1.10.2012

Bo Bohaterką. Nie tylko Narodowego ;)

Sama nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że mission complete (yeah!!!)? A może od tego, że bolało, i że wygrałam (tak, wygrałam) ten bieg głową? A może od tego, jak łzy płynęły mi ze szczęścia, gdy wbiegałam na Narodowy i że takie ciary, jakich ja nigdy dotąd? A może trzeba zacząć od podziękowań dla kibiców, tych na i pod mostem Poniatowskiego, na Ursynowie, na ul. Puławskiej oraz głośnego i fantastycznego dopingu na ostatnich kilometrach? Oraz dla moich strategicznie rozstawionych na trasie trzech czterech kibiców własnych? Albo, że generalnie fajna to impreza była? Albo, że mam dwie wiadomości: dobrą i złą? No nie wiem. Może zacznę więc najprościej. Czyli od początku.

Strategia na 34. Maraton Warszawski była prosta. Znając swą porywczą naturę biegaczki i nieumiejętność trzymania równego tempa, postanowiłam jak rzep uczepić się doświadczonych i mądrych Zajęcy prowadzących na 3 godz. 45 minut i nie puszczać ich do 30 lub 35 km. Potem ocenić miałam siły i albo przyspieszyć, albo walczyć o przetrwanie. Ale kiedy po jednej rozgrzewkowej przebieżce dochodziłam do siebie ponad minutę, to czułam, że to raczej nie będzie mój dzień. I że pewnie przyjdzie mi jednak walczyć o przetrwanie.

O swych rozterkach zapomniałam szybko, gdy tuż przed strzałem startera (którego niestety nie było specjalnie słychać) zabrzmiał "Sen o Warszawie" (tak, znowu się wzruszyłam), a potem gdy stopniowo dochodziliśmy do linii startu (w małym zamieszaniu co prawda) to już całkiem nie było miejsca na marudzenie. To się dzieje Bo! Naprawdę biegniesz swój drugi maraton! Run! (serio tak sobie gadam, pomaga). Zapipczała mata i let's go!


No i ruszyłam za Zającami. Było ciasno, ciągle albo ktoś mi, albo ja komuś skrobałam marchewki. No ale biegliśmy. Potem po kilku kaemach Panom Zającom zaplątały się baloniki. I jak je w biegu zaczęli rozwiązywać zwalniając do tempa ponad 6:00 stwierdziłam, że lecę swoje, bo nie mam zamiaru nadrabiać tego potem 2 razy szybciej. I znalazłam kolegę Sławka, z którym biegliśmy miło i równo kilka następnych kilometrów. Potem dogoniła nas grupa 3:45, Sławek postanowił biec swoje, a ja przez jakiś czas trzymałam się z Zającami (nie za nimi, ale tuż przed całą grupą). A potem jakoś jednak złapałam swoje - wówczas dość komfortowe - tempo w okolicach 5:10-5:15, włączyłam tempomat i stopniowo oddalałam się od Zajęcy.

Czyli jednak sama. Bo ja - zdaje się, że już mówiłam - to chyba jednak wolę biec sama. Bez napinki, bez odpowiedzialności i stresu, że odstaję w tę czy tamtą stronę. I zerkając raz po raz na garmina kontrolowałam tempo i biegłam swoje w okolicach 5:15. Czyli z drobnym zapasem na ostateczny wynik 3:45. Kilometry mijały, 12 km i żel, 15 km, potem transparent "Jeszcze tylko 25,5 km", półmetek. Dobrze mi się biegło. Nie jakoś specjalnie lekko (ustalmy, w tym tempie nie biegnie się lekko), ale było ok. Była radość, uśmiechanie się do obiektywów, machanie do kamery, darcie się do znajomych, gdy mijaliśmy się na agrafce, przybijanie piątek kibicującym dzieciom i zagadywanie do innych biegaczy (nie za dużo i często, ale z nudów po prostu czasem tak wychodzi).

Potem wbiegliśmy do zamkniętego i niedostępnego na co dzień Parku w Natolinie. Las, kostka brukowa i spory podbieg. Niektórzy przechodzą w marsz, inni zwalniają i to bardzo, ja staram się ciągnąć swoje i chcąc nie chcąc wyprzedzam całkiem sporą grupę biegaczy. Udało się, straciłam trochę, ale nie tyle co inni, więc jestem dobrej myśli. 25 km i żel.

I kurna nastał 27 km. Zaczęło boleć - łydki, uda, pośladki, brzuch. No nieźle pomyślałam, coś za wcześnie jak na ścianę. To ci się zdaje Bo, ściana nie występuje na tym etapie maratonu, ściany nie ma, a w ogóle jaka ściana, nie marudź tylko leć. W końcu to na 30 km masz ocenić co dalej, więc przynajmniej musisz do tego momentu dobiec. A dodam, że pogoda nie ułatwiała sprawy, słońce naparzało, a porywisty wiatr niewtymkierunkucotrzeba naprawdę odbierał siły i nadzieję na wszystko (doszło nawet do tego, że zaczęłam uprawiać drafting chowając się za plecy jakiś barczystych i wysokich biegaczy). I na tym trudnym i wydawało się niekończącym się etapie trasy, bardzo pomogli nam kibice z Ursynowa, gdzie zorganizowano specjalną strefę i panowała tam iście piknikowa, radosna i motywująca atmosfera. Dziękować z całego serca, dziękować!

Na 30 km stwierdziłam, że o przyspieszaniu to raczej pomyślę innym razem, a teraz najważniejszym zadaniem jest "tylko" utrzymywanie tempa. Tylko. Motyla noga, naprawdę było ciężko. Odliczałam sobie fragmenty: do świateł, do zakrętu, do punktu z wodą i do następnych świateł. Doping pomagał, ale niestety tylko doraźnie.

32 km. Coraz bardziej boli. Ale wciąż jadę, paliwa nie odcina, więc jest całkiem wporzo. Bo, wytrzymaj do 35 km i potem zobaczymy. Utrzymuj tylko tempo, jeśli nie poniżej to choć w okolicach 5:20. Auć, boli coraz bardziej. Niektórzy biegacze przechodzą w marsz, inni rozciągają się z boku próbując walczyć ze skurczami. Na 33 lub 34 km mijam maszerującego Pawła, oczywiście klepię go po ramieniu, krzyczę "Dawaj chopie, do roboty!", On patrzy na mnie jak na idiotkę (???) i... maszeruje nadal. A ja biegnę, i to - o dziwo - coraz pewniej i szybciej. Niebywałe, ale ta słabość i niemoc innych - mi właśnie dodawały sił. Nie wiem jak to wytłumaczyć... Chyba nie jestem wampirem energii? ;)

35 km i ostatni żel. No dobra, na czym to my stoimy? Bo, może dasz radę podkręcić, hę? Dałam radę. Przez kilometr. Na więcej niestety zabrakło sił. No dobra, nie od razu Rzym zbudowano, nie musimy dziś łamać 3:30, utrzymujmy tempo w okolicach 5:20 do 40 kilometra i będzie dobrze. Przecież stamtąd widać już Narodowy i poolecisz! Boli? To przypomnij sobie, co mówił Scott Jurek (skończyłam czytać w wieczór przed maratonem) - dopiero za tym bólem tkwią nowe pokłady siły i energii. Boli? A kto mówił, że nie będzie bolało? Walcz. I walczyłam. Byłam tak cholernie zmotywowana, zdeterminowana, wkurzona na ten maraton, że po prostu nie mogłam mu teraz odpuścić. Biegłam głową. A potem faktycznie, gdy zobaczyłam Narodowy to był jeden wielki kop. Ostatnie 2 kilometry przemkłam w tempie 4:55. Kosmos!

A kto tam spogląda przez dziurkę od medalu? 
A jak wbiegałam na Narodowy, gdy jeszcze jakiś chłopak krzyknął "dawaj, dawaj blondyna" (hihi), gdy zobaczyłam mnóstwo ludzi na trybunach i wbiegłam w szpaler wychylających się w kierunku biegaczy kibiców klaszczących i drących się w niebogłosy, to po prostu wymiękłam. Taka euforia, takie szczęście, taka radość i ciary, że nie da się tego opisać. Triumfując, z rękami w górze przebiegłam linię mety z czasem 3:42:36 netto (średnie tempo 5:15). 47 wśród ponad 700 kobiałek! Popłakałam się. To było prawdziwe zwycięstwo. Nad bólem, brakiem sił, zmęczeniem i diabelskim głosem, że nie dam rady. Prawdziwa Bo Bohaterka. Bohaterka nie tylko Narodowego. Bohaterka Wszystkiego! :)))

Żeby nie było, że coś ściemniam. Czas brutto się wyświetla.
Czy mogłam pobiec lepiej, szybciej, mądrzej? Nie mam zielonego pojęcia ;) Starałam się trzymać równe tempo przez cały czas i obie połówki wyszły mi prawie identyczne. Może nie powinnam opuszczać Panów Zajęcy? Może faktycznie przed półmetkiem było ciut za szybko i przez to nie mogłam wykrzesać już z siebie dodatkowych mocy na podkręcenie w końcówce? A może ten podbieg w Natolinie za ostro? Albo zbyt dużo energii traciłam na "komunikację z otoczeniem"? A może jednak ja pobiegłam dobrze? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Najważniejsze jednak, że się udało. Zrealizowałam plan, złamałam 3:45 ze sporym i imponującym mi zapasem. Zrobiłam to!
Medal. Niby fajny bo kolorowy. Ale ja wolałabym większy i cięższy ;)
I to jest właśnie ta dobra wiadomość. Że się udało, że mam wiarę, siłę, męstwo i że moja psyche potrafi zdziałać cuda. I że jestem w związku z tym wielka, wyjebista i boska. Ale mam też złą wiadomość. Szybciej to ja już nie pobiegnę. Nie potrafię, nie da się, fizyka i biologia mają swoje prawa. A szkoda wielka, bo gdy tak paczę na te maratony, podziwiam kolegów i szybsze koleżanki, kalkuluję i sprawdzam wyniki, to stwierdzam, że dopiero 3:39 to taki fajny wynik jest. Bardzo fajny. Który aż się prosi, aby o niego powalczyć na wiosnę... ;)

<fotki będą, jak wykopię>

28.09.2012

No to lecem!

<No po prostu musi być kolejny wpis, pod którym można mi życzyć powodzenia ;)>
A więc niech się dzieje! Maratonie przybywam!

Wzięłam się w garść i już nie jojczę. Trzy razy przeczytałam wpis kgb (ależ to jest pięknie napisane! jeszcze sobie potem poczytam kilka razy) no i podbuzowana jestem! Podjarana na maxa. Leeet's go Bo!

A czy się uda, czy nie zrealizować plan 3:45 - who cares? W końcu kamon, biegnę swój drugi maraton! (no i się znowu w tym momencie wzruszam). Ponad 2360 kilometrów przebiegniętych od stycznia, nie mniej niż cztery, a zazwyczaj pięć treningów w tygodniu, mróz, upał, deszcz, bolące biodra, kolana i stopy, zakwasy. Długie godziny przed lustrem w biegowych stylizacjach. Ciągła walka z diabłami oraz organizowanie życia, tak by zawsze znaleźć czas by potruchtać... Nie. To nie przebiegnięcie maratonu czyni mnie mocniejszą. To małe kroczki, kroki, susy, którymi się do niego zbliżam, dopiero tak naprawdę sprawiają, że rosnę.

Czy zrobiłam wszystko, aby dziś móc powiedzieć sobie, że zrobiłam wszystko? Pewnie nie. Zabrakło treningów uzupełniających i siłowych, zdarzało mi się skracać te cholerne interwały, czasem był zbyt owczy pęd, a czasem zupełna stagnacja. Ale zrobiłam naprawdę dużo. A oceniając mój ostatniotygodniowy brak mocy, może się nawet i przetrenowałam. Bo przecież zawsze musi być dalej, szybciej, więcej.

Ale lecem! Co ma być to będzie. Proponuję tak: ja w niedzielę robię swoje najlepiej jak tylko umię (i nie robię dramatu, gdy się nie uda). A Wy kibicujecie realnie bądź wirtualnie i po 12.30 ze wszystkich sił dmuchacie w stronę Narodowego. Stoi?

Aha. I będę jednak na czarno.

25.09.2012

Pomożecie?

Słuchajcie Warszawiacy, przyjezdni i okolica. Jest sprawa. Pewnie nie wszyscy wiecie, ale w najbliższą niedzielę blisko 8 tys. ludzi biegać będzie po Warszawie. 30 września odbędzie się 34. Maraton Warszawski. I potrzeba nam kibiców.

Powiecie zapewne, w dupie was mamy. Po lesie sobie biegajcie, biegacze wy &#@&^%$@#$! Nie blokujcie nam ulic, mostów i wiaduktów! Sio za miasto i na wieś! Pozwólcie normalnie - jak każdej niedzieli - dotrzeć nam spokojnie do kościoła, na plac zabaw, nad Wisłę lub chociaż do galerii handlowej. Poza tym - jak zwykle od ponad 30 lat - nikt nas o tym maratonie nie uprzedził. Won!

A ja Wam powiem: kibicujcie! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo bardzo bardzo możecie nam swym dopingiem pomóc. I sprawić, że wielomiesięczne przygotowania uwieńczymy fantastycznym zwycięstwem. Ba, stać się może nawet coś więcej. Nie nam, ale Wam. Bo widząc nasz trud, wysiłek, ale i ogromną biegową radość oraz wiatr we włosach, sami zechcecie pobiegać. I pobiegniecie. Wiem to.

No. To skoro już Was przekonałam, to teraz konkrety. Jak można?

Po pierwsze primo zapoznajcie się z trasą 34. MW, by wiedzieć gdzie nas znaleźć (oraz ew. dla tych co nas nie lubią - jak ominąć). Jeśli zaś chcecie wiedzieć, o której godzinie w danym miejscu przebiegać będzie osoba celująca w konkretny czas (np. ja - na 3:45) skorzystajcie z tego ustrojstwa. Kibicować można albo wzdłuż trasy, albo na mecie, na płycie Stadionu Narodowego, który 30 września podczas trwania imprezy będzie dla wszystkich otwarty. Weźcie ze sobą dzieci, żony, kochanki, rodzeństwo, dziadków, znajomych i sąsiadów. Zróbcie tłum!

A po drugie primo, w kibicowaniu to już pełna dowolność np.
  • klaszczecie (tak długo, jak tylko się da)
  • wyczytujecie imiona z numerów startowych przypiętych do naszych koszulek i drzecie się się np. "Dawaj Bo! Ale super lecisz", "Jesteś naaaajlepsza!"
  • a jeśli bez imion, to choć po koszulkach np. "Brawo dla pani w różowym" (jeszcze nie wiem czy będę w różowym czy w czarnym, poinformuję w swoim czasie)
  • specjalne dopingujcie kobiałki - te okrzyki mobilizują nie tylko nas, ale i facetów (zwłaszcza gdy ich wyprzedzamy)
  • na tacy można mieć dla nas kostki cukru, czekoladę, kawałki pomarańczy i nas tym częstować (ale trzeba mieć tego sporo)
  • przybijacie biegaczom piątki i inne żółwiki
  • z boomboxa można też puszczać zapętlone powersongi np. to
  • masz gwizdek? gwiżdź!
  • masz wuwuzelę? dmij!
  • masz bęben? bębnij!
  • masz chorągiewkę? machaj! a kołatką kołocz!
  • na prześcieradle wysprejujcie na ten przykład "Run Bo!" albo jakiś inny transparent z motywującym i śmiesznym hasłem wykombinować można (np. świetny tekst z Cracovia Marathon "Obiad o 12.00")
  • samicośwymyślcie
Co się będę rozpisywać. Łomot trzeba zrobić. Hałas, radość wielką i entuzjazm, abyśmy zapomnieli o bolących stopach, sztywniejących mięśniach, zmęczeniu i niedajboże ścianie jakiejś nie do pokonania. Wielu z nas spełniać będzie swe marzenie i jednocześnie toczyć ogromną walkę ze słabościami, niemocą, brakiem sił i wiary. Oraz głosem, że nie dam rady. Pomóżcie nam swym dopingiem go zagłuszyć!

I jeszcze jedno. Tak, to oczywiste - przepięknie i szybko biegają ci z początku stawki. Ale to nam, całemu 8-tysięcznemu ogonowi doping jest najpotrzebniejszy. Szczególnie na ostatnich kilometrach. I to dla nas zdzierajcie gardła.

Za co niniejszym bardzo dziękuję prosząc równocześnie o trzymanie kciuków zwłaszcza za taką jedną ;) Najprawdopodobniej w różowym. Lub czarnym.

20.09.2012

Gadamy sobie

- Bo, dasz radę, jesteś twardzielką, nie takie rzeczy już przecież robiłaś, poza tym kto, jeśli nie ty ;) Będzie dobrze, bobrze. Solidnie przebiegałaś ten czas, musi się udać.
- Nie dasz rady Bo. Nie łudź się, jesteś ambitna, ale niestety to nie wystarczy. Fajnie, że masz marzenia, ale sorry. Nie będzie 3:45. Jeśli pobiegniesz tak jak w kwietniu to i tak będziemy się cieszyć. 3:44 byś chciała? LOL!

I tak mam od tygodnia. Gadamy sobie. Jednego dnia wierzę, bardzo wierzę, innego jest totalny dół.

Od ściany do ściany. Jak jest wiatr we włosach i gdy slalomem mknę pomiędzy spacerowiczami widząc fajne tempo na garminie i czując, że mam moc i siłę, to wierzę.
Ale jak sobie pomyślę, że wcale nie człapiąc (czytać: zapieprzając) przebiec mam tak 42 km, na dodatek po nudnym, płaskim i asfaltowym terenie (tak, tak, zblazowało mnie hasanie po górkach), jak słucham i czytam relacje o syndromie drugiego maratonu i związaną z nim porażką, jak obserwuję staty innych planujących podobny jak ja acziwment i jak kurna widzę ich spokój - to wiem, że się nie uda.

I oczywiście boję się jak diabli. Odliczam, kalkuluję, sprawdzam pogodę. Wizualizuję i wzruszam się widząc siebie na tym Narodowym. Czy uniosę ręce do góry? Czy na kolana padnę? Wyczerpana? Wściekła? Szczęśliwa? I czy radość będzie?

9 dni. Biegam wciąż sporo (wyjdzie w tym tygodniu z 70 km) - ale plan każe, sługa musi, zwłaszcza jak jest moc. Dopiero w przyszłym mam zluzować - nie znam się, nie mam wiedzy, ufam temu planu, zobaczymy.
Zaczynam się opychać. Marzę, myślę, śnię. Na ten przykład wczoraj. Śniło mi się, że na trasie trzeba było zaliczać punkty kontrolne i to gdzie? w akademiku jakimś... I że chip we włosy wpleść miałam. Cóż, interpretacji nawet nie szukam.

Wiem, że nic się nie stanie, jak się nie uda. Nic się nie stanie. Ale...
Pocieszać.

15.09.2012

Akcja regeneracja

Tydzień, calutkie 6 dni potrzebowałam, aby po biegu górskim w Krynicy dojść do siebie. Taki lajf, im człek starszy tym dłużej schodzi mu na wszystko - na regenerację też. A pamiętam jak dziś, gdy styrana po prowadzeniu kilku godzin fitnessu pod rząd potrafiłam rano budzić się rześka i wypoczęta. Pamiętam, gdy po wywrotce na rowerze wystarczyło otrzepać kolana, by dalej mknąć przed siebie. Albo jak strupki z "niewielką" tylko moją pomocą (kto nie lubi zdzierać strupków?) schodziły po dwóch dniach. Ehh... Te se ne wrati. Babciu Bo. Ne wrati.

No ale jezdem z powrotem. Ciut stęskniona za bieganiem, z wciąż szczykającym lewym biodrem-pośladkiem oraz (nowość!) z bolącym palcem u prawej stopy. Bo jakby ktoś nie wiedział, sport to zdrowie.

A akcja regeneracja przebiegała pod znakiem powolnego dreptania po 10 km w niedzielę i w poniedział, całkowitego zawieszenia biegania na wtorek i środę, próby biegania WB2 w czwartek (11 km w tempie 4:59, ale ciężko) oraz - i to jest najciekawsze - masażu. Prawdziwego! Pierwszego, nie licząc pakietowego masażu po Cracovia Marathon, prawdziwego, profesjonalnego masażu w mym życiu.
I nie był to masaż miły i relaksacyjny. Miejscami naprawdę bolało i było dość nieprzyjemnie. A miejscami - wręcz przeciwnie - śmiechota wielka, bo łaskotki mam straszne i normalnie myślałam, że nie wytrzymam, że zerwę się z tego łóżka, oby tylko jak najdalej od tego miziania i łaskotania. Ale twarda jestem, wytrzymałam. Masaż pomógł, nózie jakby lżejsze, zakwasów zero. Zapodam sobie jeszcze kilka takich sesji przed i po maratonie. A co! Może mi się nie należy? Z innych newsów to jeszcze rajtki rzekomo zgubione w Krynicy się znalazły. Na półce jak gdyby nigdy nic sobie leżały, proszęjaciebie. Dodam, że znalazły się w ten sam dzień, gdy ze sklepu przyszły nowe, identyczne, bo to moje ulubione rajtki są. Mam teraz dwie pary.

Jejku, jejku. Tik tak. Do maratonu zostało 14 dni. Zaczyna się stresik oraz nerwowe sprawdzane wszystkich dostępnych prognoz pogody. I kalkulacja, że chyba jednak porywam się z motyką na te 3:45. Ale czyż złoto nie należy się zuchwałym? Należy!

Tymczasem gorąco uprasza się o trzymanie kciuków za tych co jutro we Wrocławiu. Za Rudą i jej wymarzone 4:30, za moją koleżankę Jolę, która tym startem zdobywa Koronę Maratonów oraz za kolegę Leszka, który zapewne powalczy o złamanie trójki. I za wszystkich debiutantów, aby im gładko i miło poszło. Będzie dobrze, Bobry! Run!