po pierwsze byś była zdrowa.
Poza tym, aby za rok było tutaj mnóstwo fantastycznych, zapierających dech w piersiach relacji z biegów.
Abyś jak najmniej (choć troszkę może być) pisała o lenistwie, o niechcemisię i beznadziejniemiwrożowym.
Aby nigdy nie pojawiło się tutaj słowo "kontuzja", a jak najwięcej, do wyrzygania wręcz, niech powtarza się i powtarza "życiówka".
Abyś w swej kolekcji zgromadziła tak wiele dużych i ciężkich medali, że trudno będzie zrobić Top Medals.
Możesz też ciut rzadziej pisać, że jesteś boska (choć jesteś). Nie każdy to lubi i jeszcze przestaną czytać.
Aby podbiegi się nie dłużyły, by nie było strachu na zbiegach, za to na szczytach zawsze radość i wspaniałe widoki.
Aby tyłek od siodełka mniej bolał i kraul choć trochę stracił na swej śmieszności.
Aby nie było kryzysów, skurczów, odwodnień i schodzących paznokci. I abyś o rozciąganiu zawsze pamiętała.
Abyś znowu deskę potrafiła robić godzinami. Na jednej ręce.
I jeszcze abyś się lepiej i mądrzej odżywiała. Słodycze to nie węgle, przecież wiesz.
Aby w lecie nie było tak gorąco, jak zimno potrafi być w zimie. I aby pogoda nigdy nie była pretekstem, by zrezygnować z treningu.
I generalnie, aby to wszystko jakoś biegło. Przynajmniej tak jak w tym roku ;)
23.12.2012
18.12.2012
Znowu!
Najpierw sprawdzam, czy trzeba zmyć makijaż, czy może zrobiłam to już wcześniej, rozczesuję i związuję włosy, bywa, że kładę na kaloryfer rajtki i jedną z koszulek. Jak w domu zimno, to miło się potem ubrać w takie zagrzane ciuszki. Często włączam też jakąś energetyzującą muzę i staram się nie wyglądać przez okno. Potem wkładam na siebie warstwy. Skarpetki lub podkolanki, rajtki i wierzchnie dresy. Albo tylko ocieplane rajtki. Lustro. Piję szklankę wody. Top, pulsometr, jedna koszulka i druga. I znowu lustro. Krem na twarz, truskawkowy carmex na usta, w kieszeń chustka do nosa. Wdziewam na wierzch ostatnią warstwę, najczęściej bluzę. Jeszcze raz poprawiam i związuję włosy. Montuję grajka i zakładam zegarek. Lustro. Następnie szukam kluczy, gdzie ja znowu posiałam te klucze? Ciut gorąco, zaczynam się gotować, ściągam bluzę. Są klucze! Zakładam bucie, jeszcze raz bluzę, względnie ortalion lub softshell w zależności od tego co za oknem (w końcu trzeba przez nie wyjrzeć). Chustka pod szyję, czerwona czapa na głowę, sprawdzam czy wszystko mam pozapinane, powpuszczane i czy w żadną szczelinę zimny jęzor wiatru się nie wślizgnie. Lustro, rękawiczki, włączam "on" na grajku i wychodzę. Biegać.
Brakowało mi tego. I choć czasem ciężko się zebrać, tyle czynności rożnych rozmaitych trzeba wykonać, tyle razy pomyśleć i powiedzieć sobie głośno, że tak kurna, wiem że dla normalnego człowieka to nienormalne, wiem jaka jest temperatura i że śnieg, tak, idę biegać! ("idę biegać" zawsze mi się to stwierdzenie podobało) - to jest radość, że znowu to robię. Taki wewnętrzny spokój odzyskałam ;)
A biegam sobie ot tak. Wolno, wolniej, wolniutko lub gdy jest zimno to ciut szybciej. Oszczędzam się. Pewnie nawet oszczędzam się za bardzo, ale akurat w tym momencie to lepiej raczej przeginać w tę, a nie tamtą stronę. Oprócz biegania robię deskę, brzuchy i na siłowni z chłopakami dwa razy w tygodniu mnóstwo innych ćwiczeń wzmacniających i siłowych. No i się rozciągam. Wzór!
Dwa tygodnie i ponad 80 km. Też mi się podoba. Doskładane wprawdzie jak ziarnko do ziarnka, bo na razie tylko 2, a może 3 razy przekroczyłam magiczną barierę 10 km, ale tych ośmiu dych przebiegniętych bez żadnych oszustw nikt mi nie odbierze! Czasem wkurza mnie, że tak to powoli idzie, ten cały mój powrót. Że człapię miast biegać, że jeszcze trochę poczekać muszę na krosy czy podbiegi. Że muszę być cierpliwa, rozważna i romantyczna oraz że ambicji mam nie słuchać tylko zdrowego rozsądku. No ale potulnie słucham, a jak grzeszę to w tylko myślach planując czego to ja nie dokonam w przyszłości.
A właśnie plany. Tak więc planu raczej nie ma. Na razie niestety jest bardziej weryfikacja moich ambitnych predykcji wiosennych. Na jeszcze ambitniejsze ;) <żart> <głupi żart>. Będzie więc maraton, ale raczej nie życiówkowy i raczej w PL. Nie podjęłam jeszcze decyzji gdzie i kiedy. Ale pewnie jakoś w kwietniu go pobiegnę ;), więc albo Uć, albo Orlen Srorlen albo Cracovia. Wcześniej jakbógda połówka w Warszawie, niby się zgłosiłam. Nie będzie chyba Rzeźnika. I generalnie debiut w ultra przesunie się pewnie w czasie. Albo i nie. O innych rzeczach nie piszę nawet, bezsęsu, znowu coś nie wyjdzie i będzie tylko żal. Poza tym - będzie co ma być. Chyba. Wprawdzie, w tym tygodniu, oprócz końca świata, wydarzy się zapewne kilka innych ważnych rzeczy (informować na bieżąco czy hurtem?), ale jeszcze nie wiem, czy i jaki wpływ będą mieć one na moją świetlaną sportową przyszłość. Się okaże.
Biegnę, już półmetek. Oczywiście ubrałam się za ciepło i każdy z istniejących suwaków już został rozpięty, a szczelina udrożniona. Ostatnia prosta, zakręt, park linowy, stop. Wyłączam garmina, ten klik to jedna z przyjemniejszych chwil treningu. Rozciągam się przy ulubionym drzewie. Schody, otwieram drzwi, "Jeeeeestem!". Lustro. Ściagam czapę, rękawiczki. I jedną bluzę, potem następną... Powroty są super.
Brakowało mi tego. I choć czasem ciężko się zebrać, tyle czynności rożnych rozmaitych trzeba wykonać, tyle razy pomyśleć i powiedzieć sobie głośno, że tak kurna, wiem że dla normalnego człowieka to nienormalne, wiem jaka jest temperatura i że śnieg, tak, idę biegać! ("idę biegać" zawsze mi się to stwierdzenie podobało) - to jest radość, że znowu to robię. Taki wewnętrzny spokój odzyskałam ;)
A biegam sobie ot tak. Wolno, wolniej, wolniutko lub gdy jest zimno to ciut szybciej. Oszczędzam się. Pewnie nawet oszczędzam się za bardzo, ale akurat w tym momencie to lepiej raczej przeginać w tę, a nie tamtą stronę. Oprócz biegania robię deskę, brzuchy i na siłowni z chłopakami dwa razy w tygodniu mnóstwo innych ćwiczeń wzmacniających i siłowych. No i się rozciągam. Wzór!
Dwa tygodnie i ponad 80 km. Też mi się podoba. Doskładane wprawdzie jak ziarnko do ziarnka, bo na razie tylko 2, a może 3 razy przekroczyłam magiczną barierę 10 km, ale tych ośmiu dych przebiegniętych bez żadnych oszustw nikt mi nie odbierze! Czasem wkurza mnie, że tak to powoli idzie, ten cały mój powrót. Że człapię miast biegać, że jeszcze trochę poczekać muszę na krosy czy podbiegi. Że muszę być cierpliwa, rozważna i romantyczna oraz że ambicji mam nie słuchać tylko zdrowego rozsądku. No ale potulnie słucham, a jak grzeszę to w tylko myślach planując czego to ja nie dokonam w przyszłości.
A właśnie plany. Tak więc planu raczej nie ma. Na razie niestety jest bardziej weryfikacja moich ambitnych predykcji wiosennych. Na jeszcze ambitniejsze ;) <żart> <głupi żart>. Będzie więc maraton, ale raczej nie życiówkowy i raczej w PL. Nie podjęłam jeszcze decyzji gdzie i kiedy. Ale pewnie jakoś w kwietniu go pobiegnę ;), więc albo Uć, albo Orlen Srorlen albo Cracovia. Wcześniej jakbógda połówka w Warszawie, niby się zgłosiłam. Nie będzie chyba Rzeźnika. I generalnie debiut w ultra przesunie się pewnie w czasie. Albo i nie. O innych rzeczach nie piszę nawet, bezsęsu, znowu coś nie wyjdzie i będzie tylko żal. Poza tym - będzie co ma być. Chyba. Wprawdzie, w tym tygodniu, oprócz końca świata, wydarzy się zapewne kilka innych ważnych rzeczy (informować na bieżąco czy hurtem?), ale jeszcze nie wiem, czy i jaki wpływ będą mieć one na moją świetlaną sportową przyszłość. Się okaże.
Biegnę, już półmetek. Oczywiście ubrałam się za ciepło i każdy z istniejących suwaków już został rozpięty, a szczelina udrożniona. Ostatnia prosta, zakręt, park linowy, stop. Wyłączam garmina, ten klik to jedna z przyjemniejszych chwil treningu. Rozciągam się przy ulubionym drzewie. Schody, otwieram drzwi, "Jeeeeestem!". Lustro. Ściagam czapę, rękawiczki. I jedną bluzę, potem następną... Powroty są super.
6.12.2012
Prawie jak
Prawie jak roztrenowanie. Prawie jak bieganie. Prawie już nie boli. Prawie jezdem.
I tak w minioną sobotę zakończył się czas błogiego, rekonwalescyjnego lenistwa. Prawie jak dłuższego roztrenowania. Jeszcze nigdy w życiu nie ciulowałam tak długo i tak intensywnie. Nawet się nie przyznam ile sezonów Chirurgów obejrzałam oraz innych filmów, których tytułów już nie pamiętam... Czy było to męczące? Niespecjalnie. Fajnie było tak po prostu nie musieć chcieć, nie chcieć móc. Nie robić nic. Spać, czytać, klikać, oglądać, jeść, spać, jeść, klikać, oglądać. No ale skończyło się, wystarczy, czas wracać.
W sobotę wybrałam się na stadion i akcję Biegam Bo Lubię. Czy pisałam już gdzieś kiedyś, jakie fajne są te zajęcia i że gdyby nie BBL, gdzie poznałam tajniki sztuki oraz innych biegaczy nie byłabym tu gdzie jestem? Aaa zapomniałam, teraz w czarnej dupie jestem, no ale nie byłabym tam, gdzie 2 miesiące temu? Kiedyś koniecznie muszę o tym napisać. Tak więc na zajęciach BBL przyjęto mnie oczywiście z wszystkimi honorami, każdy chciał mnie dotknąć, popytać i porozmawiać. Życie. A potem była rozgrzewka, sporo rozciągania i zabawa biegowa, co w moim wykonaniu oznaczało człapo-trucht i marsz. Dublowali mnie na potęgę, ale nie to się liczyło. Ja prawie biegłam!
W poniedziałki zwykłam odpoczywać, ale teraz, gdy wszystko się poprzestawiało, zaplanowałam 6 km jakbógda biegu, a jakbógnieda to marszobiegu. Był bieg (!) i to nawet 7 km, z czego ostatnie 3 pobiegłam na salę pokibicować jednemu meczu koszykówki. Tydzień temu pamiętam, godzinę szłam na ten mecz, bolało jak diabli, zastanawiałam się tylko czy dzwonić po taksówkę czy po erkę, czy może się jednak jakoś na tę halę doczłapię. Teraz delikatny trucht teleportował mnie w to samo miejsce dwa razy szybciej! Jest progres, jest radość! A nawet radość podwójna bo wygrali nasi. Choć sędzia kalosz.
I tak w minioną sobotę zakończył się czas błogiego, rekonwalescyjnego lenistwa. Prawie jak dłuższego roztrenowania. Jeszcze nigdy w życiu nie ciulowałam tak długo i tak intensywnie. Nawet się nie przyznam ile sezonów Chirurgów obejrzałam oraz innych filmów, których tytułów już nie pamiętam... Czy było to męczące? Niespecjalnie. Fajnie było tak po prostu nie musieć chcieć, nie chcieć móc. Nie robić nic. Spać, czytać, klikać, oglądać, jeść, spać, jeść, klikać, oglądać. No ale skończyło się, wystarczy, czas wracać.
W sobotę wybrałam się na stadion i akcję Biegam Bo Lubię. Czy pisałam już gdzieś kiedyś, jakie fajne są te zajęcia i że gdyby nie BBL, gdzie poznałam tajniki sztuki oraz innych biegaczy nie byłabym tu gdzie jestem? Aaa zapomniałam, teraz w czarnej dupie jestem, no ale nie byłabym tam, gdzie 2 miesiące temu? Kiedyś koniecznie muszę o tym napisać. Tak więc na zajęciach BBL przyjęto mnie oczywiście z wszystkimi honorami, każdy chciał mnie dotknąć, popytać i porozmawiać. Życie. A potem była rozgrzewka, sporo rozciągania i zabawa biegowa, co w moim wykonaniu oznaczało człapo-trucht i marsz. Dublowali mnie na potęgę, ale nie to się liczyło. Ja prawie biegłam!
W poniedziałki zwykłam odpoczywać, ale teraz, gdy wszystko się poprzestawiało, zaplanowałam 6 km jakbógda biegu, a jakbógnieda to marszobiegu. Był bieg (!) i to nawet 7 km, z czego ostatnie 3 pobiegłam na salę pokibicować jednemu meczu koszykówki. Tydzień temu pamiętam, godzinę szłam na ten mecz, bolało jak diabli, zastanawiałam się tylko czy dzwonić po taksówkę czy po erkę, czy może się jednak jakoś na tę halę doczłapię. Teraz delikatny trucht teleportował mnie w to samo miejsce dwa razy szybciej! Jest progres, jest radość! A nawet radość podwójna bo wygrali nasi. Choć sędzia kalosz.
1.12.2012
Uratowany paznokieć
I jeszcze jedna. Dziwna historia.
Nie jestem jakaś specjalna paniusia, generalnie nie stroję się i w trampkach chodzę przez 90% życia. Ale jest kilka rzeczy, na punkcie których mam fioła. Jedna z nich to stopy. Po prostu muszą być one gładkie, miłe i pachnące, a paznokcie oczywiście pomalowane, przez cały rok. I jeśli nie są - to czuję się źle, jakbym nieubrana była lub miała coś między zębami. Najczęściej wierna też jestem jedynemu słusznemu kolorowi lakieru paznokci u nóg, aczkolwiek zdarza się, że silę się na ekstrawagancję i bawię się innymi odcieniami. I tak na przykład na Maraton Warszawski paznokcie były (no jakie?) - oczywiście, że różowe, a w Krynicy biegłam na turkusowo. W Piwnicznej - z tego co pamiętam - paznokcie miałam w kolorze ulubionej głębokiej czerwieni wpadającej w bordo. Tak na poważnie, bo to przecież mój pierwszy taki na serio bieg górski miał być.
I wtedy w Piwnicznej uświadomiono mi, że biegi górskie oznaczać mogą zagładę dla moich paznokci u nóg. Przyznam, było to dość wstrząsające odkrycie. Jedna z dziewczyn (tych szybkich, z czołówki) powiedziała w szatni, że właśnie schodzi jej ósmy paznokieć w tym sezonie. Czujecie? Ośmy! I że nie pamięta, kiedy ostatni raz malowała paznokcie i chodziła w japonkach. Geezz! pomyślałam patrząc na moje śliczne bordowe paznokietki, to ja już wolę w ogonie przybiegać, być ostatnia nawet, ale za to ze wszystkimi paznokciami! Na szczęście, po 24-kilometrowym biegu górskim pod Radziejową moim stopom i paznokciom nie stało się nic. Stwierdziłam wówczas, że na pewno temat mnie nie dotyczy i przestałam się martwić.
Nie jestem jakaś specjalna paniusia, generalnie nie stroję się i w trampkach chodzę przez 90% życia. Ale jest kilka rzeczy, na punkcie których mam fioła. Jedna z nich to stopy. Po prostu muszą być one gładkie, miłe i pachnące, a paznokcie oczywiście pomalowane, przez cały rok. I jeśli nie są - to czuję się źle, jakbym nieubrana była lub miała coś między zębami. Najczęściej wierna też jestem jedynemu słusznemu kolorowi lakieru paznokci u nóg, aczkolwiek zdarza się, że silę się na ekstrawagancję i bawię się innymi odcieniami. I tak na przykład na Maraton Warszawski paznokcie były (no jakie?) - oczywiście, że różowe, a w Krynicy biegłam na turkusowo. W Piwnicznej - z tego co pamiętam - paznokcie miałam w kolorze ulubionej głębokiej czerwieni wpadającej w bordo. Tak na poważnie, bo to przecież mój pierwszy taki na serio bieg górski miał być.
I wtedy w Piwnicznej uświadomiono mi, że biegi górskie oznaczać mogą zagładę dla moich paznokci u nóg. Przyznam, było to dość wstrząsające odkrycie. Jedna z dziewczyn (tych szybkich, z czołówki) powiedziała w szatni, że właśnie schodzi jej ósmy paznokieć w tym sezonie. Czujecie? Ośmy! I że nie pamięta, kiedy ostatni raz malowała paznokcie i chodziła w japonkach. Geezz! pomyślałam patrząc na moje śliczne bordowe paznokietki, to ja już wolę w ogonie przybiegać, być ostatnia nawet, ale za to ze wszystkimi paznokciami! Na szczęście, po 24-kilometrowym biegu górskim pod Radziejową moim stopom i paznokciom nie stało się nic. Stwierdziłam wówczas, że na pewno temat mnie nie dotyczy i przestałam się martwić.
22.11.2012
"Oddany" - historia Teamu Hoyt
Dick i Rick - faceci, którzy sportowymi osiągnięciami udowodnili, że "nie da się" znaczy "da się" i swą postawą oraz determinacją podbili serca milionów na całym świecie.
Coś tam niby o nich czytałam, coś słyszałam o Teamie Hoyt, głównie za sprawą ubiegłorocznego przypadku niedopuszczenia do maratońskiego startu w Dębnie biegacza z niepełnosprawnym synem na wózku. Ale pojęcia nie miałam, że to jest TAKA historia! Niesamowita, wzruszająca, nieprawdopodobna! Naprawdę trudno uwierzyć, że prawdziwa. A jednak. Opisana w książce pt. "Oddany - opowieść o miłości ojca do syna" przez D. Hoyta i D. Yaegera.
Czytadło, wyciskacz łez na dwa wieczory lub jedno dłuższe przedpołudnie. Opowieść o walce, o miłości, o marzeniach i ich realizowaniu, o pasji, sile ducha i wytrwałości. I o bieganiu oczywiście, które potem rozwija się w triathlon i to w tym najlepszym, hawajskim wydaniu.
Śledzimy losy Dicka (ojciec) i Ricka (syn) Hoyt od momentu narodzin tego ostatniego (lata 60-te XX w.), po wspaniałe i niepojęte ich wspólne sukcesy biegowe i triathlonowe. Rick urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym, bez umiejętności mówienia i samodzielnego życia. Warzywo wg lekarzy i urzędników, utalentowany i inteligentny chłopak wg rodziców. Rodziców, którzy postanowili o syna zawalczyć popularyzując równocześnie wiedzę o niepełnosprawnych i ich prawie do pełnowymiarowego życia w społeczeństwie.
Coś tam niby o nich czytałam, coś słyszałam o Teamie Hoyt, głównie za sprawą ubiegłorocznego przypadku niedopuszczenia do maratońskiego startu w Dębnie biegacza z niepełnosprawnym synem na wózku. Ale pojęcia nie miałam, że to jest TAKA historia! Niesamowita, wzruszająca, nieprawdopodobna! Naprawdę trudno uwierzyć, że prawdziwa. A jednak. Opisana w książce pt. "Oddany - opowieść o miłości ojca do syna" przez D. Hoyta i D. Yaegera.
Czytadło, wyciskacz łez na dwa wieczory lub jedno dłuższe przedpołudnie. Opowieść o walce, o miłości, o marzeniach i ich realizowaniu, o pasji, sile ducha i wytrwałości. I o bieganiu oczywiście, które potem rozwija się w triathlon i to w tym najlepszym, hawajskim wydaniu.
Śledzimy losy Dicka (ojciec) i Ricka (syn) Hoyt od momentu narodzin tego ostatniego (lata 60-te XX w.), po wspaniałe i niepojęte ich wspólne sukcesy biegowe i triathlonowe. Rick urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym, bez umiejętności mówienia i samodzielnego życia. Warzywo wg lekarzy i urzędników, utalentowany i inteligentny chłopak wg rodziców. Rodziców, którzy postanowili o syna zawalczyć popularyzując równocześnie wiedzę o niepełnosprawnych i ich prawie do pełnowymiarowego życia w społeczeństwie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
