9.09.2012

Między spokojem a szaleństwiem. Bieg 2,4 Dolin

Taki mi się poetycki tytuł wymyślił. Ale o tym spokoju i szaleństwie później, a Bieg 2,4 Dolin dlatego, że biegliśmy 1/3 długości Biegu 7 Dolin, więc 7 dzielone na trzy.... Choć tak nie do końca było to 1/3, bo dystans liczył dokładnie 35,6 km, i tych kilka kilometrów (zwłaszcza ostatnich po asfalcie) naprawdę robiło różnicę.

Nie będę pisać, jak bardzo podekscytowana byłam tym startem - to oczywiste, byłam niezmiernie. Po raz pierwszy w nocy, po raz pierwszy tyle kilometrów w górach i wg przewidywań - po raz pierwszy - taki długi nawet i 5-godzinny biegowy wysiłek fizyczny. Miałam więc rozterki nie tylko logistyczne (co, oprócz rac, do plecaka spakować), modowe (jak się ubrać), jedzeniowe (czy śniadanie jeść o godz. 1 w nocy, czy dzień wcześniej, wieczorem o godz. 21 i czy na żelach pociągnę tyle czasu), ale też sporo pytań dotyczących samego biegania i strategii na te zawody. Innymi słowy nie za bardzo wiedziałam jak rozłożyć siły, aby ten start był po prostu mocniejszym treningiem, który swoje zrobi i równocześnie pozwoli mi dobrze zregenerować się przed Maratonem Warszawskim.

Ale od początku. Do Krynicy przybyliśmy w piątek po południu. Faktycznie wszędzie ci biegacze. Odebraliśmy pakiety startowe (koszulka techniczna, taki plecak-worek z logo Festiwalu, czapeczka z daszkiem, różowa!, mlekołaki, lipcowe numery Runner's World i Men's Health, jakieś ulotki od sponsorów, numer startowy, kolorowe worki na przepaki), zjedliśmy po darmowym lodzie od Korala (już wtedy polubiłam ten Festiwal) i udaliśmy się do naszego apartamentu tj. na halę sportową. Znowu pełno tych biegaczy. Potem była jeszcze odprawa dla ultrasów, do których zaliczyli również nas pierwszaków planujących pokonać 33 km (czyli 35,5 km). Na odprawie oczywiście mnóstwo biegaczy, charakterystyka trasy i informacje organizacyjne. Ja zapamiętałam swoje: czerwony szlak i czarny worek (w nim pojechały moje rzeczy na metę) oraz limit 5 godz. 30 min, w którym pokonać muszę drogę do Rytra. Prawdziwi ultrasi mieli bardziej skomplikowanie: kolorowe worki na konkretne etapy, różne szlaki, przepaki, punkty kontrolne, odżywcze itd. Wieczorem w apartamencie zjadłam jeszcze bułkę i jogurt, spakowałam plecak i przygotowałam stylizację ciuchową na bieg, aby już o 21.30 leżeć w śpiworku ze stoperami w uszach czekając, aż Morfeusz weźmie mnie w swe objęcia. Nie zeszło mu długo. Zasnęłam i śniły mi się same głupoty.


2.00 w nocy dzwoni budzik. Ohmygod, czyli to już! Wstawaj Bo, szykuj się, przygoda czeka! Rachu, ciachu i byłam już na linii startu. Mimo, iż najpierw o godz. 3.00 startowali ultrasi na 100 km, potem po 10 minutach 66-kilometrowcy, a my dopiero o 3.20, przybyłam wcześniej - chciałam sobie po prostu pooglądać tych szaleńców. Popatrzyłam (z nieukrywanym podziwem i zazdrością) - wyglądali całkiem normalnie, ale niektórzy to mieli naprawdę fajne łydki... oraz życzyłam powodzenia tym co znam. I pooszli! A po 20 minutach my.

Spokojnie, z tyłu bez żadnego szaleństwa ruszyłam razem ze znajomymi, którzy planowali zrobić naszą trasę w ok. 5 godzin. Tupu tupu, no wolno biegniemy, tupu tupu, wolno. Bo, uspokój się, nie denerwuj, potraktuj to jako rozgrzewkę i zobaczymy co będzie dalej. Tupu tupu. Potem skręt w prawo i lekki podbieg. A oni już w marsz. No nie, tak to się bawić nie będziemy. Powiedziałam tylko "Strzałka! To ja uciekam, poczekam na Was ze śniadaniem w Rytrze". I pobiegłam po swojemu. Noo, teraz jest znacznie lepiej. Ja chyba jednak generalnie wolę biec sama.

Ciemność widzę. Ciemność!

I tak sobie biegłam, maszerowałam sama przez prawie cały czas. Sama, choć zawsze ktoś był w zasięgu wzroku. Najpierw była noc i wielki podbieg na Jaworzynę Krynicką. Tam głównie maszerowałam, a jak mi się już nudziło (nudne to łażenie) to podbiegałam kilkadziesiąt metrów i znowu szłam. Naprawdę spokojnie. Chłonęłam atmosferę, którą tak naprawdę trudno tu opisać. Rząd świecących czołówek za mną i przede mną, połyskujące odblaski z plecaków i ubrań innych biegaczy, chlupocząca woda w bukłakach, jakieś tam rozmowy innych, a w oddali gdzieniegdzie światła wsi lub całkowita ciemność. Pół księżyca było i sporo chmur. Z których - już na szczycie Jaworzyny - zaczął padać deszcz. Śmieszne, deszcz w świetle czołówki wygląda jak śnieg. I ten deszcz padał tak ze dwie godziny. Trochę też wiało, a i błota było wcale nietentego.

Bardzo fajnie mi się biegło. Bez szaleństw, ale też bez lenistwa specjalnego. Zapewne taką ostrożność wymuszała też ciemność i konieczność poruszania się w świetle czołówki, ale było ok. Powoli mijałam innych. Jedna kobiałka, druga, trzecia, facetów nawet nie zliczam ;) Wszyscy, których mijałam mieli dość wolne tempo, więc wydedukowałam, że powoli dochodzę do ultrasów, którzy wystartowali wcześniej. I kiedy minęłam kolegę biegnącego na 100 km, byłam już tego pewna. Zauważyłam, że osoby (oczywiście nie elita) planujące pokonać 100 km to głównie idą (nie tylko pod górę, ale i na niewielkich wzniesieniach), a biegną jedynie - ale też bardzo powoli i ostrożnie - w dół. Kurcze, to musi być bardzo nudne takie oszczędzanie sił. Ale i tak ich podziwiam, są wielcy.

Profil trasy Biegu 2,4 Dolin
Wracając do mnie - to kiedy zrobiło się już jasno, gdy pożywiłam się bananem i trzema rodzynkami na punkcie kontrolnym i kiedy po prostu poczułam ten bieg, to jednak zaczęło się małe szaleństwo. Czyli wiatr we włosach, radość na twarzy, zbieganie susami i podbieganie gdzie tylko się da. I wymijanie, wymijanie, wymijanie. Daawaj Bo!!! Ale było fajnie. Nawet zagadywać innych zaczęłam, co nie zdarza mi się często. Ciut odpuściłam jednak, kiedy zaliczyłam jedną, kontrolowaną przewrotkę oraz zaczęłam trochę czuć kolana na zbiegach, ale i tak była radość. Przez jakiś czas miło też biegłam z Robertem z naszego teamu ;) I w takim szaleńczo optymistycznym nastroju, mając na Garminie 32,5 km dobiegłam do asfaltu, gdzie - jak sądziłam - czeka mnie piękny 500-metrowy finisz. No i był finisz, ale 5 razy dłuższy, bo przebiec trzeba było przez całe Rytro. Wszyscy już maszerowali. Wszyscy. Oprócz takiej jednej. Przejdziesz w marsz jesteś leszcz pomyślałam i biegłam do tej mety. A za metą, gupie to, ale się wzruszyłam. Że tak mi ładnie poszło, że nie umieram ze zmęczenia i że w sumie to mogłabym tak dalej...

Trasa, moja meta a ich przepak i medal
Trasę o długości 35,5 km i łącznym przewyższeniu 2400 m pokonałam w czasie 4:14:41. Byłam (baczność) czwarta w OPEN! (spocznij). 4 minuty do podium zabrakło, chlip chlip. Gdybym się nie obijała na początku i pobiegła ten bieg, jak zawsze, na maksa.... Ojtam, i tak jest bosko i jestem bardzo zadowolona. Cieszę się, że pobiegłam swoje i że nie leniłam się na trasie (wciąż nie rozumię, jak można zawody biegać treningowo i odbierać sobie tę radość i końcową satysfakcję z dobrze wykonanej roboty?). A uczucie gdy w Krynicy, rano przed godziną 10, uciurani po kolana w błocie szukamy otwartej knajpki, by napić się bro dla uczczenia biegu, bezcenne...

Dodam jeszcze, że poważnych uszczerbków na zdrowiu i strat nie odnotowałam. Poza sporymi zakwasami (moje nózie potrzebują masażu na ASAP), jednego odcisku pod pod prawą kostką oraz zgubionych nie mam pojęcia gdzie i jak (???) spodenek.

A gdy tak po południu, kibicowałam tym, którzy w Krynicy wbiegają na metę kończąc swoje 100 km, widząc ich zmęczenie, ale i ogromne szczęście malujące się twarzach - to przez moment pomyślałam nawet, że może bym tak ja? Ale tylko przez moment tak pomyślałam. Mryg, mryg ;)

6.09.2012

Jaworzynoo! Przybywam!

Butki są? Są, czyściutkie i wypucowane. Rajtki, ortalion i skarpetki są? Są. Koszulka z długim? Jest. Różowa? Iii, tym razem czarna. Szczęśliwa bielizna, rękawiczki i opaska? Są. A baterie do czołówki naładowane, bidon recepturkami uszczelniony, żele przygotowane? Yes, sir! A te ciuszki biegowe to przetestowane choć? Tak, sprawdzone. Na treningu i przed lustrem. A race ratunkowe spakowane? Kurcze no, wiedziałam, że czegoś zapomnę... Jeszcze race!

Jutro wyruszam, a w sobotę o godz. 3.20 rano/w nocy startuję w Krynicy w jednej trzeciej Biegu 7 Dolin tj. na dystansie 33 km (choć wg niektórych źródeł 35 km to jest). Czujecie? W nocy! Z czołówką na głowie, plecakiem na plecach, wyubierana być może nawet i w rękawiczki oraz z numerem startowym 665 (też mi piekielnie żal, że ktoś mi popsuł ten numerek o jeden).

Ale będzie przygoda, cieszę się (jak to ja) na ten bieg strasznie i pomyśleć, że niewiele brakowało, abym słuchając głosu zdrowego chorego rozsądku zrezygnowała z tego dystansu i pobiegła dyszkę. Na szczęście dobre duchy czuwają, w porę zainterweniowały i odwiodły mię od zamiaru tego. Podziękować. Ale dopiero na mecie, albo w niedzielę nawet lub później, gdy stwierdzę, że większych obrażeń na mym ciele i duszy bieg ten nie spowodował.

Trasa: Krynica-Rytro przez Jaworzynę oraz Łabowską Halę, 33 km, ponad 1000 m przewyższenia - dużo i nie dużo. Dla mnie dużo, zwłaszcza że trzy tygodnie potem zostać mam bohaterką narodowego, i to z życiówką. A biegam od roku. Dlatego plan na ten bieg jest prosty: nie szaleć zbytnio i nie bić się o podium (hihi), tylko spokojnie zrobić to jako długie wybieganie. Nie wiem wprawdzie jak ja sobie z tym spokojem poradzę? Mam nie biec na 150%?  No nie wiem, nie wiem. Muszę sobie to jakoś poukładać. Zaznaczam jednak, że nie będzie prucia, ale nie będzie też człapania, ani spacerowania tiptopami. Nie uśmiecha mi się bowiem specjalnie, aby na trasie spędzić regulaminowe 5,5h. Strasznie długo.

Ponoć Festiwal Biegowy w Krynicy to jedna z najlepiej zorganizowanych imprez biegowych w kraju. Mnóstwo się dzieje, zawody, wykłady, spotkania, targi i wszędzie ci biegacze. Zobaczymy, ile w tym prawdy i czy spodobają mi się te klimaty. A że swój bieg ukończyć mam na teleranek, a potem do wieczora czekamy na ultrasów, to całą sobotę - nie ma wyjścia - spędzę na tych festiwalowych atrakcjach. Może się wreszcie czegoś mądrego o tym bieganiu dowiem.

Czego mi życzyć? W zasadzie nic specjalnego. Może tylko, abym sobie krzywdy nie zrobiła i nie pomyliła trasy. I aby było fajnie. A jak ktoś już chce bardziej i więcej, to można też kciuki trzymać. Ale nie za mnie. Tylko za tych, co o godz. 3.00 ustawią się na starcie biegu na 100 km i którzy po kilkunastu godzinach dystans ten pokonają. Szacuneczek Panie i Panowie. Run heroes!

A czy mówiłam już, że ja też pobiegnę na dookoła Mont Blanc? Ano tak, mówiłam. Ale nie zaszkodzi powtórzyć. Ja kiedyś naprawdę tam pobiegnę.

2.09.2012

W międzyczasie - Nocny Bieg Solidarności

Jeśli u siebie, 2 przecznice od domu, jedyny raz w roku, w sobotni wieczór organizowany jest bieg to - nie ma wyjścia - cza startować. To nic, że jestem w okresie dość trudnych i ciężkich (jak dla mnie) treningów przedmaratońskich, że nabijam kilometry oraz zaliczam drugie zakresy i raczej nie ćwiczę szybkości. To nic, że wciąż boli mnie lewe biodro-pośladek (co to k. może być?), które trochę utrudnia całą sprawę. To nic, że następnego dnia przebiec mam 30 km (odhaczone), a za tydzień w biegu górskim czeka mnie 33-kilometrowa walka z Jaworzyną Krynicką. To nic. Nawet na zaliczenie - muszę wystartować. Zwłaszcza, że bieg promuje ideę transplantacji oraz generalnie pomagania i dawania siebie innym (Oświadczenie woli w portfelu jest? No! A zgłoszenie do banku dawców szpiku złożone? To dawać je w trimiga! Ale już!)

I jakem rzekła, tak się stało. W sobotę o godz. 20.00 wystartowałam w XXIII Nocnym Biegu Solidarności na dystansie 6 km. Razem z ok. 350 innymi biegaczami, wśród których byli również nasi regionalni olimpijczycy, goście zza wschodniej granicy oraz (serio!) prawdziwi Kenijczycy i Kenijki!

I oczywiście jak wystartowałam? I tu cała klasa odpowiada głośno: zaa szyybko! Durna Bo. Nie nauczy się. A przecież wie, że nie można dać się ponieść euforii, wie że to pułapka i że zaraz spuchnie. Wie, że to najgłupszy błąd początkujących biegaczy i że teraz - po roku biegania - po prostu nie można pozwalać sobie na takie wpadki! Ale nie, ona nadal swoje i zaraz po strzale startera - lufa do przodu! Pierwszy kilometr w tempie 4:07, słabo co?

Znajdź Bo na obrazku.
Mój bieg wyglądał mniej więcej tak:
1 km: Bo(b)że jak ja kocham to bieganie! I jaka szybka jestę, patrzcie!
2 km: No fajne to bieganie, ale chyba ciut za szybko wystartowałam. Bo! W takim razie już bez szaleństw, oddychaj i staraj się choć utrzymać to tempo.
3 km: Utrzymać to tempo? Czy kogoś tu pogięło? Ja pierdolę. Mam dość. A w ogóle to daleko jeszcze?
4 km: Jest źle. Niedobrze mi. Albo raczej głodna jestem. Nie, jednak mi niedobrze. Czy głodna? Zaraz naprawdę zwymiotuję.
5 km: No dobra, niech to się już skończy. Gupia Bo. Jak można było dać się tak nabrać? Nie masz siły? To teraz masz nauczkę. <Rezygnacja>
META: i jeszcze plastikowy medal ;(

No i taki to był bieg. Okazało się, że nawet na takim krótkim dystansie jak 6 km trzeba rozłożyć siły. Ameryka normalnie. Ale dobrze mi tak. Zawsze kolejne biegowe doświadczenie więcej.

Coś jak w tej reklamie (grało się kiedyś w kosza, nie?). Nie trafił 9 tys. rzutów... by potem odnieść sukces.
I choć w sumie mój wynik nie był taki zły: 6 km w 26:46 (średnie tempo 4:33, szybciej do tej pory biegałam jedynie kilometrówki), tak właśnie postrzegam ten start. Jako przegrany mecz. Który jednak przybliża mnie, kiedyś tam gdzieś w odległej galaktyce, do upragnionego finału.

Skoro nie potrafię szybko (i mądrze) biegać, to chociaż się powydurniam. 
A z radośniejszych rzeczy, to fajnie się startuje u siebie. Gdzie na trasie widać tylu znajomych biegaczy i kibice nie są anonimowi, a co każde okrążenie (były 4 pętelki) słyszysz "Daawaaj Łosiu!!!" ;) Gdy w biegowe ciuszki można wbić się w domu, a rozgrzewkę robić pod własnymi oknami. Fajnie też, że coś zaczyna ożywać ta nasza ukraińska, biegowa pustynia. Frekwencja w Biegu Solidarności była rekordowa, a w październiku (uwaga!) będzie nawet półmaraton, na który niniejszym serdecznie zapraszam! (Że tak powiem, kto nie wystartuje ten trąba).

I jeszcze jedno. Czy mówiłam już, że kiedyś ja też pobiegnę na Mont Blanc? No więc pobiegnę.

28.08.2012

So what?

Albo na przykład dziś, gdy wstaję rano i wiem, że czeka mnie wieczorem mocny trening.
Albo na zawodach, gdy już naprawdę nie mam siły przebierać kopytkami i najchętniej położyłabym się na trasie i leżała tak, leżała.
Kiedy pot zalewa oczy i szczypią.
Kiedy wszyscy mi uciekają i nie mogę ich dogonić. A ich plecy są coraz mniejsze, i mniejsze.
I gdy z marszu nie mogę "podrygnąć" się do biegu. Albo w ogóle jak muszę przejść w marsz.
Kiedy czuję, że biegnę jak po beczce, w miejscu.
Gdy podbieg nie zamierza się kończyć od godziny.
Albo w połowie interwału ze świadomością, że jeszcze takich osiem. Ja pierdolę, jeszcze osiem.
Kiedy od biegania psują się nogi i chudnie nie to co trzeba (czyli cycki).
Albo kiedy wszyscy cholera tacy rześcy i uśmiechnięci na 10 km a ja zdycham, a przed nami jeszcze 15-stka.
Albo jak widzę siebie w jakiejś szybie, że poruszam się jak słoń. I źle mi w różowym.
Gdy ktoś po 3 miesiącach biegania, robi 3:30 w maratonie, podczas gdy ja tak cierpię walcząc o złamanie czwórki.
Jak jest tak gorąco, że w krótkie gacie wbijać się muszę.
Albo gdy tak sobie gadamy: Idźże Bo pobiegać. Nie pójdę. Idź. Nie, nie chce mi się. I przegrywam zostając w domu z tymi wyrzutami sumienia.
Kiedy myślę, że przy takim wysiłku mogę dziennie zjeść litr lodów. A tak naprawdę to nie mogę cholera.
I gdy ze zmęczenia nie da rady zasnąć.

Normalnie szlag mnie trafia. Wtedy ja naprawdę nie cierpię tego biegania.
A biegam. Często gęsto bezczelnie radosna i uśmiechnięta. Niepojęte.

23.08.2012

Tik tak

Tik tak. Było pół roku, były trzy miesiące, jest 38 dni. Tik tak. 38 dni zostało do mojego drugiego maratonu. Dużo i niedużo. Gdzie jestem? Może nie tu, ale szału też raczej nie ma.

Plan jest, ale jakby go nie było
No właśnie, niby postanowiłam się przygotować w oparciu o plan Fundacji MW, ale w moim przypadku ulega on takim modyfikacjom, że trudno to coś nazywać jeszcze profesjonalnym planem treningowym. Urlop skomplikował sprawę, górki oraz inne starty przed którymi i po których cza coś wypocząć, Leń czasem odezwał się za głośno, a i Ambicja nie pozostawała dłużna każąc robić nadprogramowe kilometry. Poza tym dodałam czwartkowe krosy i marzy mi się jeszcze przynajmniej jeden dłuższy biegowy wypad w teren. No ale biegam i jest to bieganie zróżnicowane, więc chyba w sumie dobrze? Bobrze? Średnio tygodniowo nabijam ok. 60 km, choć zdarzyło też 70 km, jak i 50 km. Plus basen oraz standardowo odkurzanie, wywieszanie prania, siaty z zakupami i spacery z boksiem. No i prasowanie.

Nie ogarniam
Kurde, 42 km w średnim tempie 5:20, a nawet 5:15? Tyle muszę cisnąć, aby na metę wpaść z wymarzonym wynikiem 3:45. Obawiam się, czy czasem za ambitnie (a jakże!) nie podchodzę do rzeczy. Wprawdzie jakoś biegam WB2 w okolicach 5:00, ale to jest 10-12 km, a nie cztery razy tyle! No nie wiem, nie wiem. Jeszcze kilka mocnych (i dłuższych) treningów w drugim zakresie przede mną i to będą chwile prawdy...
Nie ogarniam też tętna mojego, albo pulsometru. Albo jednego i drugiego. Nikt inny podczas dość intensywnego biegania nie potrafi chyba mieć średniego tętna 204 uderzeń na minutę (a maksymalnego 241). By na następnym podobnym treningu być już całkiem w normie (180). Takie rzeczy tylko Bo.

Zdrowie
Odpukać, ale na razie jest całkiem spox. Kolana specjalnie nie bolą, a zapalenie kaletki maziowej (tak tak, miałam coś takiego obok lewego achillesa, śmiesznie się nazywa, nie?) prawie że przeszło. Dbam o należytą rozgrzewkę i zawsze, ale to zawsze gruntownie rozciągam się po treningu. Lewe biodro coś mi ostatnio doskwiera jedynie, zwłaszcza na początku szybszego biegania i pod górkę. Mam nadzieję, że minie tak szybko i niespodziewanie jak się pojawiło. Dużo śpię.

Znaki
Też obserwujecie? U mnie niestety w perspektywie wrześniowego maratonu nie przedstawiają się one zbyt ciekawie. 1) Nie było już miejsc w moim szczęśliwym hostelu w Wwie i muszę spać kilkadziesiąt metrów dalej. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze czy źle. 2) Po intensywnym tygodniu zastanawiania się, czy faktycznie potrzebna mi pamiątkowa koszulka techniczna z 34. MW, szczypania, że to przecież dodatkowe 100 zeta (aż 100 zł za koszulkę z krótkim rękawkiem?), sprawdzania rozmiarówki (jednak L, nie lubię kusych i obcisłych za bardzo), kiedy stwierdziłam, że ja jednak muszę ją mieć - okazało się, że "pula koszulek się wyczerpała".
Damn it! I to chyba nie jest dobry znak. 3) Ale za to w numerze startowym tak jak na Półmaratonie Warszawskim mam dwie dziewiątki (które, wierzcie lub nie, jak je odwrócić dogórynogami są szóstkami). Nie muszę przypominać, że wtedy, w marcu, biegło mi się diabelsko fajnie.

Sroki
Tak już mam, że lubię je wszystkie za ogon łapać. Niby mimochodem dorzuciłam sobie do treningów basen i tak niby przy okazji katuję tego mojego śmiesznego kraula. Jasne, cel nr 1 to maraton, ale i na rower jakoś tak częściej wsiadam ostatnio. Ot tak, mimochodem. Ale można, nie?
Kolejna sroka to biegi górskie, jakże odmienne od asfaltowego człapania na maratonie. Wiem, że w sumie pewnie nie zaszkodzą one w przygotowaniach (a mogą wręcz i pomóc), ale 33 km w Krynicy na 3 tygodnie przez maratonem, czy to aby dobry pomysł? Wprawdzie - postanowione - biegnę tam na limit, spokojnie i lajtowo jako długie rozbieganie, ale to jednak górki...
I jeszcze jedna sroka. Przymierzałam ostatnio nike free. No i też bym chciała! Tak minimalistycznie i kolorowo... Ale z moją (nie)techniką biegu i - zdarzało się - ostro bolącymi kolanami, średnio to raczej widzę. Ale bym chciała, bardzo.


Bo, proszęcię, tylko nie sprawdzaj teraz, miesiąc przed maratonem, czy ty aby nie urodziłaś się do biegania boso i czy któryś z twoich przodków nie był czasem Hawajczykiem. Generalnie nie kombinuj już za wiele, tylko rób swoje, dobrze?

No dobrze, jakoś się postaram. Bobrze.

Tik, tak. Jutro będzie 37, pojutrze 36 dni. A potem będzie już po wszystkim.