziwny, bo raz że blisko domu, dwa, że trasa taka jakaś rozciągnięta, że oddzielne T1 i T2 oraz rower z punktu A do B, a nie po pętlach. I poza tym tak dziwnie i niezręcznie się czuję, jak ludzie oczekują ode mnie dobrego wyniku i miejsca oraz mówią, że na pewno takowe będzie. A jeśliby nie było, to co? Poza tym. Nie że popadam w rutynę, absolutnie nie i daleko mi do tego, ale już bardziej ogarnięta jestem w tym triathlonie, wiem jak przygotować sprzęt, nie robię wielkich oczu na widok kasku aero czy pełnego koła i to teraz ja wyjaśniam innym o co kamon. I to też jest właśnie dziwne, bo przecież niespełna 3 miesiące temu nie wiedziałam nic. A teraz wiem! Takie zmiany. 

V Triathlon Ziemi Sandomierskiej (750 m swim, 20 km bike, 5 km run) to zawody niby lokalne, ale poprzez rozgrywane równocześnie Mistrzostwa Polski Lekarzy zyskują rangę ogólnopolskich i ściągają nad Wisłę ludzi z całego kraju. Było więc sporo mocnych zawodników, a i na niektórych rowerkach też można było oko zawiesić. Pływaliśmy w zalewie w Koprzywnicy, przy którym zlokalizowana była strefa T1, potem na bajku 20 km do Sandomierza, gdzie po zostawieniu sprzętu w T2  na rynku, czekał nas bieg pomiędzy turystami, sklepami z pamiątkami oraz ogródkami piwnymi. Mówiłam, że dziwnie... choć Sandomierz śliczny!

Pływanie nie wyszło
No dobra, przyznam to. Po zaskakująco dobrym pływaniu w Poznaniu uwierzyłam, że jestem żeńskim (a więc tym jeszcze lepszym) wcieleniem Phelpsa i myślałam, że pływanie to teraz dla mnie pikuś. Że tylko 750 m? W bajorku jakimś pod Sandomierzem? Lajcik, bułka z masłem, zanim się rozgrzeję, będzie już po wszystkim, może nawet szkoda ubierać piankę. A tymczasem wcale nie. Płynęło mi się źle, ustawiłam się nie tam gdzie trzeba, inni notorycznie przypominali mi co to pralka i ostatecznie nie mogłam złapać rytmu. Generalnie szarpałam się strasznie i bardzo mnie to pływanie umęczyło.

Gdzieś tam się motam. Fot. A. Tomczyk
Wszystko chyba przez to, że chciałam płynąć szybko, a ja po prostu nie umiem szybko. Plan był też taki, aby mocniej zaangażować nogi, bo generalnie to ja ich nie używam za bardzo, tylko co jakiś czas chlapnę, co może pomaga potem na bajku gdyż jadę na świeżości i jest przydatne na dłuższych dystansach, ale na takim sprincie gdzie trzeba zapierdzielać i non stop dawać ognia to raczej ta moja technika pływacka do mega efektywnych nie należy… No ale jakoś mi z tymi nogami nie wyszło. Chyba po prostu zapomniało mi się. Podobnie zresztą nie wyszło jak z nawigacją, bo znowu zbaczałam z obranego kursu. Choć przyznam, że chcąc temu jakoś zaradzić próbowałam (dozwolonego) draftingu tj. płynięcia tuż za kimś w jego ekhm… bąbelkach. I z tymi bąbelkami też mi nie wyszło. Bo jak już dorwałam jakieś obiecujące i szybkie bąbelki to zaraz dopływałam do mojego „zająca”, smyrałam go po piętach, było za wolno i musiałam wyprzedzać (sorry nie nadajesz się, następny proszę i gdzie jest moja kolejna ofiara). Po trzech nieudanych próbach  postanowiłam jednak darować sobie te bąbelkowe polowania i sztuczki i po prostu płynąć do przodu. A tak w ogóle to niech się już skończy to pływanie. I skończyło się po 15 minutach i 10 sekundach (Garmin policzył mi 770 m). Oj Bo, nie czytaj już tych komentarzy jaka to jesteś boska, tylko weź się do roboty, bo pływać to jeszcze za bardzo nie umiesz. (Wzięła się, w niedzielę już pływała pod okiem instruktora). 

20.08.2013

Wielki Wyścig dla Bartka

No dobra, czas zamiast o sobie, o wynikach, życiówkach, planach treningowych i najbliższych startach, pomyśleć teraz o innych. Co Wy na to? Mi też się ten pomysł bardzo podoba, więc niniejszym zapraszam wszystkich do udziału w akcji "Wielki Wyścig dla Bartka".

Pamiętacie Wielki Wyścig i nasze rywalizacje na Endo, w ramach których wspólnie spalaliśmy kalorie? Pamiętacie towarzyszące zabawie emocje, wyścig łebwłeb oraz ostateczne rozstrzygnięcie i moje trzepackie foty? No jasne, że pamiętacie, zwłaszcza to ostatnie ;) Otóż teraz będzie podobnie, ale rywalizujemy ze sobą w bardziej szczytnym celu, a mianowicie zbierając pieniądze na leczenie dla chorego Bartka. Bartek, bratanek Kuby - biegacza i autora bloga Formatownia.pl, ma cztery lata i walczy z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu. I bardzo potrzebuje naszej pomocy

Jak pomagamy, jak rywalizujemy i co ma do tego patelnia?

Otóż. Wśród wszystkich osób, które wezmą udział w akcji "Wielki Wyścig dla Bartka" (koszt udziału to jedyne 19,99 zł) rozlosowane zostaną trzy, mega pojechane w kosmos, nagrody. 

Pierwszą z nich jest brat bliźniak Pimpusia. Kibicom Wielkiego Wyścigu nie trzeba chyba wyjaśniać kim jest Pimpuś. Pimpuś to nie tylko montowany na kierownicy bajka klakson oraz dodatkowy koń mechaniczny, ba pegaz nawet dodający skrzydeł Krasusowi na zawodach i treningach. Pimpuś jest synonimem siły i mocy, to również tajemniczy talizman chroniący przed kraksą, bombą i wszelkim złem, które spotkać może każdego rajdera w siodle. A brat Pimpka jest ponoć jeszcze bardziej czarodziejski, więc chyba warto powalczyć, nie? 

Pimpuś we własnej osobie (a jego brat ponoć przystojniejszy)
Kolejną nagrodą jest równie magiczny, ale i pomocny podczas upałów biegowy pas z bidonem. Choć niektórzy wolą przechowywać w nim makaron...

O taki bidon właśnie
I nagrodą najważniejszą jest, taadaam, patelnia! Patelnia, którą wygrałam w Lotto Poznań Triathlon. Wprawdzie nie używałam jej i nie smażyłam na niej nic, ale trzymałam ją za to w swych dłoniach. No! I nie tylko trzymałam ją stojąc na najwyższym podium kategorii wiekowej, ale również podczas podróży powrotnej do domu, cały czas miałam ją na swych kolanach. Taka patelnia! Na dodatek to najbardziej patelniowa patelnia na świecie, turboindukcja i te sprawy, to patelnia, która sama znosi jajka, z których potem (również sama) przyrządza omleta tudzież jajecznicę. Nie wiem jak Wy, ale ja już teraz zazdroszczę tej patelni jej nowemu szczęśliwemu właścicielowi.

Patelnia Lama Gold Black Line do wzięcia. Ale bez krasnala! No, chyba że się dogadamy jakoś ;)
Więcej o patelni i jej możliwościach kulinarnych poczytać można o tu.

Co zrobić, aby wylosować którąś z tych trzech nagród i pomóc Bartkowi? 

A więc należy kupić "los" w cenie 19,99 zł wpłacając pieniądze na konto fundacji z odpowiednim dopiskiem (dane poniżej). Aby zwiększyć swoje szanse w losowaniu można wykupić więcej losów. Ba, można wykupić nieskończoną liczbę losów, każdy w jedynej i niepowtarzalnej cenie 19,99 zł. A każdy los zwiększa szanse w losowaniu rzecz jasna.

Wykupienie jednego losu w cenie 19,99 zł jest biletem wstępu do rywalizacji na Endomondo "Wielki Wyścig dla Bartka". A ponieważ wszyscy lubimy biegać i rywalizować, tak naprawdę dopiero tutaj zaczyna się prawdziwy wyścig. Za każde wybiegane 19,9 km, uczestnik akcji otrzymuje dodatkowy los w losowaniu. Wybiegasz 100 km, to łącznie z losem za "wpisowe" masz 6 losów. I tym samym 6 szans na wygranie brata Pimpka, pasa z bidonem lub mitycznej patelni. Wybiegasz 258 km, masz losów 14. Proste.

Rywalizacja na Endomondo kończy się 30 września, a podsumowanie akcji wraz z losowaniem nagród odbędzie się na początku października 2013 r. 

W ostatecznym losowaniu (tradycyjnie skorzystamy z serwisu losowe.pl) liczy się suma losów opłaconych i wybieganych. Alles klar? Jeśli nie, śmiało pytajcie w komentarzach tu lub na Facebooku. Ponieważ niestety nie mamy wglądu do konta Fundacji, jesteśmy zmuszeni prosić Was o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił. Osoby, które nie prześlą potwierdzenia przelewu będą usuwane z rywalizacji. Przepraszamy za tę niedogodność, jest to dla nas dość niezręczne, ale niestety nie ma innej możliwości weryfikacji wpłat i mamy nadzieję, że zrozumiecie. Zrozumiecie, prawda?

Wpisowe do rywalizacji (jedyne 19,99 zł), a także dodatkowe losy (każdy w niepowtarzalnej cenie 19,99 zł) kupuje się przelewem płacąc na konto Fundacji:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Ja z Krasusem oraz Wybieganym w całej rywalizacji uczestniczymy towarzysko i dla lansu. No dobra, objęliśmy akcję patronatem honorowym, fju, fju. Równocześnie jednak bardzo prosimy innych blogerów biegowych i triathlonowych o przyłączenie się do Wyścigu oraz pomoc w rozpropagowaniu akcji.

To co? Do dzieła! Wielki Wyścig trwa nadal...
Dziękujemy, że jesteście z nami.

AKTUALIZACJA!
Jest i kolejna nagroda do rozlosowania wśród wszystkich uczestników Wielkiego Wyścigu dla Bartka. A jest nią (wdech) profesjonalny (tzw. duży klik) przegląd rowerowy w Bikeservice.com.pl (wydech)! Czyli czyszczenie, odtłuszczanie, konserwacja, smarowanie, kasowanie, kontrola, sprawdzanie, regulacja i co tylko jeszcze Wasz ukochany rower może sobie wymarzyć. Cena katalogowa takiego przeglądu to aż 150 zł! Pomagając Bartkowi możecie go mieć już za 19,99 zł, a na dodatek otrzymać jeszcze komplet smarów gratis. Taka nagroda, dziękujemy Ci Bikeservice!

AKTUALIZACJA nr 2!
Uwaga, uwaga! Nie trzy, nie cztery, ale pięć nagród jest do wylosowania w Wielkim Wyścigu dla Bartka! Otóż. Kolejnym pojechanym w kosmos fantem jest audiobook "Trzy mądre małpy" Łukasza Grassa, który na naszą akcję podarował jeden z uczestników. To książka o triathlonie, ale nie tylko, również o marzeniach i wyznaczaniu sobie celów, do których warto dążyć. Nie ukrywam, iż w moim przypadku lektura ta była sporym impulsem do zainteresowania się tematyką tri i mam nadzieję, że u szczęśliwego zwycięzcy będzie podobnie :) Co więcej. Sam autor Łukasz Grass opatrzy audiobook swym autografem, a dla chętnej osoby osobiście wręczy go podczas wspólnego treningu w Lasie Kabackim. Ha! A więc Panowie i Panie wpłacamy i ścigamy się, ścigamy! Dla Bartka!

AKTUALIZACJA nr 3!
Otóż. Mamy kolejną nagrodę do rozlosowania. Spersonalizowana koszulka Xtri.pl, na której szczęśliwy zwycięzca będzie mógł wygrawerować sobie ksywkę lub coś innego ;) Biegamy, biegamy, biegamy!


Wielki Wyścig dla Bartka wspierają:





16.08.2013

Reset

Ponad tydzień bez biegania. Tydzień bez szosy oraz porannego zrywania się na basen. Tydzień bez czujnika tętna, spoconego czoła i vitargo w bidonie. Tydzień bez triathlonu. Tydzień bez. 

Odpoczęłam i dopiero teraz widzę, jak bardzo tego odpoczynku potrzebowałam. Jak bardzo byłam nakręcona na poznański start, jak bardzo nim zryta i jak wiele sił mnie te zawody kosztowały. Ja naprawdę dałam tam z siebie wszystko... I chyba jeszcze trochę więcej. Nawet nie mówię teraz o cholernych zakwasach, które miejscami przypominały te po maratońskim debiucie i które ustąpiły po 3 dniach, ale o wielkim ogólnym zmęczeniu fizycznym i psychicznym, które dopadło mnie i siedziało w środku naprawdę głęboko. I nichuchu wyjść nie chciało, więc po kilku próbach przestałam nawet je wyganiać.

Ogólne poczucie spełnienia i szczęścia spokojnie (dziękibogu) pozwoliło mi jednak nic nie robić jak tylko upajać się sukcesem (jeszcze raz dziękuję za wszystkie miłe słowa i gratulacje), regenerować, jeść (sporo jeść), ba nawet czerpać przyjemność z tego lenistwa. Kurde, i to bez żadnych wyrzutów sumienia! No dobra z małymi, co jednak nie zmienia faktu, że chyba dorosła nam ta Bo i zmądrzała. Oby tylko nie za bardzo ;) 

No ale powoli trzeba zacząć wracać. I wracam. Szosa nie sprawia jeszcze dawnej frajdy, pływam też jakby w miejscu, ale bieganie - zwłaszcza gdy się wkręcę, a dzieje się tak zazwyczaj po 6 km - znowu jest za-je-bi-ste. Znowu dostarcza mi kosmiczną wręcz radość oraz poczucie lewitowania ponad chodnikami i ludźmi. Niebo jest piękniejsze, kolory jaskrawsze, a jak na dodatek pobiegnę gdzieś na mymłon natury, wdrę się między drzewa, chaszcze i krzaczory to już jest naprawdę totalny odlot. Fajnie.

Tymczasem jutro mam lokalne zawody tri w Sandomierzu (tak zwany sprint). Żal nie wystartować kilkadziesiąt kilometrów od domu, na dodatek w dość ciekawej scenerii oraz z fajnymi ludźmi. Oczywiście - jak zawsze - można trzymać kciuki i delikatnie dmuchać w stronę południa, ale sama od siebie nie wymagam za wiele wobec tego startu, w zasadzie nic od siebie nie wymagam po takiej labie i odpoczynku. Innymi słowy, nastąpiło lekkie rozprężenie i jakoś niespecjalnie chce mi się to zmieniać... 

Poza tym nie Sandomierz jest teraz najważniejszy tylko to, co wydarzy się potem. A wydarzy się coś wielkiego i ważnego. Może nie wielkiego dla mnie, choć debiutować będę w nowej roli, ale ważnego dla kogoś innego, kto potrzebuje wsparcia. Wspólnie z innymi blogerami rozkręcić chcemy akcję pomocy dla Bartka i już teraz zapowiadam, że bardzo na Was liczę i że nie chcę się rozczarować. Zrozumiano? Szczegóły wkrótce, dla zbudowania napięcia dodam, że pewną rolę w akcji odegra... patelnia. Tak, ta patelnia, którą wygrałam w Poznaniu i która jest ponoć najlepszą i najbardziej patelniową patelnią na świecie, nie tylko ze względu na swoją obecną właścicielkę... ;)
No. Tak więc stay tuned bo naprawdę warto ;)

----

Mauri Włodek, halo Mauri Włodek! Odezwij się chłopaku, bo fajne oksy Huuba wygrałeś, a nie mamy do Ciebie namiaru. Masz czas do 18 sierpnia do północy. Odzew.