22.04.2014

Historia jednego upadku

Kolorowe kaski i ciuchy chłopaków świetnie odbijają się na tle soczystej i tak prawdziwie głębokiej zieleni lasu. Ścieżki są dość szerokie, niezbyt trudne, ale niektóre podjazdy naprawdę potrafią dać w kość. Często taszczę Leona za kierę i chyba oboje musimy przyznać, że zdecydowanie bardziej wolimy sytuacje, w których przynajmniej jedno z nas jedzie. Za to zjazdy są kosmiczne. Jeszcze nie przeskakuję przez korzenie i kamienie, nie wiem jak odpowiednio "kleić" rower do trasy, generalnie to oprócz kręcenia korbą w kółko to nie umiem w zasadzie za wiele, a w gruncie rzeczy nic. Ale zjazdy uwielbiam! Coraz rzadziej używam hamulców, coraz bardziej pozwalam Leonowi na szaleństwa, na które chyba nie końca mam wpływ, coraz bardziej daję się ponieść. Gałęzie drzew odbijają mi się od kasku i oksów, opony wybierają w miarę dogodne miejsca przejazdu, amortyzatory pracują pełną parą. Jeden zakręt, drugi, ooo przelot przez kałuże i potem jakimś takim wąwozem lufa w dół. Borze! Ale jest bosko! Kocham rower! Jest flow! Chwilo trwaj!

BUM!

Najpierw chyba sprawdziłam językiem czy mam wszystkie zęby. Wszystkie. Potem rzut oka na kończyny czy jakoś specjalnie powykręcane nie są. Chyba nie. I dopiero zaczynam się rozglądać. Wkomponowana coś dziwnie w drzewo (kto je posadził na zakręcie), wciąż wpięta w pedały (to stało się tak szybko), z wyraźnym bólem uda, barku chyba też i przedramiona - wszystko po lewej stronie. Przestraszona na maksa. I tak leżę, trzęsę się z emocji, myślę co teraz  oraz winszuję sobie tej durnej nonszalancji i głupoty. Potem kumpel zapyta się mnie czemu tak szaleję i czy ja tak zawsze. No cóż. 

I tak leżąc przy tym drzewie przerażona, myślałam, że to koniec. Koniec dzisiejszej wycieczki, koniec kręcenia, koniec sportu przez najbliższe miesiące i tylko gdzie tu helikopter ma wylądować, albo jak mnie chłopaki zwiozą na noszach, skoro śniegu brak. I noszy. 

Z pomocą kolegi uwalniam się jednak z objęć Leona oraz powoli próbuję wstać (i mimo, iż już przecież "po", to wciąż trzęsę się ze strachu). Udaje się za trzecim razem. Krew się leje, udo pobolewa, a ja z zaciekawieniem oglądam swoje (bądź co bądź) pierwsze rowerowe sznyty. Hmm, całkiem najs. I tylko to udo lewe ciut boli i chyba jakoś dziwnie puchnie. Oraz bark, że nie potrafię utrzymać kierownicy jak dawniej. No ale macham nogą, macham ręką, ruszam karkiem w prawo w lewo - wygląda, żem cała. Tylko więc delikatnie pozadzierana i potłuczonam. I wciąż trzęsąca się ze strachu. Ostrożnie sprowadzam rower w dół i opowiadam innym o "swoim pierwszym, prawdziwym, rowerowym dzwonie!" Ale wszystko Bo, ok? Dasz radę jechać? Wydaje mi się, że ok. Serio. Dam radę. Jestem cała, tylko strasznie się przestraszyłam

I powoli, ostrożnie, już z hamulcami oraz na wysokiej kadencji dołączam do reszty i jadę. Czuję to udo, ale da się żyć, a ramię doskwiera głównie na wertepach i wtedy, gdy prowadzić trzeba rower do góry. No. To chyba znowu miałaś Bo więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy się nauczysz? Że nie można dać się tak ponieść? Że nie warto wierzyć w umiejętności, których się nie ma? Że czasem trzeba bać się "przed" a nie "po"? No, wiem wiem. Może kiedyś się nauczę. 

A wycieczka rowerowa cudna! Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy. Do tej pory znałam fragmenty trasy z perspektywy biegacza, ale na rower te tereny są jeszcze lepsze! Prawdziwe enduro, zróżnicowanie, góra - dół, igliwie, korzenie, pusto i zielono. Oraz błotko jest. I niedźwiedzi czosnek (pierwszy raz próbowałam, jadł ktoś?). 

Ale wracając do mnie. Po tym bliskim spotkaniu z drzewem kręciłam jeszcze ok. 3 godziny. Mniej intensywnie, zachowawczo i na hamulcu (nuda). Ale im więcej czasu upływało od dzwonu, tym bardziej zaczynał doskwierać mi ból nogi. Kiedy miałam już problemy z wsiadaniem do samochodu, kiedy do domu wchodziłam schodek po schodku, kiedy po kąpieli (wejdź tu człowieku z prostą i bolącą nogą do wanny) w ostrzejszym świetle łazienkowym zaczęłam obserwować odrapane i siniejące udo, którego obwód zaczął się zbliżać do wymiarów mej talii, stwierdziłam, że coś chyba jednak nieteges. Wizyta na pogotowiu, opatrunki, zastrzyk i prześwietlenia w pozach, których przyjęcie wymagało ode mnie naprawdę wielu starań. Oraz diagnoza: ramię w temblak, wszystko całe, ale trzeba leżeć i noga w górze oraz chłodzić. Dużo chłodzenia. I przede wszystkim leżenia.

Ja! Leżenia!

I tak więc kurde leżę sobie. Unieruchomiona. I chłodzę. 

Nie. Jeszcze nie jestem wściekła, choć dziś miał być basen, szosa lub bieganie, a od piątku chciałam zacząć znowu chodzić na mastersów. Jeszcze nie płaczę, chyba że - tak jak w nocy - z bólu, gdy naprawdę ta cholerna noga nie dawała mi spać. Lub jak odległość do kuchni pokonuję w czasie biegania 100-metrówek. Jeszcze nie dramatyzuję i nie przekreślam swych sportowych i startowych planów na ten sezon. Jeszcze nie. Ale przysięgam, jeśli w ciągu kilku dni, sytuacja nie ulegnie zmianie, to zacznę panikować.
Chyba, że wcześniej oszaleję z tego bezruchu :( 

(Choć i tak nie żałuję tego wyjazdu, było bosko. Dziękuję całej ekipie, kropka). 

17.04.2014

Czy rowery stoją

Gdy emocje już opadły. Zmęczenie uszło i kioski odbudowali. Telefony z gratulacjami przestały dzwonić, Prezydent Miasta dłoń mą ucałował, a zasady weekendowej przejażdżki hybrydową toyotą zostały ustalone. Czas pomyśleć co dalej. 

Hmm.
No raczej zawodowym kierowcą nie zostanę. Biegaczką na razie też, nie mam ochoty się ścigać, nic się w tej kwestii nie zmieniło, ani znowu ómierać na trasie. Ale że jakiś cel trzeba mieć, a przypomnę takowy istnieje - Wielki Wyścig w Karkonoszach, a potem być może Operacja BOrówka - trzeba wyruszyć w drogę, aby go osiągnąć. A drogę tą przemierzać będę na rowerze. W zasadzie na dwóch.

Odwracamy więc proporcje i bieganie będące dotychczas dyscypliną nr 1, czynimy tłem dla pozostałych przygotowań tri i skupiamy się obecnie przede wszystkim na kręceniu. Tak powiedział trener. Oraz pływaniu. Dobrze trenerze.

Zwłaszcza, że takich fajnych dwóch chłopaków w domu mam - żal.pl nie skorzystać. 
Z nową fryzurą tfu owijką (białą) Kuba, po generalnym spa, aż się facet rwie na asfalt i okoliczne górki, a  że randka poniżej 2 godzin raczej go nie urządza, więc od razu poprzeczkę wysoko mam ustawioną i starać się muszę jak chyba jeszcze nigdy. 
Oraz Leon. Muskularna budowa, dobre amory, opony też niczego sobie i mimo, iż siodełko ciut niewygodne (nikt nie jest idealny), to również bywa czarujący porywając mnie na schadzki w tereny zgoła zaskakujące i nieznane. Wie co lubię. Las, kamienie, kręte ścieżki, błotko i zjazdy - czujemy dokładnie te same klimaty! Przypadek?

Nie doczekały się jeszcze stojaka... :( 
Jazda na rowerze mtbo to całkiem inna bajka niż na szosie. W zasadzie to dwie totalnie inne dyscypliny. Godzina kręcenia po okolicznych laskach, ścieżkach i górkach (niektóre jeszcze nie na moje umiejętności, JESZCZE) i ómierać można niczym na 34 km maratonu. Serce wali, sił brakuje i boli wszystko. Nogi, biodra od upadków, a kark i ręce od trzymania (zapewne zbyt mocnego) kierownicy. A i w lico oberwać też można, jak jakaś gałąź (czemu z reguły drapiąca?) z zakrętu wyjawi się nagle. I tylko potem wracaj taki umorusany błotem człowieku przez miasto, to na pewno spotkasz wszystkich znajomych, którzy pachnący i uprasowani właśnie idą na popołudniowy deser z kawą do Rynku. Albo tych, z którymi jutro masz ważne zawodowe spotkanie. Dzień dobry.

Mówią, przecież w triathlonie jeździsz tylko na szosie - trenuj szosę, po co mtbo. No wiem, że tylko szosa, no ale na asfalcie mi się nudzi. Nawet nie wiem w jakim ciekawym towarzystwie bym kręciła i jakie zróżnicowane tereny zaliczała, to jednak czasem ciągnie mnie do lasu :) Do zieleni, do drzew, do gałęzi owych nieszczęsnych, do wolności. Tak jak z bieganiem. Nie da się cały czas klepać po asfalcie, czasem trzeba wypuścić się w teren, rajt? Więc jeśli trener nakazuje dużo kręcić, to muszę różnicować, bo zwariuję od tej monotonii. I chcę różnicować, by mieć fajdę i zabawę. A poza tym ponoć z mtbo technikę poprawić można i siłę. Dlatego rowery dwa. Tygodniowo tak najlepiej 150-200 km. Dobrze Bo? Oczywiście trenerze.

Jeśli zaś chodzi o pływanie to zapomniałam. Nie wiem jak się pływa. Nie umiem, nie rozumiem, nie znam się. Źle chyba ręce daję, nogi całkiem poza kontrolą, a w ogóle to woda jakaś gęsta, z falami i przeszkodami... Tak nie może być. Więc od wczoraj znowu cotygodniowe lekcje z instruktorem i ćwiczenia tak dziwne, że nawet na sucho powtórzyć i opisać trudno. I pomyśleć, że kiedyś byłaś Bo rusałką. Wiem trenerze. Byłam. 

7.04.2014

VII Półmaraton Rzeszowski - też da się ómrzeć

Może zacznę od tego, że po maratonie w Barcelonie miałam dość biegania. Delikatnie mówiąc. Pierwszy tydzień powoli przytomniałam, drugi coś na bajku kręciłam, a w trzecim to głównie dumałam, jak ja kurde tę połówkę przebiegnę. Nie miałam za bardzo siły, chęci, nie czułam tego biegania, nie mówiąc już o jakiejś przedstartowej ekscytacji i adrenalinie. Innymi słowy dość miałam biegania :)

Jak więc biec, gdy ma się dość biegania? Jak? Gdy na samą myśl o zejściu poniżej 5:00 robi się człowiekowi słabo oraz bolą go wszystkie pasma, ścięgna i piszczele. Jak? No można nie startować w ogóle. To też jest jakaś opcja, aczkolwiek głupia, bo szkoda rezygnować z zawodów we własnym mieście i ze znajomymi. Przeczłapać? Ja... przeczłapać... To już lepiej zostać w domu. Treningowo pobiec? Treningowo? Ale przed czym. Bez sensu. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko przestać jojczeć, wziąć się w garść, ubrać koszulkę Smashing Pąpkins oraz kierować się na linię startu z mocnym postanowieniem walki. Walka. To ostatnio jedyna rzecz, która mi wychodzi, więc przynajmniej są jakieś szanse na ciekawe widowisko...

Te tematy dylematy
Trochę podłamały mnie rokowania kalkulatorów biegowych, które mówiły, że z takim wynikiem maratońskim: (wstać!) 3:26 (usiąść!), to ja powinnam połówkę w 1:34:coś zrobić. Ranyboskie. Do tej pory w tempie 4:30 to ja dychę biegałam i to na wyrzygu, a tu mam dwa razy tyle z haczkiem zrobić, no way. Pobicie ubiegłorocznej życiówki z Warszawy (1:37) wydawało mi się dotychczas czymś tak odrealnionym i abstrakcyjnym, że nawet nie śmiałam myśleć o zbliżeniu do tego wyniku. A jednak. Umówiłam się z kolegą, że atakujemy 1:35, ogłosiłam to wszem i wobec, aby czuć jakąś presję i postanowiłam spróbować. Run Bo, dajesz koleżanko, jesteś boska, no i jesteś u siebie! Ogniem!

A więc stanęłam na linii startu z postanowieniem walki oraz świadomością, że kurde musi i kurde będzie boleć. Nie pomyliłam się specjalnie. Napieprzanie przez ponad półtorej godziny w tempie ok. 4:30 do przyjemnych nie należy. Oczywiście Grzesiek, z którym miałam biec pognał do przodu, a następna grupa znajomych, którą dorwałam już na trasie i która leciała na 1:35, po kilku kilometrach okazała się za wolna. I weź tu się człowieku z facetami umawiaj. No weź. 

Pasujemy z Pąpkoszulką do siebie, nie? :)
(Fot. Run Rzeszow)
Ten półmaraton byłby całkiem fajny, gdyby trwał do 15 km. I jestem przekonana, że pod tym zdaniem podpisać się może wiele osób. Wcześniej wszystko układało się całkiem należycie. Garmin pokazywał średnie tempo biegu 4:28 (na tętno przestałam zerkać, gdy moim oczom, po 3 km, ukazała się liczba 182), podczepiałam się pod różnych biegaczy, szczególnie takiego jednego w czerwonym (pozdrawiam i dziękuję), z wiatrem pozwalałam sobie na ciut więcej, pod wiatr szukałam BPC (barczystych pleców chroniących). Włączyłam tempomat, starałam się równo oddychać i jakoś trwać w tej zabójczej prędkości, pomimo wciąż oscylującego w okolicach 180 tętna. Machałam do kibiców, nawet coś tam zagadywałam do współtowarzyszy doli i próbowałam żartować. Hahaha. Ale ta Bo dowcipna. Boki zrywać. I pogoda się udała. Było chłodno, rześko, mokro (rano padało) i bez słońca. Normalnie Rajbiegacza.pl. A ja w tym raju.

Biegnij Bożenka!
Na 14 km odpakowałam żel. Niezbyt przyjemnie je się żel bez popijania, na dodatek gdy człowiek czuje dość spore pragnienie. Przeżuwam ten żel jak gumę, odgryzam go kęsami i biegnę wypatrując tego cholernego punktu z wodą (było ich za mało, to fakt). Następny kęs, naprawdę jest słodko i lepko, i następny. I tak przez półtora kilometra dawkowałam sobie tę węglowodanową maź, jakże wielką czując ulgę gdy wreszcie mogłam ją przepić przepyszną, zimną wodą.

Jeszcze tylko 5 km. Kurde, odcina mi zasilanie. Jeszcze tylko 4. Coraz bardziej odcina. Zaczynam sapać jak jelcz. Świszczeć jak pasek klinowy oraz zwalniać niczym rywal Króliczka Energizer. Tempo na kilometr spada do okolic 4:40, a ja im więcej energii wkładam w przyspieszenie i urwanie tych straconych sekund, tym bardziej opadam z sił i biegnę wolniej. Im mocniej chcę, tym wychodzi coraz gorzej i słabiej. Jak w życiu. Frustrujące to. I na dodatek pod wiatr. Oraz kolka. Jeszcze tylko 3 km. Kurde no. Tak dobrze żarło... :( Już tylko 2. Wiedziałam, że nie urwę nic poniżej 1:35, zaczynało być nieciekawie, teraz chodziło więc już tylko o to, by stracić jak najmniej.

Wymyśl "dymek" do obrazka. 
W okolicach 20 km jeden kibic drze się do nas wspaniałomyślnie: "Na 1:35 to teraz nie ma opierdalania, trzeba gnać!" Widać zna się facet na rzeczy. A kumpel co pruje przede mną, nieco zwalnia, ogląda się, krzyczy "Biegnij Bożenka, biegnij, damy radę" i mobilizuje mnie choć trochę na tym ostatnim etapie biegu oferując swoje BPC (dzięki!). Zakręt, lekki podbieg, prosta i... I zaplątała się Bo. Zaplątała w biało-czerwoną taśmę, którą z oznaczenia trasy zerwał wiatr... Tak. Moje wielkie, okupione bólem i kolką cierpienie nagle nabrało jakże absurdalnego i komicznego kształtu. Ozdobionego powiewającą z mych ramion plastikową taśmą. Życie. Potem już tylko szpaler ludzi, brawa, okrzyki, m.in. "Brawo Bożenka!" (a jak wół mam napisane przecież na koszulce "BO", nie widzą?) oraz zegar pokazujący 1:35:coś. Jest, czyli prawie się udało! Urwałam! Zuch dziewczynka. I spiker przekręcający moje nazwisko oraz niepodejmujący nawet próby wymówienia nazwy drużyny (wiadomo: Smashing Pąpkins). Ale triumfalnie oznajmiający za to, że z Rzeszowa!

No to co, że z Rzeszowa 
No z Rzeszowa, a co? Gdzie bardzo fajną imprezę nam zorganizowali. Ciekawa i dość szybka trasa, sporo biegaczy (blisko 900), mimo ciut niefortunnej godziny startu (12.30) sprawna i profesjonalna organizacja oraz nagrody też niczego sobie. I kategoria, którą ostatnio lubię coraz bardziej "Najszybszy Rzeszowianin i Najszybsza Rzeszowianka", jeśli wiecie do czego zmierzam... Tak. Ku swojemu naprawdę wielkiemu zaskoczeniu zostałam Pierwszą Najszybszą we Wsi!!! Czujecie? Najszybsza w metropolii! I z ostatecznym czasem 1:35:19 (żal tych 20 sekund, oj żal) byłam 9 wśród kobiet, oraz (fanfary) druga w kategorii. Oczywiście szok i niedowierzanie :) I pomyśleć, że mi się biec nie chciało. A nagrody jakie! Na weekend dostać mam niby do testów (nie wiedzą, co czynią) hybrydową Toyotę (jaram się!!!) oraz: 700 stówek w bonach do Intersportu na kolekcję biegową (wolałabym chyba do Zary), 3-miesięczny karnet do Klubu Pure Jatumi Fitness (oddałam koledze, przysiągł, że skorzysta) oraz zaproszenie do Centrum Terapii Funkcjonalnej na "Ocenę Functional Movement Systems" (zejdą zakwasy, pójdę, sprawdzę i opiszę). I dwa złote pucharki - postoją na widoku z tydzień, a potem zapewne powędrują do PP (pudła z pucharami).

Ta mina.
(Fot. Piotrek W.)
Dość
Półmaraton był dla mnie dotychczas chyba najbardziej ulubionym dystansem. Nie trzeba się tak zarzynać jak na dyszce i nie ma takiego ómierania jak podczas maratonu. Do wczoraj był ulubionym. Od dnia 6 kwietnia 2014 r. wiem, że na półmaratonie też się można zarżnąć i też da się ómrzeć. Nieprawdopodobne! Jak to się człowiek uczy przez całe życie, nie?

Noo - wynik mega fajny, jestem bardzo zadowolona - ale nie było łatwo. Żadnej euforii, łez szczęścia i eksplozji endorfin na mecie. Tylko potworne zmęczenie. Oraz kołatające się w głowie pytanie: po co ci to Bo, po co? Nie wiem czy to z powodu mocnego tempa (jeszcze nigdy w życiu nie biegłam tak szybko przez tak długo), czy może wciąż siedzącego we mnie maratonu, czy też braku odpowiedniej mobilizacji, przedstartowej gorączki oraz należytych przygotowań właśnie pod ten dystans. A może to niczyja wina? I chcąc bić kolejne życiówki (w sumie to ja już chyba nie chcę), to muszę je również okupić coraz to większym cierpieniem? I wyjść daleko, bardzo daleko poza strefę komfortu? Wiem jedno. I choć na fotkach niby uśmiechnięta i radosna (zwłaszcza na pierwszych 15 km), tak chyba jednak brakowało mi trochę tego biegowego chaju, upajania się wysiłkiem na trasie oraz ogromnej satysfakcji i tych pieprzonych endorfin na mecie :( No brakowało...

I chyba wciąż mam dość biegania. Moja głowa mówi stop, a ciało chce odpocząć. Na razie dość spinki, biegania pod kolejny wynik oraz śrubowania PB. Dość. Wracam do korzeni i źródła. Do człapania po 6:00, do biegania w terenie i górkach. Do przeskakiwania przez konary oraz wpadania w kałuże. Tęsknię do rowerów. Na szczęście z wzajemnością :) I tak jak dla jednych sezon biegowy tak naprawdę dopiero się zaczął lub lada moment rozpocznie, tak mój - przynajmniej ten wiosenny - w zasadzie mogę uznać za zakończony. Teraz pora na tri, na wiatr we włosach, błoto w korbie oraz kolejne siniaki na nogach.

I to jest wizja bardzo optymistyczna. Już się nie mogę doczekać!

18.03.2014

I po kiosku. Czyli marató de BOrcelona

Momenty uskrzydleń, zalewu endorfin oraz fale bólu, upodlenia i naprawdę ogromnej walki z sobą. Euforia pomieszana z momentami nienawiści do tego pieprzonego biegania i sportu. Stres przed startem i łzy szczęścia na mecie. Upiorne słońce i zbawienny cień, za długie podbiegi i zbyt krótkie zbiegi. Sinusoidalnie. Tak wspominać będę maraton w Barcelonie, gdzie wycisnęłam z siebie, z kopytek swych i głowy oraz pogody i trasy maksimum. Więcej się nie dało. Kurde. Czas 3:26:39 i średnie tempo 4:54. Więcej się nie dało. Chyba się nie dało, bo oczywiście cały czas gdybam co by było gdyby... 

Gdybym naprawdę była w pełni sił. Nie chciałam już tu jojczyć głośno, bo znowu krzyczelibyście, że przesadzam, ale 3 dni przed startem nie wyglądało to wszystko dobrze...  Odezwało się pasmo (i to bardzo się odezwało), nasilił ból lewej stopy (i to bardzo się nasilił) i jeszcze tak o bez przyczyny zaczęło boleć mnie kolano. Na dodatek jakieś mega zmęczenie czułam, spałam po kilka godzin w ciągu dnia, czego zazwyczaj nie czynię, ale tu totalnie mnie odcinało, że szybko musiałam przyjąć pozycję horyzontalną. Generalnie byłam podłamana i ciut przerażona moim stanem zdrowia, a raczej niezdrowia... Nie pozostawało mi nic innego jak tylko wierzyć, że jednak będzie to piękna niedziela, a nie piękna katastrofa. 

I gdyby pogoda była choć ciut przychylniejsza. Z dnia na dzień (do Barcelony dotarliśmy w środę wieczorem) było coraz bardziej słoneczniej i cieplej. Kurde, miodzio. A na niedzielę zapowiadano 25 stopni i się nie pomylono w tej prognozie, co najwyżej w drugą stronę. Przepraszam, komu mam dziękować za tak sprzyjające maratończykom warunki? Gdzie napisać, do kogo zadzwonić? Podczas biegu miejscami tak grzało i buchało ciepłem niczym z otwartego piekarnika, że odechciewało się naprawdę wszystkiego... Trochę pomagała wylewana na siebie woda oraz żywiołowi kibice i bębny na trasie, ale tylko trochę. 

I jeszcze gdyby Garmin podczas samego maratonu nie kłamał tak perfidnie odliczając sobie od każdego kilometra po 10-20 m i tym samym błędnie informując mnie o średnim tempie. Jak sprytny lisek. Myślałam, że biegnę w po 4:57, a tak naprawdę to nie.  

Good luck Bo!
Na słowa "Gudlak Boł" wypowiedziane przez wolontariusza, od którego odbierałam na targach personalizowaną opaskę z międzyczasami na 3:29 zaśmiałam się więc szyderczo w duchu. Boł, boł, oj będzie boł, boł... Opaska "tylko" na wynik 3:29 biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wizje i marzenia, że jednak mogę gnać ciut szybciej. I "aż" na 3:29 uwzględniając stan i kontuzje, których wówczas doznawałam. Gudlak Boł. Baw się dobrze. Endżoj. 

BOdygardzi ;) 
Kilka pozytywnych maili, telefonów, smsów oraz rozmów w gronie bandy, z którą przyjechaliśmy (12 osób) pozwoliło mi jednak dość dobrze zasnąć, by niedzielnym porankiem obudzić się w stanie rześkim, uśmiechniętym, że to wreszcie już (czekanie też było frustrujące) oraz pełnym wiary, że adrenalina zrobi swoje i jednak mój plan się powiedzie.

Dobre decyzje
Są konkurencje, w których jestem mistrzynią świata. Na przykład w podejmowaniu złych decyzji. Mi-strzo-stwo glo-bu! Ale w niedzielę udało mi się - o dziwo - podjąć same dobre. Nie ogarniam. Po pierwsze ubrałam krótkie spodenki zamiast ukochanych rajtek 3/4. Nie cierpię biegać w krótkich gaciach, zwłaszcza jak mam nieopalone nogi, czuję dyskomfort i cały czas myślę nie o tym jak biec, tylko o tym jak bardzo faluje mi tłuszcz :) No ale stwierdziłam, że jednak trzeba ponieść jakieś wyrzeczenia i tej mądrej decyzji winszowałam sobie potem wielokrotnie. A im bardziej świeciło słońce i rosła temperatura, tym gorliwiej sobie gratulowałam.  

Drugą mądrą decyzją było ustawienie się nie na początku strefy biegnącej na 3:30-3:45 jak początkowo planowałam, ale na końcu tych, co uderzają na 3:15-3:30. Noo, to było naprawdę mistrzowskie i strategicznie posunięcie. Dzięki temu już od początku nie biegłam w tłumie, miałam przed sobą kilka metrów przestrzeni i swobodę wyboru czy teraz po prawej czy lewej. 

I jeszcze mądrze postąpiłam, że po piątym kilometrze przestałam słuchać Garmina zdrajcy. Jak pisałam wcześniej, całkiem chłopak zgłupiał na tych barcelońskich arteriach i zaułkach i błędnie podając dystans oszukiwał mnie też odnośnie średniego tempa. Patrzyłam więc na opaskę "Gudlak Boł" i jedynie na wskazania czasu oraz oznaczenia kilometrów na trasie.

Tak miałam biec. Wyszło ciut szybciej. 
Nos somos maratonianos
Rzeka, co ja mówię, ocean ludzi! Na początku w metrze, potem na linii startu, a dalej na całej trasie maratonu. Ponoć było nas ponad 17 tysięcy, to pierwszy taki wielki bieg, w którym uczestniczyłam. Oczywiście wzruszyłam się na starcie. I tak jak nie lubię Fredka, tak na utworze "Barcelona" łezka gdzieś się tam zakręciła. Tak, znowu się wzruszyłam. Odliczanie, kilka minut czekania, aż przyjdzie czas na moją strefę startową, niebieskie konfetti w górę, bum i ruszamy. Dajesz Bo. Let's go! Vamos Bo! Chica!

Oj, jak ciężko było mi się zalogować do tego biegu. Mimo, że kibice szaleli, a na początku było nawet z górki. Niby się rozgrzałam, a tu wszystko sztywne. I ciężkie jakoś te nogi. Oczywiście czuję też znajomy ból biodra (ITBS) oraz tę cholerną stopę. Nic cię nie boli Bo, nic nie boli, wymyślasz - powtarzałam sobie tylko, a poza tym zaraz przejdzie, nie jojcz. Ok. 8 km pomyślałam nawet, a może by tak zejść z trasy? Ale tak jak niespodziewanie o tym pomyślałam, tak szybko wybiłam sobie tę myśl z głowy. Ja zejść z trasy, dobre sobie. A tak w ogóle to sprawdziłam, że w takich momentach zwątpienia to najlepiej myśleć o czymś innym np. o technice biegowej. Poprawiam wówczas ręce, roluję miednicę (dziękuję Obozybiegowe.pl), staram się odbijać ze śródstopia. Pomaga. Ojtam, że na krótko, ale pomaga. 

Tak więc dopiero rozkręciłam się jakoś po 14 km. Złapałam rytm, bardzo dobry rytm i tempo w okolicach 4:45-4:50, było naprawdę dobrze (adrenaline is my EPO). Tak, to te momenty euforii, endorfinowego szczęścia i nawet radości, o którą sądziłam, że trudno może być podczas biegania w takich prędkościach. Bo, przyjdzie ci odpokutować za to szaleństwo, prrr stój dzika bestio - przestrzegałam siebie w myślach, ale z drugiej strony nijak nie chciałam zwolnić, przecież było tak bosko. Lekko, sprężyście, fajnie. Biodro przestało boleć, stopa w zasadzie też, za to zaczęła druga, ale czy miało to jakieś znaczenie? Z satysfakcją obserwowałam, jak urywam kolejne sekundy z rozpiski na opasce z międzyczasami. I ta Barcelona jaka piękna. Jest dobrze, teraz tylko utrzymać to do końca. Jesteś mocna, dajesz. Udało się, bez problemu. Do 27 km.

O-oł. Ups. Czyżby to już? Borze, za wcześnie na ścianę! Zjadłam żel zaplanowany na trochę później i wciąż (aczkolwiek z coraz większymi już trudnościami) udawało się utrzymywać tempo w okolicach 4:50. Dobrze, grzeczna dziewczynka, jeszcze tak do 30 km i potem niech się już wreszcie zacznie ten cholerny maraton. Zaczął się. Od 35 kilometra. 

Ścianka
Od 30 km miałam w głowie trzy najważniejsze i będące wciąż przede mną kamienie milowe tego maratonu. Pierwszy na 37 km, gdzie stać mieli moi kibice. Kolejny na 40 km, na którym - myślałam - całe cierpienie się skończy, bo niesiona euforią i wizją mety niczym na skrzydłach gnać będę te ostatnie 2 km do końca. I - rzecz jasna - sam finisz. Kamień najfajniejszy, wiadomo. Wcześniej oczywiście strategia od punktu z wodą do punktu. Dwa łyki do siebie, dwa razy na siebie i lufa do przodu. Borze, ależ jest gorąco. Widzę też moich kibiców. Stoją, wpatrują się w tłum biegaczy i mnie kurde nie widzą. Heellooł! Mnie nie widzą! Macham, drę się "Ola, ola" i "czy daleko jeszcze", a oni (standardowo już) fotografują mi plecy. Potem dowiem się, że wyglądałam całkiem rześko. Rześko, haha, pewnie jakbym spod porannego prysznica wyszła. Grunt to stwarzać pozory. To umiem. 

38 km. No i jest. Pierdolona ściana. Boli brzuch, rzygać mi się chce, ściska mnie na całym ciele jakby ktoś owijał mnie stretchem. Czuję, że nie tylko biegnę jak w miejscu lub po beczce, ale również w smole. Gorącej, rozgrzanej, przypalającej każdy fragment mojego ciała smole. Joj, jak wtedy bolało. Nogi miałam tak ciężkie, że nie miałam sił ich dźwigać i sunęłam tak w poziomie niczym w muzealnych kapciach bez unoszenia kolan w górę. Rany, te uda to naprawdę mnie bolały. Zaczęła się walka. Albo ona (ściana) albo ja. O nie kochana! Nie poddam się tak łatwo. I z tymi nieunoszącymi się nogami, z grymasem bólu na twarzy, usilnie wypatrując wielkich żółtych tablic z oznaczeniem kolejnych kilometrów przedzierałam się do przodu. Zombie, borze, ale musiałam wyglądać. A kiedy już totalnie nie mogłam - technika, Bo, technika! Ręce popraw, miednicę roluj, żadna ściana! Byle do przodu, byle biec, byle nie przejść do marszu. Utrzymaj to, co wypracowałaś przez ostatnie 38 km. Albo nie utrzymuj. Pierdol to, odpuść. Utrzymaj, jeśli nie dasz rady poniżej 5:00, to choć poniżej 5:10. Walcz. Albo i nie walcz. Przecież tak boli. Marsz... - mmm, pomyśl jak cudownie będzie przejść się ten kawałek. Krok za krokiem, powoli... Dajesz k. Bo. Vamos! Albo i nie. Pieprzyć to bieganie. Walcz. Odpuść. Nie. Tak. Nie. Tak. Taaak!

Nie wiem, czy to ja odbiłam się od ściany, czy ona ode mnie, w sumie to chyba nie za wiele pamiętam z tych ostatnich minut biegu. Pod górę było coś kojarzę, mnóstwo kibiców, jakiś pan z dmuchaną, złotą trąbką i gorąco, że hej. Jedna bramka, następna i chyba jeszcze jedna. Zapipczała mata. Game over. Przeczłapałam kilka metrów i padłam na kolana, ktoś tam do mnie czy juokej? Okej, okej powiedziałam łapiąc oddech i powstrzymując łzy. Łzy bólu i łzy szczęścia. Na przemian kapały sobie. Ajmokej, okej.

META. Znajdź Bo na obrazku.
Po jakiejś chwili ocknęłam się: jezzu, a gdzie medal? Nie mówcie kurde, że nie będzie medalu! Był. Za zakrętem, przy bramkach przez które każdy maratończyk przechodził po biegu. Musiałam wyglądać nie do końca teges, bo pan wolontariusz nie tylko powiesił mi medal na szyi i pogratulował po ichniejszemu, ale również dość mocno przytulił i poklepał po plecach. Where you come from? Poland? Good job, very good job, Boł. Congratulations Boł!

I jeszcze nigdy pomarańcze nie smakowały tak bosko, jak te za linią mety. Nie były tak soczyste, słodkie i namiętne. Oraz bagietka z nutellą. Jak dotarłam metrem do hostelu (wcześniej niechcąco bez kolejki ups, zażyłam też masażu) czekała na mnie wielka, chrupiąca, świeża kroma z dwoma centymetrami nutelli w środku. Borze, jakie to było pyszne! Jak ta nutella rozpływała się po podniebieniu i jak zostawała na ustach czekając na równie przyjemne oblizanie. Mniam! Oraz jeszcze zimna cola do popicia! Najwspanialszy posiłek ostatniego czasu, dziękuję tym, którzy go przygotowali! Dziękuję. I w ogóle to dzięki dla całej bandy, fajna była ta wycieczka, więc co, za rok atakujemy Rzym?

Gdyby świat cały...
Czy pobiegłabym lepiej gdyby...? Gdyby nie ITBS i kontuzje, gdyby nie pogoda, gdyby nie to szarżowanie w połowie maratonu? Gdybym lepiej trenowała oraz mocniej trzymała się planu Skarżyńskiego. Nie wiem. W niedzielę, po maratonie, gdy czułam się naprawdę dobrze i całkiem nieźle mi się chodziło, pozostawał w głowie pewien niedosyt. Że końcówkę mogłam bardziej przycisnąć, że się poddałam, że głupia ściana pokonała boską Bo... Że dupa, nie negative split. Ale w poniedziałek, gdy ledwo zwlokłam się z łóżka, gdy pokonanie każdego metra (niedajborze w pionie!) było dla mnie nie lada wyczynem, gdy nogi i stopy bolały mnie (i wciąż bolą) bardziej niż po maratońskim debiucie, uświadomiłam sobie, że dałam z siebie wszystko. Lepiej się nie dało. Nie dało się i już. I szybciej to ja już niestety nie pobiegnę. I chyba na pewno wcale nie zamierzam nawet... :) Po prostu.

Szału z tym medalem nie ma, ale dobrze, że choć jest :) 
Sam maraton zorganizowany perfekcyjnie (może poza liczbą tojków, do których ustawiały się kilometrowe kolejki). Przedmaratońskie expo naprawdę zapierało dech, jezzu, ale to jest biznes, ile oni na nas zarabiają... Trasa piękna, wiodąca wzdłuż wielu atrakcji turystycznych (część oczywiście przegapiłam), choć nie do końca tak prosta i płaska jak się pozornie wydawało, bo te drobne podbiegi naprawdę potrafiły dać w kość. Wolontariusze przesympatyczni, acz po angielsku to jednak nie wszyscy... I kibice wspaniali. Gdy przebiegało się między nimi, miejscami w dość wąskim, metrowym nawet szpalerze to takie ciary, że omamo. Oczywiście orkiestry wzdłuż trasy, najfajniejsi byli bębniarze - od razu 5 sekund szybciej na dźwięk tych diabelskich rytmów. Oraz pomarańcze za linią mety... Jednym słowem - polecam. A dwoma słowy - polecam bardzo.

...obrósł w niebieskie migdały
Mission completed. Kiosk rozpierdolony, 3:30 złamane. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali, dopingowali, kopali w tyłek, kiedy zaszła taka potrzeba oraz - oczywiście - dmuchali ;) Jestem wielka, boska, niesamowita i wszystko to, co tam zaraz grzecznie napiszecie w komentarzach... :) No cóż. Jestem...

I żeby nie było! Jestem też mega zadowolona i dumna z tego wyniku. 3:26! Czydwadżeszczaszeszcz! Czujecie? 

11.03.2014

Czy czyczydżeszczy

Taki osobny przedmaratoński wpisik, pod którym można życzyć mi powodzenia. Wraz z instrukcją obsługi trzymania kciuków, dmuchania we właściwą stronę, machania pomponami oraz generalnie dopingowania mnie na odległość. Bo nie wiem czy ktoś się orientuje w tej kwestii, ale czy w Barcelonie jest jakiś kiosk? Do rozpierdolenia? Najlepiej taki duży, z daszkiem. Hę? W najbliższą niedzielę zamierzam go bowiem odszukać i roznieść w drobny pył. I zrobić to wielkim hukiem! 

Na początku miało być tak pięknie: dokładna realizacja planu Skarżyńskiego, sumienna praca nad treningami uzupełniającymi i siłowymi, brak kontuzji, pełnia wiary, optymizmu i zdrowia. Potem wyszło jak zwykle, a nawet gorzej. A na koniec (tzw. syndrom kanapki) znowu delikatnie się poprawiło i powiało optymizmem, bo nawet jeśli nie zrealizowałam w 100% założeń Guru, tak mimo wszystko zrobiłam wiele i mogą być tego,  tfu tfu, całkiem dobre efekty. 

Od początku listopada przebiegłam ponad 1050 km. Sporo. Wiele godzin (60) spędziłam też na basenie, symbolicznie w siodle oraz raczej dobrze przepracowałam tydzień w górach z Obozybiegowe.pl. W górach bywa, że człowiek marudzi. Że ciężkie te podbiegi, że zatyka go, że kolana i uda na zbiegach bolą i w ogóle to co ja tu robię. Ale potem na asfalcie góry oddają. Z nawiązką oddają cały ten wysiłek oraz wylany pot i tętno dochodzące do okolic max. Jakże miłym zaskoczeniem jest, gdy myśląc że człapiesz po 6:10 spoglądasz na Garmina i widzisz 5:40, a drugi zakres, który dotychczas (z trudem) biegałaś po 4:50, teraz wychodzi nawet po 4:37. Ojtam, że też z trudem, ojtam, że na stadionowej bieżni, ale wychodzi. I jeszcze są siły na jakieś BNP w końcówce.

Ale już mniej fajne i miłe są przedstartowe spekulacje. Sprawdzanie kalkulatorów, porównywanie wyników, rozpaczliwe pytania do znajomych bądź innych ekspertów. Jak biec, trenerze, jak biec? Bo czy iść na 3:30 czy może pokusić się o coś więcej, a w zasadzie mniej? Skoro na mocnych treningach biegam tak średnio o 10 s. szybciej niż każe mistrz, to może na maratonie również przycisnąć coś bardziej? Cały czas równo, czy podkręcać tempo i uzyskać ładny tzw. negative split. Czy rozsądnie i z głową czy tak jak lubię najbardziej i w trupa? A ilu ekspertów tyle rad i biedny osiołek nie wie co wybrać i kogo słuchać. A i tak pewnie na koniec zrobi po swojemu... Oraz decyzję tę podejmie zaraz po sygnale startera, a potem zmieni ją jeszcze kilkakrotnie.

Z jednej strony osiołek zna swoje miejsce w szeregu. Wie, że nigdy nie biegał szybko, że to raczej wytrzymałość jest po jego stronie lub głowa, wie, że to dopiero trzeci maraton i nie ma co chojraczyć, bo gówno się na tym bieganiu zna i wszystko jeszcze przed nim. Z drugiej jednak... Osioł jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie zapierdzielał! I jeśli nie teraz, to kiedy? Jak kontuzja jakaś przyjdzie, albo - z racji totalnego umasowienia się dyscypliny - odechce mu się biegania i przerzuci się na curling? I tak stoi zwierzak pomiędzy tymi wyborami i nichuchu zdecydować się nie może.

Ale żeby nie było. Nie jojczy! Ot, takietam dylematy, jak na przykład jeszcze ten w co się ubrać.... I czy na wszystkie cztery kopyta. Myśli osioł.

Dobra, aby już nie przynudzać. W niedzielę 16 marca 2014 r, cała klasa wstaje rano i o godz. 8.30 wysyła mi pozytywne moce, a potem po 3 godzinach i 10 minutach delikatnie dmucha na południowy zachód i tak przez 20 minut. Można też pomachać pomponami, kilka razy krzyknąć w stronę Barcelony, że dajesz Bo, dajesz! i oczywiście mocno trzymać kciuki.

Poinformuję jak się spisaliście. Dzięki!