12.01.2014

Góra-dół. Góra-dół. Dół. Góra

"Bo, a może wpadniesz do Warszawy? Pobiegamy sobie w Falenicy i nalewkę wypijemy razem?" Oczywiście nie bieg (mało ostatnio biegam), ale ta nalewka (za to dużo piję) ostatecznie przekonała mnie do tego, by tłuc się kilka godzin w polskimbusie i weekend spędzić w fajnym towarzystwie Krasusów z dala od trosk, myśli natarczywych i ciemnych oraz nieudolnych prób kombinowania jak tu żyć :) Dar przekonywania... Poza tym, tego mi trzeba było. Sponiewierania się w lesie, mdłości na widok każdego kolejnego podbiegu ("borze, następnego już nie przeżyję"), braku tchu dwa metry przed końcem wzniesienia oraz poczucia dzikiej wolności na zbiegach i tej wyszarpanej radości na mecie.

Dla niewtajemniczonych. Bieg w Falenicy to jeden z cyklicznych biegów ekhm... górskich, tak górskich, rozgrywanych na warszawskich rubieżach. W lasku takim, na wydmach się biega, góra-dół, góra-dół, po ok. 3 kilometrowej pętli, a na każdej 7 podbiegów. A więc góra-dół, góra-dół. Góra-dół. I tak 21 razy. Dwadzieściajedenrazy.

Na start dojeżdżamy wspólnie z Krasuem, Kasią i Kwito (pozdrawiam!). W międzyczasie bawię się Garminem próbując zmienić ustawienia, gdyż zegarek mój uparcie od jakiegoś czasu twierdzi, że znajdujemy się przynajmniej na 20 tys. m wysokości i ani myśli zejść na ziemię, a przecież kiedyś trzeba.... (ktoś? coś? jakiś pomysł? co zrobić?).

Ciut rześko, słońce zaszło, a ja tylko w cienkich rajtuzkach i koszulce z długim, ale wiem, że za moment ten outfit może się i tak okazać zbyt ciepły (okazał). Mała rozgrzewka coby się zbytnio nie zmęczyć, a potem powitania. Z Avą, Marcinem, Elą poznaną w Okunince i Robertem z drużyny Smashing Pąpkins. Bardzo to miłe, pozdrawiam. Ponieważ ostatnio biegam mniej, a w terenie to jeszcze rzadziej, zapisałam się przezornie do grupy wolniejszej, która wg deklaracji, 10-kilometrową trasę pokonać ma w czasie powyżej 48 minut. Tak naprawdę to trasa ma 9 km, ale ponieważ jest naprawdę mocno pofałdowana, falenickie wyniki nijak się mają do rezultatów z typowych płaskich i ulicznych dyszek. I moja przezorność była uzasadniona, o czym przekonać się miałam znacznie szybciej, niż się spodziewałam...

"O, tu jest ten pierwszy podbieg, który pamiętaj Bo, pokonaj na luzie, aby się nie zakwasić" - poinstruował doświadczony Krasus przed startem. I co zrobiła Bo? Oczywiście przebiegła go, jak i cały pierwszy kilometr najszybciej jak tylko umiała, a może i jeszcze bardziej, w końcu jest las, są górki, jest tak zajebiście, chwilo trwaj...

I o-oł. Gorąco, tchu brak, w ustach sucho, opaska od garmina ściska niczym biustonosz młodszej siostry, a nogi jakby z waty. Niedobrze. A przecież to dopiero początek. Udało mi się jednak powrócić do stanu używalności i w tempie już bardziej przystępnym pokonywać kolejne odcinki. Góra-dół. Góra-dół. Pod górę jakby w miejscu lub na beczce, w dół zaś niczym rozpędzona ciężarówka na Dakarze rozbryzgując leśny piasek i chybotając się na boki ku nadrobieniu strat. Zbiegi są zajebiste. Jak masz pewność, że noga zostanie w tym miejscu co postawiłaś, jak żaden korzeń nie wystanie nagle znienacka, jak inny biegacz niespodziewanie nie wskoczy ci pod koła i jak tak gnasz do przodu i sus za susem lecisz w dół - to jest bosko. Do następnego podbiegu.

Góra. (fot. D. Sikorski)

I choć na drugim kółku biegłam już sobie o tak o, wolno, wolniutko, w zawieszeniu nawet, myśląc już nie o tempie, tętnie i pokonywanych kilometrach, a o życiu, i choć widok każdego następnego podbiegu na ostatnim okrążeniu kwitowałam jednym, wszystkim dobrze znanym słowem, i choć zdecydowanie w górach (prawdziwych górach) wolę biegać dłużej i na niższej intensywności, to jednak bardzo mi się w Falenicy podobało. Mimo, ze wynik fatalny (49:15), a forma jeszcze gorsza.... Podobało mi się i już.

Generalnie to cały weekend był megafajny. I w sumie nie wiem co najbardziej. Falenica, gadanie o pasjach, pozytywne spotkania ze znajomymi, wspólne niedzielne wybieganie po Lasie Kabackim w wietrze, deszczu i gradzie (Aga, Paweł, Bartek, super, że wpadliście), pesto z pietruszki czy jednak - ach - te nalewki... (Dzięki Krasus i NKŚ!)
 ---
Do maratonu w Barcelonie zostały już tylko 2 miesiące. Strasznie mało. A ja totalnie zawaliłam ostatnie treningi, tak wyszło... Mam jednak nadzieję, że jeśli teraz (tak teraz Bo, w tym momencie) ogarnę się i wezmę do ciężkiej pracy, to moje maratońskie marzenia wciąż są jeszcze do uratowania. Tak też więc zamierzam. I tak też się stanie.

Bo o marzenia trzeba walczyć, same się przecież nie spełnią...

8.01.2014

"Wyścig tajemnic"

Jak dobrze, że Armstrong nigdy nie był moim idolem. Jak dobrze. I że się jakoś specjalnie nie interesowałam oraz nie pasjonowałam kolarstwem. Ponieważ rozczarowania są bardzo przykre, a kłamstwa, zwłaszcza takiego bezczelnego i z premedytacją, nie znoszę. Chociaż przyznam, że Lance jako osobowość to całkiem, całkiem. Interesujący. Drań taki, szuja, egoista i zarozumialec. Nie liczy się z nikim i niczym. Coś w sobie ma. Choć kłamca. I łotr.

"Wyścig tajemnic" - demaskująca tajniki dopingowych afer w kolarstwie spowiedź Tylera Hamiltona, nie przewróciła mi świata do góry nogami. Nie przewróciła, bo - tak jak mówię - niespecjalnie mnie to do tej pory interesowało, mimo iż kilka fragmentów transmisji z Tour de France w życiu obejrzałam. Ale opowieść Hamiltona na pewno mnie zszokowała, a miejscami nawet wstrząsnęła. Nie zdawałam sobie po prostu sprawy, że tak można! Tak zafiksować i uwięzić siebie samego w presji wygrywania i wciąż bycia lepszym. Że niby w imię miłości do sportu (i pieniędzy). Rujnować sobie zdrowie. Okłamywać najbliższych. Uciekać. Żyć w ciągłym kłamstwie i strachu przed złapaniem. Być tchórzem i nie mieć odwagi powiedzieć dość i się wycofać. Wydawać miliony. Oraz tak kreatywnie tłumaczyć sobie własną głupotę. I że doping tak różne ma oblicza, tak wielkim jest biznesem i syfem.

Aplikowałem sobie "Edgara" co dwa lub trzy dni, zazwyczaj dwa tysiące jednostek. Wydaje się, że to dużo, ale w rzeczywistości ma objętość gumki na ołówku. Robiłem zastrzyk pod skórę na ramieniu lub brzuchu. Igła była tak mała, że ledwo było widać ślad po ukłuciu. Chwila, moment i pojawiało się iskrzenie we krwi. Gdy fiolka była pusta, owijałem ją kilka razy papierowym ręcznikiem lub papierem toaletowym i rozbijałem młotkiem w drobny mak. Potem taki pakunek wkładałem do zlewu i trzymałem pod bieżącą wodą, żeby wypłukać resztki pozostałości po EPO. Następnie spuszczałem to wszystko w kiblu albo wrzucałem mokrą papkę do śmieci, przykrywając najbardziej śmierdzącymi rzeczami jakie mogłem znależć. Mogłem spać spokojnie.

Jesteśmy też świadkami skomplikowanych organizacyjnie procedur transfuzji krwi oraz przemycania dawek EPO i innych, czytamy o synchronizowaniu kalendarza dopingu z terminami startów i o tym jak nie dać się złapać, a także o restrykcyjnych dietach odchudzających oraz wyścigach pokonywanych z nadludzką mocą i siłą. Są szyfry, zastrzeżone numery telefonów, zaufani i przekupni ludzie oraz "lekarze" zbijający krocie na dopingowym biznesie. Jest też Lance Armstrong. Król królów. Pociągający ponoć za tysiące sznurków, mający wpływy wszędzie i na wszystko, jedynynajlepiejwiedzący oraz najmocniejszykolarzwszechczasów. Który oczywiście - do czasów sławetnego wywiadu u Oprah - nigdy na dopingu nie był i któremu nigdy nic nie udowodniono. I który zawsze jeździł czysty. 

Druga transfuzja krwi miała podobno miejsce pomiędzy piętnastym a szesnastym etapem. Postal poinformował kierowcę autobusu, żeby udał jakąś awarię w drodze do hotelu. Kiedy kierowca niby majstrował przy silniku, kolarze położyli się na kanapach wewnątrz i przeprowadzono im transfuzje. Przyciemnione szyby i zasłonki w oknach miały zapewnić dyskrecję. Woreczki z krwią przymocowano do szafeczek za pomocą bandaży elastycznych. W czasie transfuzji Armstrong leżał na podłodze autobusu

Jest w tej książce kilka momentów, w których unosisz głowę znad kartek, zamykasz ją i myślisz. Na przykład takie, gdy Hamilton w sposób całkowicie normalny, jakby opisywał co zjadł wczoraj na śniadanie lub jaki program telewizyjny obejrzał, przybliża sposoby szprycowania się i funkcjonowania całej tej machiny przy cichej akceptacji "góry". Jak to było kurde, możliwe, jak? Albo wtedy gdy tłumaczy, że wszystko działało w trybie zerojedynkowym: albo się przyłączasz i bierzesz, albo wypadasz z gry. I gdy pisze, że każdy kto chce osądzać sportowców, którzy sięgnęli po doping, powinien najpierw postawić się w ich sytuacji. Całe życie harujesz na sukces i nagle musisz dokonać wyboru: rzucam to i wracam do domu albo walczę dalej. A co Ty byś zrobił? 

I jeszcze w innym miejscu oderwałam wzrok od książki. Gdy Hamilton pisze - jakkolwiek banalnie to zabrzmi - że dopiero prawda go uzdrowiła i wyzwoliła. Że dopiero wówczas, gdy wyrzucił z siebie skrywane przez 10 lat tajemnice, gdy przyznał się rodzicom, gdy publicznie przeprosił za swoje postępowanie i kłamstwa oraz zaczął działać na rzecz oczyszczania sportu - dopiero wtedy odżył i zaczął głęboko oddychać. Prawda silniejsza niż doping...

Na szczęście my malutcy nigdy nie będziemy stawać przed takimi wyborami. I nigdy nie będziemy musieli odpowiadać na pytanie: Bierzesz czy wypadasz z gry?, Kładziesz się na podłodze autokaru czy wracasz do domu? Dla nas sport jest po prostu sportem. Czystą i prawdziwą przyjemnością męczenia się, sztuką gubienia i odnajdywania motywacji oraz pokonywania własnych słabości. Wolnością, radością, a czasem wielkim rozczarowaniem i wkurwem. Nic na siłę i nic za wszelką cenę... Po prostu.

9.12.2013

Gdy pąpki przestają już wystarczać...

Hmmm... Nie sądziłam, że tak dobrze czuć się będę w roli Ewy Ch. światka biegowo-triathlonowego.
  • Pąpuj! Piękno tkwi w Tobie, uwolnij je!
  • Jutro zacznij już dziś! Pąpuj!
  • Poka nam swoją pąpmetamorfozę!
  • Uwierz w siebie, naprawdę potrafisz zrobić tych 20 pąpek!
  • Razem zdziałamy cuda i wpąpujemy się na ten Everest! No!
A skoro tak mi idzie dobrze. Ba, skoro Wam tak dobrze poszło i wpąpowaliśmy na Everest szybciej niż się spodziewaliśmy oraz wyprzedziliśmy w tej rywalizacji Obozy Pąpkowe (przyznać się, kto wykopał tę szczelinę, w którą wpadli nasi rywale?). A więc, skoro uzbierało się nas prawie czysta sztuk (290 osób!), skoro bawimy się tak wybornie i przy tym dodatkowo szlifujemy swoją formę i wyginamy śmiało ciało, to czemu nie chcieć więcej? I obok pąpęk nie zacząć trzaskać brzuszków? Tfu, brzószków? No kto nam tego zabroni? No kto? :) Jesteśmy przecież tacy piękni! Tacy wspaniali! Najlepsi!

Ale zanim wtajemniczę Was w szczegóły nowej zabawy - rozwiązanie kąkursu "Poka swoją pąpkę"

Kto nie skacze ten pąpuje, pąp, pąp, pąp!
Pierwsze miejsce w naszym kąkursie zajęła Ewa. A dlaczego ona? Zobaczcie sami, Ewa otrzymuje od nas złotą pąpkę oraz koszulkę z limitowanej edycji Smashing Pąpkins.


I drugie pierwsze miejsce zajął Piotrek. I chyba też nie muszę pisać dlaczego. Do Piotrka niczym pocisk armatni wędruje koszulka Smashing Pąpkins. Fiuuu, ziuu!



Skontaktujcie się z nami w celu ustalenia szczegółów. Dodam tylko, iż nagrody zostaną wręczone osobiście :) Gratulacje dla Was, a dla pozostałych ogromne podziękowania za udział w zabawie! Oczywiście, z innych nadesłanym materiałów już niebawem zmontujemy (tj. Wybiegany zmontuje) i przygotujemy specjalny pokaz filmowy.

W 400 tysięcy dookoła świata

A więc, wspólnie z Krasusem, Wybieganym, Błażejem Suchą Szosą oraz Olkiem i Agnieszką - kapitanami drużyny ObozyPompkowe.pl zapraszamy Was w niezwykłą podróż dookoła świata. Razem przemierzać będziemy pustynie lenistwa, walczyć z huraganami niemocy, cieszyć się wspaniałymi wschodami słońca i formy oraz kombinować jak tu wydłużyć dobę przy tylu różnych strefach czasowych... Będzie to podróż niezapomniana i jedyna w swoim rodzaju. Nie tylko dlatego, że odbędziecie ją z nami :) Sounds good? No to zapraszam na pokład!


Zasady i instrukcje czyli wszystko to, czego nikt nie czyta ;)

W zabawie „W 400 tysięcy dookoła świata” trenujemy cztery dni w tygodniu, dwa razy robimy pompki i dwa razy brzuszki. Przy czym ćwiczymy je na zmianę, jednego dnia pompki, a kolejnego brzuszki (to dobre pod kątem treningu i regeneracji mięśni). Tydzień trwa od poniedziałku do niedzieli, a w tygodniu wykonujemy maksymalnie cztery treningi (dwa pompkowe i dwa brzuszkowe). Sugerujemy oczywiście jakieś przerwy pomiędzy dniami treningowymi, ale nie są one obowiązkowe. Znów robimy pięć serii z 90-sekundowymi przerwami. Sześć serii przeznaczone jest dla osób, które za jednym razem, bez przerwy na odpoczynek są w stanie wykonać co najmniej 60 powtórzeń brzuszków lub pompek. Oczywiście każdy oddzielnym torem robi brzuszki i pompki, zależnie od poziomu zaawansowania w danym ćwiczeni.

RegÓlamin
  1. „W 400 tysięcy dookoła świata”, to rozpoczynająca się 10 grudnia 2013 r. zabawa sportowa, w której dwie drużyny: ObozyPompkowe.pl oraz Smashing Pąpkins rywalizują o to, która pierwsza za pomocą brzuszków i pompek okrąży ziemię (40 tys. km). Jedno poprawnie wykonane powtórzenie to 0,1 km, zatem do okrążenia globu trzeba wykonać 400 tys. ćwiczeń. 
  2. T.renujemy cztery dni w tygodniu: dwa razy robimy brzuszki i dwa razy pompki (jak ktoś nie lubi jednego z ćwiczeń, to wykonuje tylko to co lubi, ale maksymalnie dwa razy).
  3. Tydzień zaczyna się w poniedziałek i kończy w niedzielę. 
  4. Każdego dnia treningowego wykonujemy pięć lub sześć serii brzuszków/pompek z 90-sekundowymi przerwami pomiędzy nimi. Można korzystać z przytoczonego poniżej planu treningowego, ale nie jest on obowiązkowy. Sześć serii mogą robić osoby, których rekord liczby wykonanych bez odpoczynku (przerwy) brzuszków/pompek wynosi 60 lub więcej oraz ci, którzy trenują wg przytoczonego planu i plan przewiduje danego dnia sześć serii.
    Kobiety, które nie są w stanie bez odpoczywania zrobić pięciu klasycznych pompek, mogą robić tzw. pompki damskie. Mogą, ale nie muszą. 
  5. Brzuszki wykonujemy w sposób zaprezentowany na filmie:
  6. Proponujemy rozpoczęcie od testu brzuszkowego i pompkowego: po rozgrzewce robimy jak najwięcej brzuszków/pompek i zapamiętujemy liczbę. Na jej podstawie można rozpocząć plan treningowy (poniżej) od danego tygodnia. Test nie jest obowiązkowy, można trenować wg własnej rozpiski, ważne by robić to zgodnie z zasadami opisanymi w pkt 1.
  7. Ćwiczenia wykonujemy płynnie, bez odpoczywania w danej serii, skupiając się na poprawności wykonania. Jeżeli w czasie robienia brzuszków zaczynają boleć Cię plecy, to znaczy, że brzuch już nie trzyma sylwetki – czyli brzuch się zmęczył i przyszła pora na zakończenie serii/treningu.
  8. Każdy uczestnik zabawy dołącza do jednej z dwóch drużyn: ObozyPompkowe.pl lub Smashing Pąpkins.
    UWAGA: Wykluczona jest obecność w obu drużynach. 
  9. Ćwiczenia zliczamy w aplikacji Endomondo jako sport wybierając „inne”. Każde powtórzenie zapisujemy jako 0,1km. Tak samo zapisujemy brzuszki jak i pompki. Jeśli danego dnia zrobisz 45 pompek, zapisujesz to jako 4,5 km, a 88 brzuszków to 8,8 km. 
  10. Zasady w skrócie: dwa razy w tygodniu robimy brzuszki i dwa razy w tygodniu  pompki (nie wykonujemy dwóch treningów tego samego dnia). Zależnie od poziomu zaawansowania robimy pięć lub sześć serii, a pomiędzy seriami musi być 90 sekund przerwy. Ćwiczenia wpisujemy do Endomondo jako “inne”. Jedno powtórzenie to 0,1km. Można oczywiście trenować mniej, ale nie można więcej. 
Plan treningowy czyli jak zostać przynajmniej BrzóchDocętem / PąpDocętem
Oto proponowany przez nas plan treningowy do robienia brzuszków i pompek (oczywiście można być w innym miejscu z brzuszkami, a w innym z pompkami). Na początek warto zrobić test, aby zobaczyć na jakim obecnie znajdujemy się poziomie wtajemniczenia. Czyli - po krótkiej rozgrzewce robimy tyle brzuszków/pompek, ile tylko damy radę. Pamiętamy o poprawności wykonywanego ćwiczenia i o tym, by robić je płynnie, bez przerw. Jak poprawnie robić pompki pisałam tutaj, jeśli zaś chodzi o brzuszki to najważniejsze, by nie wyginać pleców, tylko je odpowiednio zrolować, by nie "upadać" w drodze powrotnej, by odpowiednio ułożyć nogi i głowę - Aga wyśmienicie wszystko tłumaczy na filmie. Obejrzeć, zapamiętać, powtórzyć!

Aha, i jeśli nie uda Wam się zrealizować wszystkich treningów z danego tygodnia lub nie dajemy już rady zrobić wszystkich powtórzeń w serii, zgodnie z planem, trzeba powtórzyć dany tydzień. I nie można się za bardzo przejmować z tego powodu – organizm potrzebuje czasu, aby przyzwyczaić się do takiego wysiłku. Nawet Wasz organizm ;)

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 1-6 powtórzeń:
Tydzień 0, dzień 1: 1, 2, 3, 2, max ale nie mniej niż 1
Tydzień 0, dzień 2: 2, 3, 3, 3, max ale nie mniej niż 2
Dopiero zaczynasz więc jesteś BrzóchStarter / PąpStarter! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 7-10 powtórzeń:
Tydzień 1, dzień 3: 2, 3, 4, 4, max ale nie mniej niż 2
Tydzień 1, dzień 1: 3, 4, 4, 4, max ale nie mniej niż 3
Jesteś już BrzóchBeginner / PąpBeginner! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 11-14 powtórzeń:
Tydzień 2, dzień 2: 4, 4, 5, 4, max ale nie mniej niż 4
Tydzień 2, dzień 3: 5, 5, 6, 5, max ale nie mniej niż 5
Jesteś już BrzóchCadet / PąpCadet! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 15-18 powtórzeń:
Tydzień 3, dzień 1: 6, 6, 7, 6, max ale nie mniej niż 6
Tydzień 3, dzień 2: 7, 7, 8, 7, max ale nie mniej niż 7
Jesteś już BrzóchSkaut / PąpSkaut! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 19-23 powtórzeń:
Tydzień 4, dzień 3: 8, 8, 9, 8, max ale nie mniej niż 8
Tydzień 4, dzień 1: 9, 9, 11, 10, max ale nie mniej niż 9
Jesteś już BrzóchZuch / PąpZuch! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 24-27 powtórzeń:
Tydzień 5, dzień 2: 10, 10, 12, 11, max ale nie mniej niż 10
Tydzień 5, dzień 3: 11, 11, 13, 12, max ale nie mniej niż 11
Jesteś już BrzóchAs / PąpAs! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 28-30 powtórzeń:
Tydzień 6, dzień 1: 12, 12, 14, 13, max ale nie mniej niż 12
Tydzień 6, dzień 2: 13, 13, 14, 15, max ale nie mniej niż 13
Jesteś już BrzóchDżoker / PąpDżoker! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 31-35 powtórzeń:
Tydzień 7, dzień 3: 14, 14, 16, 14, max ale nie mniej niż 15
Tydzień 7, dzień 1: 15, 15, 16, 17, max ale nie mniej niż 15
Jesteś już BrzóchHiroł / PąpHiroł! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 36-40 powtórzeń:
Tydzień 8, dzień 2: 16, 16, 18, 18, max ale nie mniej niż 16
Tydzień 8, dzień 3: 17, 19, 17, 18, max ale nie mniej niż 17
Jesteś już BrzóchGóru / PąpGóru! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 41-49 powtórzeń:
Tydzień 9, dzień 1: 19, 21, 20, 19, max ale nie mniej niż 19
Tydzień 9, dzień 2: 21, 21, 23, 21, max ale nie mniej niż 22
Jesteś już BrzóchCzempion / PąpCzempion! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 50-59 powtórzeń:
Tydzień 10, dzień 3: 23, 25, 23, 24, max ale nie mniej niż 24
Tydzień 10, dzień 1: 20, 20, 30, 20, 20, max ale nie mniej niż 20
Jesteś już BrzóchTrainer / PąpTrainer! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 60-69 powtórzeń:
Tydzień 11, dzień 2: 20, 20, 35, 20, 25, max ale nie mniej niż 20
Tydzień 11, dzień 3: 20, 20, 40, 25, 25, max ale nie mniej niż 20
Jesteś już BrzóchMiszcz / PąpMiszcz! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 70-79 powtórzeń:
Tydzień 12, dzień 1: 20, 25, 35, 30, 30, max ale nie mniej niż 20
Tydzień 12, dzień 2: 30, 30, 40, 30, 20, max ale nie mniej niż 20
Jesteś już BrzóchDocęt / PąpDocęt! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 80-89 powtórzeń:
Tydzień 13, dzień 3: 30, 30, 45, 20, 35, max ale nie mniej niż 20
Tydzień 13, dzień 1: 20, 40, 30, 50, 30, max ale nie mniej niż 30
Jesteś już BrzóchProfesor / PąpProfesor! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 90-99 powtórzeń:
Tydzień 14, dzień 2: 20, 35, 50, 32, 40, max ale nie mniej niż 30
Tydzień 14, dzień 3: 20, 30, 60, 30, 50, max ale nie mniej niż 26
Jesteś już BrzóchWinner / PąpWinner! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 100-109 powtórzeń:
Tydzień 15, dzień 1: 30, 40, 50, 60, 40, max ale nie mniej niż 40
Tydzień 15, dzień 2: 30, 45, 55, 65, 50, max ale nie mniej niż 40
Jesteś już BrzóchChief / PąpChief! 

Zacznij od tego tygodnia, jeśli jednorazowo robisz maksymalnie 110-119 powtórzeń:
Tydzień 16, dzień 3: 30, 50, 60, 76, 60, max ale nie mniej niż 50
Tydzień 16, dzień 3: 30, 55, 65, 80, 60, max ale nie mniej niż 55
Jesteś już BrzóchMaster / PąpMaster!

 Jeśli robisz więcej niż 120 powtórzeń jednorazowo - spróbuj zostać PąpMasterChief:
Tydzień 17, dzień 3: 30, 50, 60, 76, 60, max ale nie mniej niż 50
Tydzień 17, dzień 3: 30, 50, 60, 76, 60, max ale nie mniej niż 55
Ranyboskie! Naprawdę jesteś już BrzóchMasterChief / PąpMasterChief! 

Zapraszam na stronę wydarzenia "W 400 tysięcy dookoła świata" na Facebooku oraz do śledzenia postępów rywalizacji na Endo. Niniejszym podróż uważam za rozpoczętą, dozoba na pierwszym postoju! 

25.11.2013

Poka swoją pąpkę!

Ponoć internet się popsuł. I Facebook oraz Endomondo. Że niby ludzie nic innego nie robią, tylko pąpują i pompują oraz chwalą się swymi osiągami gdzie tylko się da. Nie do końca w to wierzę, ale ponoć naprawdę tak jest.

A jeśli tak jest, to przecież nie można obok tego przejść obojętnie, nie? I kąkurs musi być. Pąpkowy kąkurs dla setek ludzi (tak, tak! nie do końca w to wierzę, ale są nas setki), którzy razem z nami pąpują na Everest.

A kto jeszcze nie pąpuję, to z pewnością zacznie, bo obejrzeniu tego oto motywatora (by Wybiegany). KURTYNA!

Czad! Nie?

A więc. Poka swoją pąpkę!

W wannie, błocie, na basenie, dachu czy w piwnicy. Głową w dół, albo na pięściach może? Pokaż nam swoją pąpkę tudzież jej graficzną lub filmową inkarnację (nie dłuższą niż 30 s), a my - nieomylne żiri w składzie: Bo, Krasus, Błażej Suchą Szosą oraz Wybiegany - wybierzemy tę najbardziej pojechaną w kosmos, pąpkową pąpkę na świecie oraz nagrodzimy ją równie fajną nagrodą. Nagrodą w postaci ZŁOTEJ PĄPKI! Jak na nasze kąkursy przystało, liczy się pomysł, kreatywność, dowcip. Poza tym, co Wam będę tłumaczyć - musicie nas zachwycić, zafascynować, zaskoczyć! 

Prace konkursowe wrzucajcie proszę na ścianę wydarzenia na Facebooku lub przesyłacie na nasze e-maile (np. run.bo.blog@gmail.com), to my zrobimy to za Was. Konkurs trwa do północy 1 grudnia 2013 r. Autor najfajniejszej pracy otrzyma wspomnianą już złotą nagrodę, a ze wszystkich nadesłanych zdjęć, filmów, grafik zrobimy audiowizualny kolaż (w sumie to my zrobimy "kolarz") dokumentujący całą zabawę. Ponoć będą też nagrody niespodzianki, ale że nie do końca w to wierzę, to na Waszym miejscu również specjalnie nie przykładałabym do tego wagi.

Pąpkins Łerkaut

Hmm... A gdyby tak jeszcze, oprócz tej wirtualnej zabawy i rywalizacji z ObozyPompkowe.pl, popąpować wspólnie razem w realu? Hę? Dotknąć bicepsa Krasusa nie wspominając już o pomizianiu go po łydce oraz o trzaśnięciu wymarzonej słit foci? No i stanąć twarzą w twarz z kapitanem drużyny przeciwnej i odnieść zwycięstwo w tym pojedynku spojrzeń... Sounds good?

A więc, Warszawiacy i nie tylko, już teraz zapraszamy Was na Wielkie Pompowanie! Pola Mokotowskie, sobota 30 listopada, godzina 10.30. Będzie wspólny, integracyjny trening z Obozybiegowe.pl, na którym robienie pompek na milion sposobów będzie zaledwie jedną z wielu atrakcji...

Ale pamiętajcie, przede wszystkim kąkurs. Nie do końca wprawdzie wierzę, że zaskoczycie mnie swoimi pracami (mryg), tym bardziej więc kombinujcie, pstrykajcie się i nagrywajcie. Pokażcie światu swoją pąpkę!

15.11.2013

Trzecia najszybsza we wsi

Zaraz, zaraz. Coś mi tu nie gra. Dlaczego nie mam na sobie pianki? I czepka? I dlaczego wszyscy stoimy na ulicy, a nie jesteśmy w wodzie? Czekając na sygnał startu przed I Rzeszowską Niepodległościową Dychą (9 listopada 2013 r.) uświadomiłam sobie jak ja dawno nie startowałam w żadnym biegu! Takim co ramię w ramię stoimy z innymi, gadamy, podskakujemy dla rozgrzewki, klepiemy się po udach (swoich) oraz nerwowo zerkamy na garmina i trzymamy się za lewy nadgarstek (również swój). A nie, że samotnie wybiegam z T2 przekręcając na brzuch numerek, poprawiając czapkę i tłumacząc nogom, że teraz mają biec nie kręcić. Jak dawno... W czerwcu chyba ostatnio? A może w marcu? Tak, taki duży, prawdziwy, uliczny mój start to pamiętny marzec i mroźny Półmaraton Warszawski. Ale zleciało...  

Tego biegu na dychę tak naprawdę miało nie być. Bo kontuzja, bo Skarżyński i tłuczenie kilometrów, bo totalny brak formy i szybkości. No ale nie pobiec mam, jak ITBS puszcza (choć tak naprawdę to nie)? U siebie? Z hordą znajomych? Towarzysko tak, przetruchtać ? :)

No ale powiedz Bo, biegnij towarzysko to prawie życiówkę machnie, taka sytuacja :) A miała tylko przyzwoicie pobiec, tj poniżej 47 minut. Tak mówił plan minimum. Lekko zarysowany plan optymalny zakładał, aby przede wszystkim zacząć spokojnie i nie spalić się na pierwszych kilometrach, a potem się zobaczy. Plan maksimum nie istniał, gdyż po prostu nie było żadnych podstaw i danych, aby takowy przygotować. Oczywiście chciałam pobiec "najlepiej jak tylko potrafię", ale wiadomo, że czasem same chęci nie wystarczą... 

A wracając do tej atmosfery przed 3-2-1 bum, to jednak uwielbiam. Jest coś w tym takiego, żeby nie zabrzmiało zbyt górnolotnie - takiego... czarodziejskiego? Stoimy razem, łączy nas wspólna pasja, podobne doświadczenia treningowe, buty miewamy takie same czy bluzy. Ale potem każdy jest sam. Sam ze swym oddechem, bólem, założeniami startowymi i myślami. Sam walczy. I sam wygrywa.

I poszli!
Fot. Podkarpacki OZLA
Tak więc, bez żadnych specjalnych założeń i napinki udałam się na linię startu chłonąc atmosferę biegowego święta i dziwiąc się ilu to już biegaczy mamy w naszej metropolii. Blisko 700 osób! Noo, to już jest coś, fajnie. Wcześniej jeszcze banan, kilka rodzynek, podwójne sznurowanie butków, delikatna rozgrzewka, jestem gotowa, lećmy. Upewniłam się jeszcze jakie tempo zagwarantuje mi przyzwoity wynik, aha poniżej 4:40, Bo nie przynieś sobie wstydu.

Zadziwiające ile na pierwszym kilometrze człowiek ma siły i energii. Normalnie frunie ponad chodnikami, jest lekki, radosny, niebywale szybki, niczym z Kenii, chwilo trwaj. Ale mądra Bo, która nie raz doświadczyła już tego startowego haju, a potem ómierała na dalszej trasie, w tym akurat biegu zaciągnęła hamulec i udało się jej nie spalić początku. Pierwsze dwa kilometry po 4:26 całkiem najs, ale w takim tempie to nie pociągniesz Bo za daleko, prrr stój dzika bestio. Posłuchała, zwłaszcza że zaczęło wiać, oczywiście w twarz, więc nie było wyjścia.

A potem przypomniała o sobie rodzynka. Wiecie jak to jest, siedzi takie coś upierdliwe w gardle i nie daje spokoju. Po cholerę jadłam te rodzynki? Wiedziałam, że to moje łakomstwo kiedyś mnie zgubi, tylko czemu akurat teraz?

Następne kilometry bez szczególnej historii, złapałam rytm (tylko nie myśl o rodzynce), podczepiałam się pod jakieś barczyste plecy chroniące mnie od wiatru (że nieładnie tak?) i próbowałam nawiązać kontakt wzrokowy ze stojącymi obok w korku wściekłymi kierowcami, ale oni jakoś nie chcieli... I nastał podbieg. Tempo spadło, zaczęłam się ciut męczyć, rodzynka w gardle urosła do rozmiarów pomarańczy, ale przecież się teraz nie poddam, nie? Zobaczyłam jak znajomy Jacek mocno przyspiesza i wyprzedza innych i zapragnęłam być taka jak on. I udało się! Bo, jesteś szalona.

Myśl, że jest szansa na lepiej niż przyzwoity wynik pojawiła się ok. 7 km. Teraz już Bo nie ma przebacz. Pruj! 4:27, 4:21, 4:20, a w końcówce to nawet 2:37, choć to akurat uznaję to za dobry garminowy żart, hahaha. Oraz tętno maksymalne 200, a byłoby więcej, gdybym kilkaset metrów przed metą nie zsunęła opaski, bo totalnie brakowało tchu. Jak gnać to gnać, nie? Ma się tę pikawę i serce do biegania.

O, tutaj się pojawiła myśl "Gnaj"
Fot. Wojtek Maryjka
I tylko szkoda, że nie było pełnej dychy, bo byłaby oficjalna życiówka na 10 km w okolicach 44 i pół. Ale i tak jestem mega zadowolona, że tak to się ładnie poukładało i 9,7 km pokonałam w czasie 42:52. Aż strach pomyśleć, co by było gdybym się do tego biegu przygotowała oraz była w pełni sił i zdrowia. I gdyby nie ta rodzynka. Normalnie strach myśleć...

I jeszcze aby pudłowej tradycji stało się zadość: 3 miejsce w kategorii wiekowej oraz chlubne miano 3 najszybszej Rzeszowianki. I chodzę teraz po ulicach dumna jak paw chełpiąc się swoim osiągiem. Trzecia najszybsza we wsi! A oprócz fajnego, ciężkiego medalu i pucharka, voucher na 100 zł do sklepu Sony, bezpłatne badanie kropli żywej krwi (cokolwiek to jest i znaczy) oraz wizyta w Centrum Terapii Funkcjonalnej (grunt to dobrze życzyć biegaczowi).

I chyba sezon 2013 oficjalnie mogę już uznać za zakończony. Sezon nauki, postępów oraz radości z każdego kroku naprzód. Sezon spełnionych marzeń i zrealizowanych celów. Sezon życiówek. Sezon sprowadzających na ziemię kontuzji, które jednak na nowo pozwalają cieszyć się biegową codziennością. Sezon zmian i niespodzianek. Sezon ambitnych planów na przyszłość.

Ale o tym wszystkim w następnym odcinku...